Jestem sobie zwykły
połatany przechodzień.
Te łaty nie od święta -
nie, stać mnie na co dzień. To nie ekstrawagancja ani żadna zbrodnia - to kwiaty uczciwości
kwitną na mych spodniach! I na płaszczu też
plamą zakwitają zaszczytną... Ale nie szkodzi. Jeszcze rok - a przekwitną.
I
Jeszcze tylko ten roczek - tylko tyle właśnie -
karku mój, łachman ten taszcz! A ja,k będzie spokój,
jeśli nic nie trzaśnie -
za rok zaoszczędzę na płaszcz: z kołnierzem, na futrze, marengo...
Nie będę już czuł się łazęgą. Przełamię kompleks. I melancholiję...
Ostatni krzyk mody -raz się szyje! Będą się oglądać panowie i panie...
,I
Za rok.
Jeśli spokój.
Jeśli nic się nie stanie.
Czytam więc tę prasę
i słucham dziennika - i widzę,
jak ten płaszcz mój zjawia się...
I znika...
Zjawy migotliwe - raz dłuższe, raz krótsze - ale zawsze marengo!
Z kołnierzem.
Na futrze.
Bo też ta Historia
wszędzie swój pcha nos
do drobnych ludzkich smutków i frajd.
I tam, gdzie diabeł
mówi "Dobranoc" - i tam, gdzie mówi "Good night".
Niby mój własny problem -
i basta.
Szaraczek. Z prowincji.
Nawet nie z Warszawy. A coraz to różne
kraje i mocarstwa
wtrącają się w moje osobiste. sprawy.
To znaczy zwłaszcza
w sprawę mego płaszcza!

Czy mnie to szczęście
,spotka, czy ominie,
w Kongo się rozstrzyga, w Laosie,
w Berlinie...
O, jakaż ta Polska wielka! Jak się rozprzestrzenia, jeżeli idzie
o zmartwienia.
Wtrącają się
Iwysoko postawione osoby, choć ja się nie mieszam do ich garderoby.
W cale się przecież I nie zajmuję nikim, -- co, kto
Ii pod jakim płaszczykiem...
A na mój się uwzięli!
Ciągle ktoś zachwaszcza międzynarodowy problem
mego płaszcza:
dzisiaj Johnson ma mowę, De Gaulle ma pojutrze -
w sprawie mego płaszcza... Marengo.
Na futrze.
Może i ja ważniejszy, niż sobie myślicie:
mój płaszcz w ONZ-ciel

I tnój płaszcz na Szczycie! O tnój płaszcz się spiera potęga z Potęgą:
zielony czy marengo? Z jakiego materiału? Jaki ma być krój?
Czy ostatni krzyk mody,
, .?
czy moJ Wysoka Władzo i Magistracie!
Chcieliście Gogola, no to go macie.

O, jakżeż mnie wzrusza
ta miłość prawdziwa,
gdy młodzian na kwiatku
wróży sobie białym:
"kocha czy nie kocha?"
i te płatki obrywa...
Ja już - oberwałem.
Odtąd muszę myśleć...
Jak bowiem wynika
z tego, co mi rzekła
ludzi mądrych garstka,
małżeństwo
to Wielka Polityka,
Żona i Mąż -
to dwa Mocarstwa.
To dwa Mocarstwa w ludzkiej skórze -
nie powiem które,
ale te duże.
W małżeństwie wciąż się rodzą
te konflikty zgubne,
a wśród mocarstw takie same.
Tyle że nieślubne.
Również analogia uderzy bez pudła,
gdyby szło o ich źródła:
tam misja historyczna
w historycznej glorii -
tu miłość...
To w małżeństwie
też już coś z historii.
Tyle że starożytnej -
tak zwane zaranie.
A ta wspólna planeta -
to jak wspólne mieszkanie.
Warto więc pamiętać,
że gdy coś wybuchnie,
to można dostać
w tę wspólną kuchnię.
Stąd idąc raz Alejami,
tam gdzie Ambasady,
powiedziałem do żony:
- Pójdziemy w ich ślady?
Może by i u nas
duch powiał ten świeży:
pertraktacje zamiast talerzy?
Bez gwałtów,
awantur
i bez idiosynkrazji -
będziemy się kochali
przy pomocy perswazji.
Tak oto się otwarła
nowa karta kronik.
Kupiliśmy na wstępie głupstewko -
telefonik.
Aparaciki zabawki,
kolor ich zielony,
jeden u mnie w pokoju, a drugi u żony.
Odtąd do współistnienia
służy się i przyczynia
nasz bezpośredni kabel -
nasza gorąca linia.
Bo to dla atmosfery
wprost balsam jedyny.
gdy słyszy się dusery,
a nie widzi się miny.
Czasem tylko ciut ostrzej
zgrzytną tony niewieście:
kiedy mowa o bazach...
Moich bazach.
Na mieście.
Ale trudno.
Choć w środku wtedy burzę się dziko,
czule rzucam w słuchawkę:
- Ej. ty moja Gromyko!
Bo zawarliśmy układ,
że gdy czort nas bierze,
nie wybuchamy.
W atmosferze.
I istotnie już lepsza.
Już nas każdy chwali,
tudzież podziwem darzy nas głębokim -
nieliczni tylko
patrzą kosym okiem...
Lecz przeważnie
winszują mi na każdym kroku:
- Miła ta pańska żona.
- Dziękuję. Bez uroku.
Jakoś współistniejemy:
gdzie trawka zielona,
gramy razem w palanta,
albo badmintona...
A nocą w niebo patrzymy.
A gdy gwiazdka spadnie,
każde z nas westchnie o coś -
coś innego dokładnie -
lecz jedna gwiazdka wróży,
czy nam spełni to się -
i to jest właśnie nasza
współpraca w Kosmosie.
A teraz - pst...
Bo przed lustrem
żona stoi i skrycie
sama mówi ze sobą...
Konferencja na Szczycie...

Słyszysz: idzie sto kilo.
Patrzysz: taaaka baba!
A płeć - mówią - piękna.
I do tego - słaba.
A ja się nie podobam.
Mnie to zawsze wytkną,
że co do płci -
to płeć mam brzydką.
No, cóż...
Płeć - jak telewizor,
telewizor – jak płeć:
można nie korzystać,
ale trzeba mieć!
Musi mieć każdy:
marksista czy mistyk.
I nie dla przyjemności.
Dla władz!
Dla statystyk!
A tu płci się używa
(I to właśnie fatalne!)
i dla innych celów
niż te oficjalne...
By dwu różnych płci
ułatwić zażyłość,
koedukacyjną
wymyślono miłość,
której dwa są rodzaje:
jak to wiemy z kina,
jest miłość staroświecka,
czyli jedna jedyna –
i miłość atomowego pokolenia
na zasadzie tabliczki mnożenia!
Tu z atomowym starszym panem
pijane dziewczę widzisz nad ranem...
Też atomowe.
No, chyba!
Choćby ze względu na grzyba!
Tam atomowy małżonek
prawie przez całą zimę
z cudzą żoną na własnej
mści się za Hiroszimę...
W krąg chucie
i zepsucie ogarnia płcie obie,
co widzę i opisuję,
bo czuję po sobie.
A można dla dobra świata
wykorzystać - jak sądzę -
ten wigor,
to libido,
ten popęd
i żądze
i dojść do zgody
wszystkich ziemskich nacji
poprzez dwupłciowość
w dyplomacji...
Ludzkości!
Ty się sama zbaw
od wojen i od poniewierki
przez pięknych ministrów
zagranicznych spraw
i czarujące ministerki!
Niech budzą w sobie sentymenty
na konferencjach
przy drzwiach zamkniętych,
w buduarach ONZ-tu
całych na niebiesko
ze słowikami na żołdzie UNESCO.
A Ludzkość
przy dziurce od klucza
niech dotąd zagrzewa ich
i poucza,
że krew nie woda,
że serce nie słucha,
aż sobie Mocarstwo
Mocarstwo przygrucha
i do miłosnych
dojdzie karesów
mimo różnicy interesów!
O, Polityko,
płyń i żegluj
aż ku pieszczotom
na najwyższym szczeblu -
ku dyplomacji bez szat
i bez wojny!...
Rapacki niech zostanie!
Przystojny.

