Doprawdy żal mi tych narodów,
którym do śmiechu brak powodów...
Zjechałem cały już kontynent
i z pewną dumą Wam wyjawię,
że nigdzie turystycznych przynęt
tyle, co w naszej Warszawie...
Bo cóż to za życie
gdzieś tam w dobrobycie,
gdzie wszystko działa znakomicie?
Gdzie człek, co zechce - sobie kupi,
po prostu w sklepie...
Jak ten głupi!
Gdzie wobec pełnych lad i witryn
żadnej radości z kila cytryn!
Gdzie nie zadziwi globtrotera
wywieszka skromna, ale szczera:
"Przepraszamy - afera!"
Po prostu nudno - nieciekawie,
nie to, co w naszej Warszawie!
U nas czy w windzie,
czy gdzie indziej
zazdrością każdy przybysz pała...
U nich też technika wspaniała,
ale tam nudno:
tam działa!
U nas dojrzewa się i rośnie
już w najwcześniejszej życia wiośnie...
Dwunastolatków spotyka się para:
”Cześć, stary! ”
”Cześć, stara!”
Na najweselszych w świecie ulicach
najpiękniejsze na świecie dziewczęta!
Warszawa nie tylko się nimi zachwyca,
ale i dba - i pamięta...
Cała dzielnica zafrapowana
nowym amantem panny Mieci:
"Czy to poważny jakiś amant?"
"Poważny! Ma żonę i dzieci!"
I choć los niezbyt był łaskawy,
żart zawsze bliski sercu Warszawy...
Bo czyż istnieje gdzieś w Europci
u l i c a, która zwie się Dowcip?
A u nas jest - ulica Dowcip!
Patrzysz i myślisz,
i szukasz niuansów:
Dlaczego tuż koło
Ministerstwa Finansów?..
Aż ci wyłuszczy rzecz tak oto
jakiś warszawski stary jubilat:
"Ulica Dowcip istnieje po to,
że by się nie śmiać
z placu Defilad!"
Doprawdy żal mi tych narodów,
którym do śmiechu brak powodów.

Państwo pozwolą - Marian Załucki.
Stworzenie.
Kręgowiec.
Gatunek ludzki.
Rodzina ssaków...
Choć nie pojmę nijak,
czy Polak to ssak?.. Czy pijak?
Ja właśnie w sprawie mego gatunku
przyszedłem zawołać:
Ratunku!
Gatunek w tak zwanym impasie!
Kryzys małżeństwa! - grzmią w prasie...
Alarmują najwięksi uczeni,
że kto może, to już się nie żeni.
Na Zachodzie kobiety wśród panik
obserwują płci męskiej
absolutny zanik!
Pragnę zwrócić uwagę Opinii,
że to może przejść do nas.
Jak - "mini”.
I co przeciw temu się czyni?!
Ot, choćby tu - wśród sfer TV:
Scena. Widownia.
Prawie sami młodzi...
Tu jeszcze małżeństwa wchodzą do gry -
Tam już małżeństwo w grę nie wchodzi!
Tę groźbę już czytam na Waszych obliczach:
Małżeństwo w gruzach!
I - fedorowiczach!
Instytucja małżeńska w impas wpada groźny...
Instytucja... Maleńka:
Szefowa i woźny.
Lecz jej sens polityczny
pojmie Naród Wszystek,
bowiem wie,
co marksistów
różni od marksistek!
Mobilizujemy więc płeć męską i żeńską,
by tę instytucję odrodzić małżeńską!
Niech odrodzić małżeństwo
dopomoże Władza -
i niech sama - gdzie może - odradza!
Niechaj każdy od Odry do Bugu i Wieprza
nie tylko swe własne małżeństwo ulepsza,
lecz jeszcze w terenie
- gdzieś w Piasecznie -
też popracuje trochę...
Społecznie!
Czyż to takie trudne wsiąść w tramwaj,
w szesnastkę,
i komuś małżeństwo poprawić?
Na "gwiazdkę"...
Pomyślcie, jak wiele plusów ma rodzina:
masz siebie
plus żonę,
plus córkę,
plus syna...
Kto tylko doznał tych rodzinnych przeżyć
i tych małżeńskich wrażeń też -
po prostu nie może w swe szczęście uwierzyćl
Nie może - i rób co chcesz!
Małżeństwo bowiem - jest to urządzenie
najlepsze od wielu stuleci!
Wierzcie mi - niejeden sam by się ożenił!
Tylko ma żonę. I dzieci.
O gdybyż tak można, proszę Magistratu,
tu pół etatu,
tam pół etatu?..
Na próżno mnie jednak
myśl ta oszałamia...
Monogamia - niestety!
Co to - monogamia?..
Kto raz za żonę pojął dziewczę hoże -
później już tego pojąć nie może!

