Wciąż bronię się ze wszystkich sił, Tłumaczę się daremnie Gogol! Już był. Szczedrin? Był.
Czego wy chcecie ode mnie?
Myślałem, żem przekonał już,
Lecz bractwo się uwzięło: "Satyrę wiekopomną twórz'" "Stwórz epokowe dzieło""
Tamten mi grozi, ów mnie łechce: "Nam trzeba w satyrze geniusza!"
A guzik
A mnie się me chce:
Nie lubię, jak mnie się zmusza!
1954

Wyniosłem walizy -
I przeliczyłem wszystkie me dewizy:
"Módl się i pracuj!"
"Polsce wiernie służ!"
Trochę franków.
Złote serce.
I już.
Potem w miasto ruszyłem nieśmiało,
przestrogi pomny wciąż tej,
że Polska dewiz ma mało!
A Polak ma jeszcze mniej...
A tu sklepy ogromne
kuszą, żebyś wszedł:
jakiś "Au printemps",
jakaś "Lafayette" -
gdzie widzisz,
jak na stołach, witrynach i ladach
ten ich kapitalizm
całkiem się rozkłada!
Tu to, tam - tamto,
aż się serce telepie,
gdy sobie wyobrazić
manko w takim sklepie.
A paryżanie mili
byli dla mnie ogromnie.
Mona Liza w Luwrze
uśmiechała się do mnie -
chociaż dla Francuzów
smutna była era:
rządu właśnie nie mieli...
I nie mieli premiera!
Frank im spadał gwałtownie,
a ja drżałem pobladły,
żeby mi moje
przypadkiem nie spadły!...
O względy więc dbając
międzynarodowe -
do każdego kelnera
trzymałem przemowę:
że dziejowe nas więzy
połączyły na amen.
U nas był Henryk Walezy!
U was był Jerzy Putrament!
Że Polska i Francja
to dwoje przyjaciół,
więc go bardzo proszę,
żeby mnie nie naciął!
A z oczu kelnera
rozpacz biła szczera,
bo on rządu nie miał..
I nie miał premiera!
Lecz gdy oranżadę
wlewał mi do szklanki -
czułem, jak się leją
moje własne franki...
Aż on spytał widząc
mój tragiczny profil:
- Franków panu żal?
- Tak... Bo ja -frankofil!
I tak wszędzie za mną
kroczył już ten żal:
od Pól Elizejskich
do placu Pigalle -
tam,:gdzie kuszą dziewczęta,
a człowiek się gryzie,
bo co spojrzy na cizię -
to już po dewizie!
Lecz gdy jedna rzekła,
że mi serce da,
- Se-si-bą! - powiedziałem.
Que sera - sera!
Musiałem...
Bo z jej oczu
rozpacz biła szczera:
ani rządu - biedactwo!
Ani nawet premiera!
Na odchodnym rzuciła
uśmiech Mony Lizy
i ja znowuż musiałem
przeliczyć dewizy...
Przeliczyłem dokładnie,
a tam tylko już:
"Módl się i pracuj!"
"Polsce wiernie służ!"
Nie było z czym zostać...
Więc wzruszony ogromnie
Wersal jeszcze zwiedziłem...
(Chyba widać po mnie?!)
Wreszcie po tym Wersalu
odjechałem...
Bez żalu!
Bo cóż mi tam Paryż, neony,
światła et cetera -
kiedy ja już bym nie mógł
tak żyć
bez premiera!

1957 r.

Czy to na Śląsku,
Czy w Krakowie,
W ogonku
Czy w dziewiczym lesie -
Bez przerwy mam
Tę stopę w głowie
I czekam,
Kiedy się podniesie...
Bo ja nie jestem byle zrzędą.
Nie!...
Mam już miejsce w pularesie
Na te pieniądze,
Co tam będą,
Kiedy mi stopa się podniesie.
I kocham...
Kocham dziewczę młode -
Lecz czekam
(Chociaż serce rwie się!)...
Za to na pewno ją uwiodę,
Kiedy jej stopa się podniesie!
To nic,
Że czuję troszkę źle się,
A na Krynicę
Nie wystarczy...
Kiedy mi stopa się podniesie -
Podleczę sobie...
Uwiąd starczy.
Tyś mi
Najbardziej ukochaną,
Przebudzenia chwilo wzniosła,
Kiedy to sprawdzam
W każde rano,
Czy mi już troszkę się podniosła!
Pełen niepokojących przeczuć
Węszę, czy forsy nie czuć...
Nie czuć.
Lecz słyszę
Pisk najoczywistszy...
Więc serce drży mi,
Wzdycham: "Oby!..."
I nasłuchuję, co to aż piszczy...
Może dobrobyt?!
Nie...
To był tylko dzwonek w drzwiach.
Więc znów przeczucia
Przez grzbiet płyną:
Może ni stąd, ni zowąd (ach!)
Mój szofer
Z moją limuzyną?!...
Wzruszony wołam przeto:
"Proszę!"
Sąsiad.
Pożyczył mi kalosze.
Trudno.
Poczekam.
Odrobinę.
W gazetę nóżki swe owinę.
Najszybciej bowiem
(Jak to wiecie)
Stopa podnosi się
W gazecie!

"Obywatele! Miejcie sumienie!
Nie pijcie -
Wódka was kładzie!"
Tak zakończyłem swoje przemówienie
Wczoraj na Miejskiej Radzie.
Następnie wygłosił expose
Przewodniczący Dudek,
Żeby ze względu na zgrozę
W ogóle znieść
Sprzedaż wódek,
Jako że - proszę państwa -
Zaistniał problem pijaństwa!
"Fakt (mówił) stwierdzić ten muszę,
Gdyż wczoraj spostrzegliśmy sami,
Że w naszym miasteczku
Były t r z y ratusze
Pod t r z e m a
Osobnymi
Księżycami!"
"Niech to się już (mówił) nie zdarza!
Dewizą trzeźwość,
Celem naszym - praca!
Wykreślmy z elementarza
Słowa: "Ala ma k a t z a!"
I Dudek dalej zaznacza:
"Czy was nie oburza,
Nie złości,
Że społeczeństwo się zatacza
Na drodze do lepszej przyszłości?!
Musimy skończyć z tym w porę
I znieść sprzedaż wódek od grudnia:
W niedziele i w piątki - wieczorem,
W soboty zaś - do południa!..."
W tym miejscu
Rozległa się wrzawa,
Huczne oklaski i brawa -
Lecz ktoś się odezwał po chwili,
Że to nie rozwiąże problemu,
Bo ludziom
Się wszystko
Pomyli!
Szczególnie po pijanemu.
"To (krzyknął)
Nieprzemyślane!"
I z miejsca wystąpił z przemową,
By ograniczać na zmianę
Raz czystą -
Raz kolorową!
Tu znowu
Rozległa się wrzawa,
Huczne oklaski i brawa -
Ale z prezydium ktoś odrzekł,
Że projekt ten
Celu nie ziści,
Bo
Primo - mieszać niedobrze!
Secundo - są daltoniści!
By sprawę rozwiązać zarazem
Stanowczo (!)
I humanitarnie (!!!),
On wnosi, by pełnym zakazem
Objąć kawiarnie!
Tu wszyscy objęli się czule,
Ze łzami wołając:
"Tak! Tak!"
Albowiem
Kawiarni
W ogóle
U nas w miasteczku brak.
Gdy plenum więc
Jednogłośnie
Swą wyraziło już zgodę
I odśpiewano podniośle
Masową pieśń "Cichą wodę" -
Zrobiono maleńką libację,
Po której orzekli
Nawet abstynenci,
Że jednak
Kopernik
Miał rację:
Ziemia się kręci!

Każdy ma swe ideały...
I ja mam - skromny i mały:
Jednorodzinny domek.
Jednorodzinny potomek.
Żona... Też być powinna.
Nieduża. Jednorodzinna.
Ogródek. Bez. Konwalijka...
Skromniutko, proszę ja was...
I pięciorodzinna pensyjka.
Dla jednej
Rodzinki
W sam raz.
Sam domek dziś - moi złoci -
Taniocha!
Może być bowiem:
Z żużlu.
Z odpadków.
Z trocin.
I z tego, czego nie powiem...
Z wikliny jeszcze oszczędniej...
Zabawa zaś znakomita:
Jesienią domek ci więdnie -
Wiosną domek zakwita...
Tyle - że boże krówki
Trzymają się w prześcieradłach.
Więc trzeba domku pilnować,
Żeby go która nie zjadła...
Lecz ja mam pomysł , co płynie
Z mej poetyckiej natury:
Czy mógłbym dom mej rodzinie
Zbudować z... makulatury?
Czemuż wiklina i łoza
Słowo w tym względzie ubiegła?
Nie gorsza poezja i proza,
I zawsze
Co cegła - to cegła!
Mieszkałbym tam kulturalnie,
Bobym zbudował - widzicie:
Z "Trybuny Ludu" - bawialnię...
Sypialnię - z "Kobiety i Życie".
Okap, co smętnie zwisa,
Z Obywateli Brandysa...
A z Putramenta fundament,
Bo twarda sztuka
Putrament!
Z dachem trudniejsza już sprawa,
Lecz też znalazłem - Eureka:
Dach - z "Rudeho Prawa".
Tam nic nie przecieka.
Na dachu parę ozdóbek,
Wreszcie szpikulec na czubek –
Albowiem chciałbym, Ojczyzno,
By dumnie się pięła do góry
Budowla socrealizmu -
Mój - Pałac Makulatury!

Ja się was nie boję -
Nie lękam,
Dygnitarze!
Ważniaki!
Kacyki!
Albowiem tę oręż mam w rękach
Oddolnej samokrytyki!
Jam dzielny,
Odważny,
Jak Hektor -
Już w szkole zdobywca Trój!
Niestraszny
Mi żaden
Dyrektor!
No, chyba że mój...
Choć wczoraj
W porywie śmiałym,
Gdym widział,
Jak wsiada do Forda -
To wiecie, co pomyślałem?
D z i e r ż y m o r d a!
Nawet nie odezwał się na to...
Bo cóż - prawda,
Że przełożony?
Przełożony jest też demokratą!
Powiedziałem tak wczoraj.
Do żony.
A żona jak żona:
"Oj, oj!
Ty nie bądź taki gieroj!"
Zaklina, błaga, rozpacza...
Cóż zrobię?
Dusza kozacza!
Poszedłem do dentysty...
Idiota.
Znów mi ruszają się mostki.
Powiedziałem:
"To ma być robota?
To jest kult jednostki!"
A żona znowu:
"Oj, oj!...
(Wiadomo - jak to kobita.)
Ty nie bądź taki gieroj!
Może on gazet nie czyta..."
Zaklina, błaga, rozpacza -
Normalnie, zwyczajem żon...
A we mnie
Dusza kozacza!
Cichy Don...
Idę Plantami -
Wśród drzew...
Odwaga wciąż we mnie wzbiera.
Tu sobie mruknę: "Psiakrew!"
Tam sobie mruknę: "Cholera!"
Może nie wolno mi?!
Wolno!
Każdy mi teraz to przyzna,
Bo mam
Tę oręż oddolną
I wreszcie
Ze mnie
Mężczyzna!
Tylko żona znowu:
"Oj, oj!...
Gieroj..."
1956 r.

