Jest to właściwie tajemnica
Dość osobistej natury;
Miałem interes do księżyca...
By pełnią świecił z góry!
O to mi szło, ażeby jaśniej,
Bo gość był w pierwszej kwadrze właśnie...

- Dla pana - mówię - to drobnostka,
Kosmiczna błahostka,
A dla mnie - nie bez znaczenia!
Poetą wszak się - mówię - jest, nie?
Więc ma się - mówię - kilka westchnień
Pilnych do załatwienia!
Ponadto parę wzlotów duszy
Odwalić dziś koniecznie muszę...
I spotkać mam się pod kapliczką
Z pewną przystojną lunatyczką -
W związku z czym pełnię muszę mieć.
Więc całą gębą -
Proszę -
Świeć!

Pomimo argumentów tylu
I tylu słusznych przecież zdań -
Księżyc wciąż świecił mi z profilu...
No, nie drań?

- Mnie się od pana,
Bądźmy szczerzy,
Też - mówię - jakiś wzgląd należy!
Drukuję przecież w prasie
Recenzje z pańskiej działalności,
To znaczy wiersze o miłości,
O snach, co to je ma się...
Ponadto, drogi przyjacielu,
Wspólnych znajomków mamy wielu
Z lirycznych zwłaszcza kół...
Od lat są z panem za pan brat.
Niejeden nawet z pana spadł!
Ja sam -
Tak pół na pół...

Słusznie więc na twe względy liczę -
Kontakty nie w kij dmuchał.
Pokaż, księżycu, swe oblicze!
Posłuchaj!...

Nie posłuchał.

Lecz kończę wiersz ten z myślą błogą,
Że jego morał dla nikogo
Nie jest już tajemnicą:
Wbrew temu, co się ciągle mniema,
Widzicie - kumoterstwa n i e m a!
(Na księżycu).

"Cogito, ergo sum",
czyli "Myślę, więc jestem!" -
Tak powiedział Kartezjusz...
A ja tu z protestem!
Bo biorąc pod uwagę
wymienione schema,
Znaczyłoby:
"Nie myślę - czyli że mnie nie ma!"
Co istotnym jest błędem,
gdyż w takowy sposób
Nie byłoby na świecie
bardzo wielu osób:
Producenta żarówki
" takiej, co nie świeci,
Pewnej pani, co pisze
książeczki dla dzieci,
I szewca, co mi uszył
dwa lewe buciki,
Autora pewnej dla mnie
niechętnej krytyki,
Kierownika Wytwórni
nielepkiego lepu,
I kierownika sklepu,
co wziął to do sklepu,
I pewnego poety
z sąsiedniej parafii
(Który rzekł, że satyrę -
to on też potrafi!),
I tego moralisty,
co go miłość drażni,
Tych, co myślą, że mądrzy -
no bo są poważni,
Tego, co skradł mi portfel -
wesół, że się odkuł,
Satyryka, co pisze:
"Hej, zniszczmy w zarodku!",
Kolegi, co dla sławy
powiesić się gotów
I kilku tym podobnych
znajomych idiotów...
Ci wszyscy wymienieni -
wbrew Kartezjuszowi -
Nie myślą, a istnieją,
żyją i są zdrowi!

Przywoływałem pośród łkań ją:
- Przyjdź do mnie, przyjdź -
Megalomanio!
Bez ciebie gorzko - z tobą błogo...
Z tobą, najmilsza z wszystkich chorób,
Mógłbym pisywać lewą nogą
Nie przeczuwając, żem brakorób!
Z wypiętym dumnie chodzić torsem -
Pewien, że wszyscy czcić mnie muszą -
I głośno kłócić się o forsę,
Jaka należy się geniuszom!
Gdybyś tu była, gdybyś się ku
Moim zbliżyła niskim progom -
Wysyłałbym ten wiersz bez lęku,
Że go odrzucić "Szpilki" mogą...
Bo gdyby nawet - to specjalny
Miałbym stosunek do tych spraw ja:
Jasne! Dlatego żem genialny,
Zwalcza mnie klika - tudzież mafia!
Tak jak z twórczością Mickiewicza -
Niejeden t e ż szkalował drań ją!
Megalomanio!
Słodka!
Bycza!
Pamiętaj, przyjdź - Megalomanio!
Nie przyszła.
Nie - że nie pamięta!
Nie może: strasznie zajęta!!!

Wciąż bronię się ze wszystkich sił,
Tłumaczę się daremnie:
Gogol? Już był.
Szczedrin? Był!
Czego wy chcecie ode mnie?
Myślałem, żem przekonał już,
Lecz bractwo się uwzięło:
"Satyrę wiekopomną twórz!"
"Stwórz epokowe dzieło!"
Tamten mi grozi,
Ów mnie łechce:
"Nam trzeba w satyrze g e n i u s z a!"
A guzik!
A mnie się nie chce:
Nie lubię, jak mnie się zmusza!