Moja żona to mądra niewiasta!
Moja córka, proszę państwa, dorasta -
moja żona więc z głębi fotela
nieraz rad mojej córce udziela:
Nie szukaj, córeczko, mołojca!
Nie trzeba - popatrz na ojca:
nikt się na oko nie wyzna,
a jednak mężczyzna.
I Mężczyźnie nie trzeba urody.
Mężczyzna nie musi być młody.
Mężczyzna się nie ma
podobać nikomu -
mężczyzna potrzebny jest w domu!
Z mądrością to także przesądy -
intelekt to - dziecko - nie wszystko.
Mężczyzna nie musi być mądry -
wystarczy, jak ma stanowisko!
Mieć życie wewnętrzne bogate?
A po co mu? Popatrz na tatę!
Mężczyznę nam z nieba zesłali,
córeczko, nie po próżnicy:
mężczyzna i w sercu płomień rozpali,
i węgla przyniesie z piwnicy!
Czasami zaprosi do tańca,
podskoczy w rytmie klawiszy -
i wtedy mężczyzna
ma w sobie coś z samca:
tak dyszy, córeczko, tak dyszy!
Choć czasem,
gdy mówić już szczerze,
nachodzą go myśli niezdrowe
i wtedy w mężczyźnie
wręcz budzi się zwierzę!
Ale domowe, córeczko, domowe!
Nie szukaj, córeczko, mołojca!
Nie trzeba - popatrz na ojca...
Wtedy posłuszna swej mamie córeczka
spojrzała na mnie
z tkliwością i czcią nienaganną,
i z płaczem:
"Ja chcę być panną!"

Teraz prywatnie Wam coś wyznać chcę:
gdy bywam w Warszawie,
mieszkam w "Domu Chłopa".
I - co wam powiem -
gdzie jak gdzie,
ale na wsi to u nas Europa!
Lustra, marmury,
słowem poemat,
i to nareszcie na wiejski temat.
Gdy stanę tak w tej lśniącej sali,
myśląc, co począć z niedopałkiem,
aż drżę, by mnie tylko
nie wylali,
że niby chłop,
ale nie całkiem,
żeby nie zrobić jakiegoś faux pas,
żeby wyglądać
na prostego chłopa.
Lecz sam się zdradzam,
jakkolwiek stanę,
bo oczy mam jakoś rozbiegane...
Portierzy patrzą dziwnym wzrokiem,
recepcjonistka na mnie zerka...
Więc ja po schodach
tanecznym krokiem:
raz krakowiaka -
raz oberka!
Potem,
ażeby ochłonąć z tych tańców,
siadam na przyzbie.
Od placu Powstańców.
I siedzę,
a to serce wali,
żeby mnie tylko nie wylali.
Bo izba miła -
komfort, wygoda:
telefon, ciepła-zimna woda,
prysznic
i winda działa znakomicie...
Lubię to proste chłopskie życie!
Do wszystkich z uśmiechniętą miną
tu rzucę "A dyć",
tam wtrącę "A ino!"
Czasem zagadnę:
"Jak tam, Kumie,
czy obrodziło latoś u Bacy?"
A Kum po francusku,
że nie rozumie...
Ci chłopi teraz jacyś tacy.
Zapewne z wyższych chłopskich sfer -
ja wiem? – z PGR?...
Lecz ja się do nich upodobnię!
Już zamówiłem czarne spodnie
i jeszcze krawiec do nich uszyć ma mi
taką czarną siermięgę...
Z jedwabnymi klapami.
Może być kamizelka
albo wolę - bez.
A tutaj - muszka.
(Znaczy się - giez.)
Tu u mankietów spinki jak dwie śliwki
i wieczorem w tym wszystkim -
widzicie -
wychodzi się hen...
Na podorywki!
Lubię to proste chłopskie życie...
W izbie radyjo -
wdzięczna muzyka -
i świerszcz za kaloryferem cyka...
Tam cyka,
a tu serce wali,
żeby mnie tylko nie wylali.
Bo żyję sobie niby książę,
lecz wciąż nerwowo drżę przed gafą...
Ubranie na noc
w snopki wiążę.
I kosę trzymam za szafą.
Gdy mnie namawia ktoś do kina,
"Nie mogę - mówię. -
Dyć ozimina!"
A gdy już księżyc świeci blado,
do łóżka kładę się
z „Gromadą"!
Jeśli wykryją mi jednak protoplastę,
to pójdę z ostatnią w sercu nadzieją
i się powołam
na sojusz Wsi z Miastem!
No co?...
Sojusznika wyleją?!