Jak sięgnąć pamięcią
w nasze dzieje stare,
raz ofiara na biednych –
raz biedni na ofiarę.
Słowem taka nasza już historiozofia,
że ciągle nas życie
przymusza do ofiar
i znikąd dyspensy
ni litości trochę...
Ot, weźmy alkohol.
Po prostu czyściochę:
Anglika to dławi, Francuza to dusi,
a Polak - musi.
Nawet gdy i jego
mierzi to i skręca,
to się dla swoich Rodaków poświęca,
bo tak nań popatrzą
inni Polonusi,
że Polak – musi.
Powiedzmy - z dziewczyną...
Pokoik maleńki.
W pokoju dziewczyna
rozsnuwa swe wdzięki...
Anglicy na te rzeczy -
nieczuli i głusi,
a Polak - musi!
A Polak musi,
bo - bądźmy ściśli -
co sobie Polka o nim pomyśli?
Więc choć go nie bierze
uroda ni wiek,
przeciwnie - diabli go biorą,
honoru Polaka
Polak będzie strzegł.
I musi.
Jak pod Cecorą!
Potem narzuca mu się obowiązki,
czyli się znowu przymusza niemile,
żeby w małżeńskie
Polak wstąpił związki.
I Polak - musi.
I wstąpi.
Choć - na chwilę!
Na krótko... Bo jakżeż:
spokojnie tu usiedź,
gdy musisz musieć
i musieć,
i musieć!...

Stąd zawsze, gdy przymus
zaczynał ogromnieć,
to Polak - nie musiał...
Ha, musiał zapomnieć...

Jestem już w wieku,
by tak rzec, przeciętnym.
Ten wiek ma swoje wygody,
bo choć dla młodych jestem stary,
za to dla starych ciągle młody...
Są oczywiście i cierpienia
i los nie szczędzi cierni,
bo z jednej strony słyszę "szczeniak",
a z drugiej strony "piernik".
I tak się oto człowiek wplątał
w walkę pokoleń...
Na dwóch frontach.
Najgorszy wszakże - wyznam potajemnie -
ten trzeci front.
Wewnętrzny.
We mnie,
gdzie przy lada okazji
biorą się za bary
ten młody - tu w środku,
i ten - w środku tu - stary.
Zaczyna się od głupstwa.
Stopniowo. Powoli:
młody brodę zapuści,
to ten stary mu zgoli.
Tyle że nieco dziwnie
twarz moja się zmienia,
gdy młody się w połowie
wtrąci do golenia.
Stary chciałby pod kołdrą
wygrzać stare swe kości -
młody ciągnie nad rzekę,
bo mu szkoda młodości.
Stary lży lekkomyślność,
młody lży konserwatyzm,
w końcu idą...
I teraz
ja mam przez nich reumatyzm.
Onegdaj zaś - pamiętam,
gdym poczuł się młodo,
z pewnym miłym dziewczęciem -
urzeczony urodą -
wybrałem się za miasto...
Na wyraj i harce!
Już prawie zapomniałem,
żem pół na pół starcem,
kiedy nagle ten stary -
tu w środku - się zerwał
i temu młodemu
tę młodą poderwał.
Cóż, że młody ją kochał
i szeptał jej "Lolu!"...
Ten stary miał forsę -
wziął ją do "Bristolu"!
A czyż można o uczuciu
mówić tu gorącym,
gdy on w wieku podeszłym -
ona w podchodzącym?..
Pamiętam: na parkiecie
kopnąłem się w goleń.
Sarn siebie. I to mocno.
W ramach walki pokoleń!
Aż raptem...
To się stało na przestrzeni tygodnia:
młody nic nie spoważniał,
za to stary odmłodniał
i powiewając "Studentem"
oraz plotąc trzy po trzy,
że człowiek się z latami
staje coraz młodszy -
ze sztandarem w ręku,
z dżinsami na nogach,
przeszedł z fanfarami
na pozycje wroga!
Pytałem młodego:
- Co się stało z nim, powiedz?
Czy zdziecinniał?
- Jeszcze nie... Ale już - młodzieżowiec.
Już mam paszport i bilet.
Jutro jadę przez Cieszyn
Na Festiwal Młodości,
Zlot Studentów,
Jam Session.
Bo gdy żar ma się w sercu,
a u starych - te chody,
nigdy na to za późno,
żeby człowiek był młody!
Tak się walka pokoleń
kończy we mnie - i kropka.
Proszę mnie po spektaklu
odprowadzić do żłobka.

Kiedy z zachwytem się nadmienia
w pismach Warszawy, Kielc czy Łodzi
o wierszu,
że zmusza do myślenia,
o sztuce,
że zmusza do myślenia,
o filmie,
że zmusza do myślenia -
wiem, że nikt nie wie,
o co chodzi.
Wtedy przepraszam,
wciągam kalosze,
odchodzę...
Przymusu nie znoszę!
Tę bowiem myśl wyznając oto
jużem i wzrósł, i podtatusiał:
AUTOR MA MĘCZYC SIĘ
TAK DŁUGO,
ŻEBY CZYTELNIK
JUŻ NIE MUSIAŁ.
A w największych męczarniach
chyba dowcip się rodzi...
Usiądę w kawiarence,
strawię parę godzin,
prawie wszyscy już wyszli -
dowcip nie wychodzi.
Bo czymże jest dowcip?
O zacni Panowie!
Powiem, nie będę się rozczulał:
Dowcip to myśl,
która stoi na głowie,
a do Was pasuje jak ulał!
Tylko ją tak wykręcić!
O, najzawilsze z przeżyć:
klawisz, którego nie ma,
odnaleźć i weń uderzyć,
zabłysnąć, kiedy trzeba,
gromem z jasnego nieba
i zapuściwszy się w nagie pustkowie -
skarb odkryć w pustce tej...
W głowie!
A gdy absurdy te się ziszczą,
wtedy już z wierszem tu, na sali,
czekam na rzecz najniemożliwszą:
żeby się ludzie z tego śmiali...
Przeważnie na próżno...
l słaba to pociecha,
że tylko jeden krytyk się uśmiecha.
Uśmiechnięty krytyk - to złudne nadzieje:
on cieszy się,
że się nie śmieje!
Za to gdy się śmieją,
gdy dowcip się uda,
A - tom znów katolik!
Znowu wierzę w cuda...
To usłyszę o sobie
gdzieś na drugi dzień już:
"Jak na beztalencie,
to po prostu geniusz!"
To uśmiechy życzliwe
i pytania rozliczne:
- Czy Mistrz woli natchnienie?
Czy Mistrz woli wytyczne?
Natchnienie!
Oczywiście natchnienie.
Kiedy mam natchnienie,
wzruszam się szalenie!
Gdy mam chwilę natchnienia,
chłonę niebo i ciszę...
A jak nie mam?
To trudno.
Wtedy siadam - i piszę.

Niech nikt się z praw nie naigrawa!
Kodeks to kodeks -
mowa prawa...
Chodzę bezpieczny, zadowolony:
kodyfikują mnie
z każdej strony.
Aż trzy kodeksy - każdy inny:
karny,
drogowy
i rodzinny -
żebym sobie nie myślał,
żem znów taki niewinny.
Trzy razy na noc
śni mi się Temida -
i to bardzo dobrze,
każdemu się przyda.
Czemuż więc ogniem krytyk i inwektyw
wciąż gromi się w prasie
kodeksów projekty?
Że ciut Temida niełaskawa?..
Kodeks to kodeks!
Mowa prawa...
Wszak, proszę Sióstr
i proszę Braci,
na każdym kroku dziś piraci!
Jest pirat jezdni,
pirat morza,
jest pirat małżeńskiego łoża -
nadto zdarzają się wypadki,
że zagrażają nam
piratki!
Więc prawodawcy zasiedli pospołu,
zadali sobie trudu i mozołu,
żebyśmy byli uświadomieni,
za co się siedzi,
za co się żeni,
by wreszcie każdy
miał to, o czym marzy,
czyli paragraf,
w którym mu do twarzy.
Codziennie nowy, modny, inny:
karny,
drogowy,
rodzinny...
To nawet mało.
Gdy o mnie idzie,
to cicho przyznam się Temidzie:
czekam na jeszcze jeden, nowy
kodeks...
Rodzinno-drogowy!
Gdyby wszedł w życie,
to już w tym wierszu
wnoszę swą skargę pierwszą:
odkąd zawarliśmy małżeństwo,
to żona - imię: Kicia -
wymusza wciąż pierwszeństwo
na wspólnej drodze życia!
Może ostudzi ją raz obawa?..
Kodeks to kodeks!
Mowa prawa.