Idzie w teatrze
Wesoła sztuka...
Dobra? Tak sobie...
Może - nie wzór.
Publiczność przyszła.
Śmiechu tu szuka.
On szuka także...
Dziur!
Przyjdzie i siędzie
Gdzieś w pierwszym rzędzie
I wie już z góry:
Do bani będzie!
Więc że tak wszystko
Przewidział z góry,
Nim rzecz się zacznie -
On już ponury.
Spojrzenie twarde,
Zimne i dumne -
Jakby tu miarę wziąć miał...
Na trumnę!
Jak gdyby aktor
To był zabójca,
Co jemu matkę
Zarżnął i ojca.
Nic nań nie wpłyną
Brawa i śmiech nie,
On raczej zdechnie,
Niż się uśmiechnie!
Twarz z każdą chwilą
Wydłuża mu się,
Jak nie na sztuce -
Lecz na kaktusie!
I tak już czeka
Z tą długą twarzą,
Aż inni "znawcy"
Ją zauważą...
Potem spokojny
Wraca do domu,
Albo w znajomków
Popada rój,
Żeby powtarzać
Coraz to komu
Dowcip z tej sztuki...
Już jako swój!

Kultura?
Owszem - konieczna.
Lektura?
Rzecz pożyteczna.
Książki uwielbiam i cenię!
Lecz co to -
Przepraszam -
Za sposób,
Ażeby wciąż tyle osób
Wystawiać na pokuszenie?
Gdzie pójdziesz -
Wszędzie zasadzka:
Za rogiem,
Za węgłem,
Znienacka
Kram z kupą książek i ksiąg!
Zamiast przejść obok rozsądnie -
Człowiek przystanie...
Oglądnie...
Weźmie do rąk -
I już wsiąkł!
Ja sam raz naciąłem się grubo.
Dzisiaj.
W rocznicę ślubu.
W święto małżeńskiej miłości.
Posyła mnie żona
Do miasta...
- Kup (mówi) bakalii.
Do ciasta.
Bo zaprosiłam dziś gości.
Skocz (mówi) na jednej nodze!
Skoczyłem.
Kram był po drodze.
Stanąłem. Inni też stali.
Zerknąłem.
Widzę tom Prusa.
Nie kupić?
Nie mogę! Pokusa.
Kupiłem. Zamiast bakalii.
Wróciłem.
Żona w głos biada,
Że to się do ciasta nie nada!
Że z takim jak ja
Nie wytrzyma!...
I sama pobiegła do miasta
Po owe bakalie do ciasta.
Wróciła...
Z wierszami Tuwima!
Posłała córeczkę do miasta.
- Andrutów (mówi) kup paczkę!
Kupiła.
"Kaczkę dziwaczkę"!
Pobiegła teściowa do miasta
Po zwykłą musztardę.
Do mięsa.
Kupiła do mięsa... Dickensa!
Pobiegł synalek do miasta.
Po boczek.
Możliwie najtłustszy!
Przyniósł...
"W pustyni i w puszczy"!
*
A goście?...
Dziękuję. Nie szkodzi.
Prosimy - kto chce,
Niech przychodzi!
Miło nam będzie powitać...
Do mnie!
Do żony!
Do mamy!
Czym chata bogata - to damy...
Poczytać!

Sto razy na dzień mi się zdarza
Udręka ta, nieszczęście, pech,
Że muszę trafić na nudziarza
Z tą najnudniejszą spośród cech...
On - gdzie bym nie był - mnie dopadnie:
W tramwaju, w cyrku, w Kłaju, w Kładnie -
Daremnie chciałbym czmychać!
Choć wieję przed nim, że aż sapię -
On mnie dogania, on mnie łapie
I z miejsca: - Aaa!... Co słychać?
Jest urząd. Biurko. Ja za biurkiem.
Przed biurkiem zaś petentów krąg.
Pracuję. Pot się leje ciurkiem...
I nagle - nie wiadomo skąd -
Przez tłum petentów się przeciska
Ktoś znany mi zaledwie z pyska,
Dłoń ściska mi z wylaniem...
Omal jak syna nie obejmie,
By wreszcie spytać mnie uprzejmie:
- Co słychać, drogi panie?!...
Aż kiedyś to się stać musiało...
Robiłem bilans. Naglił czas.
Mnie się o milion nie zgadzało...
I wtem - w tym dniu już setny raz -
Ktoś ledwie mi znajomy z pyska
Podszedł,
Wziął krzesło,
Usiadł z bliska,
Uśmiechnął się wiośnianie...
Już czułem - jakbym w oczach czytał -
Że mnie zapyta...
I zapytał:
- Co słychać, drogi panie?!...
Na moim biurku przycisk był...
Marmur! Wiadomo - twardy głaz.
Cisnąłem. W niego. Z wszystkich sił.
I było słychać: "brzdęk" i trzask!
Włos dęba stanął mi na głowie.
Com ja uczynił? Koniec! Grób!
Ciarki mnie przeszły - oraz mrowie!
A on jak trup
U moich stóp.
Lękiem przejęty oraz skruchą
Do piersi mu przykładam ucho -
Czy przestał już oddychać...
Już ledwo mu faluje biust -
Szept tylko płynie z bladych ust:
- Aha... To pan... Co słychać?...