Przepraszam bardzo, że ciut-ciut
Zanadto myślą sięgam wprzód -
Lecz sprawa w tym się głównie streszcza,
Że odkąd zmarł
Mickiewicz Adam,
To u nas brak w poezji wieszcza.
Więc może ja się nadam...
Ten przyszły,
Nowy,
Piękny świat
Wy sobie tylko wyobraźcie:
My starsi o kilkadziesiąt lat -
Kobiety o kilkanaście!
Epoka nowa.
Atomowa.
A technika się tak rozwinie,
Że nawet będzie słychać słowa
Na polskim filmie w kinie!
A w restauracjach -
Bez przesady -
Też całkiem nowe obyczaje:
Zamiast kelnerów - automaty,
Co same mówią:
"Kolega podaje!"
Od dawna telewizja wkroczy
Do wszystkich mieszkań
Zwykłych ludzi,
Żeby widzieli na własne oczy,
Kto ich tak w radio nudzi...
A w medycynie jakie cuda!
Gdzie tylko człowiek się nie uda -
Wszędzie lekarskich szyldów szereg:
WYMIANA SERCA, WĄTROBY I NEREK!
NA POCZEKANIU!
NA ŻYCZENIE!
Sam dam w gazecie ogłoszenie,
Które tę będzie miało treść:
UNIEWAŻNIAM serce skradzione
przez pewną piękną blondynkę
w rakiecie Nr 6.
I wstawię sobie nowe -
Prościutko ze skrzynki -
Dla jakiejś innej blondynki!
Słowem,
Techniczny postęp wszędzie,
Wygoda na każdym kroku -
Sam nie wiem,
Czego nie będzie
W tym 2000-cznym roku...
Wprost wyobraźnią nie ogarnę:
Podróże międzyplanetarne!
Nowa rubryka w ankiecie:
"Czy ma krewnych na innej planecie?"
Astronawigacja!
Automatyzacja!
Nareszcie spadnie nam z głowy
Ten cały problem lokalowy:
Naciśniesz guzik -
Masz mieszkanie!
Każdy - kto wniesie podanie,
Taki guzik dostanie.
1956 r.

Jest to właściwie tajemnica
Dość osobistej natury;
Miałem interes do księżyca...
By pełnią świecił z góry!
O to mi szło, ażeby jaśniej,
Bo gość był w pierwszej kwadrze właśnie...

- Dla pana - mówię - to drobnostka,
Kosmiczna błahostka,
A dla mnie - nie bez znaczenia!
Poetą wszak się - mówię - jest, nie?
Więc ma się - mówię - kilka westchnień
Pilnych do załatwienia!
Ponadto parę wzlotów duszy
Odwalić dziś koniecznie muszę...
I spotkać mam się pod kapliczką
Z pewną przystojną lunatyczką -
W związku z czym pełnię muszę mieć.
Więc całą gębą -
Proszę -
Świeć!

Pomimo argumentów tylu
I tylu słusznych przecież zdań -
Księżyc wciąż świecił mi z profilu...
No, nie drań?

- Mnie się od pana,
Bądźmy szczerzy,
Też - mówię - jakiś wzgląd należy!
Drukuję przecież w prasie
Recenzje z pańskiej działalności,
To znaczy wiersze o miłości,
O snach, co to je ma się...
Ponadto, drogi przyjacielu,
Wspólnych znajomków mamy wielu
Z lirycznych zwłaszcza kół...
Od lat są z panem za pan brat.
Niejeden nawet z pana spadł!
Ja sam -
Tak pół na pół...

Słusznie więc na twe względy liczę -
Kontakty nie w kij dmuchał.
Pokaż, księżycu, swe oblicze!
Posłuchaj!...

Nie posłuchał.

Lecz kończę wiersz ten z myślą błogą,
Że jego morał dla nikogo
Nie jest już tajemnicą:
Wbrew temu, co się ciągle mniema,
Widzicie - kumoterstwa n i e m a!
(Na księżycu).

Rozmawiałem ze znajomym
w nie tak dawnym okresie.
Ja się troszkę go bałem -
a on troszkę bał mnie się...
Przywitałem go grzecznie -
on przywitał mnie w pląsie,
Bo ja bałem się jego,
a mnie za to bał on się...
Ja mu "Panie kochany" -
on mnie "Drogi kolego!",
Bo on mnie bał się troszkę,
a ja troszkę się jego.
Ja, że "piękna pogoda" -
on, że "bardzo przyjemnie"...
Wprawdzie lało... Lecz ja go -
a z kolei on się mnie...
Więc "Co słychać?" - "Co słychać?"
"Jako tako". "Niczego".
Bo on mnie bał się troszkę,
a ja troszkę się jego.
Lecz że on nieco bardziej,
więc dodaje wnet chłop, że
”Jako tako, a nawet
rzec można, że d o b r z e!"
Dobrze? ... Myślę: niedobrze!
Mówię więc po namyśle:
Wie pan, raczej już świetnie,
by wyrazić się ściśle..."
Facet pobladł - po chwili
dodał jednak w zapale:
Obywatel nie widzi,
że właściwie w s p a n i a l e?!"
Towarzyszu! - krzyknąłem,
już triumfując w sekrecie -
Chyba lepiej niż u nas
nie jest nigdzie na świecie!!!"
Wtedy dobił mnie strasznie -
skończył ze mną jak z dzieckiem:
Jak to nigdzie? Powiada. -
No, a w Związku Radzieckim?!"
*
Przyszła odwilż i wiosna...
Wiosną słońce - jak bania!
Więc przy bani przypadkiem
doszło znów do spotkania.
On mnie "zyg-zyg marchewka!"
A ja gram mu na nosie...
On się mnie już nie boi
ani ja boję go się!
On powiada, że kiepsko...
Ja dorzucam: "Bałagan!"
On w krytyce się pławi...
Ja mu - owszem - pomagam.

I kroczymy tak obok -
obaj myśląc w tej chwili:
"Jak, psiakrew, ci krzykacze
raptem się odmienili!"
1956 r.

Było jak co wieczór...
Wznowił mi ten ból się!
Przyszedł lekarz -
Potrzymał mi rękę na pulsie
I zapisał z zapałem
Jakieś proszki na poty...
- Czy to groźne? - spytałem.
- Nie, niegroźne: sto złotych!
Ale jedno, Doktorze,
Mnie się nie podoba:
Skąd właściwie u mnie
Tak kosztowna choroba?...
Lekarz myślał...
Pomyślał
I spytał czym prędzej:
- Czy w pańskiej rodzinie
Nie miał ktoś - pieniędzy?
Rzuciłem jemu
Spojrzenie niewinne...
- Nie miał, panie Doktorze.
To u nas rodzinne!
Jakaś dziedziczna wręcz epidemia:
Mój dziad po pradziadku
Już to miał, że nie miał!
A potem z mężczyzny
To szło na mężczyznę -
Aż zaraziliśmy
Całą Ojczyznę!...
1958 r.

W młodości żyje się żarliwie -
młodość jest szczęściem i nadzieją!...
Doprawdy ja się ludziom dziwię,
że się starzeją...
I wszyscy!
Nawet płeć niewieścia!
Znam taką jedną panią Zosię:
przed wojną miała lat 20...
A dziś?...Dziś.już 38!
Jak ten czas leci!...
Ogałaca
nas z tego, o czym potem śni się...
Młodość!... Ucieka i nie wraca!
Pewnie ma chody w Orbisie...
Jak młodość cenić - ten tylko się dowie,
kto spryczał! - to oczywiste...
Bo potem - jak mówi łacińskie przysłowie -
już... omne animaI triste.
Już wszystko mija - kończy się niestety.
Prócz chrapki...
Tej - na kobiety.
Nie można pozbyć się tej chrapki -
a to dlatego chyba głównie,
że w Polsce same r ó w n e babki.
Bo w demokracji wszyscy równi!
Lecz cóż...
Uderzam do Barbary,
a ona już czyni mi wstręty:
- Za stary! - mówi
To co, że stary?
A może nie-do-roz-wi-nię-ty?
Może spóźniony! I to znacznie!
I teraz się dopiero zacznie?!
Czasami człek nie z własnej winy
Tryb życia ,wiódł tak niespokojny,
że się na własne spóźnił urodziny
o rok, o dwa...
O pięć lat wojny!
Dorośli! Bracia outsiderzy!
Nie dajmy, by nas krzywdził czas!
Młodość każdemu się należy!
Młodości!
Proszę: skrzydła - raz!
Urządźmy - myśl tę rzucam w dal ja -
Juvenalia staruszków -
jakieś... p i e r n i k a l i a!
Zagrajmy na skrzydłach jak Concordia - Knurów!
Poprzebierajmy się za trubadurów
i serenady idźmy śpiewać gorące
pad balkonami,
pod kasztanami,
dziewczętom po pięćdziesiątce...
Potem pierś wypnie każdy jak heros
i w miasto pójdziemy -
dziarscy caballeros,
transparent niosąc triumfalny:
NIE CHCEMY SKLEROZ!
NIECH ŻYJE EROS -
I PRZYROST NATURALNY!
A nocą dziarskie tańce jeszcze
w rytmie szaleńczych rokendroli
i dzikie krzyki ku orkiestrze:
- Powoli, panowie, p o w o l i!

Czasami,
Przeważnie wieczorem,
Gdy księżyc wyłoni zza chmur się,
Ja marzę,
Że też udział biorę
W tym szopenowskim konkursie...
We fraku.
I w filharmonii!
Entuzjazm,
Że niech Bóg broni!
Trzydzieści pięć razy nokturn
Brawami przerwali mi w środku.
Przy radio gdzieś
Moja Frania
Tłumi miłosne łkania
I wreszcie mną się zachwyca:
"Ojej, jak on zaiwania!...”
Bukiety mi wnoszą.
I kosze.
Szał nie ustaje na chwilę.
”Ach, uspokójcie się, proszę!
No cóż... Zagrałem - i tyle..."
Oklaski coraz rzęsistsze -
Już słuchać nie mogę
Tych braw ja...
"Dziękuję, Panie Ministrze,
Bardzo pan ładnie przemawia..."
A potem zaproszeń sterty
Na zagraniczne koncerty.
Bankiety.
Kobiety.
Róże.
W Paryżu, Florencji, Ostendzie...
Dekolty...
Takie duże!
I co teraz będzie?
Po diabła wysłali mnie tam?
Niedobrze.
Ja siebie znam:
Na twarzy powaga i smutek,
A w środku - ho, ho! -
Filutek.
Tu kuszą hrabiny i księżne,
Udają, że niezamężne -
I proszą mnie do altanki,
Bo takie z nich
Melomanki!
Jedna zaklęcia mi szepce -
Druga też czasu nie trwoni,
A Frania
W swojej izdebce
Pewnie łzy roni i roni...
Tam Polka tęskni daremnie -
Tu Włoszka kusi pieszczotą,
A w środku
Walczy wciąż we mnie
Internacjonał z patriotą!
Kto wygrał?..
Niech nikt nie pyta.
Ja podły kosmopolita!
Aż serce się z żalu telepie,
Że skrzywdziłbym tak
Biedną Franię...
Ha!... Może to nawet i lepiej,
Że nie gram na fortepianie.