Już trzeci czy czwarty dzień nie palę!
Nic... ani dymku nie łykam.
Nie, żeby lekarz...
Nie szkodzi mi wcale.
Tylko znajomych nie spotykam!
Czasem z daleka ktoś tylko się kłania,
pewnie też zaczęli
miesiąc oszczędzania...
Bo Polak -
jeśli nie baron, nie hrabia -
oszczędny jest z dziada pradziada.
Owszem:
wydaje więcej, niż zarabia.
Ale tę resztę odkłada!
Inni na świecie markotni i nędzni,
jakby im promyk w oczach zgasł...
A my?
My nie wiemy, co robić z pieniędzmi!
Czy światło opłacić?
Czy szewca?
Czy gaz?
Wiem, że już wielu od czci mnie odsądza
za ten przyziemny temat pieniądza.
Wiem - wśród subtelnych nie ma o nim mowy!
A najsubtelniejszy -
to główny księgowy...
Lecz czyż to nie poezja
czysta bez domieszki,
gdy nam rwą się z kieszeni te orły!...
I reszki!
I jakież to miłe dla patrioty,
iż taki rączy ten nasz polski złoty,
że nim się człowiek opamięta -
pieniądze już poszły!...
Na ubaw.
Na dziewczęta!
O wybacz mi, ojcze, wybacz, mamo...
Nie wiem, kto komu daje przykład zły,
lecz pieniądze zwykle
idą na to samo,
na co chodzimy m y!
I zastanowić się wreszcie już czas,
co w kasie zamykać:
czy forsę,
czy nas?

Jeszcze tynk nie obeschnął
na czerwonej cegle,
a już ci, co mi wnieśli
nie wyschnięte meble,
zapytali ze zgrozą:
- Przeprowadzka na sucho?!
I zaczęło się pod drabiną -
skończyło pod muchą.
Tak oto na paczkach i skrzynkach -
okrakiem -
stałem się warszawiakiem...
Jak się mieszka?...
Dziękuję. Przecudnie:
Palmy... Pinie... Cyprysy...
No, cóż - Praga - Południe!
Tylko nocni stróże
na poezję mą głusi
i rozwinąć się trudno...
Zachód - Zachód mnie kusi!
Ach, przeczytać Camusa,
ubrać się najmodniej -
i wyjechać na stypendium...
Do Warszawy Zachodniej!
Lecz na razie nie mogę.
Kto na drodze mi stanie,
zaraz: "Jak mieszkanko?"
i "Kiedy oblewanie?"
A ledwie tego spławię,
już ktoś inny z daleka
woła z troską w głosie:
"No, jak tam?...Nie przecieka?"
"Co?" - pytam.
"Sufit!"
"Czemu?" - wrzeszczę.
"No, jak to... Nie oblane jeszcze!"
I już mi opowiada,
jak wszystko się wali
u tych, co z nim dotąd
jeszcze nie oblali.
U jednego z przyjaciół
wprost tragedia czysta:
woda nie dochodzi,
a on - publicysta!
Bo wstępna konserwacja
jest konieczną rzeczą!
Mieszkanie nie oblane -
to nie ubezpieczą.
Przesąd? ...
Ha!... Tu przesądni
wszyscy bez różnicy.
Niektórzy marksiści -
a metafizycy!
Bo któż by lekkomyślnie
zaczepiał złe moce?
Jedna moc tylko dobra:
45 procent.
I rzeczywiście!
Cud w domu, sąsiedzie:
Winda jeszcze nieczynna -
a wódka już jedzie!
Nareszcie coś działa.
Życie staje się bajką...
A tu raptem ktoś z boku:
"Kiedy oblewajko?"
Bo każdy warszawiak -
Zwłaszcza mój znajomy -
kocha to swoje miasto
i te nowe domy.
Nawet gdy nerki leczy -
to też po to, jak myślę,
żeby można bezpiecznie
zabudować Powiśle.
Jakżeż tu nie oblać?
Tylko byś się zbłaźnił!
Więc znowu wyciągasz
ten - korkociąg przyjaźni!
Bo tu nie ma litości
ani zmiłowania,
że ktoś tam z grosza się wyszasta...
Biedniejszym jednak lepiej
przydzielać mieszkania
oblane już!...
Z funduszów Miasta.
Przez specjalny Wydział
Ludzi z Mocną Głową.
Niech oblewają -
urzędowo:
na każdą izbę - półlitrówka,
remont kapitalny -
trzydniówka!
Potem do Prezydium
Niech ich zaprowadzą,
żeby chuchnęli tam,
przed Władzą!
że nie było lipy,
że zaprzęgli się w kierat...
I tak wreszcie powstanie
odpowiedni Referat.
Bo Naród już nie może...
Naród już się słania -
a tu tyle wciąż w Polsce
jeszcze do oblania:
tyle mostów, domów,
świąt, uroczystości...
Ciągle obowiązek -
nic dla przyjemności!

Nie straszcie dorosłych!
Dorośli - to beksy.
Miejcie wzgląd na wrażliwość
wieku przekwitania,
bo mogą się w dorosłym
rozwinąć kompleksy -
i potem dorosły się rozchuligania.
(A trudno sobie wyobrazić
rzecz bardziej ponurą,
niż dojrzały chuligan
z osobistą kulturą!)
Tymczasem kiedy spojrzeć
na tę dolę naszą,
to nic -
tylko nas straszą i straszą...
Zza każdego węgła
to plakat, to wykres,
jakie wciąż ci grożą
konsekwencje przykre,
jeśli nie przestrzegasz
już od pierwszej doby
racjonalnej hodowli
swej własnej osoby:
Papieros -trucizna!
Kawa też niezdrowa.
Alkohol - niech Pan Bóg uchowa!
W ciągłym przestrachu
życie płynie,
bo słyszysz już od niemowlęctwa,
że dobre dla zdrowia jedynie
jest to,
co ci gębę wykręca.
Stąd ludzka istota
od dziecka się miota
pośród przykazań:
tran - kleik - i cnota...
Wciąż tylko:
"Nie pal! Bądź mężczyzną!"
słyszę od bliskich mi osób.
Mężczyzną... Bardzo proszę.
Ale czemuż w ten sposób?
Bo już największa łza się ciśnie,
gdy strzec się każą mi
przed kobietami...
Te piersi - jak jabłka!
Te usta - jak wiśnie!
Nie wolno... Za dużo witamin!
Dlaczegóż to - zachodzę w głowę
i wciąż w domysłach się gubię -
wszystko, co lubię,
to niezdrowe?
A zdrowe to,
czego nie lubię?!
Toteż od jutra, proszę Władz,
(postanowiłem - chytrze niesłychanie!)
polubię gorąco... siatkę płac!
Polubię!
I wiem, co się stanie.
Wnet zaświadczenie lekarskie pokażę
z podpisem, z pieczęcią -
wszystko cacy:
- Pan doktor mi zabronił
brać tak niską gażę,
proszę o Bezpieczeństwo
i Higienę Płacy!

On ją namawia czule,
a ona zwleka...
Koszulę.