Tak, podróże kształcą!
Wszystko wiem - eureka!
Po zwiedzeniu Europy i innych zagranic
znam już tajemnicę pochodzenia człowieka:
człowiek zwykle pochodzi
z Łodzi
lub z Pabianic...
Coraz mnie ktoś zaczepia w bramie:
- Niech pan mi powie, panie Wieszcz,
czemu w New Yorku
w kościach mnie łamie,
kiedy ma w Kutnie padać deszcz?
A przez Chicago idę,
jakbym szedł przez Kraków -
tyle tu wszędzie Rodaków.
A każdy z kieliszkiem:
"Pan pozwolisz" -
a wszystko, co golisz,
to jest polish...
Wiśniówka do kolacji,
Czysta przy obiedzie...
Wprost sam z ust się wyrywa
patriotyczny pean:
- Och, jak ta wódka od nas jedzie!
- Aż - za ocean!
Czuję się jak w Kraju,
w polu, na majówce:
nawet trawka zielona też polska!
W "Żubrówce".
Czasem to nawet myślę,
chodząc po ulicach:
- Tak, wszystko cacy-cacy,
lecz gdzie tu zagranica?
To po to mam ten paszport,
żeby polskie racuszki
jeść w knajpie Kowalskiego
przy ulicy Kościuszki?!
I pod pomnikiem żeby Pułaskiego
po polsku popłakiwać
ze szkolnym kolegą?!...
A potem mnie spytają
w Bielsku czy w NasieIsku:
- Pan już pewnie świetnie mówi po angielsku?
- Siur! - odpowiem. - Mógłbym.
Paszport był i wizy...
Tylko tajmu nie było.
Strasznie byłem byzy.
Drajwowałem wciąż karą
po hajwejach kłusem.
Czasem w kofiszopie
jakiś hat-dog z dżusem...
Wszystko - kuik!
Tylko z rzadka jakiś relaks w mintajmie -
i te drimsy męczące...
- Nocą przy munszajnie,
żeby kogoś kisnąć!

Znaczy się gerlfrenda.
Była jedna. Dość lawli.
Tylko miała hazbenda!
Lecz gdy fejs jej ujrzałem
(z mejkapu wyzuty),
pomyślałem tragicznie:
- Aha, taaaaakie bjuty!
A po angielsku nie umiem.
Za to każdy przyzna,
że się wzbogaciła
ta moja polszczyzna.

dla wybierających się w odwiedziny
do Warszawy Polaków z zagranicy...
...żeby mógł coś zrozumieć z tej dzisiejszej mowy
emigrant - po naszemu - Rodak dewizowy...
Bo w obecnej polszczyźnie
co krok to pułapka,
czyli tak zwane robienie wariata:
na młodą dziewczynę mówi się b a b k a,
na garsonierę mówi się c h a t a.
Przy czym z babki w chacie
wtedy masz pociechę,
gdy cizia jest f a j o w a,
czyli babka w d e c h ę.
Taki zaś ruch ręką
wyraża świadomie.
że dama na najwyższym światowym poziomie,
czyli jak w Warszawie mówi się i słychać:
dziewczę ma na czym usiąść
i ma czym oddychać.
Nie dajcie się omamić czułych słów urokiem!
Na przykład t a t a z m a m ą
to spirytus z sokiem,
a czyniąc tę miksturę
dbają polskie dziatki,
żeby w niej więcej było ojca
niźli matki.
Również chały w piekarniach
dzisiaj się nie szuka.
C h a ł a to rzecz duchowa:
film, powieść lub sztuka...
Nie należy jednakże,
gdy sztuka wspaniała,
zginać ręki z zachwytem,
mówiąc "Taaaka chała!"
Kiedy zjeść coś zapragniesz,
bowiem pora już ta,
mówisz damie wytwornie:
"Rzuciem coś na ruszta!"
Przy czym wiedz,
że trucizna taka zwykła - to lizol,
ale to, co podają w Orbisie,
to bryzol!
I mylić nie należy.
Całkiem różna treść.
Można śmiało w t r a j a ć,
w t r z ą c h a ć,
czyli jeść.
Słowo "truć" dziś inaczej pojmuje warszawiak:
nie ten truje, kto karmi,
lecz ten, co przemawia!
Gdy ci więc przypadkiem
t r u j e jakaś postać,
że w Warszawie wszystko
można teraz dostać,
odpowiedz: "Mowa trawa!" Nie daj się ogłupić.
Dostać nic nie można
-wszystko trzeba kupić!
I tu do najważniejszej
przejdziemy z gramatyk,
czyli do najczystszej poezji języka:
10 złotych to d y c h a,
1000 złotych to p a t y k,
a pięćsetka to b r u d a s względnie pół patyka.
Jeśli idzie o pieniądz, to panuje zasada,
że jak masz, to w porządku,
czyli "mucha nie siada".
Gdy jest forsa,
jest cizia
i szkło, czyli flachy,
i zabawa do rana,
czyli "ubaw po pachy"!
I szałowe uciechy,
i kuszące uśmiechy,
i "Chodź, cizia, za budkę,
skrzyżujemy oddechy!"
Bez pieniędzy natomiast
chodzisz z smutnym obliczem,
bo jak mówią w Warszawie
tuż pod Mickiewiczem:
"W y s i a d k a!
Czyli k r e w a!
Czyli - l e ż e m i k w i c z e m!"

