W pewnym mieście,
W pewnym domu
Mieszka pan Ignacy z żoną,
Z synkiem,
Z dwiema córeczkami
Oraz z trzema kanarkami.

Gdy Ignacy
Wraca z pracy,
Już obiadek
Jest na tacy.
Żona krząta się przy stole,
Uśmiecha się synek Bolek,
Trzy kanarki
Żółtopióre
Podśpiewują sobie chórem,
Krysia cieszy się i skacze,
No, a Basia?

Basia płacze!…

Bo ta Basia – to jest beksa.
Gdy w zeszycie zrobi kleksa,
Zamiast kleksa wytrzeć gumą –
Z miejsca robi gwałt i rumor!...
No i wszystkim psuje humor!
Kredka spadnie na podłogę –
Basia zaraz
w ryk!
Ktoś nastąpi jej na nogę –
Już podnosi
krzyk!
Zrobi plamę na sukience –
Basia z miejsca
w płacz!
Gdy pobrudzi sobie ręce –
Już łzy w oczach,
patrz!
Gdy ktoś w szkole Basie szturchnie,
ryczy, że aż
strach!
Koleżanka na nią burknie –
Basia cała
w łzach!
Gdy potłucze sobie łokieć
wrzeszczy godzin
sześć!
Gdy zaboli ją paznokieć –
to już nie chce
jeść!
Gdy ma wypić łyżkę tranu –
to od razu
wrzask!
Usiąść ma do fortepianu –
drze się aż do
gwiazd!
Gdy zabawka się popsuje –
za łzą kapie
łza!
Gdy się nieraz rozchoruje –
chlipie wciąż i
łka!

Więc się martwi pan Ignacy,
Gdy do domu
Wraca z pracy.
Żona krząta się przy stole,
Uśmiecha się synek Bolek,
Trzy kanarki
Żółtopióre
Podśpiewują sobie chórem,
Krysia cieszy się i skacze,
Ale Basia znowu płacze...
Chlipie, płacze,
Płacze, chlipie...
Czemu płaczesz?
Brat mnie szczypie!...
Tak wciąż płacze nieboraczka,
Basia-beksa! Basia-płaczka!

Czy wiecie, dzieci, kto to Ptyś,
To Ptyś dyżury ma od dziś.

Kto odpowiada dziś za klasę?
Alojzy Ptyś. Alojzy Ptyś.
Kto zajęć ma dziś całą masę?
Alojzy Ptyś. Alojzy Ptyś.
Kto ma uważać, oczywista,
Żeby tablica była czysta,
Żeby przewietrzyć klasę szkolną,
Nie robić tego, co nie wolno,
Nie hałasować,
Nie tłuc szyb,
Z akwarium nie wyjmować ryb...
Nie brudzić nowych map łapami,
Stołów nie znaczyć ołówkami...
Kto na to ma uważać dziś?
Alojzy Ptyś! Alojzy Ptyś!
Gdy Ptyś rozpoczął dyżur w klasie –
Rzekł: Do was wezmę zaraz ja się.
Będę pilnował
Cały dzień,
Łaził za wami
Niby cień...

Porządek musi być
Od dziś
Ja wam pokażę
Co to Ptyś!
A teraz muszę iść!

I poszedł.
Po godzinie wrócił.
(Po prostu na godzinę znikł).
Gdy wrócił –
Zaraz głośno rzucił:
– Co to za hałas?
Co za krzyk?

– Ja was nauczę już porządku!
Już ja oduczę was hałasu!
Zaczynam jutro – od początku,
Bo dzisiaj
Brak mi
Na to czasu...

Koledzy patrzą więc na Ptysia –
I myślą:
Czemu nie od dzisiaj?...
Brudna tablica,
W szafie zamęt,
Na stole rozlał się atrament,
A Ptyś jak Ptyś. Nie mrugnie ani
I w ławie bawi się znaczkami...

We wtorek krzyknął:
– Cóż za kram!
Ja was nauczę!
Ja wam dam!
Tylko... dziś mało czasu mam!
W środę się wezmę do roboty...

Lecz w środę brakło mu ochoty...

W czwartek powiedział:
– Dziś mam mecz
Jak mecz – to wszystko idzie precz.

W piątek do klasy z piłką wlazł
I bawił się nią cały czas.

W sobotę znów narobił szumu:
– Wreszcie nauczę was rozumu
Od następnego już tygodnia,
Porządek w klasie będzie co dnia!

I rzeczywiście...
Bez przechwałek
Zaraz w następny poniedziałek

Wszystko się w klasie odmieniło...
Porządek był,
Że spojrzeć miło,
Czysta tablica,
Świeża kreda,
Podlany fiołek
I rezeda...

Nie znajdziesz w klasie nic brudnego,
Sprzątnięte śmieci,
Starty pył...
Czy domyślacie się dlaczego?