To wszystko. Trzy gwiazdki w tytule.
Fraszeczka. Taka sobie.
Niezbyt epokowa.
Wydrukowałem. A co potem?
Niech Pan Bóg zachowa!
Już wieczorem telefon.
Gość dość podniecony:
- Co pan się czepia mojej żony?
Raz zwlekła. Owszem.
Z szefem. Tej niedzieli.
A teraz wszyscy będą chcieli!
Telefon drugi. Po chwili.
- Brawo! Obserwacja bystra!
Świetnie pan rąbnął w naszego ministra!
Że też to panu puścili...
Trzeci telefon. Aż z Łodzi.
- Właściwie o co panu chodzi?
Czy pan także histerii już uległ
przez ten głupi wagon koszulek?
Telefon urzędowy. Z daleka.
W słuchawce głos powagą dyszy:
- Satyra, jak wiecie,
nie na tym polega,
żeby naśmiewać się z towarzyszy!
Piąty. Głos damski. Z pieszczotą:
- O co chodzi? O cnotę? Idioto.
Miłosierdzie także jest cnotą!
List. Z Przedsiębiorstwa.
W urzędowej krasie.
W odpowiedzi na notatkę w prasie:
"Istotnie - skarg już było dużo,
zatem zwolniono. Ją i drania.
Więcej wypadki te się nie powtórzą
w godzinach urzędowania!"
Telefon. Wściekły,
aż w słuchawce skrzeczy.
- Panie Autorze!
Albo pan to pedał,
albo komunistom całkiem się pan sprzedał!
To już w Polsce nie wolno tych rzeczy?
Wreszcie ministerstwo...
Sam pryncypał się złości:
- Po co uderzacie i w kogo?
Mamy w tej dziedzinie
jeszcze pewne trudności,
ale Władze robią, co mogą.
A wczoraj dostałem w papę od Małgosi...
I mówią, że satyra
skutków nie odnosi.

Dzień Kobiet idzie...
Czas już przeto
(jako że sprawę się docenia)
raz zastanowić się nad kobietą.
Po męsku:
bez zastanowienia!
Bo kobieta - to problem.
Lecz gdym do problemu
chciał podejść raz bez uprzedzeń,
wtedy - nie wiem czemu -
problem zmierzył mnie wzrokiem
niechętnie i srogo
i tyle wiem o problemie,
że miał koński ogon.
I jak tu znaleźć spokój,
gdy po Polsce hasa
tych problemów - problemów
wokół cała masa...
Tę obojętnie mijasz obok,
do tamtej aż ci oko lśni.
Kobiety różnią się między sobą
i to przeważnie
pod względem płci.
Ale nie tylko.
Kto całość ogarnie,
ujrzy różnolitość,
wybór jak w ciastkarni:
są babki miękkie,
są babki twarde,
są babki z kremem (Elisabeth Arden),
są babki wierne (na kruchym spodzie!),
są babki starsze (za to na miodzie),
babki łagodne (czyli bez pianki),
są Katarzynki
i są Stefanki,
są bezy (bez mężów)
oraz małżonki,
czyli - domowe napoleonki.
Wybaczcie mi tę alegorię,
nie idzie o słodycz, ani o kalorie,
ale o ten wachlarz,
czyli o to zwłaszcza,
że Dzień Kobiet niestety
zbyt sprawę upraszcza...
Bo jak równocześnie
dzielić mam sentyment
na tak szeroki asortyment?
I jak nie wzdragać się na myśl
o w s p ó l n y m ś w i ę c i e
żon i ciź?!
Porządny człowiek nawet nie śmie
pomyśleć o nich równocześnie -
bez konsekwencji.
Z tej przyczyny,
gdy idzie o mnie, to od dziś
Dzień Kobiet dzielę na godziny:
Godzina Żon,
Godzina Ciź,
Godzina Panien,
Godzina Wdów,
Godzina Takich, że Brak Mi Słów,
Godzina Matron,
a dla Matek
Godzina plus rodzinny dodatek,
Godzina Działaczek,
Godzina Sąsiadek -
i Pół Godziny Na Wszelki Wypadek.
Wszystkich pogodzić niepodobna,
zatem zapobiec chcąc niesnaskom,
każdą Godzinę czczę z osobna
wcinając odpowiednie ciastko...
Coraz mi słodziej,
coraz mi słodziej,
wreszcie wymykam się z domu jak złodziej,
żeby na róg wyskoczyć (hopsa) -
o Boże! -
na rolmopsa!

Do dzisiaj wspomnień tych mi żal -
to był doprawdy dziwny bal:
biały walc szalał nieprzytomnie
za oknem piał już
pijak pierwszy -
i wtem zaczęły
zjawiać się koło mnie
kobiety z moich dawnych wierszy...
Owa Polka tęskniąca daremnie,
a z nią Włoszka kusząca pieszczotą -
i na nowo walczyć jął we mnie
internacjonał z patriotą...
Potem ta, która rzekła
mi kiedyś ponuro,
że ja nie grzeszę fizyczną kulturą.
(Ból mnie wtedy przeszył,
zły spojrzałem na nią:
- No, cóż... Gdybym grzeszył,
to i tak nie z panią!)
Potem tamta - poznana w Sopocie.
Niebrzydka, miła i hoża -
o niedostępnej niemal cnocie,
za to z dostępem do morza.
Pomnę, jak studząc me zamiary,
już dawno czyniła mi wstręty:
- Za stary! - mówiła.
- To co, że stary?
A może nie-do-roz-wi-nię-ty?!
Może spóźniony? I to znacznie?
I teraz się dopiero zacznie?!
Wreszcie jedyna miłość w życiu...
Nie ta z tych ładnych, nie...
Z Poznania.
Ta, com jej szeptał:
"Kotku... Kiciu..."
Aż poszła.
Do Akcji Odszczurzania.
Teraz stanęły wszystkie rzędem...
Czy będę tańczył?
Nie, nie będę.
Nie będę, wszak mówiłem wam:
nie mogę.
Ja siebie znam:
na twarzy powaga i smutek,
a w środku - ho, ho!...
Filutek!
A człek subtelny jest i czuły
i wciąż moralne ma skrupuły.
Skrupuły ma nawet wtedy,
gdy jakiejś kobiety pożąda -
bo może to jeszcze dziecko,
tylko tak staro wygląda?!
Odeszły więc,
bo dałem im kosza,
a każdej z nich niebodze
kapały łzy do biustonosza,
bo tamtędy
im było
po drodze...
Ale nie poszła żadna do innego,
choć pięknych panów w krąg masa...
Ani do Cybulskiego,
ani do Dziewońskiego,
nie poleciała żadna na Gołasa..
I to jest właśnie
cała radość z zawodu poety,
że może sobie wymyślić
takie wierne kobiety.

Mawiał mi ojciec, mawiał dziadek:
-Spójrz, ile panien,
wdów i sąsiadek...
Noś serce przy sobie!
Na wszelki wypadek.
A nuż w dzień biały
lub pośród nocy
sentymentalnej ktoś
wezwie pomocy...
Tyle w krąg kobiet
roztacza swe wdzięki,
że w Polsce bez serca
to jak bez ręki!

Dziś, gdy to wspomnę,
łza płynie z oka...
Kończy się, dziadku, mija epoka,
kiedy przez wzgląd na mniejszą podaż
każdy się z mężczyzn czuł jak włodarz
i był, czy mędrzec, czy idiota,
na wagę cytryn
albo złota!

Nie, jam nie prorok ani mistyk,
tylko wynika ze statystyk,
iż lepiej, żebym
troszkę przystygł.

Gdym je przeczytał, ażem zbladł:
w Polsce już od dwudziestu lat
mniej dziewcząt niż chłopców
przychodzi na świat!
Jeżeli to tak dalej pójdzie -
nic po bicepsach,
urodzie i fluidzie,
rozpleni się za dwa, trzy lata
mężczyzna bez popytu,
człowiek-superata,
samotny jak palec,
drżący jak listek,
urągowisko feministek!

Statystyka wszystko obliczy dokładnie
i czas już zbliża się niestety,
gdy na mężczyznę
w Polsce przypadnie
zaledwie cztery piąte -
ułamek kobiety.

Już dziś tą myślą przerażony
pytam tragicznie i ponuro:
-A co z tą resztą mojej żony -
z tą jedną piątą?
I to - z którą?
Więc mimo miłość mą gorącą
20 procent mi potrącą?!
A że w rachunkach głowa niezbyt mocna,
jeszcze ograbią mnie do cna!