list do redaktora "Przekroju" w związku z jubileuszem i krzywdą osobistą
Ej, lecą te latka, lecą
Nad naszą piękną Ojczyzną!
Postarzeć przyszło się nieco...
(Mężczyznom, mężczyznom!)
Ząb czasu, mój Redaktorze!
A jeśli już o tym zębie -
Ciekawe,
Że serc się nie ima,
Lecz działa przeważnie na gębie..
Na pańskiej zwłaszcza.
Na Kerna...
I Strychalskiego po trosze...
Ja tylko trzymam się jakoś.
(Co -proszę?)
Pamiętam ów zarost bogaty,
Co Pańską skroń wówczas wieńczył,
I pomnę Pański przed laty
Błysk w okularach młodzieńczy,
Gdy-
Jako młode pacholę,
Lat temu dziewięć już może -
Złożyłem na Pańskim stole
Mój pierwszy wierszyk - niebożę...
(Ej, mógłby Pan przy tej okazji,
Przy tym nawale wspomnień -
Postawić kieliszek małmazji,
Lub - pismo
Na wyższym poziomie!...)
I nie wiem, czy Pan pamięta:
Pan to umieścił. Na siłę.
I zniszczył Pan referenta!!!
Bo referentem już byłem...
Sam nie wiem, kim mogłem zostać!...
(Kolega mój - już dyrektor.
W nafcie... Ceniona postać!
A mogłem ja - kto to wie, kto?!)
Co ja mam dziś za stosunki?
Z kim los mnie związał ponury?
Ze słowikami...
Z księżycem.
I z Ministerstwem Kultury!
Co mogę?!
Najwyżej oddolnie
Obniżę swe koszta własne:
Muzę odprawię,
Pegaza zwolnię,
Przeczytam "Przekrój" - i zasnę.

Już ludzie nie chcą mówić ze mną -
Unika mnie już nawet cieć,
Bo jedną pasję mam...
Daremną:
Samochód chciałbym mieć:
Jeździć po Kruczej, Mokotowie,
A nawet i po MDM-ie,
Choć tam wyrodni synowie
Kopią bez przerwy matkę ziemię!
Lecz cóż...
Lecz mi nie spadnie z nieba
IFA, Dekawka ni Mercedes.
Ja sobie marzę -
A tu trzeba
Z żywymi naprzód iść...
Per pedes!
Człowiek w marzeniach
Biegi zmienia,
Naciska sprzęgło,
Włącza gaz...
A nigdzie nie ma zrozumienia -
Jakaś drętwota, proszę was!
Więc chodząc sobie przez mój Kraków,
Przestrzegam choć drogowych znaków!
Gdy jest tablica na mej drodze,
Że nie ma wjazdu -
To nie wchodzę!
Zakaz postoju - to nie stanę.
Nawet na gazie! Zakazane.
Gdy strzałka w prawo -
To ja w prawo,
Jakbym był "Fiatem" lub "Warszawą"!
Pieszo co prawda...
No to pieszo,
A przecież takie rzeczy cieszą!
Tylko mnie peszy odrobinę
Napis w czerwono-białym kole:
,,30 kilometrów na godzinę!"
Raz spróbowałem.
Nie wydolę!
Podchodzę więc do milicjanta,
Żeby zapłacić za to mandat...
Namawiam.
Proszę...
Nie chciał wziąć.
Obejrzał tylko z tyłu, z przodu...
Tak mnie traktować -
Bądź co bądź
Za to, że nie mam samochodu!?
To przecież mnie bolało...
Toć
Jęczała wtedy moja dusza.
Żeby zapisał numer choć!
Nie mówię - auta.
Kapelusza!
Lecz gdym miał odejść już -
To rzekł,
Spod opuszczonych patrząc powiek:
"Nacisnąć sprzęgło!
Włączyć bieg!..."
A jednak - widzicie - c z ł o w i e k!