Bo
inny
już
dyżurny
był!

Ach, ta Wisia to strojnisia niemożliwa!
Sama mama nawet na to głową kiwa.
Koleżanki także na to nosem kręcą,
Że tę Wisię tylko takie rzeczy nęcą:

Koroneczki,

Falbaneczki,

Wstążki,

Broszki,

Wisioreczki,

Pomponiki,

Koraliki,

I podobne
Fiki-miki...

Raz iść miała Wisia mała na wycieczkę.
Z całą klasą. Gdzieś do lasu... czy nad rzeczkę...
– Lecz czy zdążę? Lecz czy zwiążę? – myśli
Wisia –
Tyle wstążek!... Którą wybrać z nich ma dzisiaj?

Czy zieloną,
Czy niebieską,
Czy różową?...

Czy liliową,
Czy też lepiej
Granatową?...

Czy tę w groszki,
Czy tę w kropki,
Czy tę w gwiazdki?...

Czy w kwadraty,
Czy w krateczkę,
Czy też w paski?...


Gdy strojnisia już wybrała kolor wreszcie,
Znowu kłopot nasza Wisia straszny ma...

Znów godzinę myśli – wierzcie lub nie wierzcie –
Jakby spleść tu warkoczyki swoje dwa?!...

Czy osobno,
Czy też razem,
Czy w koszyki?...

Czy z przedziałem,
Czy też lepiej
Może bez?...
Czy po prostu
Ślicznie upleść
Je w kolczyki?

Strach pomyśleć
Ile z tym
Kłopotu jest!...

Gdy strojnisia wreszcie się zdecydowała,
Znów w rozterce niesłychanej, biedna, trwa,
Dwie godziny myśli nad tym Wisia mała,
Jak zawiązać tę kokardę teraz ma?...

Czy do przodu,
Czy u góry,
Czy na dole?...

Czy na poprzek,
Czy na boku,
Czy tez w skos?...

Czy na czubku,
Czy pośrodku,
Czy na czole?...

Czy na ucho
Ją opuścić,
Czy na nos?...

Gdy skończyło się nareszcie upinanie
Warkoczyków, koralików i wstążeczki –
Jedna rzecz się stała – przykra niesłychanie:
Cała klasa powróciła już z wycieczki!

Wiele jest na świecie Ad...
Wiele Ad ma sporo wad...
Naszej Ady główna wada
Ta
Że Ada
Podpowiada!

Taki to już zwyczaj zły ma,
Że bez tego nie wytrzyma!

Co ma w głowie –
To podpowie!
Albo mruknie coś pod nosem,
Albo krzyknie pełnym głosem,
To palcami znów nieznacznie
Jakieś znaki dawać zacznie –
Albo ręką,
Albo miną...
Słowo daję – kino!

Cała klasa Adę łaje
Za te dziwne jej zwyczaje:

„Jeśli pragniesz pomóc komu,
No to pomóż lepiej w domu!”

„Nie pomoże pustej głowie,
Kiedy druga jej podpowie!”

Tylko Hania
Się nie wzbrania –
Cieszy się z podpowiadania:

„Dam ci ciastko i serowiec,
Tylko, Ado, mi podpowiedz!”

„Poczęstuję czekoladą,
Tylko mi podpowiedz, Ado!”

„Jak podpowiesz, dam ci misia,
Bo nie umiem nic na dzisiaj!”

„Pokaż, żeś mą przyjaciółką!...”

I tak co dzień
I tak w kółko:
Ada Hani podpowiada.
Ada rada,
Hania rada!...
Ada rada, że ma komu,
Hania rada też nie mniej:
Już się nic nie uczy w domu,
No bo po co, gdy wiadomo,
Że podpowie Ada jej...
W klasie o tym coraz głośniej,
Że ich przyjaźń
Stale rośnie...

W jednej ławce razem siedzą,
Jedną bułkę wspólnie jedzą,
Idzie Ada – Hania za nią,
Hania z Adą,
Ada z Hanią!...
. . . . . . . . . . . .
Ale z prawdą tak to bywa,
Że wypływa jak oliwa...

W szkołach – wiecie – zwykle w maju
Egzaminy są w zwyczaju...

Przyjaciółkom zrzedły miny:
Jakie straszne egzaminy ! ! !

Każdą pyta się z osobna –
Podpowiedzieć nie podobna!

Przy tablicy Hania blada –
W ławce biada blada Ada...

– Jak pokazać jej na migi,
W jakim kraju rosną figi?

– Jak przedstawić ruchem dłoni
Stare dzieje Babilonii?

– Jak powiedzieć samą miną,
Jakie rzeki w Anglii płyną?

Tego się już zrobić nie da –
Bieda z Hanią,
Straszna bieda!