Kochałem jedną... Na Prądniku.
Srebrzysty głosik miała...
Szeptałem:
"Ptaszku mój... Słowiku!..."
Jesienią odleciała.
Poznałem inną znów...
W Sopocie.
Niebrzydka, miła, hoża...
O niedostępnej niemal cnocie,
Za to z dostępem do morza.
Niestety.
Zwiała po urlopie –
Ot, tak - bez pożegnania...
Myślałem już, że się utopię!
Tylko mi lekarz zabrania.
I tak zbierałem wciąż dowody,
Gdym tylko szedł za serca głosem,
Że brak (widocznie) mi urody
Albo zbyt wiele mam już wiosen...
Cóż?...
Chyba się odmłodzić muszę.
Lecz jak?
Pytałem wielu osób.
Mówili:
"Sprzedaj diabłu duszę -
Jak dotąd to najlepszy sposób!"
Dusza - dziś towar niechodliwy...
Lecz znam się z pewnym detalistą
Z prywatnej inicjatywy.
Nazywa się Mefisto...
Tylko gdzie szukać go nocną porą?
Najlepiej (myślę) przy teatrze:
Tam mnie najczęściej
Diabli biorą,
Kiedy na nasze sztuki patrzę!
Stanąłem więc na samym rogu
Przez sto ponurych
Myśli ścigan...
Ktoś szedł! Tak, diabeł.
Dzięki Bogu!
Myślałem już, że chuligan.
Diabeł uchylił kapelusza...
- Co jest do zbycia?
- Dusza!
Eee! - machnął ręką.
On już niegłupi -
Raz już naraził się na wstyd,
Bo kiedyś zamiast duszy kupił
Świadomość określoną przez byt...
("Lucyper tak się zeźlił wściekle,
Że - proszę pana -
Piekło w piekle!")
- Lecz moja (mówię),
Proszę Szatana,
Dusza po wojnie nie używana,
Czysta, świetlana, żadna lipa!
Sprzedam ją panu tanio:
Młodość poproszę za nią
I urodę Gerarda Philipe'a...
- Philipe'a? - wrzasnął. -
Jeszcze czego!
O, wymagania ma pan duże.
Proszę - urodą K. Szpalskiego
Za darmo panu służę!
- Szpalskiego? - mówię. -
Też zamiana!
Dziękuję za taki
U r o k s z a t a n a.
Zresztą, Mefisto, nie pleć bzdur -
Daj, czego chcę, Szatanie!
I już miał dać -
Wtem zapiał kur,
Więc skończył urzędowanie.
Lecz chociaż duszy mej nie nabył -
Tak rąbnął mnie,
Żem machnął salto...
W ogóle jakiś dziwny diabeł:
Zamiast duszy - wziął palto!

Już ludzie nie chcą mówić ze mną -
Unika mnie już nawet cieć,
Bo jedną pasję mam...
Daremną:
Samochód chciałbym mieć:
Jeździć po Kruczej, Mokotowie,
A nawet i po MDM-ie,
Choć tam wyrodni synowie
Kopią bez przerwy matkę ziemię!
Lecz cóż...
Lecz mi nie spadnie z nieba
IFA, Dekawka ni Mercedes.
Ja sobie marzę -
A tu trzeba
Z żywymi naprzód iść...
Per pedes!
Człowiek w marzeniach
Biegi zmienia,
Naciska sprzęgło,
Włącza gaz...
A nigdzie nie ma zrozumienia -
Jakaś drętwota, proszę was!
Więc chodząc sobie przez mój Kraków,
Przestrzegam choć drogowych znaków!
Gdy jest tablica na mej drodze,
Że nie ma wjazdu -
To nie wchodzę!
Zakaz postoju - to nie stanę.
Nawet na gazie! Zakazane.
Gdy strzałka w prawo -
To ja w prawo,
Jakbym był "Fiatem" lub "Warszawą"!
Pieszo co prawda...
No to pieszo,
A przecież takie rzeczy cieszą!
Tylko mnie peszy odrobinę
Napis w czerwono-białym kole:
,,30 kilometrów na godzinę!"
Raz spróbowałem.
Nie wydolę!
Podchodzę więc do milicjanta,
Żeby zapłacić za to mandat...
Namawiam.
Proszę...
Nie chciał wziąć.
Obejrzał tylko z tyłu, z przodu...
Tak mnie traktować -
Bądź co bądź
Za to, że nie mam samochodu!?
To przecież mnie bolało...
Toć
Jęczała wtedy moja dusza.
Żeby zapisał numer choć!
Nie mówię - auta.
Kapelusza!
Lecz gdym miał odejść już -
To rzekł,
Spod opuszczonych patrząc powiek:
"Nacisnąć sprzęgło!
Włączyć bieg!..."
A jednak - widzicie - c z ł o w i e k!

list do redaktora "Przekroju" w związku z jubileuszem i krzywdą osobistą
Ej, lecą te latka, lecą
Nad naszą piękną Ojczyzną!
Postarzeć przyszło się nieco...
(Mężczyznom, mężczyznom!)
Ząb czasu, mój Redaktorze!
A jeśli już o tym zębie -
Ciekawe,
Że serc się nie ima,
Lecz działa przeważnie na gębie..
Na pańskiej zwłaszcza.
Na Kerna...
I Strychalskiego po trosze...
Ja tylko trzymam się jakoś.
(Co -proszę?)
Pamiętam ów zarost bogaty,
Co Pańską skroń wówczas wieńczył,
I pomnę Pański przed laty
Błysk w okularach młodzieńczy,
Gdy-
Jako młode pacholę,
Lat temu dziewięć już może -
Złożyłem na Pańskim stole
Mój pierwszy wierszyk - niebożę...
(Ej, mógłby Pan przy tej okazji,
Przy tym nawale wspomnień -
Postawić kieliszek małmazji,
Lub - pismo
Na wyższym poziomie!...)
I nie wiem, czy Pan pamięta:
Pan to umieścił. Na siłę.
I zniszczył Pan referenta!!!
Bo referentem już byłem...
Sam nie wiem, kim mogłem zostać!...
(Kolega mój - już dyrektor.
W nafcie... Ceniona postać!
A mogłem ja - kto to wie, kto?!)
Co ja mam dziś za stosunki?
Z kim los mnie związał ponury?
Ze słowikami...
Z księżycem.
I z Ministerstwem Kultury!
Co mogę?!
Najwyżej oddolnie
Obniżę swe koszta własne:
Muzę odprawię,
Pegaza zwolnię,
Przeczytam "Przekrój" - i zasnę.

Cieszą mnie moje radości,
Martwią mnie moje troski -
Jednym słowem, do siebie
Mam stosunek ojcowski...
Gdy mi nieodpowiednią
Wyda się jakaś dziewczyna -
Przestrzegam siebie przed nią,
Jak ojciec syna:
- Ojczyznę kochaj i pracę!
Na co ci teraz dziewucha?..
I nigdy na tym nie tracę,
Bo syn ojca nie słucha.

Każdy ma swe ideały...
I ja mam - skromny i mały:
Jednorodzinny domek.
Jednorodzinny potomek.
Żona... Też być powinna.
Nieduża. Jednorodzinna.
Ogródek. Bez. Konwalijka...
Skromniutko, proszę ja was...
I pięciorodzinna pensyjka.
Dla jednej
Rodzinki
W sam raz.
Sam domek dziś - moi złoci -
Taniocha!
Może być bowiem:
Z żużlu.
Z odpadków.
Z trocin.
I z tego, czego nie powiem...
Z wikliny jeszcze oszczędniej...
Zabawa zaś znakomita:
Jesienią domek ci więdnie -
Wiosną domek zakwita...
Tyle - że boże krówki
Trzymają się w prześcieradłach.
Więc trzeba domku pilnować,
Żeby go która nie zjadła...
Lecz ja mam pomysł , co płynie
Z mej poetyckiej natury:
Czy mógłbym dom mej rodzinie
Zbudować z... makulatury?
Czemuż wiklina i łoza
Słowo w tym względzie ubiegła?
Nie gorsza poezja i proza,
I zawsze
Co cegła - to cegła!
Mieszkałbym tam kulturalnie,
Bobym zbudował - widzicie:
Z "Trybuny Ludu" - bawialnię...
Sypialnię - z "Kobiety i Życie".
Okap, co smętnie zwisa,
Z Obywateli Brandysa...
A z Putramenta fundament,
Bo twarda sztuka
Putrament!
Z dachem trudniejsza już sprawa,
Lecz też znalazłem - Eureka:
Dach - z "Rudeho Prawa".
Tam nic nie przecieka.
Na dachu parę ozdóbek,
Wreszcie szpikulec na czubek –
Albowiem chciałbym, Ojczyzno,
By dumnie się pięła do góry
Budowla socrealizmu -
Mój - Pałac Makulatury!

Przywoływałem pośród łkań ją:
- Przyjdź do mnie, przyjdź -
Megalomanio!
Bez ciebie gorzko - z tobą błogo...
Z tobą, najmilsza z wszystkich chorób,
Mógłbym pisywać lewą nogą
Nie przeczuwając, żem brakorób!
Z wypiętym dumnie chodzić torsem -
Pewien, że wszyscy czcić mnie muszą -
I głośno kłócić się o forsę,
Jaka należy się geniuszom!
Gdybyś tu była, gdybyś się ku
Moim zbliżyła niskim progom -
Wysyłałbym ten wiersz bez lęku,
Że go odrzucić "Szpilki" mogą...
Bo gdyby nawet - to specjalny
Miałbym stosunek do tych spraw ja:
Jasne! Dlatego żem genialny,
Zwalcza mnie klika - tudzież mafia!
Tak jak z twórczością Mickiewicza -
Niejeden t e ż szkalował drań ją!
Megalomanio!
Słodka!
Bycza!
Pamiętaj, przyjdź - Megalomanio!
Nie przyszła.
Nie - że nie pamięta!
Nie może: strasznie zajęta!!!

Idzie w teatrze
Wesoła sztuka...
Dobra? Tak sobie...
Może - nie wzór.
Publiczność przyszła.
Śmiechu tu szuka.
On szuka także...
Dziur!
Przyjdzie i siędzie
Gdzieś w pierwszym rzędzie
I wie już z góry:
Do bani będzie!
Więc że tak wszystko
Przewidział z góry,
Nim rzecz się zacznie -
On już ponury.
Spojrzenie twarde,
Zimne i dumne -
Jakby tu miarę wziąć miał...
Na trumnę!
Jak gdyby aktor
To był zabójca,
Co jemu matkę
Zarżnął i ojca.
Nic nań nie wpłyną
Brawa i śmiech nie,
On raczej zdechnie,
Niż się uśmiechnie!
Twarz z każdą chwilą
Wydłuża mu się,
Jak nie na sztuce -
Lecz na kaktusie!
I tak już czeka
Z tą długą twarzą,
Aż inni "znawcy"
Ją zauważą...
Potem spokojny
Wraca do domu,
Albo w znajomków
Popada rój,
Żeby powtarzać
Coraz to komu
Dowcip z tej sztuki...
Już jako swój!