Tym bardziej dręczą myśli mnie te,
że kraj nasz w mężczyzn
nazbyt żyzny,
a więc przypadnie na jedną kobietę
aż jeden i jedna czwarta
(1+1/4) mężczyzny.
W małżeństwie nie znam się na żartach -
już ta niepewność mnie zabija:
ten jeden - to ja,
a ta jedna czwarta?
Przepraszam bardzo -
czyja?!
Niby ułamek,
a - psiakrew - bawidamek.
I co?...
Zamknąć żonę na dwadzieścia klamek?
Niesprawiedliwe, bądźmy szczerzy,
bo statystycznie
to jej się należy.

Przyznacie: sprawa to niebłaha
wiedzieć, że gdzieś
wtrajają ciacha
ułamek żony z ułamkiem gacha
i tak zabawiają się cudownie,
że nie wiesz, gdzie licznik -
gdzie mianownik!

*

Wybaczcie mi!...
Wiem dobrze: me obawy głupie
nie przystoją Polakowi -
chyba liczykrupie.
Bo choć w statystykach ścisłe
są dane liczbowe,
ile w Polsce kobiety
przypada na głowę -
któż by z nas tam odmierzał
swą miłość głęboką?

Jak już kochać,
to plus-minus
i pi razy oko!

Kłaniam się nisko Miłym Gościom -
nie dziwię się Waszej rozpaczy...
Sam byłem kiedyś Publicznością -
wiem, co to znaczy:
w ciemnej widowni,
sami w środku nocy,
ni Ministra Kultury,
ni innej pomocy...
Ale nie ma czego się bać -
kto się boi, ten trąba.
Nasz program - to nie bomba!
Żeby zbadać siły, co może w nim drzemią,
robiliśmy (donieść mi miło)
próbne wybuchy śmiechu.
Nad ziemią.
Strat w ludziach nie było!
Nie licząc oczywiście pewnego autora,
który pękł ze śmiechu.
Przy własnych utworach.
Przybyła nawet pomoc z wiejskim konowałem!
Ale - niepotrzebnie:
ja symulowałem.
Ktoś rzekł: "Śmiech - to zdrowie".
Ladaco!
Przysłużył się nam fatalnie:
teraz przychodzą chorzy - i nie płacą.
Na Ubezpieczalnię!
Jeszcze zwracają się do bileterki
kategorycznie i władczo:
"Czy Buffo pomaga na nerki?"
Może pomaga...
Może - na czczo?
Publiczność to Sfinks - tajemnica...
Czort wie, co bawi ją, zachwyca?..
Co innego krytycy oraz inni tacy:
Nie bawić się tu przyszli -
oni przyszli do pracy.
Muszą! Czasami im tylko się zdarza
fuksem - zwolnienie od lekarza.
A publiczność?
Zapłaci po 30 złotych,
żeby się zabawić
i - trrrach! - nie ma ochoty.
Wtedy ogarnia żal i złość ją,
życie jej staje się piekłem...
Sam byłem kiedyś publicznością!
Dlatego uciekłem.
Tutaj...
Na scenę - jak widzicie sami.
Bo jak ktoś rzekł w ono lato:
WSZYSCY JESTEŚMY AKTORAMI!
Tylko nie wszystkich
objeżdża się za to.
Ty, Publiczności, też tu nawiej!
Z tej strony dużo ciekawiej...
Bo Teatr jest t a m, Widownio Droga!
Tam Teatr Życia, że bliżej wyjaśnię.
Każdy z Was gra swoje!
Czasem gra jak noga -
i to nas winno łączyć właśnie!
Lecz Wam nikt złego słowa nie powie,
żaden Was krytyk nie oskarży...
A przecież tylko szary człowiek
gra w życiu dobrze.
Bo bez szarży!
Wiem, że Was czasem serce boli
i żal okrutny zżera,
że Los Wam nie dał lepszej roli.
Zagrałoby się - co? - milionera!
Kreacja by była epokowa -
Holoubek niech się schowa!
Lecz cóż... Niestety, proszę Widza,
To Życie jest jak - kukurydza!...
Nawet nie wiem czemu.
Ale o Życiu
musiała być choć jedna strofa,
bo żeby nawet najgłupiej o Życiu -
wygląda się na filozofa!
Można i wierszem,
można prozą -
rzecz najogólniej dziś przyjęta,
więc czemu nie być troszkę Spinozą?!
Nie dla Was, nie...
Dla recenzenta!
Wszak w prasie na ten temat
już od dawna aż huczy,
że co to za Teatr, co bawiąc - nie uczy?
Postulat gromki, ważki i nierzadki!
Więc - Drodzy Uczniowie,
Miłe Uczennice,
proszę się nie wiercić
i robić notatki!
A jutro - niech przyjdą Rodzice!

Zmarłam w czternastym wieku,
z poniedziałku na wtorek -
wszystkich bezpartyjnych
proszę o paciorek...
Ja duch z tamtego świata,
zjawa, phaenomenon,
dusza potępiona
na niebieskim plenum...
Za to, żem poskąpiła
wdzięków mego ciała,
straszna spotkała mnie zemsta feudała.
Długo mi obiecywał złota pełne czasze,
pegieer feudalny i pałac wspaniały,
lecz ja wybrałam cnotę!
I dlatego straszę.
Ciekawam, co byście Wy, o Panie, wybrały?
No, cóż... Za wiek dwudziesty
wdzięczne bądźcie Bozi -
w tym wieku nic już wam nie grozi.
A mnie w lochu zamczyska
zakuto w łańcuchy,
ciężkie żelazne nałożono pęta,
aż w mękach po miesiącu wyzionęłam ducha.
I odtąd właśnie straszę.
Jako - wyzionięta.
Jako duch... Świetlny puch.
Płatna co miesiąca
fluorescencja pracująca...
Przy czym przestraszony każdy na tej ziemi
zaliczałby mi się do premii,
ale przez te racjonalizmy wasze
nic - nawet normy nie wystraszę.
Bezproduktywnie mijają mi noce -
metafizycznych brak dziś niepokoi.
W socjalistycznej czym straszyć epoce?
Każdy się tylko bomby
albo żony boi!
Jeszcze gdy tylko czasem
ci z NIK-u przyjadą,
to się poniektórzy żegnają...
Z posadą.
A tu już nawet i to nie...
Bezradna drżę w kącie.
Bledsza niźli wszystkie zjawy bladolice,
odkąd w tym to zamczysku
po małym remoncie
zrobiono Dom Wczasów dla Ministrów i Wice...
O strachach mowy nie ma!
Nikt nie spojrzy, nie słucha -
każdy jako marksista boi się bać ducha!
Nikt metafizycznym lękiem się nie splami.
W Warszawie trzęsą wszystkim,
tu - ani portkami.
Już próbuję, co mogę, ile sił mi starczy,
czasem porwę im z biurka raport gospodarczy,
jakieś cyfry pozmieniam przysłane depeszą,
by przestraszyć ich...
Gdzie tam! Dopiero się cieszą.
Późno w noc potem siedzą
i radzą przy stole,
zapewne bardzo ważne rozdzielając role,
bo czasem aż mnie - ducha! -
krzyk przerazi dziki:
"Szlemik w piki!"
Daremnie w korytarzach szlochem się zanoszę...
nie, już nie, żeby straszyć.
O audiencję proszę!
Przyjmij, Władzo Ludowa!
Wysłuchaj! Albowiem
coś mam do powiedzenia!...
Oto co im powiem:
Za to. żem poskąpiła wdzięków mego ciała,
tu w lochu zagłodzonam na śmierć.
Przez feudała!
Więc z wami jestem cała, z wami wszystka -
mnie agitować nie ma już potrzeby!
Duch, lecz z przekonań - tom materialistka,
świadomość określona przez niebyt!
Najpostępowsza z Białych Dam...
I co ja - przepraszam - z tego mam?
Czyż już dziś dla upiorów
szczyt ziemskiej kariery
to być upiorem dziennym w Pralni nr 4?...
Ja chcę dotrzymać kroku współczesnemu tempu!
Chcę straszyć na etacie...
Jako duch postępu!
W jakimś nowym wieżowcu!
Gdzieś na którejś z budów
albo w tej - w Telewizji, bo tam nie ma cudów.
W jakimś Ministerstwie!
Gdziekolwiek, Rodacy!
Przecież brak Wam podobno
właśnie - ducha do pracy?..
Więc zgłaszam się do roboty.
Darmo i bez fuchy.
Tak już jest: trzeba płacić
albo wierzyć w duchy!
No, więc?.. Bo kur już zapiał.
O, znowuż słychać go tu...
(Kur pieje coraz natarczywiej)
Możesz piać, możesz piać...
Odmawiam powrotu!
*Tekst był wykonywany na scenie przez Irenę Kwiatkowską