Bo kto głównie skrzywdził Hanię?

Ada!
Przez
Podpowiadanie!

Usiadł Felek przy stole,
Lecz nie znalazł piórnika,
A miał przecież opisać
Ważną pracę górnika.

Zaczął szukać pod szafą,
Pod łóżkami,
Pod stołem,
Gdy tak szukał pod stołem –
O stół wyrżnął się czołem.

Po godzinnym szukaniu
Piórnik wreszcie się znalazł.
Gdy się znalazł –
To zaraz
Nowy powstał ambaras.

Bo cóż wart taki piórnik,
Nawet nowy i gładki,
Gdy w tym nowym piórniku
Brak, niestety, obsadki.

Gdy po czterech kwadransach
Wreszcie wpadł na jej ślad,
To zobaczył z rozpaczą,
Że stalówki w niej brak.

A gdy znalazł stalówkę
W kuchni, na kontuarze,
Ósma wieczór wybiła
Na pobliskim zegarze.

Chociaż sen oczy kleił,
W mig się wziął do zadania,
A tu, proszę, przeszkoda
Znów się nowa wyłania:

Gdzieś się podział kałamarz,
Z kałamarzem atrament,
To już Felek, choć nie chciał,
W płacz uderzył i lament.

Szuka biedak i szuka,
W biurku,
W łóżku,
Przy ścianie,
Za firanką,
Na piecu,
W przedpokoju,
W tapczanie...

Szukał bardzo dokładnie,
Szukał bardzo starannie,
Trzy godziny zmitrężył...
W końcu znalazł go!
W wannie!

Jedenastą godzinę
Stary zegar wydzwania,
Gdy nasz Felek raz trzeci
Zasiadł znów do pisania.

Już kałamarz na stole,
Już stalówka zabłysła,
Już dłoń oparł na czole,
Już zatonął w pomysłach...

Wziął obsadkę z rozmachem,
Chciał położyć już tytuł.
Nagle spojrzał ze strachem...
Bo nie było zeszytu...

– Ach! – wykrzyknął żałośnie –
Gdzieś się podział zeszycie?
Jeśli szukać cię zacznę –
To cię znajdę o świcie!

– Nie dam rady! Zbyt długo
Udręk ciągnie się pasmo.
Złożył głowę na stole...
Westchnął...
Sapnął...
I zasnął...

Dzień zaświtał! Już ósma!
W szkole radość i zapał!

Tylko Felek niedbaluch
Szedł do szkoły
I płakał!...

– Słuchaj:
Widziałem dzisiaj lwa,
Co mówił ludzkim głosem,
Na harmonijce ustnej grał,
I kręcił przy tym
Nosem.

Powiadam ci –
Ogromny lew,
Ryczący,
Czarny,
Długi,
Spał na polanie
Pośród drzew...

A na to chłopiec drugi:

– A ja widziałem wczoraj psa,
Co miauczał głosem kocim,
Wąsiska strasznie długie miał,
I w domu cioci psocił...
Podchodzę, ciekaw owych psot,
Pies nieruchomo sterczy,
I widzę, że to zwykły kot!...

A na to chłopiec pierwszy:

– Eee... wielkie rzeczy...
Zwykły pies,
Co się okazał kotem!...
I cóż w tym ciekawego jest?
Posłuchaj lepiej o tym:

Widziałem przeogromny dom,
Godzinę przy nim stałem,
I dom ten miał
Ze wszystkich stron –
Wiesz co?...
Już zapomniałem...
I ten ci oto straszny gmach
Po prostu nagle znikł!...
Ach, pomyśl tylko
Co za strach...

A na to drugi smyk:

– Także mi cuda...
Dom jak dom...
Że znikł? To co?!... Rozbiórka...
W mojej dzielnicy domy są,
Co same mkną na kółkach...
Zamiast w autobus –
Siadasz w dom,
Wygodnie,
Ciepło,
Jasno,
Dziś właśnie rano z mamą swą...

Wtem pierwszy chłopiec wrzasnął:

– A mój wujaszek w domu ma
Młoteczek i korkociąg,
Korkociąg ten ma końce dwa,
Na końcach zaś wodociąg!...
Gdy młotkiem
W ten korkociąg bęc –
To woda zaraz chlupie...
Natychmiast pomyślałem więc,
Że ten korkociąg kupię!...
I idzie o to, żebym dziś
Wujaszka w domu dopadł,
Dlatego serwus! Muszę iść...

A na to drugi chłopak:

– Korkociąg z wodociągiem?! W tym
Nie widzę nic wielkiego...
Widziałem raz, jak pociąg z szyn
Wyskoczył, mój kolego!
A w tym pociągu byłem ja –
I pan generał z Gdyni,
I cały pociąg ten - my dwaj
Znów pchnęliśmy na szyny!...
A potem jeszcze razem z nim
Naprawiliśmy rampę,
O, to był bohaterski czyn!...

