Ja tutaj tylko na chwilę,
Pięć minut - i tyle
Powiem - i już mnie nie ma!
Albo... nie powiem
Trema!...
Ludzie się tutaj napchali -
Czy ja wiem, kto tu jest na sali?
Człowiek tu gada i gada,
A może jest Miejska Rada?!
Ja wiem, co potem się stanie?
Jeszcze mi dadzą mieszkanie!
Z komfortem. Cztery pokoje.
Po co? Ja oddam swoje.
Mnie nie potrzeba!
Ja wolę błękit nieba,
Na Plantach ławeczkę.
I drzewa.
I słuchać, jak ptaszek śpiewa...
Ptaszka tu nie ma? Nie ma?
To nic.
I tak - trema...
Bo może jest jakiś krytyk?
Potem zrobi mi przytyk.
Jakiś Vogler.
Jakiś Mach...
Trema. Strach...
Albo ktoś inny z miasta...
Potem w Krakowie mnie schlasta!
Przed znajomymi.
Przed młodzieżą.
Że byłem nudny
I - uwierzą!
Bo facet pomyli nazwisko
I powie, że Szpalski to wszystko...
I co?
I skończyć mam marnie?
Powiesić się w jakiejś kawiarni?
Dziękuję. W jednej już wiszę.
Na dwieście cztery złocisze.
Wystarczy, sensu nie ma.
Nie mówię.
Trema...
A ten garnitur - to z Emhade.
Ja na Emhade nie jadę.
Nie, skąd!
Zresztą, żeby feler, żeby jakiś błąd -
A tu, widzicie,
Znakomicie:
W porządku surdut i spodnie,
Poruszać się mogę swobodnie,
Niebezpieczeństwa nie ma,
A... trema!
Bo miałem niedawno inny -
Przez spółdzielnię szyty krawiecką.
Ładny był...
Ale dziecinny:
Darł się jak dziecko!
Szczególnie w szwach:
Trrrach, trrach!... Strach!
Poleciałem do tej spółdzielni
Wściekły stanąłem w bramie...
Wejdę!
Zwymyślam piekielnie.
Na szefie graty połamię!
Wejdę - choć pewnie go nie ma?
Nie wejdę...
Może jest?
Trema.
Trema. Przez całe życie.
Tu też... Co się dziwicie?
Ja pierwszy raz - tak... w teatrze.
Dobrze, że na to nie patrzę!
Dla mnie - przysięgam - to zmora!
Że Szletyński nie dał aktora -
To ja muszę tak co wieczora
Stać. I mówić. Samemu.
Kazali. Czemu?
Prosiłem - grzecznie i szturmem:
"Sztukę wystawcie mą raczej!"
Powiedzieli: "Dobrze!" Jak umrę.
Współczesnych nie mogą inaczej!
"Mowy - powiedzieli - nie ma!"
Oni też ludzie:
Trema.
Kochała mnie jedna. W lecie.
Omal nie wpadłem w pułapkę...
Kram miała na Tandecie,
A na mnie - chrapkę.
Nazywała się Dziuba
I chciała takiego mieć chłopca.
Lecz dla mnie była za gruba
I trochę klasowo obca.
Namawiała do żeniaczki.
Zaprosiła na flaczki -
Z imbirem...
Z parmezanem.
- O nie! - powiedziałem. - Zostanę.
Niech będzie już monogamia,
A z tobą się nie ożenię!
Psuć przyszłym dzieciom mam ja
Społeczne pochodzenie?
Ślicznotko - mowy nie ma!
Trema.
1952