Nie wiem - i szczerze się tu przyznam -
ciekawość dręczy mnie szalona,
czemu najgorszym - proszę pań -
kataklizmom
daje się wdzięczne kobiece imiona...
Naukowo się daje!
Nikt więc nie zaprzeczy,
że coś tam, proszę pań,
być musi na rzeczy.
Jakieś jest tej sprawy sedno
czy margines -
że huragan - to "Flora",
"Cecylia" lub "Inez" -
że jak już powietrzna trąba czy fanfara,
to Irena na ten przykład
albo też Barbara!
Widocznie - proszę pań - de facto
i - proszę pań - de iure
tajfun płeć ma kobiecą!
Albo chociaż naturę...
Zresztą – co tu mówić:
znam się z pewnym panem -
zwyczajny Polak. Z Torunia.
Ożenił się, proszę pań, z huraganem!
"Dziunia”.
Dziewczyna młodziutka -
owszem - prima sorta...
Osiemnaście!
W skali Beauforta.
Toteż zwracam się do szefów Meteorologii:
w imię sprawiedliwości!
Może by tak mogli
jakiś ciepły, promienny, wiosenny poranek
męskim nazwać imieniem?..
Proponuję: Marianek.

W chłopięcym już to stwierdzasz wieku,
że świat wciąż robi ci na przekór.
Na drodze życia już od razu
nie - znaki zakazu:
Nie wolno piłką rzucać w okno.
Nie wolno w majtki, bo ci zmokną.
Nie wolno ciastek kraść mamusi.
Nie wolno patrzeć na Jędrusik.
Nie wolno chodzić ci, boś dziecko,
na tę filmową twórczość szwedzką.
Nie wolno kłamać w życia wiośnie.
Nie wolno kląć - aż się dorośnie.
Nie wolno palić ani pić -
bo wciąż ci mówią:
Wstydź się, wstydź!
Aż gdy w wiek męski zdołasz zmienić
tę młodość szkolną i mozolną -
wolno ci będzie
się ożenić...
I znów ci nic nie będzie wolno!

Są ludzie i ludzie -
rzecz ogólnie znana,
ale jest, proszę państwa,
jeszcze trzecia odmiana:
wielbicielki artystów...
Im nic nie udaremni
zgłębiania
cudzych
prywatnych
tajemnic...
Panie - wiedzące wszystko!
W skrócie: w s z y s t k o w i e d ź m y.
Nie ma ich pośród państwa?
Nie ma?...
No, to jedźmy!
Byłem raz na koncercie -
jako zwykły widz.
Siedziałem koło pani,
która w Grójcu mieszka.
O swoich koleżankach
nie wiedziałem nic -
dziś już wiem o nich wszystko!
Także - o koleżkach.
Pani była rozmowna,
życzliwa i szczera:
- Spójrz pan na tę śpiewaczkę!
Jak tę buzię otwiera...
Ona wcale nie śpiewa,
ona ucho ma z drzewa.
Za nią stoi taki stary,
gruby Plejbek...
I on śpiewa!
Prywatnie z tym Plejbekiem
także się spotyka.
Tak - w żyłach krew nie woda...
Wiem od hydraulika.
Ładna? ... To co, że ładna?
Nie zazdroszczę dziewczynie.
Dla mnie, proszę pana,
bogi były łaskawsze...
Uroda! Cóż - uroda?
Uroda przeminie!
A brzydota zostanie na zawsze!
Czy ją łączy coś z pianistą?
Tak panu mówiono?
Ależ skąd - nic nie łączy:
już jest jego żoną.
Więc go zdradza oczywiście.
On ją też - i owszem.
On co prawda rzadziej,
ale za to z "Mazowszem"!
O, tamta - widzisz pan! - porządna!
Uczciwa, bez zmazy...
Sztuce się oddała!
I to tylko dwa razy.
Swoje dziecko wychowuje
pośród samych dziewczynek...
Taka skromna, proszę pana:
nie poznała, że synek.
Tylko chora, biedactwo,
na wątrobę i nerki -
w telewizji już jej nie dają,
nigdy, nawet w Kobrze...
Musieli wciąż przepraszać przez nią.
Za usterki.
Na łączach coś z nią niedobrze.
Nie pomaga, kiedy nawet
kontrast się wyostrzy:
taka blada, że ją widać
tylko do Bydgoszczy!
Za to ta -
spójrz pan -
buzia różowa i gładka.
Operacja plastyczna, proszę pana!
Z pośladka.
Tam ma teraz te zmarszczki,
które miała na twarzy.
I nie może się -
biedactwo! -
pokazać na plaży.
Oj, nie ma w moim sercu
zazdrości ni zawiści -
mają swoje dramaty,
proszę pana, artyści!
O Załuckim pan słyszał?
Tragedia ponura...
Żal mi go,
choć to kawał hulaki i lenia.
Wszystko mu, proszę pana,
wycięła cenzura -
i to
bez żadnego znieczulenia!
Dziś po parkach grasuje
odmieniony paskudnie
jako
Wampir Pragi-Południe.
W ręku kopia, proszę pana,
w zębach oryginał,
twarz cała posiekana!
Zawsze się zacinał...
Widzicie, drodzy państwo:
nam nie wznoszą pomników,
bo czymże jesteśmy?
Rozrywką dla mas.
Krajową -
nie znamy wszak
obcych języków...
Obce języki
Znają za to nas.