Uszanowanie, panie doktorze!
Zaraz tu wszystko zwięźle wyłożę -
Króciutko...
Jasno...
Dwa zdania:
Panie doktorze, co to być może?
Głowa mi puchnie!...
Jak bania!
Pan nie dowierza?
Przyjacielu-ż!
Wystarczy, że kupię nowy kapelusz -
To zaraz, doktorze, kram!
Póki pogoda - to jeszcze-jeszcze,
Ale niech tylko zaczną się deszcze,
To w kapeluszu
Już głowy nie mieszczę!
Choć pcham.
Co to być może, panie doktorze?
Chyba już ze mną bardzo źle...
Choć w kulturalnym robię sektorze -
To przecież głowa
Przydać się może,
Panie doktorze - no nie?
A to, doktorku,
Nie wszystko jeszcze.
Zaraz tu resztę pokrótce streszczę,
Bo wiem - dla pana to nudne...
W ogóle ze mną rzecz ma się dziwnie.
Bo głowa puchnie,
A reszta - przeciwnie,
Czyli ogólnie - to chudnę!
I w takim tempie,
Ze skoczę do Wisły
Z rozpaczy czarniejszej od chmur!
Kupiłem wczoraj sweter...
Obcisły.
A dzisiaj wisi jak wór!
Panie doktorze, niech pan uchowa.
Bo rzecz to dla mnie ponura!
Jeszcze zostanie ze mnie połowa!
I - czy ja wiem.
Która? ...
Żona mi nawet wytykała,
Że ja tak strasznie spadam z ciała -
I martwi się ogromnie...
Spogląda na mnie nieszczęśliwa,
Wątłym kurczęciem mnie nazywa,
"Kurczątko" - mówi do mnie...
A gdym garnitur nowy
Przymierzał dziś w Emhade -
Tak zbladłem, że aż rzekła:
"Ty moje kurczę blade!
Co tobie?" - pyta.
Mówię: "Patrz!
Do lustra! Ono nie kłamie.
Jak nie ma zbierać się na płacz,
Gdy mam za krótkie jedno ramię?
Nic nie wiedziałem ja od lat,
Że tylko jedno mam akurat!"
Co to być może,
Panie doktorze?
Miły doktorku, ratuj! Zbaw!...
Co pan powiada?
Pan nie może?...
Pan doktór nie od takich spraw?
A któż by? C h i r u r g?!...
No, trudno, cóż...
Nie będę czynił obiekcji.
Pójdę pod nóż!
Niech raz mnie już
Ktoś dopasuje do konfekcji!

O tu - widzicie - kalendarzyk.
W kalendarzyku - terminarzyk.
Człowiek zagląda - i już wie,
Wie, kiedy, co i gdzie.
No, nie?
Walczak nie musi - kawał drania!
Bo Walczak spryciarz!
Wałkoń! Leń!
Dziennie najwyżej trzy zebrania.
A ja piętnaście mam na dzień!
Człowiek,
Czy piątek, czy niedziela,
To się udziela i udziela:
Tu akademia -
Tam prelekcja,
Koło, prezydium, zarząd, sekcja -
Po prostu nie ogarnie myśl!
No, proszę bardzo -
Choćby dziś:
Tutaj - widzicie - kalendarzyk.
W kalendarzyku - terminarzyk.
Człowiek zagląda i już wie.
Wie, kiedy, co i gdzie...
No nie?
O Jedenastej aż na Woli
Zebranie Koła LPŻ
Sam się zgłosiłem. Z własnej woli.
Ale po diabła będę szedł?
Na jedenastą nie poradzę:
Potem bym musiał pędem biec,
Bo o dwunastej mam na Pradze
Zagajać dla blokowych wiec.
Trudno, po prostu nie wydolę:
Zostawiam Pragę - skreślam Wolę!
Co? ...Kapitalne - prawda, nie?
Wykreśla się - i już się wie!
Zostaje Praga. Na dwunastą.
Pójdę?... Nie pójdę. Jakiż cel?
O pierwszej muszę znów na miasto,
Bo mam prelekcję w CPL.
Sam się zgłosiłem. Nie ma mowy,
Żebym nawalić miał odwagę!
Po rozum idę więc do głowy:
Zostawiam miasto - skreślam Pragę!
Co? ...Kapitalne - prawda, nie?
Wykreśla się - i już się wie!
Zatem o pierwszej ta prelekcja.
Muszę!... No dobrze, ale - jak?
O drugiej bilardowa sekcja
I aż na Bródnie! Tchu mi brak!
Tam pewnie się przeciągnie długo -
To jak ja zdążę tu na drugą?
Nie mogę orać za piętnastu:
Zostawiam Bródno - skreślam miasto!
Co? ...Kapitalne - prawda, nie?
Wykreśla się - i już się wie!
Więc druga - Bródno. Lecz czyż warto?
Znowu się śpiesz! Minuty licz!
Bo muszę przebrać się na czwartą:
O czwartej jest u Henia brydż!
Mnie też należy się - widzicie -
Jakieś prywatne chyba życie!
Wciąż na zebrania? Nie chcę - trudno:
Zostawiam Henia - skreślam Bródno!
Co? ...Kapitalne - prawda, nie?
Wykreśla się - i już się wie!
Bo gdy pracuje się społecznie,
To to jest - prawda? -
Główna rzecz - nie? -
Żeby człek pewność miał
W tym względzie:
Gdzie i o której go nie będzie!