W nowo wzniesionym mieszkam domu...
Dwa pokoiki,
Kuchnia,
W.C.-
I pierwsze miejsce w zbiórce złomu!
(Bo przecież klamek nie wyrzucę).
Łazienka,
Światło,
Gaz i woda -
Mieszkanko pełnokomfortowe.
Żaden półkomfort - nie!
A szkoda...
Może bym zmartwień miał połowę?
Lecz kto się z takim faktem liczy?
Nic nie poradzisz -
Co byś rzekł.
Musisz korzystać ze zdobyczy -
Trudno: dwudziesty wiek!
Więc żyję sobie nowocześnie -
O każdej porze.
Nawet we śnie
Widzę kontakty, kurki, złącza,
To, co się włącza i wyłącza -
A wreszcie jasny świta ranek
Pełen technicznych niespodzianek:
Odkręcam kurek -
Światło świeci
Przekręcam kontakt -
Woda leci.
Przekręcam kontakt jeszcze raz -
To z wodociągu idzie gaz.
Ale nie u mnie! Nie - przesada...
Na drugim piętrze. U sąsiada!
Za to gdy sąsiad gaz zamyka -
To u mnie gaśnie...
(Elektryka!)
Gdy to powtarzać nieustannie -
To ja mam ciepłą wodę w wannie,
A sąsiadowi zimna sika.
Nie z wodociągu - nie...
Z palnika!
Lecz kiedy w kuchni gaz odkręcę -
To światło nawet jest.
(W łazience!)
Tylko nie u mnie.
Na parterze.
U mnie jest prąd!...
(W kaloryferze).
Więc też nie grzeje,
Tylko trąca -
Za to lodówka jest gorąca!
Lecz wtedy -
Nie wiadomo skąd -
Sąsiadkę w łóżku kopie prąd!
Dobrze jej tak!
Bo żal mam do niej,
Że gdy pociąga tam - za sznurek,
To u mnie dzwoni.
W telefonie.
I się odzywa Jalu Kurek!
I wini mnie o niecne sprawki,
Bo mu się leje...
(Ze słuchawki).
O co się czepia mnie - psiakrew - on?!
Wściekły wyłączam więc telefon,
Gdy wtem ze zlewu -
Wśród zmywaków -
Rozlega się:
"Tu mówi Kraków!"
I w takt piosenki, co zachwyca,
Płynie wojskowa tajemnica -
Że...
"Na granicy jest strażnica"!
Na pamięć znamy już ten śpiew,
Więc żona krzyczy:
"Wyłącz zlew!"
No ale jak - psiakrew?
Skręcam - włączam
Kontakt - gaz,
Kurek - sznurek
Raz po raz,
Elektryka
Sika z kurka,
Gaz z kontaktu
Ciurkiem siurka,
Tylko woda według planu
Całą siłą wali z kranu,
Jakby tamę jej kto zerwał!
Woda - zimna.
Rześka.
Zdrowa...
Nagle - pst... Przerwa.
Włączyła się międzymiastowa!!!
"Minister budownictwa prosi!"
Duma mą wątłą pierś unosi,
Że do mnie dzwoni
Ktoś z daleka
W ramach tej troski o człowieka!
Serce z radości płacze
I łka...
Powiedział: "Pomyłka!"

Jest to właściwie tajemnica
Dość osobistej natury;
Miałem interes do księżyca...
By pełnią świecił z góry!
O to mi szło, ażeby jaśniej,
Bo gość był w pierwszej kwadrze właśnie...

- Dla pana - mówię - to drobnostka,
Kosmiczna błahostka,
A dla mnie - nie bez znaczenia!
Poetą wszak się - mówię - jest, nie?
Więc ma się - mówię - kilka westchnień
Pilnych do załatwienia!
Ponadto parę wzlotów duszy
Odwalić dziś koniecznie muszę...
I spotkać mam się pod kapliczką
Z pewną przystojną lunatyczką -
W związku z czym pełnię muszę mieć.
Więc całą gębą -
Proszę -
Świeć!

Pomimo argumentów tylu
I tylu słusznych przecież zdań -
Księżyc wciąż świecił mi z profilu...
No, nie drań?

- Mnie się od pana,
Bądźmy szczerzy,
Też - mówię - jakiś wzgląd należy!
Drukuję przecież w prasie
Recenzje z pańskiej działalności,
To znaczy wiersze o miłości,
O snach, co to je ma się...
Ponadto, drogi przyjacielu,
Wspólnych znajomków mamy wielu
Z lirycznych zwłaszcza kół...
Od lat są z panem za pan brat.
Niejeden nawet z pana spadł!
Ja sam -
Tak pół na pół...

Słusznie więc na twe względy liczę -
Kontakty nie w kij dmuchał.
Pokaż, księżycu, swe oblicze!
Posłuchaj!...