Kultura?
Owszem - konieczna.
Lektura?
Rzecz pożyteczna.
Książki uwielbiam i cenię!
Lecz co to -
Przepraszam -
Za sposób,
Ażeby wciąż tyle osób
Wystawiać na pokuszenie?
Gdzie pójdziesz -
Wszędzie zasadzka:
Za rogiem,
Za węgłem,
Znienacka
Kram z kupą książek i ksiąg!
Zamiast przejść obok rozsądnie -
Człowiek przystanie...
Oglądnie...
Weźmie do rąk -
I już wsiąkł!
Ja sam raz naciąłem się grubo.
Dzisiaj.
W rocznicę ślubu.
W święto małżeńskiej miłości.
Posyła mnie żona
Do miasta...
- Kup (mówi) bakalii.
Do ciasta.
Bo zaprosiłam dziś gości.
Skocz (mówi) na jednej nodze!
Skoczyłem.
Kram był po drodze.
Stanąłem. Inni też stali.
Zerknąłem.
Widzę tom Prusa.
Nie kupić?
Nie mogę! Pokusa.
Kupiłem. Zamiast bakalii.
Wróciłem.
Żona w głos biada,
Że to się do ciasta nie nada!
Że z takim jak ja
Nie wytrzyma!...
I sama pobiegła do miasta
Po owe bakalie do ciasta.
Wróciła...
Z wierszami Tuwima!
Posłała córeczkę do miasta.
- Andrutów (mówi) kup paczkę!
Kupiła.
"Kaczkę dziwaczkę"!
Pobiegła teściowa do miasta
Po zwykłą musztardę.
Do mięsa.
Kupiła do mięsa... Dickensa!
Pobiegł synalek do miasta.
Po boczek.
Możliwie najtłustszy!
Przyniósł...
"W pustyni i w puszczy"!
*
A goście?...
Dziękuję. Nie szkodzi.
Prosimy - kto chce,
Niech przychodzi!
Miło nam będzie powitać...
Do mnie!
Do żony!
Do mamy!
Czym chata bogata - to damy...
Poczytać!

Pewna pani mi rzekła ponuro,
Że nie grzeszę
Fizyczną kulturą...
Ból mi serce przeszył! -
Zły spojrzałem na nią.
"No, cóż... Gdybym grzeszył,
To i tak nie z panią!"
I poszedłem...
Uprawiać sporty.
Bo po co przygadywać ktoś ma mi?
Kupiłem sobie
Dysk i szorty.
Żeby rzucać.
Dyskiem. Nie szortami.
Na boisku było
Wszystko jak należy:
Krowy się pasły.
I trenerzy.
Kupa dzieci i mamek.
I sportowcy dzielni.
A w jednej z piłkarskich bramek
Był magazyn.
Gminnej spółdzielni.
Pokłoniłem się wszystkim z oddali -
Powiedziałem im,
Po co przychodzę...
Czy mam te warunki - spytali.
"Warunki? ...
Na wszystko się godzę!"
Potem dyskiem rzucałem.
Do celu.
Rannych nie było wielu:
Jeden koń. Oraz działacz sportowy.
Byłby w głowę dostał!...
Ale był bez głowy.
Mimo to trener
I jego kolega
Powiedzieli:
"Niech już lepiej pan biega!"
"Proszę bardzo (mówię),
Niech będzie..."
Stanęliśmy na starcie -
Czterech w jednym rzędzie.
Strzał!!!
Tamci w nogi.
A ja nic - ja stoję.
Niech strzelają - ja się nie boję!
W tenisie też mi szło niewesoło,
Choć nie spuszczałem piłki z oka.
Siatka za niska!
Ta wokoło.
Za to ta w środku zbyt wysoka.
Dość że piłkę znaleźli za miedzą -
Drugą piłkę znaleźli za rzeką...
Nie szkodzi.
Niech widzą -
Niech wiedzą,
Jak ten sport u nas sięga daleko!
A potem przyszła
Piłka nożna.
Narzekać właściwie nie można:
Strzeliłem na bramkę
Bombę cudną,
Tylko do siatki trafić trudno.
(Udawało się jakoś w tenisie -
W piłce ani razu
Nie udało mi się...)
Nawet pewien kibic,
Co był przy tem,
Powiedział do mnie z zachwytem:
"Pan to stanowczo powinien grać w lidze!"
Zależy w której.
W pierwszej się wstydzę.
A zresztą zostały mi narty...
No, cóż! Mam charakter uparty.
Stanąłem więc
Na zakopiańskim stoku...
Padał deszcz.
Wciąż ten sam.
Od roku.
Wyczekałem na śnieg chyba z rok się -
Aż poszedłem na deski!
Lecz w boksie.
Był ring.
Taki - wiecie - kwadrat czy prostokąt.
Piękna kontra mi wyszła!
Nawet nie wiem, dokąd.
W ogóle byłoby byczo,
Tylko za szybko liczą!
Gdyby liczyli mnie do środy,
Mógłbym wznowić zawody -
Spróbować swoich sierpów
Mógłbym przy okazji,
A w ostateczności
Użyłbym
Perswazji!
A tak - to nic.
Choć walczyłem niezłomnie.
MÓJ SINIEC ŚWIADCZY O MNIE!

Nie mogłem pozbyć się
Tego piętna -
Wstyd było spojrzeć
Na ciocię Florcię:
Cała rodzina inteligentna,
Tylko ja nie znam się
Na sporcie!
Nawet mój synek,
Co w ósmej jest wiośnie,
- Tata! - mi mówił. -
Co z taty wyrośnie?
Chodź, tata, ze mną raz na Garbarnię,
Zobacz, co korner,
Co skrzydło -
Może się tata trochę rozgarnie,
Bo pochodzenie mi zbrzydło!
Słowem, jeździli mi po głowie,
Wszyscy mnie mieli za wyrodka,
Aż rzekłem:
- Trudno, sport to zdrowie!
Rodzino, gramy w totka!
Ciotka jako maskotka,
Syn jako spec,
A ja tak sobie - pur la hec.
Jakby nas natchnął jakiś duch...
Synek w ekstazie darł się:
- Tata!
Stawiaj na Wisłę!
Stawiaj na Ruch!
A tata stawiał na wariata
Każdemu czym chata bogata:
Krzyżyk w skos
I wszerz
I wzdłuż -
Jak grabarz opętany szałem.
Potem na pocztę...
Ciach - i już!
Przyszła niedziela...
I wygrałem.
Przyznacie -
Sukces niebywały
Tak wszystko przeczuć bez omyłki,
Żeby krzyżyki się zgadzały
Na cmentarzyku naszej piłki!
Od dzisiaj sport -
Obywatele! -
Moja specjalność, można rzec,
Bo spece wiedzą tak niewiele,
Że kto nic nie wie -
Większy spec!
No cóż...
Nie myślcie jednak sobie,
Żem w dumę -
W zachwyt wpadł cielęcy.
Nie... Raczej martwię się, co zrobię,
Gdy przyślą mi te sto tysięcy...
Z taką gotówką -
Daję słowo -
Sam sobie będę obcy klasowo!
Gdy synek mój w ankiecie zbuja,
Gdy będzie ojca miał burżuja?
Słowem, tak wielką mam obawę,
By się nie stoczyć przez ten dochód,
Że chyba wszystko dam - na Warszawę!
Albo na inny samochód.

Ja tutaj tylko na chwilę,
Pięć minut - i tyle
Powiem - i już mnie nie ma!
Albo... nie powiem
Trema!...
Ludzie się tutaj napchali -
Czy ja wiem, kto tu jest na sali?
Człowiek tu gada i gada,
A może jest Miejska Rada?!
Ja wiem, co potem się stanie?
Jeszcze mi dadzą mieszkanie!
Z komfortem. Cztery pokoje.
Po co? Ja oddam swoje.
Mnie nie potrzeba!
Ja wolę błękit nieba,
Na Plantach ławeczkę.
I drzewa.
I słuchać, jak ptaszek śpiewa...
Ptaszka tu nie ma? Nie ma?
To nic.
I tak - trema...
Bo może jest jakiś krytyk?
Potem zrobi mi przytyk.
Jakiś Vogler.
Jakiś Mach...
Trema. Strach...
Albo ktoś inny z miasta...
Potem w Krakowie mnie schlasta!
Przed znajomymi.
Przed młodzieżą.
Że byłem nudny
I - uwierzą!
Bo facet pomyli nazwisko
I powie, że Szpalski to wszystko...
I co?
I skończyć mam marnie?
Powiesić się w jakiejś kawiarni?
Dziękuję. W jednej już wiszę.
Na dwieście cztery złocisze.
Wystarczy, sensu nie ma.
Nie mówię.
Trema...
A ten garnitur - to z Emhade.
Ja na Emhade nie jadę.
Nie, skąd!
Zresztą, żeby feler, żeby jakiś błąd -
A tu, widzicie,
Znakomicie:
W porządku surdut i spodnie,
Poruszać się mogę swobodnie,
Niebezpieczeństwa nie ma,
A... trema!
Bo miałem niedawno inny -
Przez spółdzielnię szyty krawiecką.
Ładny był...
Ale dziecinny:
Darł się jak dziecko!
Szczególnie w szwach:
Trrrach, trrach!... Strach!
Poleciałem do tej spółdzielni
Wściekły stanąłem w bramie...
Wejdę!
Zwymyślam piekielnie.
Na szefie graty połamię!
Wejdę - choć pewnie go nie ma?
Nie wejdę...
Może jest?
Trema.
Trema. Przez całe życie.
Tu też... Co się dziwicie?
Ja pierwszy raz - tak... w teatrze.
Dobrze, że na to nie patrzę!
Dla mnie - przysięgam - to zmora!
Że Szletyński nie dał aktora -
To ja muszę tak co wieczora
Stać. I mówić. Samemu.
Kazali. Czemu?
Prosiłem - grzecznie i szturmem:
"Sztukę wystawcie mą raczej!"
Powiedzieli: "Dobrze!" Jak umrę.
Współczesnych nie mogą inaczej!
"Mowy - powiedzieli - nie ma!"
Oni też ludzie:
Trema.
Kochała mnie jedna. W lecie.
Omal nie wpadłem w pułapkę...
Kram miała na Tandecie,
A na mnie - chrapkę.
Nazywała się Dziuba
I chciała takiego mieć chłopca.
Lecz dla mnie była za gruba
I trochę klasowo obca.
Namawiała do żeniaczki.
Zaprosiła na flaczki -
Z imbirem...
Z parmezanem.
- O nie! - powiedziałem. - Zostanę.
Niech będzie już monogamia,
A z tobą się nie ożenię!
Psuć przyszłym dzieciom mam ja
Społeczne pochodzenie?
Ślicznotko - mowy nie ma!
Trema.
1952