W nowo wzniesionym mieszkam domu...
Dwa pokoiki,
Kuchnia,
W.C.-
I pierwsze miejsce w zbiórce złomu!
(Bo przecież klamek nie wyrzucę).
Łazienka,
Światło,
Gaz i woda -
Mieszkanko pełnokomfortowe.
Żaden półkomfort - nie!
A szkoda...
Może bym zmartwień miał połowę?
Lecz kto się z takim faktem liczy?
Nic nie poradzisz -
Co byś rzekł.
Musisz korzystać ze zdobyczy -
Trudno: dwudziesty wiek!
Więc żyję sobie nowocześnie -
O każdej porze.
Nawet we śnie
Widzę kontakty, kurki, złącza,
To, co się włącza i wyłącza -
A wreszcie jasny świta ranek
Pełen technicznych niespodzianek:
Odkręcam kurek -
Światło świeci
Przekręcam kontakt -
Woda leci.
Przekręcam kontakt jeszcze raz -
To z wodociągu idzie gaz.
Ale nie u mnie! Nie - przesada...
Na drugim piętrze. U sąsiada!
Za to gdy sąsiad gaz zamyka -
To u mnie gaśnie...
(Elektryka!)
Gdy to powtarzać nieustannie -
To ja mam ciepłą wodę w wannie,
A sąsiadowi zimna sika.
Nie z wodociągu - nie...
Z palnika!
Lecz kiedy w kuchni gaz odkręcę -
To światło nawet jest.
(W łazience!)
Tylko nie u mnie.
Na parterze.
U mnie jest prąd!...
(W kaloryferze).
Więc też nie grzeje,
Tylko trąca -
Za to lodówka jest gorąca!
Lecz wtedy -
Nie wiadomo skąd -
Sąsiadkę w łóżku kopie prąd!
Dobrze jej tak!
Bo żal mam do niej,
Że gdy pociąga tam - za sznurek,
To u mnie dzwoni.
W telefonie.
I się odzywa Jalu Kurek!
I wini mnie o niecne sprawki,
Bo mu się leje...
(Ze słuchawki).
O co się czepia mnie - psiakrew - on?!
Wściekły wyłączam więc telefon,
Gdy wtem ze zlewu -
Wśród zmywaków -
Rozlega się:
"Tu mówi Kraków!"
I w takt piosenki, co zachwyca,
Płynie wojskowa tajemnica -
Że...
"Na granicy jest strażnica"!
Na pamięć znamy już ten śpiew,
Więc żona krzyczy:
"Wyłącz zlew!"
No ale jak - psiakrew?
Skręcam - włączam
Kontakt - gaz,
Kurek - sznurek
Raz po raz,
Elektryka
Sika z kurka,
Gaz z kontaktu
Ciurkiem siurka,
Tylko woda według planu
Całą siłą wali z kranu,
Jakby tamę jej kto zerwał!
Woda - zimna.
Rześka.
Zdrowa...
Nagle - pst... Przerwa.
Włączyła się międzymiastowa!!!
"Minister budownictwa prosi!"
Duma mą wątłą pierś unosi,
Że do mnie dzwoni
Ktoś z daleka
W ramach tej troski o człowieka!
Serce z radości płacze
I łka...
Powiedział: "Pomyłka!"

Choć ma dla innych
Wzrok żandarma -
Dla szefa uśmiech,
Wdzięk i czar ma,
Układność gestów,
Galanterię
I uniżonych ruchów serię:
Przymilność,
Podskok,
Pokłon,
Ukłon -
Wprost by w posadzkę
Czołem tłukł on!
Z szacunkiem zgina
Giętki tułów -
Tak, byś szacunek
Z dala czuł ów!
Wzrokiem wprost liże,
Tuli,
Pieści,
A w każdym geście
Cześć się mieści
I obietnica
Słodkiej treści,
Że dla zwierzchników
Swych i ich ciał,
Być ukojeniem
On sam by chciał!
Plastrem,
Pigułką reformacką
Lub...
Czopkiem z mydła!
Aby chwacko -
Gdy w oczach szefa
Ból wyczyta -
Mógł (jako czopek)
Wejść w jelita -
Wskoczyć!
Samemu -
Osobiście!
Ukoić,
Ulżyć,
I przeczyścić!
I mając swój
Na względzie los tam -
Wprowadzić szefa -
Ach! - w błogostan!
Potem z uśmiechem
Oraz z szansą
Jakiejś nagrody
Czy awansu -
Wyskoczyć lekko,
Stanąć przed nim
I stylem prostym,
Bezpośrednim,
Skromniutko, kornie
I bez krzyku
Rzec mu:
- To JA,
Ob. Naczelniku!