To nie jest żart ni facecja –
tak się przyjęło w opinii:

Bydgoszcz to polska Wenecja,
Wajda to polski Fellini,
Dygat to polski Moravia,
"Halka" to polska "Traviata" –

i jeszcze mnie każdy namawia
na kupno "polskiego Fiata"!...

Do dzisiaj wspomnień tych mi żal -
to był doprawdy dziwny bal:
biały walc szalał nieprzytomnie
za oknem piał już
pijak pierwszy -
i wtem zaczęły
zjawiać się koło mnie
kobiety z moich dawnych wierszy...
Owa Polka tęskniąca daremnie,
a z nią Włoszka kusząca pieszczotą -
i na nowo walczyć jął we mnie
internacjonał z patriotą...
Potem ta, która rzekła
mi kiedyś ponuro,
że ja nie grzeszę fizyczną kulturą.
(Ból mnie wtedy przeszył,
zły spojrzałem na nią:
- No, cóż... Gdybym grzeszył,
to i tak nie z panią!)
Potem tamta - poznana w Sopocie.
Niebrzydka, miła i hoża -
o niedostępnej niemal cnocie,
za to z dostępem do morza.
Pomnę, jak studząc me zamiary,
już dawno czyniła mi wstręty:
- Za stary! - mówiła.
- To co, że stary?
A może nie-do-roz-wi-nię-ty?!
Może spóźniony? I to znacznie?
I teraz się dopiero zacznie?!
Wreszcie jedyna miłość w życiu...
Nie ta z tych ładnych, nie...
Z Poznania.
Ta, com jej szeptał:
"Kotku... Kiciu..."
Aż poszła.
Do Akcji Odszczurzania.
Teraz stanęły wszystkie rzędem...
Czy będę tańczył?
Nie, nie będę.
Nie będę, wszak mówiłem wam:
nie mogę.
Ja siebie znam:
na twarzy powaga i smutek,
a w środku - ho, ho!...
Filutek!
A człek subtelny jest i czuły
i wciąż moralne ma skrupuły.
Skrupuły ma nawet wtedy,
gdy jakiejś kobiety pożąda -
bo może to jeszcze dziecko,
tylko tak staro wygląda?!
Odeszły więc,
bo dałem im kosza,
a każdej z nich niebodze
kapały łzy do biustonosza,
bo tamtędy
im było
po drodze...
Ale nie poszła żadna do innego,
choć pięknych panów w krąg masa...
Ani do Cybulskiego,
ani do Dziewońskiego,
nie poleciała żadna na Gołasa..
I to jest właśnie
cała radość z zawodu poety,
że może sobie wymyślić
takie wierne kobiety.

Jestem sobie zwykły
połatany przechodzień.
Te łaty nie od święta -
nie, stać mnie na co dzień. To nie ekstrawagancja ani żadna zbrodnia - to kwiaty uczciwości
kwitną na mych spodniach! I na płaszczu też
plamą zakwitają zaszczytną... Ale nie szkodzi. Jeszcze rok - a przekwitną.
I
Jeszcze tylko ten roczek - tylko tyle właśnie -
karku mój, łachman ten taszcz! A ja,k będzie spokój,
jeśli nic nie trzaśnie -
za rok zaoszczędzę na płaszcz: z kołnierzem, na futrze, marengo...
Nie będę już czuł się łazęgą. Przełamię kompleks. I melancholiję...
Ostatni krzyk mody -raz się szyje! Będą się oglądać panowie i panie...
,I
Za rok.
Jeśli spokój.
Jeśli nic się nie stanie.
Czytam więc tę prasę
i słucham dziennika - i widzę,
jak ten płaszcz mój zjawia się...
I znika...
Zjawy migotliwe - raz dłuższe, raz krótsze - ale zawsze marengo!
Z kołnierzem.
Na futrze.
Bo też ta Historia
wszędzie swój pcha nos
do drobnych ludzkich smutków i frajd.
I tam, gdzie diabeł
mówi "Dobranoc" - i tam, gdzie mówi "Good night".
Niby mój własny problem -
i basta.
Szaraczek. Z prowincji.
Nawet nie z Warszawy. A coraz to różne
kraje i mocarstwa
wtrącają się w moje osobiste. sprawy.
To znaczy zwłaszcza
w sprawę mego płaszcza!