Aż na to wreszcie tamten:

– Oj, zmyślasz, bracie mój, co sił,
Nie wierzę ci i tyle!
Tyś o tym wszystkim chyba śnił,
Lub kłamiesz tak co chwilę...

A na to pierwszy:
– A ty też,
Też zmyślasz wprost okropnie!
Pomysły takie głupie, wiesz,
Że niech cię kaczka kopnie!...

Kłóciliby się tak do dziś,
Bez przerwy dniem i nocą,
Lecz szczęściem przyszło im na myśl,
Że nie ma przecież o co?!

Bo
Po co zmyślać,
Łgać jak z nut,
Wysysać z palców brednie,
Gdy co dzień – zwykły, ludzki trud,
Prawdziwy jakiś stwarza cud,
Przy którym bajka blednie...

– Ot, choćby u nas:
Widzisz – gmach...
A wyrósł przez tygodnie.
Niedawno był tu jeszcze piach –
Dziś mieszka się wygodnie!

– A tu na mapie kółka nie ma!
A nie ma, bo przed laty trzema
Nie było tutaj miasta...

– A dziś? Czy wiesz...
– Wiem, dzisiaj tutaj
Ogromne miasto – Nowa Huta
Codziennie wyżej wzrasta!

– A popatrz, bracie, w Kraju Rad
Co człowiek zdziałać może
Gdzie kraj pustynny był od lat,
Dziś...
– Wiem: Cymlańskie morze!

– Zmieniają rzeki bieg swych wód!
– Padają sztuczne deszcze!

To człowiek sprawił taki cud
I sprawi wiele jeszcze!
Więc
Po co zmyślać?
Łgać jak z nut?
Wysysać z palca brednie,
Gdy co dzień zwykły, ludzki trud
Prawdziwy jakiś stwarza cud,
Przy którym wszystko blednie!...

W pewnym mieście (jest w atlasie!)
W pewnej szkole,
W trzeciej klasie,
Uczniów jest trzydziestu prawie,
Z których kilku wam przedstawię:

Jurek czyta
Doskonale,

Bardzo ładnie
Pisze Stach,

Zosia uczy
Się wspaniale,

Zygmunt zaś jest
Pierwszy w grach,
Zbych rysuje,

Jaś maluje,

Tomek przodownikiem jest,

Franek ślicznie
Deklamuje,

A rachuje
Świetnie Grześ...

Kubuś tym się zaś wyróżnia,
Że się wciąż do szkoły spóźnia...

I przed drzwiami – co dzień rano
Staje z miną zapłakaną...

– Czemu się spóźniłeś znowu?
Nauczyciel więc do Kuby.
Na to Kuba kręci głową
I smalone plecie duby:

– Bo mamusia
Była chora,
Bo siostrzyczkę
Kopnął lis,
Bo kolega
Zbił mnie wczoraj,
Bo listonosz
Przyniósł list,
Bo nasz sąsiad
Zamknął bramę,
Bo wróbelka
Piesek zjadł,
Bo kanarek
Ugryzł mamę,
Bo na nosie
Pryszcz miał brat,
Bo w sąsiedztwie
Piorun gruchnął,
Bo tatusia
Bolał ząb,
Bo wuj kłócił
Się z ciotuchną...

I spóźnienie właśnie stąd...

Nikt nie wierzy jednak Kubie,
Który płacze, w nosie dłubie,
Bo na drugi dzionek rano
Znów z Kubusiem jest to samo.
Jest już lekcja. Nagle trrrach...
To nasz Kubuś stanął w drzwiach
I od razu, nie pytany,
Wrzeszczy Kubuś, zasapany:

Bo kanarka
Gryzła mama,
Bo wróbelek
Pieska zjadł,
Bo zamknęła
Brata brama,
Bo na piorun
Wujek spadł,
Bo ząb kłócił
Się z ciotuchną,
Bo przed ojcem
Zmykał lis,
Bo kolega
W tatę gruchnął,
Bo siostrzyczkę
Gonił pryszcz,
Bo listonosz
Zachorował,
Bo kanarka
Bolał ząb,
Bo przed wróblem
Wuj się schował...

I spóźnienie właśnie stąd!

Skończył Kuba...
Patrzy w koło...
– Cóż kolegom tak wesoło?

Głośno śmieją się i szczerze,
– Ech ty, Kubo! Dość tych blag!
Ty spóźnialski!
Ty blagierze!
Czy ci nie wstyd zmyślać tak?

Spłonił Kuba się jak rak.
Wstyd mu... Pewnie. Jeszcze jak!

Od tej chwili, moi mili,
Chłopiec wprost już nie ten sam:
Co dzień przed budynkiem szkolnym
Kuba pierwszy jest u bram!