Słowiki sobie śpiewają.
Księżyc na niebie świeci.
Gwiazdy lśnią całą zgrają...
A ja?...
Ja mam żonę i dzieci.
Mnie to już nikt nie nabierze
Na te wzruszenia liryczne...
Ja - proszę was,
Mówiąc szczerze,
Wolę wyraźne wytyczne!
Możecie szeptać tu i tam,
Że kiepscy dzisiejsi poeci...
Nie wiem...
Ja wszystkich czytam!
Ja mam żonę i dzieci.
Kruczkowski idzie w teatrze...
Akt pierwszy,
Drugi.
I trzeci...
Inni już śpią -
A ja patrzę!
Ja mam żonę i dzieci.
Dziś się już byle bubek
Zna na architekturze
I psioczy na temat ozdóbek
Tych tam na górze...
Że to nie żadna ozdoba!
Że Pałac Kultury to szpeci!
Ja nie wiem...
Mnie się podoba -
Ja mam żonę i dzieci.
Kiedyś tu -
Pragnąc mieć spokój
W mickiewiczowskim tym roku -
Kupiłem Pana Tadeusza
I czytam...
Ciurkiem.
Jak leci.
Ja wiem: nikt mnie nie zmusza,
Lecz ja mam żonę i dzieci.
Personalniczka w biurze
Od roku już na mnie leci...
Miłość!
Co robić?
Służę...
Żona i dzieci!
Pocałunki...
Słowiki śpiewają.
Księżyc na niebie świeci.
Jak ona mnie - no to ja ją!
Trudno -
Mam żonę i dzieci.
A potem dansing...
Nie jazz -
Oberki w prawo i w lewo!
Jak samba - to maksimum raz,
I to tylko w związku z Genewą.
Bo mnie -
Choćbym słuchał bez końca -
Zachodni rytm nie podnieci.
Ja lubię zachód...
Lecz słońca!
Żona i dzieci...
. . . . . . . . . . . . . .
Myślałem, że będziecie się śmiali,
A wy się już nie śmiejecie.
Rozumiem...
Wy tutaj na sali
Też macie żony i dzieci.
1955 r.

W imieniu własnym,
Ojca
I matki
Przepraszam za moje oblicze!
Chodzą po ludziach wypadki -
Takiego nikomu nie życzę...
Nie moja wina.
To się mięśnie
Tak układają mi nieszczęśnie.
Że smutna twarz od urodzenia.
I jak pamięcią sięgnę wstecz -
To nic od wtedy się nie zmienia.
Potworna rzecz!
Robią mi ślubną fotografię...
- Uśmiechnij się!
Chcę. Nie potrafię.
Próbuję tak i siak, i wspak -
I nic.
I zdjęcie wyszło tak:
Żoneczka śmieje się od ucha -
A ja po prostu rozpacz głucha!
Smutny z profilu.
Smutny z przodu.
Choć jeszcze wtedy nie było powodu...
Zapyta mnie kto: „Jak teściowa?"
A ja ze smutkiem mówię: „Zdrowa"...
Wrażenie -
Że niech Bóg uchowa!
Jest mecz - i klub mój go wygrywa,
A moja gęba nieszczęśliwa!
Człek się na mecze chodzić boi,
Bo raz mnie zbili...
I to swoi.
Sam personalnik zauważył
Kiedyś na temat mojej twarzy:
- Oj, ten Załucki miewa rysy,
Jakby nie cieszył się
Z Odry i Nysy!...
Na szczęście rzekłem mu:
- Wyjaśnię,
Niech pan przedwcześnie się nie wścieka!
Z mego oblicza bije właśnie
Troska o (tego - tu) człowieka!
Raz tylko,
Kiedym był w Zetempie,
To obejrzeli mnie na wstępie,
Z uznaniem pokiwali głową
I dali Sekcję Rozrywkową!
Niestety -
Nadszedł nowy etap
I człowiek całkiem przepadł!
Dziś aż się gapią na mnie gapie,
Bo ja mam twarz nie na etapie...
Proszę -
Niech Państwo mi pokażą,
Jak tańczyć mambo z taką twarzą!
Nie tańczę - mówią mi "Wyrodku!",
Bo dziś jest właśnie
Taki zwrot ku...
Czułbym się - słowem -
Jak wyrzutek
Przez ten na twarzy wieczny smutek,
Lecz los pociechę tę przynajmniej
Dał mnie - smutnemu indywiduum,
Że zawsze mnie tam ktoś wynajmie
Na akademię...
Do Prezydium!

Uszanowanie, panie doktorze!
Zaraz tu wszystko zwięźle wyłożę -
Króciutko...
Jasno...
Dwa zdania:
Panie doktorze, co to być może?
Głowa mi puchnie!...
Jak bania!
Pan nie dowierza?
Przyjacielu-ż!
Wystarczy, że kupię nowy kapelusz -
To zaraz, doktorze, kram!
Póki pogoda - to jeszcze-jeszcze,
Ale niech tylko zaczną się deszcze,
To w kapeluszu
Już głowy nie mieszczę!
Choć pcham.
Co to być może, panie doktorze?
Chyba już ze mną bardzo źle...
Choć w kulturalnym robię sektorze -
To przecież głowa
Przydać się może,
Panie doktorze - no nie?
A to, doktorku,
Nie wszystko jeszcze.
Zaraz tu resztę pokrótce streszczę,
Bo wiem - dla pana to nudne...
W ogóle ze mną rzecz ma się dziwnie.
Bo głowa puchnie,
A reszta - przeciwnie,
Czyli ogólnie - to chudnę!
I w takim tempie,
Ze skoczę do Wisły
Z rozpaczy czarniejszej od chmur!
Kupiłem wczoraj sweter...
Obcisły.
A dzisiaj wisi jak wór!
Panie doktorze, niech pan uchowa.
Bo rzecz to dla mnie ponura!
Jeszcze zostanie ze mnie połowa!
I - czy ja wiem.
Która? ...
Żona mi nawet wytykała,
Że ja tak strasznie spadam z ciała -
I martwi się ogromnie...
Spogląda na mnie nieszczęśliwa,
Wątłym kurczęciem mnie nazywa,
"Kurczątko" - mówi do mnie...
A gdym garnitur nowy
Przymierzał dziś w Emhade -
Tak zbladłem, że aż rzekła:
"Ty moje kurczę blade!
Co tobie?" - pyta.
Mówię: "Patrz!
Do lustra! Ono nie kłamie.
Jak nie ma zbierać się na płacz,
Gdy mam za krótkie jedno ramię?
Nic nie wiedziałem ja od lat,
Że tylko jedno mam akurat!"
Co to być może,
Panie doktorze?
Miły doktorku, ratuj! Zbaw!...
Co pan powiada?
Pan nie może?...
Pan doktór nie od takich spraw?
A któż by? C h i r u r g?!...
No, trudno, cóż...
Nie będę czynił obiekcji.
Pójdę pod nóż!
Niech raz mnie już
Ktoś dopasuje do konfekcji!

Poznałem skromną referentkę...
Sam jestem także referentem -
Więc poprosiłem ją o rękę,
Tę... poplamioną atramentem...
Zgodziła się - i odtąd prędko
Marzenie się zmieniało w czyn:
Ślub referenta z referentką,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem syn...
Jak komuś leci - to już leci!
Żonka cieszyła się szalenie...
"Ty - mówi - będziesz niańczył dzieci,
Bo teraz równouprawnienie!"
I co mam robić - skoro żona
Na trzy zebrania dziennie mknie?
Trudno - już równouprawniona!
Tylko ja jeszcze,
Tylko ja jeszcze,
Tylko ja jeszcze,
Ciągle nie.
Bo gdzie tu - pytam - demokracja?
Ona naradę ma prezesek -
Pieluszki za to muszę prać ja!
Mnie się na ręku drze osesek!
Ja muszę leczyć mu pokrzywkę,
Ja muszę robić lewatywkę!
A przyjdzie takie "święto matki",
To wiecie komu -
To wiecie komu -
To wiecie komu
Dają kwiatki?!
Ja spędzam życie jako niania,
A żona gania na zebrania...
Bo raz jest główną prelegentką -
A raz jest... mężem zaufania!
"Wtedy mi gniew źrenice zwęża,
Bo - czym ja jestem? Mężem męża?
Przepraszam! - wołam wielkim głosem.-
Dwóch mężów w domu?
Dwóch mężów w domu?
Dwóch mężów w domu
Ja nie zniosę!
Lecz gdym już walczyć jął z ferworem,
Żebym z tym skończyć, bo mi źle z tym -
Żona została... dyrektorem!
W tym samym biurze, gdzie ja jestem.
Mnie tego dyrektorstwa żony
Wciąż gratulują - z każdej strony,
Jakby to było czymś niezwykłym!
A ja do tego -
A ja do tego -
A ja do tego
Już przywykłem...
Lecz teraz nigdy już z wieczora
Chwili dla siebie nie ukradnę:
Ciągle przy dzieciach! Dyrektora.
Jako małżonek... I podwładny.
Bo człowiek musi - nic nie wskóra.
Dyrektor - tu i tam figura!
Też w domu pierwsze skrzypce gra -
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Syn
I ja...
Jak się poskarżyć? Kiedy? Komu?
Przecież jej nigdy nie ma w domu!
Ani jej wbiurze szepnąć słowo,
Bo w biurze ze mną - to służbowo!
Psiakość! Nie mogę przecież więcej
Rzucać swych gorzkich skarg na wiatr.
"Proszę! Formalnie! O audiencję!
W sprawie wytchnienia!
W sprawie zwolnienia
Mnie od niańczenia
Młodych kadr!!!"
Przyjęła mnie ciut-ciut zdziwiona:
"Pan jako mąż czy jako strona?"
We mnie bojowy duch zwycięża:
"Ja? ...Jako smutna strona męża!"
I wołam gromko: "Dyrektorze!
To ostrzeżenie me ostatnie!
Służbowo pani wszystko może,
Ale przepraszam -
Ale przepraszam -
Ale przepraszam -
Nie prywatnie!"
Odrzekła na to mi uprzejmie
Z uśmiechem wszakże dość zdradzieckim:
"Jutro referat pan obejmie
Opieki nad Matką i Dzieckiem!"
"Czemu - skowyczę. - Za co? Powiedz!"
A ona: "Trudno! Pan - fachowiec!"
I stało się - cóż miałem rzec?
Trudno do żłóbka
Pchać byle bubka
Czy żółtodzióbka,
Gdy jest - spec!
1950