Czy mnie to szczęście
,spotka, czy ominie,
w Kongo się rozstrzyga, w Laosie,
w Berlinie...
O, jakaż ta Polska wielka! Jak się rozprzestrzenia, jeżeli idzie
o zmartwienia.
Wtrącają się
Iwysoko postawione osoby, choć ja się nie mieszam do ich garderoby.
W cale się przecież I nie zajmuję nikim, -- co, kto
Ii pod jakim płaszczykiem...
A na mój się uwzięli!
Ciągle ktoś zachwaszcza międzynarodowy problem
mego płaszcza:
dzisiaj Johnson ma mowę, De Gaulle ma pojutrze -
w sprawie mego płaszcza... Marengo.
Na futrze.
Może i ja ważniejszy, niż sobie myślicie:
mój płaszcz w ONZ-ciel

I tnój płaszcz na Szczycie! O tnój płaszcz się spiera potęga z Potęgą:
zielony czy marengo? Z jakiego materiału? Jaki ma być krój?
Czy ostatni krzyk mody,
, .?
czy moJ Wysoka Władzo i Magistracie!
Chcieliście Gogola, no to go macie.

Wciąż śpiewają dwie postacie
a wraz z nimi śpiewa chór:
"Nie ma niewiast w naszej chacie!"
Tak przez cały "Straszny dwór".
"Nie ma niewiast w naszej chacie"
śpiewa tenor, śpiewa bas...
"Nie ma niewiast w naszej chacie"
powtarzają raz po raz...
Czas by poddać już erracie
tę najoczywistszą z bzdur,
że brak niewiast w naszej chacie...
Trzeba zmienić "Straszny dwór".
Dzisiaj inne są dramaty,
które psują życia wdzięk:
są niewiasty - nie ma chaty!
Chaty nie ma - i w tym sęk.

Czas to czwarty wymiar...
Czy można czas przesunąć w przestrzeni? Nie...
Czy można czas zawiesić na drzewie? Nie!
Ale można w czasie.
Dlatego pewnie dostałam sześć miesięcy
z zawieszeniem na dwa lata.
Niby logicznie, ale niesprawiedliwie.
Za fizyczne i moralne znęcanie się nad powodem.
Powodem był mój mąż.
Powód zawsze musi się znaleźć...
Ale, proszę Narodu,
nie biłam powodu bez powodu!
Nie, to nie wódka -
alergia, proszę Sędzi:
na widok męża ręka swędzi!
Pijaństwo mi wpisali do sądowych kronik...
Czyż przed własnym mężem
dmuchać mam w balonik?!
Fizycznie? Owszem, czasem się go walnie.
Lecz że moralnie się znęcam?..
Wolałabym - niemoraInie.
Ale niestety klops.
Odpada.
W małżeństwie już od świtu zmierzcha...
Małżeństwo to jak warszawska defilada:
Wola maszeruje -
Ochota już przeszła...
Gdy wracam, łeb mu kornie zwisa,
a ja spoglądam nań z zadumą,
potem cytuję mu Camusa:
"Ty dżumo!"
Wzrostu ma prawie dwa i pół metra,
za sobą prawo,
a przede mną - pietra!
Choć mu po wczorajszym jeszcze nie obeschło,
podchodzę i mówię:
- Mieciu, podaj krzesło!
Nie to niziutkie... Nie to, tamto!
Przysuwam. Włażę... I - manto!
Biorę na świadka każdą żonę,
że historycznie uzasadnione!
On pyta mnie, za co... O, lebiego!
Choćby za sześć żon Henryka VIII!
Do Anny Boleyn w zaświaty
wysłałam telegram:
"Anno, głowa do góry!
Ja tu się odegram!"
Mężczyźni, nie znam litości -
porzućcie wszelką nadzieję...
Oto jest ręka sprawiedliwości!
Nie ta... Tą go leję!
Przypatrzcie się tej wątłej rączuchnie...
A Miecio - puchnie.
Bo to idea daje jej podnietę:
bo to nie zwykłe pijackie draki.
Do bicia zawsze wynajdzie się pretekst!
Bitemu wszystko jedno jaki...
Za łzy żon krzyczących o pomstę do nieba
tą samą monetą - tyle ile trzeba!
Za krzywdy wszystkich Polek
w całym tysiącleciu -
Masz, Mieciu!
Masz Mieciu!
Masz Mieciu!...
Kobieto, wstań i za mną idź,
aż wszystkie krzywdy nam się spłacą.
A męża trzeba bić -
nie pytać, tylko bić!
On sam już będzie wiedział za co...
A choćby nawet niewinny był facet -
Historia pozwala!
Masz babo placet!
Jeśli się której fajtłapa poszczęści,
to walka płci - na zęby - na pięści!
Lany poniedziałek dać mu na początek,
a potem wtorek...
Środa...
Czwartek...
Piątek...
Tu nie czas na litość, co z słabości płynie!
Miecia też mi żal,
Miecio sam nie winien:
Ani łajdaczy się nikczemnie,
wybiłam mu z głowy knajpę i zabawę.
Jeśli podbite oczy miewa -
to przeze mnie!
Osobno: raz lewe, raz prawe.
Jednak już wiem to bez wątpienia
I Ty też wiedz - Wysoka Władzo -
nie zdzierżę dwóch lat zawieszenia!
Chyba... już jutro mnie wsadzą...
Niech będzie prycza z desek, bez pościeli,
i chleb, i woda - bez kalorii,
lecz o jedno proszę:
w politycznej celi!
Bo ta rączka działa w imieniu Historii.
Tekst był wykonywany na scenie przez Alinę Janowską.