Ja tutaj tylko na chwilę,
Pięć minut - i tyle
Powiem - i już mnie nie ma!
Albo... nie powiem
Trema!...
Ludzie się tutaj napchali -
Czy ja wiem, kto tu jest na sali?
Człowiek tu gada i gada,
A może jest Miejska Rada?!
Ja wiem, co potem się stanie?
Jeszcze mi dadzą mieszkanie!
Z komfortem. Cztery pokoje.
Po co? Ja oddam swoje.
Mnie nie potrzeba!
Ja wolę błękit nieba,
Na Plantach ławeczkę.
I drzewa.
I słuchać, jak ptaszek śpiewa...
Ptaszka tu nie ma? Nie ma?
To nic.
I tak - trema...
Bo może jest jakiś krytyk?
Potem zrobi mi przytyk.
Jakiś Vogler.
Jakiś Mach...
Trema. Strach...
Albo ktoś inny z miasta...
Potem w Krakowie mnie schlasta!
Przed znajomymi.
Przed młodzieżą.
Że byłem nudny
I - uwierzą!
Bo facet pomyli nazwisko
I powie, że Szpalski to wszystko...
I co?
I skończyć mam marnie?
Powiesić się w jakiejś kawiarni?
Dziękuję. W jednej już wiszę.
Na dwieście cztery złocisze.
Wystarczy, sensu nie ma.
Nie mówię.
Trema...
A ten garnitur - to z Emhade.
Ja na Emhade nie jadę.
Nie, skąd!
Zresztą, żeby feler, żeby jakiś błąd -
A tu, widzicie,
Znakomicie:
W porządku surdut i spodnie,
Poruszać się mogę swobodnie,
Niebezpieczeństwa nie ma,
A... trema!
Bo miałem niedawno inny -
Przez spółdzielnię szyty krawiecką.
Ładny był...
Ale dziecinny:
Darł się jak dziecko!
Szczególnie w szwach:
Trrrach, trrach!... Strach!
Poleciałem do tej spółdzielni
Wściekły stanąłem w bramie...
Wejdę!
Zwymyślam piekielnie.
Na szefie graty połamię!
Wejdę - choć pewnie go nie ma?
Nie wejdę...
Może jest?
Trema.
Trema. Przez całe życie.
Tu też... Co się dziwicie?
Ja pierwszy raz - tak... w teatrze.
Dobrze, że na to nie patrzę!
Dla mnie - przysięgam - to zmora!
Że Szletyński nie dał aktora -
To ja muszę tak co wieczora
Stać. I mówić. Samemu.
Kazali. Czemu?
Prosiłem - grzecznie i szturmem:
"Sztukę wystawcie mą raczej!"
Powiedzieli: "Dobrze!" Jak umrę.
Współczesnych nie mogą inaczej!
"Mowy - powiedzieli - nie ma!"
Oni też ludzie:
Trema.
Kochała mnie jedna. W lecie.
Omal nie wpadłem w pułapkę...
Kram miała na Tandecie,
A na mnie - chrapkę.
Nazywała się Dziuba
I chciała takiego mieć chłopca.
Lecz dla mnie była za gruba
I trochę klasowo obca.
Namawiała do żeniaczki.
Zaprosiła na flaczki -
Z imbirem...
Z parmezanem.
- O nie! - powiedziałem. - Zostanę.
Niech będzie już monogamia,
A z tobą się nie ożenię!
Psuć przyszłym dzieciom mam ja
Społeczne pochodzenie?
Ślicznotko - mowy nie ma!
Trema.
1952