Jak wytłumaczyć mam to sobie,
Ja już doprawdy nie wiem sam:
Dość wspomnieć przy mnie o chorobie,
A już na wieczór
Ja ją mam!
Dostanie ktoś w Warszawie grypki,
To mną w Krakowie
Tak już trzęsie!
Widocznie taki refleks szybki,
Czy coś w tym sensie...
Ja już nie piję,
Już nie palę,
Kobieta to mój ciężki wróg!
I kąpię się w kaloszach stale,
Ażeby nie przemoczyć nóg!
Na każdą zważam już przestrogę.
Nawet -
Gdy złapać tchu nie mogę -
To ja nie łapię!
(Ani mi w głowie:
Niech łapią ci, co mają zdrowie!)
Oszczędzam się na każdym kroku:
W ogonkach nie stoję!
(Wchodzę z boku).
Jak sport - to też:
W prenumeracie.
I co? I macie:
Tu raz mnie łamie.
Tam znowu raz.
W piersiach orkiestra gra.
Jazz!
Nadto już któryś z rzędu rok,
Gdy portfel swój przeglądam czule,
Czuję, że zepsuł mi się wzrok:
Pieniędzy nie widzę w ogóle!
Iść do lekarza?
Pomysł mądry,
Ale ja nie mam juz ochoty:
Popuka - powie:
"Hipochondryk !"
A potem powie:
"Sto złotychl"
Diagnoza trafna co do joty,
Ale gdy idzie... o kwotę!
Bo ja poważnie:
Na drugim świecie
Już jedną nogą byłem na poły.
Tą lewą. Tak...
Wróciłem przecie.
Ustrój nie dla mnie:
Same anioły!
A zaczęło się dosyć dziwacznie:
Z początku noga zdrowa jak rydz.
Sam czekam, kiedy to się zacznie -
Rok,
Drugi,
A noga nic.
Już diabli brali mnie powoli,
Już cierpliwości było brak:
Co to za noga, co nie boli?
Chora czy jak?!...
Aż raptem czuję,
Że gdy chodzę,
To mnie coś kłuje w lewej nodze.
Stanę - nie kłuje
Dziwne kłucie!
A w sercu zaraz złe przeczucie,
Szedł właśnie pogrzeb jakiś bowiem...
Dwie damy w czerni...
Więc ja do dam:
"Jak się nieboszczyk czuł ze zdrowiem?"
Rzekły, że kłucia miał.
Ja mam!
O tutaj w nodze -
Kiedy chodzę.
(I im tłumaczę, jak mnie boli...)
Nieboszczyk wprawdzie miał nie w nodze,
Lecz tu czy tam -
To nie gra roli..
Stłumiłem w sercu gorzki lament.
Co robić?
Testament?
Nie mam pieniędzy,
Nie mam domu -
A cóż by tu zapisać komu?
Człek do pisania ma zacięcie,
Lecz skarbów brak!
Któż się obłowi?
Chyba zapiszę w testamencie
Sam siebie.
Do Cracovii!
Być może, że się z braku laku
Przydam po śmierci im...
W ataku!
Kołdrę też im zapisałbym -
Puchową, jeszcze całkiem ładną,
Ażeby miękko było im,
Gdy z ligi spadną.
A pewnej miłej pani Ali
Swe serce dać miałbym ochotę...
Niech sprzeda je
W Jubilerskiej Centrali,
Bo było prawie jak złote!
Niech żąda dużo,
Proszę ja ją!
Ale niech bierze, ile dają.
---------
Nie umarłem jednak w terminie,
Bo potem przeszło mi to kłucie...
Dziwny przypadek w medycynie:
Gwóźdź był w bucie!

Przepraszam, druga hemisfero,
Ja tutaj pierwszy raz dopiero...
Ziemia jest kulą...
I to fatalne!
Jeszcze się głupstwo jakieś palnie
tu - na tej drugiej połowie...
Bo jeśli stanąć, jak u nas normalnie -
to tu się stoi na głowie,
zanim się jeszcze coś powie...
Poza tym nie bądźcie zbyt próżni -
świat się od Polski nie różni...
Po drugiej stronie geografii -
czy to Brazylia, ,czy Alaska -
wszędzie się las
czy rzeczka trafi,
co szumiąc zaciągnie z kujawska.
W New Yorku, co spojrzę do góry-
To same Pałace Kultury!
A gdy mi się słówko polskie wyśliźnie,
ktoś zawsze podejdzie - i smutnie
zapyta w najczystszej polszczyźnie:
"Excuse me, co słychać w Kutnie?
Czy stoi ten house 'round the corner,
gdzie butcher przed wojną miał shop?"
Wszędzie to samo...
Potworne,
jak mały jest ziemski glob...
Wszędzie się Polak jakiś krząta...
Skromnie...
Bo Polak z tego słynie:
jak wojna - to na wszystkich frontach,
jak pokój - to w oficynie.
Jednemu jodły szumią w Tatrach...
Drugiemu śpiewa Frank Sinatra...
Innemu także jakoś idzie:
obywatelstwo ma pingwinie -
pingwinem jest na Antarktydzie
i lody posyła rodzinie...
A nawet w piekle:
diabełek - pikolak,
protegowany Lucyfera...
Rozmawiał ze mną: pewnie, że Polak.
I ta nostalgia go zżera...
"Sporo mi (mówił) łez pociekło,
gdym sobie stanął za bramą...
Bo tutaj - widzi pan - niby też piekło,
ale to nie to samo... "
Polak za morzem,
za chmurką,
za miedzą -
wszędzie, gdzie tylko ktoś wdarł się...
Tylko uczeni -
uczeni się biedzą,
bo nie wiedzą... kto mieszka na Marsie...
Aż wreszcie dotrą do owej planety,
by zbadać sekrety, które na niej drzemią...
A tam już Polacy:
mężczyźni, kobiety,
co się politycznie nie zgadzają z Ziemią...
Żyją tam uczciwie,
kochają się szczerze...
A miłość małżeńska taki rozmach bierze
że aż tu czasami
na niebie nad nami
widać - latające talerze.
1958 r.

Nie pomaga patriotyzm,
Margaryna
Ni ceres -
Gastronomia dla Polski
Nierentowny interes!...
Knajpa.
Bufet.
A na nim
Różne mięsa i ciasta...
Co spożyjesz kawałek -
To deficyt nasz wzrasta!
Bo powiedzmy: kiełbasa...
Co się tyczy kiełbasy -
Dziś kiełbasa to zdobycz
pracującej jest klasy!
Więc by zdobycz tę chronić -
Do każdego plasterka
Jest osobny dyrektor,
Woźny,
Stróż
I kasjerka!
Nadto pięciu planistów
I księgowych jest szereg,
Co planują,
Księgują
Odpowiedni plasterek. -
Do którego Ojczyzna
Tobie grubo dopłaca,
Bo gdy ty tu zakąszasz -
To tam w biurze wre praca!
Stąd deficyt!...
I wszyscy -
Każdy współobywatel
Swoją cząstkę dopłaca
Na Twój klops,
Czy rozbratel!
Zamówiłem dwie wódki
I kanapkę z sandaczem...
Kelner przyniósł.
Postawił.
Ja wtranżalam - i płaczę!...
"Jeszcze porcja szyneczki!" -
Rzucam z bólem kelnerce.
I tam szynka się kraje,
A tu
Kraje się serce...
Bo co zjem,
Czy wypiję -
To deficyt ten wzrasta!
Bo mi przykro, że na mnie
Cała Polska się szasta:
I ten chłop!
I robotnik,
I urzędnik skromniutki...
Aż za serce coś chwyta...
"Kelner! Jeszcze dwie wódki!"
Nic nie szkodzi, że jutro
Będę pewnie miał katza...
Widać trzeba,
Gdy Naród
Mnie do katza dopłaca!
Zresztą, drodzy Rodacy
Z Łodzi,
Z Kutna,
Z Wrocławia!...
Czy ktoś mógłby nie wypić,
Gdy Ojczyzna mu stawia?!...
1958 r.

W nowo wzniesionym mieszkam domu...
Dwa pokoiki,
Kuchnia,
W.C.-
I pierwsze miejsce w zbiórce złomu!
(Bo przecież klamek nie wyrzucę).
Łazienka,
Światło,
Gaz i woda -
Mieszkanko pełnokomfortowe.
Żaden półkomfort - nie!
A szkoda...
Może bym zmartwień miał połowę?
Lecz kto się z takim faktem liczy?
Nic nie poradzisz -
Co byś rzekł.
Musisz korzystać ze zdobyczy -
Trudno: dwudziesty wiek!
Więc żyję sobie nowocześnie -
O każdej porze.
Nawet we śnie
Widzę kontakty, kurki, złącza,
To, co się włącza i wyłącza -
A wreszcie jasny świta ranek
Pełen technicznych niespodzianek:
Odkręcam kurek -
Światło świeci
Przekręcam kontakt -
Woda leci.
Przekręcam kontakt jeszcze raz -
To z wodociągu idzie gaz.
Ale nie u mnie! Nie - przesada...
Na drugim piętrze. U sąsiada!
Za to gdy sąsiad gaz zamyka -
To u mnie gaśnie...
(Elektryka!)
Gdy to powtarzać nieustannie -
To ja mam ciepłą wodę w wannie,
A sąsiadowi zimna sika.
Nie z wodociągu - nie...
Z palnika!
Lecz kiedy w kuchni gaz odkręcę -
To światło nawet jest.
(W łazience!)
Tylko nie u mnie.
Na parterze.
U mnie jest prąd!...
(W kaloryferze).
Więc też nie grzeje,
Tylko trąca -
Za to lodówka jest gorąca!
Lecz wtedy -
Nie wiadomo skąd -
Sąsiadkę w łóżku kopie prąd!
Dobrze jej tak!
Bo żal mam do niej,
Że gdy pociąga tam - za sznurek,
To u mnie dzwoni.
W telefonie.
I się odzywa Jalu Kurek!
I wini mnie o niecne sprawki,
Bo mu się leje...
(Ze słuchawki).
O co się czepia mnie - psiakrew - on?!
Wściekły wyłączam więc telefon,
Gdy wtem ze zlewu -
Wśród zmywaków -
Rozlega się:
"Tu mówi Kraków!"
I w takt piosenki, co zachwyca,
Płynie wojskowa tajemnica -
Że...
"Na granicy jest strażnica"!
Na pamięć znamy już ten śpiew,
Więc żona krzyczy:
"Wyłącz zlew!"
No ale jak - psiakrew?
Skręcam - włączam
Kontakt - gaz,
Kurek - sznurek
Raz po raz,
Elektryka
Sika z kurka,
Gaz z kontaktu
Ciurkiem siurka,
Tylko woda według planu
Całą siłą wali z kranu,
Jakby tamę jej kto zerwał!
Woda - zimna.
Rześka.
Zdrowa...
Nagle - pst... Przerwa.
Włączyła się międzymiastowa!!!
"Minister budownictwa prosi!"
Duma mą wątłą pierś unosi,
Że do mnie dzwoni
Ktoś z daleka
W ramach tej troski o człowieka!
Serce z radości płacze
I łka...
Powiedział: "Pomyłka!"

Bardzo to lubię - bardzo się cieszę,
Kiedy dostaję świąteczne depesze.
Takie depesze otwieram tkliwie,
A otworzywszy - tkliwie się dziwię...
Bo niby skądże i w sposób jaki
Poczta tę pewność zdobywa i ma.
Że MARIAN ZALCUKI
I MARCIN ZACLUKI,
I MRRRRAIN ZUCLAKI -
To ja?
Podziw widnieje na mym obliczu...
A kiedy czytam, czego mi życzą -
Uśmiech zakwita jak kwiat!
Pierwszy mi życzy: WSZY SKTEIGO DBRRREGO!
Drugi mi życzy: WZSYSTKIEOG MALPSZEGO!
A trzeci: WSZOLYCH SWIAT...
Jestem wzruszony - uśmiecham się błogo...
- Od kogóż te miłe czułości?
Od kogo?!
Czytam z kolei więc wszystkie podpisy:
Pierwszy - COICIA.
(Wiem: Ciocia z Nysy!)
Drugi - AUTOXI.
(Wiem: Antoś z Gniezna!)
Trzeci - BRXTXRRBMMMBXXXXU? ...
Ciekawe - nie znam.
Więc nieznajome-ż nawet persony
Uprzejme słowa z oddali mi ślą!...
Jestem doprawdy do głębi wzruszony
I radość - i duma rozpiera pierś mą!
Takie uczucia zawdzięcza się poczcie,
Dlatego jestem z serca jej rad
I - proszę - nigdy na pocztę nie psioczcie!
Lepiej jej życzcie: WSZOLYCH SWIAT!