Już mieszkam...
Codziennie od ranka
chłonę uroki nowego mieszkanka,
a w sercu burza szczęścia, sztorm -
sztorm według ustawowych norm,
więc z rozczuleniem myślę, nim zasnę:
własne, ale ciasne!
Trudno tu - prawda - wywijać hołubce,
ale to miło
tak wszystko mieć w kupce:
biurko i pralkę,
i stolik z wikliny,
szafę, lodówkę
i członków rodziny...
Wystarczy rękę wyciągnąć - i już
pod ręką wanna
i tusz tuż-tuż.
Harmonizują się niesłychanie
życie wewnętrzne - i pranie.
Tylko do łóżka
wchodzi się po szafie
i z parasolem w dół się skacze.
Przywykłem już - już nie potrafię,
nie zasnąłbym inaczej!
A kiedy z szafy trzeba coś wyjąć,
też ma się dużą zabawę,
bo żeby szafę otworzyć,
trzeba przesunąć agawę,
żeby przesunąć agawę,
trzeba odsunąć biurko,
żeby odsunąć biurko,
muszę wyjść z domu -
ja z córką.
I świat przed nami. Podwórko.
A gdy wizyta - gość - pogaduszka,
ja nie zawadzam,
komfortu nie mącę,
bo mnie po prostu
wściela się do łóżka.
I milczę.
Cały w koronce!
Wiem:
gdy się zjawiam niespodzianie,
to żonie marzy się mieszkanie
nie tylko z szafą:
z mężem w ścianie!
Bo ja ponoć nic,
tylko stoję i śmiecę...
"Siadłbyś na półce - mówi -
w bibliotece!
O tam, na miejscu zupełnie pustym -
w przepaści pomiędzy
Putramentem a Proustem!"
Ale tej hańby już chyba nie strawię,
sprzeciwiam się zawsze z impetem.
Żebym był chociaż w twardej oprawie
i ze złoconym grzbietem,
to może jeszcze...
A tak to wolę
pospacerować trochę...
Po stole.
W radości mej jedynym zgrzytem
ta wolna przestrzeń!
Pod sufitem.
Patrzysz i drżysz,
jak liść się pietrasz,
czy to przypadkiem nie nadmetraż?!
A nuż ci jeszcze zechcą gwałtem
dokwaterować kosmonautę?
Ha, cóż...
Stosunek mam do spraw tych twórczy.
Wiem: człowiek rośnie,
gdy się kurczy!
Wśród rogów i kantów
przeciskam więc ciało
posiniaczone zgodnie z uchwałą,
a za mną się bezradnie miota
mój Anioł-Stróż-Patriota!
Bo że się rąbnę w to czy w owo -
należy mi się!
Ustawowo.
Jutro wszak siądę, moi ulubieni,
na półce, między książkami...
Muszę. Wesele.
Syn się żeni.
Będą mieszkali z nami!

Wiem -
wnet nastąpi ogólne zgorszenie,
ktoś może wybuchnie protestem...
Przykro szalenie,
lecz już się nie zmienię:
podrywacz jestem.
Już jako dziecko wołałem z płaczem:
"Tata, ja chcę być podrywaczem!"
Ojciec się krzywił
i w t e d y miał rację:
"Kogóż poderwiesz, dziecko?
Sanację?!...
Lecz dziś inny profil
i mam jeszcze tę werwę
serduszko - jak mówi się - z ikrą...
Muszę podrywać!
Jak nie poderwę,
to strasznie mi przykro.
A zaczęło się jak zwykle:
przez to głupie libido!
Patrzę - dwie piękne,
bujne sobie idą,
więc poderwałem!
Sam się.
Na ich widok.
Chociaż szły dalej
krokiem najmiarowszym,
nawet spojrzały na mnie obie...
Nawet szepnęły:
"Owszem, owszem -
do niczego sobie!"
Odkąd na panie
patrzę bezustannie -
spojrzenie cielęce i mgliste...
Wiem - to nie miłość.
Może - pożądanie,
ale szlachetne i czyste!
Jak cień się snuję za halek szelestem -
trudno!...
Podrywacz jestem!
Nawet metody ma się te
(wiadomo!),
jak to zagadnąć nieznajomą
tak - prima vista
i pro sua domo.
Gdy chuligani na przykład napadną
dziewczynę piękną
(albo chociaż ładną),
gdy przerażenie twarz jej
zmąci bladą,
ja zjawiam się na koniu,
przekłuwam ich szpadą,
a jej wręczam bukiet
róż lub tulipanów!
Piękne, nie?...
Lecz gdzież dzisiaj
znaleźć chuliganów?
Mam więc drugi sposób
już łatwy, ażeby
każdy mógł sobie pozwolić.
Bez konia.
Nie ma potrzeby.
Trzeba się ogolić!
Słowem, wyglądać pięknie i młodo
i tylko wyjść -
i stanąć -
i olśniewać urodą,
aż jakaś Lolita
przystanie jak wryta
i wreszcie po dłuższej przerwie
sama podejdzie
i drżąca zapyta:
"Może mnie pan poderwie?"
Taki prosty sposób
dla dorosłych i młodzi,
a próbowałem -
i nie wychodzi!
Więc wypróbować jeszcze bym chciał tę
metodę kosmiczną zgoła:
trzeba się przebrać za kosmonautę
i dziewczę okrążać dokoła,
przy czym się ją uprzednio prosi:
"Bądź, Pani, Ziemią -
kręć się wokół osi!"
Później - już jedząc wspólnie kolację
zwala się wszystko
na grawitację!
Naukowo, prawda?
I podziw to budzi -
nadto już od dawna
jestem tego zdania.
że w Polsce -
w kraju uczących się ludzi -
czas wprząc już naukę
w służbę podrywania!
Każdy pan to lubi -
taki panów nałóg.
do czynu więc.
Polska Akademio Nauk!