Poznałem skromną referentkę...
Sam jestem także referentem -
Więc poprosiłem ją o rękę,
Tę... poplamioną atramentem...
Zgodziła się - i odtąd prędko
Marzenie się zmieniało w czyn:
Ślub referenta z referentką,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem syn...
Jak komuś leci - to już leci!
Żonka cieszyła się szalenie...
"Ty - mówi - będziesz niańczył dzieci,
Bo teraz równouprawnienie!"
I co mam robić - skoro żona
Na trzy zebrania dziennie mknie?
Trudno - już równouprawniona!
Tylko ja jeszcze,
Tylko ja jeszcze,
Tylko ja jeszcze,
Ciągle nie.
Bo gdzie tu - pytam - demokracja?
Ona naradę ma prezesek -
Pieluszki za to muszę prać ja!
Mnie się na ręku drze osesek!
Ja muszę leczyć mu pokrzywkę,
Ja muszę robić lewatywkę!
A przyjdzie takie "święto matki",
To wiecie komu -
To wiecie komu -
To wiecie komu
Dają kwiatki?!
Ja spędzam życie jako niania,
A żona gania na zebrania...
Bo raz jest główną prelegentką -
A raz jest... mężem zaufania!
"Wtedy mi gniew źrenice zwęża,
Bo - czym ja jestem? Mężem męża?
Przepraszam! - wołam wielkim głosem.-
Dwóch mężów w domu?
Dwóch mężów w domu?
Dwóch mężów w domu
Ja nie zniosę!
Lecz gdym już walczyć jął z ferworem,
Żebym z tym skończyć, bo mi źle z tym -
Żona została... dyrektorem!
W tym samym biurze, gdzie ja jestem.
Mnie tego dyrektorstwa żony
Wciąż gratulują - z każdej strony,
Jakby to było czymś niezwykłym!
A ja do tego -
A ja do tego -
A ja do tego
Już przywykłem...
Lecz teraz nigdy już z wieczora
Chwili dla siebie nie ukradnę:
Ciągle przy dzieciach! Dyrektora.
Jako małżonek... I podwładny.
Bo człowiek musi - nic nie wskóra.
Dyrektor - tu i tam figura!
Też w domu pierwsze skrzypce gra -
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Syn
I ja...
Jak się poskarżyć? Kiedy? Komu?
Przecież jej nigdy nie ma w domu!
Ani jej wbiurze szepnąć słowo,
Bo w biurze ze mną - to służbowo!
Psiakość! Nie mogę przecież więcej
Rzucać swych gorzkich skarg na wiatr.
"Proszę! Formalnie! O audiencję!
W sprawie wytchnienia!
W sprawie zwolnienia
Mnie od niańczenia
Młodych kadr!!!"
Przyjęła mnie ciut-ciut zdziwiona:
"Pan jako mąż czy jako strona?"
We mnie bojowy duch zwycięża:
"Ja? ...Jako smutna strona męża!"
I wołam gromko: "Dyrektorze!
To ostrzeżenie me ostatnie!
Służbowo pani wszystko może,
Ale przepraszam -
Ale przepraszam -
Ale przepraszam -
Nie prywatnie!"
Odrzekła na to mi uprzejmie
Z uśmiechem wszakże dość zdradzieckim:
"Jutro referat pan obejmie
Opieki nad Matką i Dzieckiem!"
"Czemu - skowyczę. - Za co? Powiedz!"
A ona: "Trudno! Pan - fachowiec!"
I stało się - cóż miałem rzec?
Trudno do żłóbka
Pchać byle bubka
Czy żółtodzióbka,
Gdy jest - spec!
1950