Mnie czekać kazano.
Spojrzałem nieśmiało.
Prócz mnie już sto innych
Tu osób czekało...
A każda z nich w ręku
Dzierżyła numerek,
Na każdym numerku
Cyferek był szereg.
Im wyższy numerek,
Tym więcej cyferek,
A mój był niestety
Najwyższy numerek!
Nie było gdzie usiąść,
Stanąłem w przeciągu.
I stałem cierpliwie
Iks godzin okrągło,
Tłumacząc przeróżnym
Ciekawym osobom,
Że ja tu - przepraszam -
Z wątrobą!...
Z wątrobą...
Z śledzioną.
Z nerkami.
Z ischiasem.
Z żołądkiem.
l z sercem...
(Bo pika mi czasem.)
Z gardziołkiem.
(Bo boli.)
Z kolanem.
(Bo strzyka.)
Z migreną.
(Dokucza.)
Z przewodem.
(Zatyka.)
Mówiłem. Czas mijał...
Mówiłem. Czas leciał...
(Dziewiąta... Dwunasta...
Już druga! Już trzecia!)
Wtem przerwał mi moje
Bolesne wywody
Siedzący pod oknem
Pan jakiś niemłody,
Z siwizną na skroniach
Widoczną z daleka.
Dłoń podniósł do góry
I krzyknął:
- Wystarczy!
Nim swojej kolejki
Pan się tu doczeka,
Do chorób tych dojdzie
I uwiąd też s t a r c z y!
Zdziwiony rzuciłem
Więc wzrok na mężczyznę...
Ów palcem na skroniach
Swych wskazał siwiznę
I dodał żałośnie:
- Bo rzec panu muszę,
Że ja tu wciąż czekam
Z dziecięcym kokluszem!

Niektórym wytwórniom zabawek
mechanicznych automatycznie
poświęcam...
Wstąpiłem do sklepu. I mówię w tym sklepie,
Że serce ojcowskie się we mnie telepie -
Że tyle jest we mnie tkliwego uczucia,
Iż muszę natychmiast coś kupić dla Gucia!
Pojęła me słowa panienka przy ladzie
I misiów piętnaście na ladzie już kładzie...
- To takie, co skaczą! - panienka zachęca
I misia za misiem nakrętką nakręca.
Panienka nakręca - ja stoję i patrzę:
Zabawka ma skakać -
Zabawka nie skacze!
- To może by autko? - spytała i prędko
Pięć aut po kolei nakręca nakrętką.
Panienka nakręca - spoglądam więc z boku:
Zabawka ma jechać -
Zabawka ni kroku!
To może by lalkę? - spytała przemyślnie. -
Laleczkę, co płacze, gdy ją się pociśnie...
Panienka pociska - ja słucham, ja patrzę:
Zabawka ma płakać -
Zabawka nie płacze!
Nie płacze...
- To dziwne!
- Błąd jakiś azali?
Spojrzeliśmy na się zdumieni i chmurni,
Bo my byśmy przecież bez przerwy płakali,

Gdyby nas w takiej zrobiono wytwórni!

Imieniny u Mani. We czwartek.
W czym ja pójdę? Garnitur wytarty.
Trzeba kupić. Kupuję. W konfekcji.
Bardzo ładny. Bez żadnych obiekcji.
Czysta wełna. Tip - top gatuneczek.
Granatowy. W cieniutki paseczek.
Chciałem jasny... Więc byłem w Pedecie,
W Peesesie i - słowem - gdzie chcecie...
Lecz się dziwnie niestety złożyło:
Były takie. A innych nie było!
*
Wizytówka: "Tu Mania!" Więc dzwonię.
Otworzyła. Pcham kwiatki jej w dłonie.
Wita gwar mnie. I aplauz. Najszczerszy!
Panie są już. A z panów - ja pierwszy.
Patrzą - chwalą garnitur nowiutki:
Granatowy. W paseczek. Cieniutki.
Nagle dzwonek. Przychodzi Franeczek.
Granatowy. W cieniutki paseczek!
Potem znów - bombonierka - Romeczek!
Granatowy. W cieniutki paseczek.
A za chwilę - z kryształem - Broneczek!
Granatowy. W cieniutki paseczek!
A na koniec Władeczek, mąż Ludki...
Granatowy! W paseczek! Cieniutki!!!
Panie bledną i mdleją powoli...
Mania w krzyk, że na mecz nie pozwoli!
Wyjaśniamy: Na honor! Na słowo!
Nie jesteśmy drużyną ligową.
Tylko każdy ma nowy garnitur!
Gaudeamus - tentego - igitur!
*
Coraz milej nam z każdą jest chwilą,
Tylko panie co chwila się mylą...
Więc na przykład żoneczka Franeczka
Szepce w uszko mi czułe słóweczka,
Bo mnie bierze... za pana Romeczka!
A p. Ludka, Władeczka małżonka,
Tańczy walca we Frania ramionach,
I choć Frania wciąż bierze za Bronka -
Szepce jemu: "Mój słodki Romeczek,
Granatowy w cieniutki paseczek!..."
To bez skutków - rzecz jasna - nie mija,
Awantura wybucha. I chryja!
Bijatyka! W obronie honoru!
Lecą strzępki! Jednego koloru!
Granatowe w cieniutki paseczek.
Czysta wełna - tip-top gatuneczek!
*
Wiersz ten w celu przestrogi i lekcji
Poświęciłem wytwórniom konfekcji.
1950 r.

Świat mi się całkiem nie podoba:
W kosmosie gospodarka do kitu
Gwiazdy się palą,
jak okrągła doba -
nawet w godzinie szczytu!
"Na Marsa - namawiają - poleć!"
A któż by głowę pchał pod nóż?
Na Mlecznej Drodze
pewnie gołoledź,
bo znów nie posypał Anioł Stróż!...
Burzliwe wiosny,
mokre sierpnie -
słowem - gdzie spojrzę - pełno wad...
Lecz na myśl jedną
skóra aż cierpnie:
co by to było,
co by to było,
gdyby tak Polak stworzył świat?!
Gdyby tak Polak - trafem jakim,
Nasz rodak z wąsem w kształcie wiechcia!
Lub... gdyby Pan Bóg był Polakiem...
Nie!
Tego nawet Bóg by nie chciał.
Po prostu
przed miliardem lat
gdyby bieg rzeczy zmianie uległ
i gdyby Polak stworzył świat...
O - rany Julek!
Kulą nie byłaby ta Ziemia!
Nie kulą byłby Księżyc blady...
Sześcianem? ... Nie wiem.
Jedno wiem ja:
Bez kantów nie dałoby rady!
Spitsbergen byłby - gdzie Kalkuta.
Alpy na głowie by stały...
Włochy by miały może kształt buta,
lecz pewnie o numer za mały!
Tylko przez Polskę płynęłaby wartko
szeroka Wisła... z czerwoną kartką!
Nad nią cytryny szumiałyby z cicha,
na każdej gałązce - zagrycha!
A gdyby już była gotowa ta rzeka,
Polak by chyba dłużej nie zwlekał
i by się wreszcie
(cieszcie się, cieszcie!)
wziął do stworzenia Człowieka!
Nie powiem, jak byśmy wyglądali...
(Za dużo dorosłych na sali!)
To nawet głupstwo już, że Adam
pomieszałby mu się z Ewą,
bo i tak
(ja się z Wami zakładam!)
co ważniejsze - poszłoby na lewo!
...Tyle że może w bezhołowiu ciał
Opatrzność zrządziłaby bystra,
że przez pomyłkę
plecy bym miał
nie tu - lecz u Pana Ministra.

"Cogito, ergo sum",
czyli "Myślę, więc jestem!" -
Tak powiedział Kartezjusz...
A ja tu z protestem!
Bo biorąc pod uwagę
wymienione schema,
Znaczyłoby:
"Nie myślę - czyli że mnie nie ma!"
Co istotnym jest błędem,
gdyż w takowy sposób
Nie byłoby na świecie
bardzo wielu osób:
Producenta żarówki
" takiej, co nie świeci,
Pewnej pani, co pisze
książeczki dla dzieci,
I szewca, co mi uszył
dwa lewe buciki,
Autora pewnej dla mnie
niechętnej krytyki,
Kierownika Wytwórni
nielepkiego lepu,
I kierownika sklepu,
co wziął to do sklepu,
I pewnego poety
z sąsiedniej parafii
(Który rzekł, że satyrę -
to on też potrafi!),
I tego moralisty,
co go miłość drażni,
Tych, co myślą, że mądrzy -
no bo są poważni,
Tego, co skradł mi portfel -
wesół, że się odkuł,
Satyryka, co pisze:
"Hej, zniszczmy w zarodku!",
Kolegi, co dla sławy
powiesić się gotów
I kilku tym podobnych
znajomych idiotów...
Ci wszyscy wymienieni -
wbrew Kartezjuszowi -
Nie myślą, a istnieją,
żyją i są zdrowi!

Choć ma dla innych
Wzrok żandarma -
Dla szefa uśmiech,
Wdzięk i czar ma,
Układność gestów,
Galanterię
I uniżonych ruchów serię:
Przymilność,
Podskok,
Pokłon,
Ukłon -
Wprost by w posadzkę
Czołem tłukł on!
Z szacunkiem zgina
Giętki tułów -
Tak, byś szacunek
Z dala czuł ów!
Wzrokiem wprost liże,
Tuli,
Pieści,
A w każdym geście
Cześć się mieści
I obietnica
Słodkiej treści,
Że dla zwierzchników
Swych i ich ciał,
Być ukojeniem
On sam by chciał!
Plastrem,
Pigułką reformacką
Lub...
Czopkiem z mydła!
Aby chwacko -
Gdy w oczach szefa
Ból wyczyta -
Mógł (jako czopek)
Wejść w jelita -
Wskoczyć!
Samemu -
Osobiście!
Ukoić,
Ulżyć,
I przeczyścić!
I mając swój
Na względzie los tam -
Wprowadzić szefa -
Ach! - w błogostan!
Potem z uśmiechem
Oraz z szansą
Jakiejś nagrody
Czy awansu -
Wyskoczyć lekko,
Stanąć przed nim
I stylem prostym,
Bezpośrednim,
Skromniutko, kornie
I bez krzyku
Rzec mu:
- To JA,
Ob. Naczelniku!