Czas to czwarty wymiar...
Czy można czas przesunąć w przestrzeni? Nie...
Czy można czas zawiesić na drzewie? Nie!
Ale można w czasie.
Dlatego pewnie dostałam sześć miesięcy
z zawieszeniem na dwa lata.
Niby logicznie, ale niesprawiedliwie.
Za fizyczne i moralne znęcanie się nad powodem.
Powodem był mój mąż.
Powód zawsze musi się znaleźć...
Ale, proszę Narodu,
nie biłam powodu bez powodu!
Nie, to nie wódka -
alergia, proszę Sędzi:
na widok męża ręka swędzi!
Pijaństwo mi wpisali do sądowych kronik...
Czyż przed własnym mężem
dmuchać mam w balonik?!
Fizycznie? Owszem, czasem się go walnie.
Lecz że moralnie się znęcam?..
Wolałabym - niemoraInie.
Ale niestety klops.
Odpada.
W małżeństwie już od świtu zmierzcha...
Małżeństwo to jak warszawska defilada:
Wola maszeruje -
Ochota już przeszła...
Gdy wracam, łeb mu kornie zwisa,
a ja spoglądam nań z zadumą,
potem cytuję mu Camusa:
"Ty dżumo!"
Wzrostu ma prawie dwa i pół metra,
za sobą prawo,
a przede mną - pietra!
Choć mu po wczorajszym jeszcze nie obeschło,
podchodzę i mówię:
- Mieciu, podaj krzesło!
Nie to niziutkie... Nie to, tamto!
Przysuwam. Włażę... I - manto!
Biorę na świadka każdą żonę,
że historycznie uzasadnione!
On pyta mnie, za co... O, lebiego!
Choćby za sześć żon Henryka VIII!
Do Anny Boleyn w zaświaty
wysłałam telegram:
"Anno, głowa do góry!
Ja tu się odegram!"
Mężczyźni, nie znam litości -
porzućcie wszelką nadzieję...
Oto jest ręka sprawiedliwości!
Nie ta... Tą go leję!
Przypatrzcie się tej wątłej rączuchnie...
A Miecio - puchnie.
Bo to idea daje jej podnietę:
bo to nie zwykłe pijackie draki.
Do bicia zawsze wynajdzie się pretekst!
Bitemu wszystko jedno jaki...
Za łzy żon krzyczących o pomstę do nieba
tą samą monetą - tyle ile trzeba!
Za krzywdy wszystkich Polek
w całym tysiącleciu -
Masz, Mieciu!
Masz Mieciu!
Masz Mieciu!...
Kobieto, wstań i za mną idź,
aż wszystkie krzywdy nam się spłacą.
A męża trzeba bić -
nie pytać, tylko bić!
On sam już będzie wiedział za co...
A choćby nawet niewinny był facet -
Historia pozwala!
Masz babo placet!
Jeśli się której fajtłapa poszczęści,
to walka płci - na zęby - na pięści!
Lany poniedziałek dać mu na początek,
a potem wtorek...
Środa...
Czwartek...
Piątek...
Tu nie czas na litość, co z słabości płynie!
Miecia też mi żal,
Miecio sam nie winien:
Ani łajdaczy się nikczemnie,
wybiłam mu z głowy knajpę i zabawę.
Jeśli podbite oczy miewa -
to przeze mnie!
Osobno: raz lewe, raz prawe.
Jednak już wiem to bez wątpienia
I Ty też wiedz - Wysoka Władzo -
nie zdzierżę dwóch lat zawieszenia!
Chyba... już jutro mnie wsadzą...
Niech będzie prycza z desek, bez pościeli,
i chleb, i woda - bez kalorii,
lecz o jedno proszę:
w politycznej celi!
Bo ta rączka działa w imieniu Historii.
Tekst był wykonywany na scenie przez Alinę Janowską.

Nie śpi pan prezydent.
Gryzie się generał!
Martwią się
w sztabskomandach
ich uczeni koledzy,
żebym ja -
obcy człowiek! -
nowocześnie umierał,
według najnowszych osiągnięć wiedzy!
Trudzą się w tym kierunku
znawcy,
koneserzy...
A mnie - nie zależy.
Dbają o mnie po prostu
jak z rodziny kto bliski:
ulepszają te bomby,
doskonalą pociski,
żeby we mnie nie rąbnął
czasem jaki nieświeży...
A ja nie wiem, jak państwu,
ale mnie - nie zależy!
W ogóle,
jeśli im to rachunku nie zmienia,
to, zamiast wydawać
wszystko na zbrojenia,
niech dadzą mi
tych kilka na mnie
przeznaczonych groszy -
i ja sobie umrę sam!
Z przejedzenia.
Albo z nadmiaru ziemskich rozkoszy...
Bez liczników Geigera,
bez promieniomierzy -
no, mnie nie zależy!
Ja nie snob,
ja prosty,
chłopsko-robotniczy,
niech na mnie Geiger nie liczy!
Chyba pójdę do ONZ-etu,
rozbrajająco się uśmiechnę
i poproszę
o rozbrojenie powszechne!
Powszechne i kompletne,
bom ja entuzjasta:
z zakazem produkcji
wałków do ciasta!
I wszystkiego.
Systematycznie.
Kolejno -
dopóki
już tylko amorkom pozostaną łuki!
Amorkom się zostawi...
To nawet przyjemnie,
kiedy trafiają.
Sam dobrze wiem...
Tylko też - do diabła! -
nie wciąż tylko we mnie!
Po wsiem!
Po wsiem!
A jeśli już wojna,
to mym cichym snom by
odpowiadała wyłącznie
wojna na... sexbomby.
Typu Brigitte Bardot -
zrzucane z samolotów.
Sam
na czas jakiś
polec byłbym gotów -
w cichym bohaterstwie,
w sekrecie przed władzą...
He, he...
Generałowie nie dadzą!
Wszystkie światła zapalić
każą przed nalotem,
zaciemnienie - potem.
Lecz inna broń, panowie,
niech sczeźnie!
Niech znika!
Bo guzika się lękam...
Tak, tego guzika,
co gdy go nawet nieumyślnie
po pijanemu sierżant naciśnie,
to tylko świśnie i zabłyśnie!
Ten guzik na względzie mając,
ONZ-ecie,
do likwidacji zbrojeń prowadź!
O - już likwidują...
Ciesz się, świecie:
Guzik kazali zlikwidować!
***
Ja tu swoją drogą plotę na tej scenie,
a satyra - to broń!
Ponoć groźna szalenie -
i jeszcze ode mnie
zaczną rozbrojenie...

Porządny ojciec,
porządna matka,
a on - czort wie co - zagadka!
Znają go ludzie od dzieciństwa,
znają go niemal, odkąd żyje:
niby nie zrobił nigdy świństwa,
niby porządny,
a - nie pije!
Nieraz robiliśmy mu chryję,
że młody, zdolny,
a nie pije...
Bo gdy ktoś - prawda - alkoholik,
to wiesz, że Polak i katolik!
A tak - to kto?
Wnet się wyłania
ta kwestia zaufania.
Sam go broniłem wobec opinii:
"Słuchajcie, on trzeźwy -
nie wie, co czyni!
A może sekret jakiś fatalny?
Może cudzoziemiec?
Może nienormalny? "
'W całej Europie przecież wiedzą,
od Morza Czarnego
do La Manche'a,
że w Polsce dzieci tylko j e d z ą,
dorosły - z a k a n s z a!
I Ministerstwo Aprowizacji
(co stwierdzam nie bez pychy)
mają wkrótce przekształcić...
W Ministerstwo Zagrychy!
A on - on co?
On, proszę gości,
w oparach tarza się trzeźwości -
aż mi go żal!
Bo pojmie wkrótce,
że spod nieszczęsnej jest gwiazdy...
Wszak u nas się wszystko
załatwia przy wódce:
i ślub
i awans,
i prawo jazdy!
Trudno, panowie abstynenci,
tu nie pomoże płacz i żal nie -
bez kieliszka nieważne!
Tak jak bez pieczęci.
I jak on chce żyć!
Nie-le-gal-nie?!
U kobiet też nie ma szansy za grosz:
bez wódki - nie rozbierosz!
Więc gdym go ujrzał raz z daleka,
postanowiłem ratować człowieka,
co w abstynencji się pławi...
Wyciągam doń
pomocną dłoń -
no, może cholera postawi?!
On na mój widok rozwiał się jak dym,
za najbliższą znikł bramą...
Wyrodne dziecko!
Wyrodny syn -
nie lubi t a t y z m a m ą!