Już jestem wolny!
Siódmą dobę.
Rozwód się odbył bez kłótni, bez draki.
Różnica poglądów.
Na moją osobę.
Powód - to ja. Jako taki. Owaki!
Koniec niewoli dla ducha i ciała.
Więc nie - nie na zawsze
człowiek się zaprzedał!
Sąd dał mi rozwód.
Żona mi dała.
A Urząd Mieszkaniowy nie dał.
Można mieć w Polsce własne zdanie,
lecz trudno o mieszkanie na nie...
Ale wszystko okay -
znaczy: koniom lżej.
Bo choć dalej razem, za to w innej roli:
Obcy mężczyzna.
Obca kobieta.
"Pani pozwoli!"
"Pan pozwoli..."
"Od dzisiaj śpimy na waleta!"
Nic nas nie łączy - wszystko dzieli
z wyjątkiem wspólnej pościeli...
A więc maleńka dyskusja co do
kwestii "Czyj jasiek? Czyja poduszka?" -
i już oddycham pełną swobodą
na mej niezawisłej połowie łóżka.
Rano ocieram słodki sen z powiek:
zbudził się inny -
wolny człowiek!
Wynika wprawdzie polemika,
która jest czyja
połowa ręcznika -
ale wytworna...
Nie psioczę, nie wrzeszczę.
Niech sobie nie myśli,
że kocham ją jeszcze!
Tak oto tempora mutantur...
Ja teraz do niej jak do damy:
żadnych pogróżek,
żadnych awantur.
No, trudno, już się nie kochamy...
Przeciwnie:
sprzątnę, zniosę śmiecie...
Jak tu nie pomóc obcej kobiecie?!
Czasem z kwiaciarni jakieś zielsko.
A widząc minę jej zdziwioną,
uśmiecham się...
Uwodzicielsko!
Niech wie, psiakrew, że nie jest żoną!
I tak mi fajno, aż zacieram ręce...
Nikt mi nie gdera, nie poucza.
Tam niezależna kobieta w łazience,
tu ja - niepodległy
przy dziurce od klucza!
(Nie bez powodu, nie bez chrapki:
zawsze lubiłem obce babki!)
Wytężam nieco wzrok, bo krótki...
Ładne, cholera, te rozwódki!
Ponętna kibić -
i ramiona...
Od razu widać, że nie żona!
A ona także teraz bywa
i jakaś milsza, i troskliwa.
Raz nawet, widząc me amory,
spytała mnie:
"Czyś ty nie chory?"
I tylko z żalem wspominamy,
smażąc we dwoje karmenadle,
lata stracone już na amen
w strasznym małżeńskim
naszym stadle:
nic - tylko żarliśmy się co dzień,
wieczne pretensje i problemy...
A dziś? Inaczej!...
Miło, w zgodzie...
Może się nawet pobierzemy?

Tak - Alleluja!
Decyzja powzięta:
odpocznę sobie przez te święta!
Za wszystkie trudy
codzienne i mroczne -
fizycznie, psychicznie
nareszcie odpocznę...
Od rana już:
wanna,
potem gimnastyka poranna -
i marsz do Wawra w strony obie
(a maszerując się skacze i kuca),
żeby dotlenić sobie płuca...
Dotlenię sobie!
Potem śniadanko:
dzieci, wnuczęta -
jedno się drze, a drugie się pęta...
Odpocznę sobie -
jak święta, to święta!
Potem przyjęcie małe zrobię:
Glińscy, Lipińscy, Ciupskie obie...
Ja na Ciupskie mam fobię,
one mnie na wątrobie -
odpoczniemy sobie...
Potem zaprosi ciotka mnie, bo
u niej pyszności schab i indyk -
po prostu w gębie siódme niebo!
Siódme niebo - bez windy.
Zabiorę kwiatów więc naręcze -
odpocznę sobie...
Na półpiętrze.
A wieczór u Stasiów -
jak rokrocznie.
I znowu trochę się odpocznie.
Po domowemu: swojska dzicz -
paru aktorów, parę kobiet...
Wóda, wódeczka, wódzia, brydż...
Odpocznę sobie!
Nad ranem mała irredenta,
ktoś zechce tańczyć - przecież święta.
A więc charlestony, paso doble,
kujawiak, polka, twisty skoczne...
Uwziąłem się...
Odpocznę sobie!
Ducha wyzionę - a odpocznę!