Jak wytłumaczyć mam to sobie,
Ja już doprawdy nie wiem sam:
Dość wspomnieć przy mnie o chorobie,
A już na wieczór
Ja ją mam!
Dostanie ktoś w Warszawie grypki,
To mną w Krakowie
Tak już trzęsie!
Widocznie taki refleks szybki,
Czy coś w tym sensie...
Ja już nie piję,
Już nie palę,
Kobieta to mój ciężki wróg!
I kąpię się w kaloszach stale,
Ażeby nie przemoczyć nóg!
Na każdą zważam już przestrogę.
Nawet -
Gdy złapać tchu nie mogę -
To ja nie łapię!
(Ani mi w głowie:
Niech łapią ci, co mają zdrowie!)
Oszczędzam się na każdym kroku:
W ogonkach nie stoję!
(Wchodzę z boku).
Jak sport - to też:
W prenumeracie.
I co? I macie:
Tu raz mnie łamie.
Tam znowu raz.
W piersiach orkiestra gra.
Jazz!
Nadto już któryś z rzędu rok,
Gdy portfel swój przeglądam czule,
Czuję, że zepsuł mi się wzrok:
Pieniędzy nie widzę w ogóle!
Iść do lekarza?
Pomysł mądry,
Ale ja nie mam juz ochoty:
Popuka - powie:
"Hipochondryk !"
A potem powie:
"Sto złotychl"
Diagnoza trafna co do joty,
Ale gdy idzie... o kwotę!
Bo ja poważnie:
Na drugim świecie
Już jedną nogą byłem na poły.
Tą lewą. Tak...
Wróciłem przecie.
Ustrój nie dla mnie:
Same anioły!
A zaczęło się dosyć dziwacznie:
Z początku noga zdrowa jak rydz.
Sam czekam, kiedy to się zacznie -
Rok,
Drugi,
A noga nic.
Już diabli brali mnie powoli,
Już cierpliwości było brak:
Co to za noga, co nie boli?
Chora czy jak?!...
Aż raptem czuję,
Że gdy chodzę,
To mnie coś kłuje w lewej nodze.
Stanę - nie kłuje
Dziwne kłucie!
A w sercu zaraz złe przeczucie,
Szedł właśnie pogrzeb jakiś bowiem...
Dwie damy w czerni...
Więc ja do dam:
"Jak się nieboszczyk czuł ze zdrowiem?"
Rzekły, że kłucia miał.
Ja mam!
O tutaj w nodze -
Kiedy chodzę.
(I im tłumaczę, jak mnie boli...)
Nieboszczyk wprawdzie miał nie w nodze,
Lecz tu czy tam -
To nie gra roli..
Stłumiłem w sercu gorzki lament.
Co robić?
Testament?
Nie mam pieniędzy,
Nie mam domu -
A cóż by tu zapisać komu?
Człek do pisania ma zacięcie,
Lecz skarbów brak!
Któż się obłowi?
Chyba zapiszę w testamencie
Sam siebie.
Do Cracovii!
Być może, że się z braku laku
Przydam po śmierci im...
W ataku!
Kołdrę też im zapisałbym -
Puchową, jeszcze całkiem ładną,
Ażeby miękko było im,
Gdy z ligi spadną.
A pewnej miłej pani Ali
Swe serce dać miałbym ochotę...
Niech sprzeda je
W Jubilerskiej Centrali,
Bo było prawie jak złote!
Niech żąda dużo,
Proszę ja ją!
Ale niech bierze, ile dają.
---------
Nie umarłem jednak w terminie,
Bo potem przeszło mi to kłucie...
Dziwny przypadek w medycynie:
Gwóźdź był w bucie!

Raz "z" wypadło mi z maszyny,
Kląłem więc na nią z pół godziny,
Aż obruszyła się szalenie:

– Cemu klnies? Nie rób wiatru!
Jeśli troseckę seplenię,
To pis stuki pod aktorów dla teatru!

– Ty jesteś (rzekłem do niej)
Jak kwiaty w tym flakonie!...
– To znaczy, proszę pana?
– To znaczy, że n a r w a n a!

Zdarzyło się to wczesnym latem,
Gdy róże już jęły pąsowieć,
On posłał jej cięte kwiaty,
A ona mu – ciętą odpowiedź...

Karol nieszczęśliwym
Kiedyś był amantem:
Półanalfabetka
Puściła go kantem...

Jeszcze dziś – po latach –
Gdy wspomni ją z łezką,
Czytam w jego oczach
S m u t e k....
Przez o z kreską!

Twórczość – to czasem taka męka,
Że nawet czytelnik stęka...

Uszczypnij muzo

1955 r.

Kumoterstwa nie ma

Kumoterstwa nie ma

Rozprawa z Kartezjuszem

Trudności z fiołkiem

Negatywny bohater

Pewna maleńka tęsknota

Wyjaśnienie nieco perfidne

"Znawca" na komedii

O kramach z książkami i kramie z tymi kramami

Człowiek, który musiał być geniuszem

Efekty są

Co słychać?

Piosenka o mrzonkach trzeciowojennych

List do redaktora "Przekroju"

Ballada podwórzowa o jednym muzyku

Człowiek, który chciał mieć samochód

Dziwny pacjent albo choroba konfekcyjna

Bez dyrektywy

Remanent

Coś do referatu

Ach - te dzieci

Terminarzyk

Brak kontroli wykonania

Komfort działa

Portret lizusa

Tyrady z estrady

Trema

Tylko jeszcze nie wiem

Baba bobo

Huzia na Józia

Ofiara fachowości

Krytyka miłości

Hipochondryk

... i fraszki

Rozmowa z maszyną do pisania

Ocena

Samokrytyczne westchnienie megalomana podczas wiosennej burzy

Wspomnienie z wczasów

Znowu to samo czyli do czego krytyk doprowadził

Fraszka napisana na meczu piłkarskim

Poemat optymistyczno - filozoficzny napisany na marginesie zbiórki złomu

Rozmowa

Nieudane zaloty

Smutek

Poezjo!...

Na temat drażliwy

Między nami Krakusami

Przed "Dniami Krakowa"

Pechowy krakowski dzionek z pogodnym zakończeniem

Krakowski dzionek bez obsłonek

Krakowskie kuplety historyczne