Sto razy na dzień mi się zdarza
Udręka ta, nieszczęście, pech,
Że muszę trafić na nudziarza
Z tą najnudniejszą spośród cech...
On - gdzie bym nie był - mnie dopadnie:
W tramwaju, w cyrku, w Kłaju, w Kładnie -
Daremnie chciałbym czmychać!
Choć wieję przed nim, że aż sapię -
On mnie dogania, on mnie łapie
I z miejsca: - Aaa!... Co słychać?
Jest urząd. Biurko. Ja za biurkiem.
Przed biurkiem zaś petentów krąg.
Pracuję. Pot się leje ciurkiem...
I nagle - nie wiadomo skąd -
Przez tłum petentów się przeciska
Ktoś znany mi zaledwie z pyska,
Dłoń ściska mi z wylaniem...
Omal jak syna nie obejmie,
By wreszcie spytać mnie uprzejmie:
- Co słychać, drogi panie?!...
Aż kiedyś to się stać musiało...
Robiłem bilans. Naglił czas.
Mnie się o milion nie zgadzało...
I wtem - w tym dniu już setny raz -
Ktoś ledwie mi znajomy z pyska
Podszedł,
Wziął krzesło,
Usiadł z bliska,
Uśmiechnął się wiośnianie...
Już czułem - jakbym w oczach czytał -
Że mnie zapyta...
I zapytał:
- Co słychać, drogi panie?!...
Na moim biurku przycisk był...
Marmur! Wiadomo - twardy głaz.
Cisnąłem. W niego. Z wszystkich sił.
I było słychać: "brzdęk" i trzask!
Włos dęba stanął mi na głowie.
Com ja uczynił? Koniec! Grób!
Ciarki mnie przeszły - oraz mrowie!
A on jak trup
U moich stóp.
Lękiem przejęty oraz skruchą
Do piersi mu przykładam ucho -
Czy przestał już oddychać...
Już ledwo mu faluje biust -
Szept tylko płynie z bladych ust:
- Aha... To pan... Co słychać?...

Gdy raz wypiłem parę wódek,
Zjawił się u mnie
Krasnoludek.
Spojrzał na flaszkę na mym stole,
Na pięciogwiezdną aureolę
(Co to pięć gwiazdek - wam izwiestno)
I gorzko westchnął:
"O smutku, coś mą duszę zaległ!...
Piją furmani i poeci -
A gdzież się urżnąć ma krasnalek?..
W bajce dla dzieci?!"
Siadł więc na stole pełen smutku
I pił - pokorny, skromny, cichy -
Twierdząc, że jest coś w krasnoludku,
Iż czasem musi!...
Bez zagrychy.
Niekiedy mruknął:
"Dobra... Chłodna..."
I mrucząc wypił flaszkę do dna.
Potem - choć wzrostu miał trzy cale -
Rozrabiać zaczął niebywale.
Napisał sosem na serwecie:
"Krasnoludki są na świecie!"
Zademonstrował rock and roll,
Rozbił lustro, krzycząc "Gol!"
Spalił dywan papierosem,
Wannę zatkał kabanosem,
Ściągnął obrus,
Szklanki stukł,
Mnie samego zwalił z nóg
I podniósłszy dziki krzyk,
Zbudził żonę, po czym znikł...
A żona, widząc t a k i e skutki,
Dalej nie wierzy w krasnoludki!...

Żyło sobie stadło składne,
Stadło dobre, zgodne stadło:
Ciemny Typek z Czupiradłem,
Z Ciemnym Typkiem - Czupiradło...
Miłość ich złączyła nagła,
Miłość ich złączyła szybka:
Typ był w typie Czupiradła -
Czupiradło w typie Typka.
Dnia pewnego coś napadło -
Coś napadło Czupiradło,
Więc na Typka jak nie huknie:
"Typku, spraw mi wreszcie suknię,
Taką, żeby Huba zbladła,
Żeby Dziuba z krzesła spadła,
Żeby Dziunię febra nagła...
I z zazdrości żeby Lala
Pojechała do szpitala!..."
Na te słowa Czupiradła
Typek zaklął: "Tam do diabła!"
Potem z domku się wyśliznął,
Gdzieś coś grejfnął, świsnął, gwizdnął,
Gdzieś podpylił sumkę krągłą;
Tutaj nabrał - tam naciągnął,
Wreszcie rzucił forsy huk
Czupiradłu do jej nóg.
Stąd to dzisiaj z Czupiradła -
Stąd to dzisiaj mamy z niej
Czupiradło wystrojone
Tak wytworne, że aż hej...
A więc proszę - suknia z kloszem,
Klosz w pepitkę, karczek w groszek,
I turniura, i gipiura,
Wcięty środek, luźna góra,
Środek w kropki, góra w kwiatki,
Karczek z rypsu, ryps w zakładki,
I baskinka z krepdeszynki,
Krynolinka wokół szynki,
Aksamitka wokół główki,
Niżej główki lekkie bufki,
W bufkach szlufki, szlufki w kratę,
Wstawki w kwiaty, kwiat z krepsatę,
Przodzik w dżety, dżety z tafty,
Tafta w cętki, cętki w hafty,
Hafty w kółko, kółko w ściegi,
Ściegi w dekolt, dekolt w piegi,
Nad dekoltem pysk okrągły,
Czółko w pryszcze, nosek w wągry,
A pod noskiem buzia w ciup,
Kto ją ujrzy - trrrup!

Żył sobie architekt...
Ceniony.
Z twarzą subtelnie wybladłą.
Sam...
Nie miał dzieci ni żony.
Zaledwie miał prześcieradło.
Wiadomo - to żadna kariera
Bielizną być kawalera:
Mydło - niestety - z rzadka.
Proszek do prania - gratka.
Żelazko? Ot, jak się uda...
Moralnie - nuda!
Miało prześcieradło
Dość więc takiej doli
I w odmęty wpadło
Czarnej melancholii...
Cierpiało długo po cichu,
Aż powiesiło się...
Na strychu!
Architekt załkał...
Skrucha.
(Przywiązał się do ciucha!)
Buduje wprawdzie domy
W Warszawie i w Nowej Hucie,
Lecz w sercu żal...
(Wiadomy.)
W sumieniu - kłucie.
Więc w domach tych - choć ładne -
O strychach ani słychu,
ŻEDY SIĘ JUŻ WIĘCEJ
PRZEŚCIERADŁO ŻADNE
NIE MOGŁO POWIESIĆ NA
STRYCHU!

Na bruku nogę zwichnął człek...
Spojrzał na bruk i z dumą rzekł:
- Ho, ho – piętnasty wiek!

Przeżywszy życie bezbożnie –
jak trzeba,
Poszedł ateista po śmierci
do nieba!

Spotkała go święta Kunegunda:
– No, i jak pan teraz wyglunda?
On odparł jej na to: -
– O, Santa,
Ładnie to kpić z repatrianta?!

Rzeczywistość nowa! Nowe wokół wszystko!
Świat wkracza na tory inne, niepojęte...
Jakież wobec tego zająć stanowisko,
Gdy już... wszystkie lepsze zajęte!?

Twórczość – to czasem taka męka,
Że nawet czytelnik stęka...

Raz "z" wypadło mi z maszyny,
Kląłem więc na nią z pół godziny,
Aż obruszyła się szalenie:

– Cemu klnies? Nie rób wiatru!
Jeśli troseckę seplenię,
To pis stuki pod aktorów dla teatru!

Że wypił a n g i e l k ę
Na S a s k i e j Kęp i e
Już jako A n g l o s a s
Przedstawił się klempie.

– Ty jesteś (rzekłem do niej)
Jak kwiaty w tym flakonie!...
– To znaczy, proszę pana?
– To znaczy, że n a r w a n a!

Karol nieszczęśliwym
Kiedyś był amantem:
Półanalfabetka
Puściła go kantem...

Jeszcze dziś – po latach –
Gdy wspomni ją z łezką,
Czytam w jego oczach
S m u t e k....
Przez o z kreską!

Świerszcz raz pragnienie
Miał jedno jedyne:
Chciał sobie zrobić
"Świr-świr" za kominem...
A tutaj, do cholery –
Same kaloryfery!

Że masz lód zamiast serca
I żeś zimna jak głaz -
Nic nie szkodzi, najdroższa...
Na ten upał - w sam raz!

Umówiłem się na schadzkę...
Z pewną młodą osobą.
Gdy przyszła, powiedziała kapryśnie:
– Zapomniałeś wziąć księżyc ze sobą!...
Odrzekłem:
– He, he... Umyślnie!

Oj-czyste kpiny

1959 r.

Oj-czyste kpiny

Motto

Dużo kpin i trochę westchnień

Polak w Paryżu

Nigdy radości

Wróciłem z Włoch

HAMLET po polsku

Stopa w głowie

Straszna ustawa

Prohibicja

Domek jednorodzinny

Dusza kozacza

Rok 2000-ny

Kumoterstwa nie ma

Proszę o lekki wymiar kary

Litość i trwoga

Dwie rozmowy

Człowiek, który został koniem

W sprawie dorosłych

Skąd to się wzięło

Dużo westchnień i trochę kpin

Juvenalia staruszków

Szopenista

Jak nie sprzedałem duszy

Wiosenny wiersz

Liryka filozoficzna

Wiersz w ramach

Człowiek, który chciał mieć samochód

Taksówka lotnicza

Obłoczki z importu

List do redaktora "Przekroju"

Po wakacjach

Cieszą mnie moje radości

Kpiny bardzo kulturalne

Domek jednorodzinny

Pewna maleńka tęsknota

Człowiek, który musiał być geniuszem

"Znawca" na komedii

O kramach z książkami i kramie z tymi kramami

Do wiadomości ministra kultury i sztuki

Moja fizyczna kultura

Moja fizyczna kultura

Gram w totka

Mój wyścig Pokoju 1958

Straszni kibice

Komunikat olimpijski 1956

Kpiny na estradzie

Trema

Żona i dzieci

Twarz nie na etapie

Dziwny pacjent albo choroba konfekcyjna

Monolog w telewizorze

Ofiara fachowości

Hipochondryk

Milioner

Polacy wszędzie

Kpiny nieśmiertelne

Ojczyzna stawia

Komfort działa

Depesze z życzeniami

Przygoda w poczekalni

Wiosenna jesień

W krainie zabawek

Imieniny u Mani

Mój jubileusz

Znowu to samo, czyli do czego krytyk doprowadził

Kpiny z nieśmiertelnych

Swojskie stworzenie świata

Rozprawa z Kartezjuszem

Portret lizusa

Tabakiera i nos

Tajemnicze metamorfozy

Co słychać

Krasnoludek

Czupiradło

Bezstronne pochwały

Legenda o samotnym architekcie

Efekty są

Kpinki

Na krakowskim bruku

Kontrowersja pozagrobowa

Ocena

Na temat drażliwy

Kłopoty koniunkturalisty

Poezjo!...

Rozmowa z maszyną do pisania

Snob od siedmiu boleści

Samokrytyczne westchnienie megalomana

Odkrycie

Z testamentu automobilisty

Wspomnienie z wczasów

Rozmowa

Smutek

Świerszcz i cywilizacja

Westchnienie kanikularne

Historia liryczna