Gdy raz wypiłem parę wódek,
Zjawił się u mnie
Krasnoludek.
Spojrzał na flaszkę na mym stole,
Na pięciogwiezdną aureolę
(Co to pięć gwiazdek - wam izwiestno)
I gorzko westchnął:
"O smutku, coś mą duszę zaległ!...
Piją furmani i poeci -
A gdzież się urżnąć ma krasnalek?..
W bajce dla dzieci?!"
Siadł więc na stole pełen smutku
I pił - pokorny, skromny, cichy -
Twierdząc, że jest coś w krasnoludku,
Iż czasem musi!...
Bez zagrychy.
Niekiedy mruknął:
"Dobra... Chłodna..."
I mrucząc wypił flaszkę do dna.
Potem - choć wzrostu miał trzy cale -
Rozrabiać zaczął niebywale.
Napisał sosem na serwecie:
"Krasnoludki są na świecie!"
Zademonstrował rock and roll,
Rozbił lustro, krzycząc "Gol!"
Spalił dywan papierosem,
Wannę zatkał kabanosem,
Ściągnął obrus,
Szklanki stukł,
Mnie samego zwalił z nóg
I podniósłszy dziki krzyk,
Zbudził żonę, po czym znikł...
A żona, widząc t a k i e skutki,
Dalej nie wierzy w krasnoludki!...

Każdy miał lat dwadzieścia parę,
dżinsy, elektryczną gitarę -
opaleni jak prosto z patelni...
Przyszli rozśpiewani,
wysmukli i prości
i wygryźli mnie...
Z mojej młodości.
Bezczelni!
Wygryźli, nie bacząc na wiek
i na wiedzę...
A już myślałem, że tak mocno siedzę!
Że choć do przyszłego maja...
W ZMS-ie stosunki,
u fryzjera chody...
Co robić? Jak człowiek
tak długo jest młody,
to człowiek się przyzwyczaja!
Zbierałem
autografy i znaczki,
zapuszczałem
brodę i baczki,
tańczyłem twista,
zjeżdżałem z poręczy...
A taka młodość to cholernie męczy!
Wyczerpywała mnie gorzej aniźli
praca na życie...
I co?.. I - wygryźli.
Najpierw było zdumienie:
co za brak wychowania -
czemu ta dziewczyna
pierwsza mi się kłania?
Potem ironia zjawiła się cienka,
mody zaczęli uczyć mnie młokosi:
"Tak - kiedyś noszono kobiety na rękach,
dziś już się tego nie nosi!"
Potem spostrzegłem:
sylwetka się zmienia...
Są pewne błędy i - nie do patrzenia!
Na głowie tu i ówdzie
już gładkość atłasu
i uczesanie - w ząbek czasu.
Aż wreszcie pewna z młodych kobiet
zaczęła mnie błagać w euforii:
"Niech Pan opowie - proszę - coś o sobie,
bo mam egzamin z historii!"
I koniec...
Zewsząd szacunek i takt
z tą arogancją połączon bezwiedną,
dla której czterdzieści
czy sto lat
to absolutnie wszystko jedno!
Teraz chadzamy po brzegu piaszczystym
z pewnym panem wpatrzeni w nurt wody...
On mówi:
- Wie pan, ja byłem ministrem!
Ja mówię:
- Wie pan, a ja byłem młody!...

Było jak co wieczór...
Wznowił mi ten ból się!
Przyszedł lekarz -
Potrzymał mi rękę na pulsie
I zapisał z zapałem
Jakieś proszki na poty...
- Czy to groźne? - spytałem.
- Nie, niegroźne: sto złotych!
Ale jedno, Doktorze,
Mnie się nie podoba:
Skąd właściwie u mnie
Tak kosztowna choroba?...
Lekarz myślał...
Pomyślał
I spytał czym prędzej:
- Czy w pańskiej rodzinie
Nie miał ktoś - pieniędzy?
Rzuciłem jemu
Spojrzenie niewinne...
- Nie miał, panie Doktorze.
To u nas rodzinne!
Jakaś dziedziczna wręcz epidemia:
Mój dziad po pradziadku
Już to miał, że nie miał!
A potem z mężczyzny
To szło na mężczyznę -
Aż zaraziliśmy
Całą Ojczyznę!...
1958 r.

Staczam się i staczam
niżej z każdym dniem.
(Lenistwo winne, alkohole...)
A rozpacz moja
tym większa, iż wiem,
że Pana tam spotkam na dole.

Najpierw za męża miała Leona,
potem był Franio,
teraz Henio...
Bo dziś -
jak się trafi wierna żona -
to wszyscy się z nią żenią!

On stracił dla niej rozum -
ona dla niego cnotę...
Niestety -
potem rozum
zjawił się z powrotem.

Próżno padałem jej do nóżek -
na nic westchnienia słane skrycie...
Wreszciem ją urzekł
najgorszą z pogróżek:
- Będę cię kochał całe życie!

Ślub się odbędzie w środę
bez względu na urodę.

Opowiadał raz ktoś mi –
ktoś z New Yorku czy z Grójca –
jak to skończył ze sobą
pewien somobójca:

stanął na krzesełku,
spojrzał na futrynę,
i założył sobie...
Rodzinę.