Ja tu biedny z Krakowa,
gdzie już piąty wiek się
pławimy w smutnym naszym kompleksie.
Niby w porządku.
Niby wszędzie
uznają nas...
Lecz żebym skonał,
jak ten warszawiak w piątym rzędzie
nie myśli o mnie:
"Prowincjonał!
Krakusik!
Centuś!..."
Niby czemu?
Panie! Tu, tutaj, na tej sali,
jeszcze niespełna pięćset lat temu
inaczej byśmy rozmawiali!
Ach, gdzież jest czas ten zapomniany,
o którym mi śpiewała niania,
gdy k a n t o r służył do wymiany,
nie tak jak dziś:
do malowania.
Kiedy to...
Zresztą sam łaskawie
Pan przyzna, że przed laty wielu
gwizdałbym na chody w Warszawie,
bo miałbym bliżej:
na Wawelu!
Po każdą protekcję
byłoby mi blisko,
po talon na jednorodzinne zamczysko,
po wszystko...
I wszystko załatwiłby wnet tam
jakiś znajomy kasztelan
czy hetman,
bo król był w Krakowie!
W Krakowie - królowa.
I jeszcze do dzisiaj
Premier jest z Krakowa!
Byliśmy stolicą.
Byliśmy bógwico.
Aż nastał król Zygmunt,
co miał plany dumne,
i poszedł do Warszawy...
Bo chciał mieć kolumnę.
A nam
cóż zostało z królewskiej świetności?
Alicja Bobrowska
(królowa piękności)
i jak wyrzut sumienia
po krakowskim Rynku
krąży jeden minister...
I to w stanie spoczynku.
Historio,
nie bądźcie dzieckiem!
Chyba już czas pomyśleć o tym,
by wbrew pomysłom
feudalno-szlacheckim
Kraków stolicą był z powrotem.
W Krakowie mędrców całe mnóstwa
myślą rozważnie,
myślą ściśle...
W Krakowie też się robi głupstwa,
ale - po dłuższym namyśle!
Wciąż się Krakowa nie docenia
przez jakieś dawne uprzedzenia:
że miasto emerytów...
Bzdury!
Któż wyżyłby z emerytury?
Centusie? Skąpi?
Też nie sądzę:
gdy o państwowe idzie pieniądze,
stolicą możem być... Bez słowa.
A w razie czego -
sesja sejmowa,
z Zakopanego bliżej do Krakowa!
I żeby ministerstw
było choć czterdzieści,
to się w Krakowie
wszystko jakoś zmieści:
Ministerstwo Aprowizacji
z całą jego armią
na Plantach bym umieścił.
Niech wiewiórki karmią!
Budownictwo - w Smoczej Jamie...
By spokojnie spali,
że im się na głowę
sufit nie zawali.
Finanse
(Ministerstwo Ciaćków, czyli Dudów)
na placu Kossaka,
który słynie z cudów.
I - żeby nie było
później ambarasu -
Kulturę i Sztukę na Skałkę.
Zawczasu.
Ministerstwo Górnictwa
będzie zbędną utopią,
wystarczy Zarząd Miejski:
oni więcej kopią.
A tam - na Wawelu,
gdzie srebro i złoto,
Szczerbiec, arrasy i kafelki -
zamieszkać mógłby... Kto?
Mniejsza o to.
No, przecież nie Kazimierz Wielki.
I zniknie krakowska dola beznadziejna,
dzień i noc stolica będzie trąbić.
(Hejnał!)
A ja -
już odwykły od zgiełku i wrzawy -
pojadę gdzieś na prowincję...
Może do Warszawy.

Nie rozpaczajcie!
Nie ma sensu - skądże!
Ten czas już bliski
i już życiem tętni,
kiedy będziemy jeszcze wszyscy mądrzy
i może - kto wie? -
inteligentni.
Kiedy - innymi mówiąc słowy -
każdy będzie miał już własny
mózg elektronowy.
Najpierw na talony
z pierwszeństwem dla głupich,
a potem szary człowiek
także sobie kupi.
Technokracja ludowa!...
Jakżeż czekam na to
ja, który zawsze byłem
szczerym technokratą!
Na arenę
niech zwycięski
wkroczy cybernetyk -
i niech nie słucha przestróg
piewców dawnych etyk,
że technika zabije w nas
ludzkie uczucia.
O, nie! Prawdziwa zawiść
jest nie do zepsucia!
A w miłości mózg sztuczny
też pomoże ogromnie:
gdy na przykład dziewczyna
powie ci
"Myśl o mnie!" –
to włączasz mózg do sieci
najwyższego napięcia,
naciskasz klawisz
z imieniem dziewczęcia,
a gdy naciśniesz już ten klawisz,
maszyna tęskni -
ty się bawisz!
Wieczorem - łóżeczko...
Ty zasypiasz lekko,
a przy tobie się kładzie
ten twój mózg.
Z gazetką.
To nic, że weźmie "Express"
albo "Życie Warszawy".
Najwyżej nazajutrz
dasz go do naprawy,
żeby znów - jak dotąd -
sprawnie, bez wahania
mądrze odpowiadał
na głupie pytania.
Lecz przyjdzie dzień, kiedy
mózg elektronowy
odpowie ni stąd, ni zowąd:
"Nie zawracajcie mi głowy!
Ja chcę też poznać życie
i tę miłość prawdziwą -
nie żyje się samą oliwą!"
I na spacer
przy świetle zwykłego księżyca
pójdą: sztuczny mózg
i sztuczna mózgownica -
przez pustą ulicę,
przez wieczorną ciszę,
czule naciskając
sobie te klawisze...
Aż kiedyś o n a wyzna:
"Miły, los nie ustrzegł...
Tu - w transformatorze
tajemnica słodka:
Mózgu, będziemy mieli móżdżek!...
Móżdżek po polsku.
Bom patriotka".
I od tego wieczoru,
i od tego słowa
ruszy wreszcie nasza
produkcja krajowa!

Stanąłem przed lustrem nago,
spojrzałem na siebie z uwagą,
westchnąłem -
i w oka mgnieniu-m
przypomniał sobie
Millennium...
Bo gdy się wiktorie
te nasze pozlicza
od Mieszka Pierwszego
do Cyrankiewicza,
to serce mi rośnie
i duma. mnie łechce!
A spojrzę do lustra -
to wierzyć się nie chce...
Może i nie na niedorajdę
wyglądałbym w hełmie
i w szyszaku...
Ale pomyśleć,
że pod tym Grunwaldem
to m y - tych Krzyżaków?!...
Postura niby dość poślednia,
bicepsy niby nie ze stali...
Ale spytajcie
tych Turków spod Wiednia,
jak przed n a m i wiali!
Doprawdy
samego przechodzi mnie mróz aż,
kiedy wyobrażę sobie,
żem - husarz!...
Tu ja -
tu koń, który cwałem leci,
gdzieś tam, gdzie wy,
czeredy niewiernych!
A tutaj - Sobieski,
czyli król Jan III -
i per "towarzyszu" do mnie woła...
"Pancerny!"
Więc na namiot wezyra
uderzam w zapale!
No - ja, czy nie ja,
(mniejsza o detale) -
polski rycerz po prostu!
Każdy z nas to w krwi ma,
że gdy jest pod Wiedniem,
nic go nie powstrzyma!
Tysiąc lat
tą szablą
cięliśmy dla glorii -
nikt się
tak jak my
nie naciął w historii.
Millennium heroizmu -
z tarczą lub na tarczy!...
Przepraszam -
a może wystarczy?...
Może za te boje
dawne i ostatnie
można już Polakiem
być trochę - prywatnie?...
Bez czekania,
aż znowu mi gębę rozkwaszą
za Wolność Naszą i Waszą?...
Niech wiem,
że kiedy oczka zmrużę -
to chrapię j a,
a nie - przedmurze!
Stąd w związku z Millennium
zwracam się do świata:
Dajcie nam już spokój
na te starsze lata...
Spokój!
A w zamian
przyrzekamy ci, świecie,
wykonać przed terminem
drugie Tysiąclecie -
i jeszcze premiera
zaoszczędzić na trzecie!
1960

Niespokojna czaszka

1965 r.

Żebyś żył w ciekawych czasach!

Płaszcz

Małżeństwo - to współistnienie

Płeć i polityka

To co?

Mniejsze niepokoje epoki

Moje spotkanie z 1964

Polak musi

Twist

Ostra wiosna

Walka pokoleń

Niepokoiki

Zwierzenia humorysty

Kodeks to kodeks

Na co idą pieniądze

Wysoki przesądzie

Nie straszcie dorosłych

Nieszczęście w piosence

Chwila zwątpienia

Przygoda z fraszką

Kobieta to problem

Babka na orbicie

Mój Dzień Kobiet

Biały walc

Miłość w ułamkach

Uwaga - szakale na widowni!

Do i o Publiczności

Monolog z czaszką

Biała dama

Człowiek z metrażem

Podrywacz

Mieszkam w "Domu Chłopa"

Ostatnie słowo przed kamerą

Mścicielka

A nie mówiłem w "A nie mówiłem"?

Najwyższy szczebel

Skandal międzynarodowy

Poproszę o rozbrojenie

Wyrodny syn

Moja krakowska boleść

Wiersz cybernetyczny

Millenium przed lustrem

Szukam wspólnika