Nie posłuchał.

Lecz kończę wiersz ten z myślą błogą,
Że jego morał dla nikogo
Nie jest już tajemnicą:
Wbrew temu, co się ciągle mniema,
Widzicie - kumoterstwa n i e m a!
(Na księżycu).

Jak wytłumaczyć mam to sobie,
Ja już doprawdy nie wiem sam:
Dość wspomnieć przy mnie o chorobie,
A już na wieczór
Ja ją mam!
Dostanie ktoś w Warszawie grypki,
To mną w Krakowie
Tak już trzęsie!
Widocznie taki refleks szybki,
Czy coś w tym sensie...
Ja już nie piję,
Już nie palę,
Kobieta to mój ciężki wróg!
I kąpię się w kaloszach stale,
Ażeby nie przemoczyć nóg!
Na każdą zważam już przestrogę.
Nawet -
Gdy złapać tchu nie mogę -
To ja nie łapię!
(Ani mi w głowie:
Niech łapią ci, co mają zdrowie!)
Oszczędzam się na każdym kroku:
W ogonkach nie stoję!
(Wchodzę z boku).
Jak sport - to też:
W prenumeracie.
I co? I macie:
Tu raz mnie łamie.
Tam znowu raz.
W piersiach orkiestra gra.
Jazz!
Nadto już któryś z rzędu rok,
Gdy portfel swój przeglądam czule,
Czuję, że zepsuł mi się wzrok:
Pieniędzy nie widzę w ogóle!
Iść do lekarza?
Pomysł mądry,
Ale ja nie mam juz ochoty:
Popuka - powie:
"Hipochondryk !"
A potem powie:
"Sto złotychl"
Diagnoza trafna co do joty,
Ale gdy idzie... o kwotę!
Bo ja poważnie:
Na drugim świecie
Już jedną nogą byłem na poły.
Tą lewą. Tak...
Wróciłem przecie.
Ustrój nie dla mnie:
Same anioły!
A zaczęło się dosyć dziwacznie:
Z początku noga zdrowa jak rydz.
Sam czekam, kiedy to się zacznie -
Rok,
Drugi,
A noga nic.
Już diabli brali mnie powoli,
Już cierpliwości było brak:
Co to za noga, co nie boli?
Chora czy jak?!...
Aż raptem czuję,
Że gdy chodzę,
To mnie coś kłuje w lewej nodze.
Stanę - nie kłuje
Dziwne kłucie!
A w sercu zaraz złe przeczucie,
Szedł właśnie pogrzeb jakiś bowiem...
Dwie damy w czerni...
Więc ja do dam:
"Jak się nieboszczyk czuł ze zdrowiem?"
Rzekły, że kłucia miał.
Ja mam!
O tutaj w nodze -
Kiedy chodzę.
(I im tłumaczę, jak mnie boli...)
Nieboszczyk wprawdzie miał nie w nodze,
Lecz tu czy tam -
To nie gra roli..
Stłumiłem w sercu gorzki lament.
Co robić?
Testament?
Nie mam pieniędzy,
Nie mam domu -
A cóż by tu zapisać komu?
Człek do pisania ma zacięcie,
Lecz skarbów brak!
Któż się obłowi?
Chyba zapiszę w testamencie
Sam siebie.
Do Cracovii!
Być może, że się z braku laku
Przydam po śmierci im...
W ataku!
Kołdrę też im zapisałbym -
Puchową, jeszcze całkiem ładną,
Ażeby miękko było im,
Gdy z ligi spadną.
A pewnej miłej pani Ali
Swe serce dać miałbym ochotę...
Niech sprzeda je
W Jubilerskiej Centrali,
Bo było prawie jak złote!
Niech żąda dużo,
Proszę ja ją!
Ale niech bierze, ile dają.
---------
Nie umarłem jednak w terminie,
Bo potem przeszło mi to kłucie...
Dziwny przypadek w medycynie:
Gwóźdź był w bucie!

Nie mogłem pozbyć się
Tego piętna -
Wstyd było spojrzeć
Na ciocię Florcię:
Cała rodzina inteligentna,
Tylko ja nie znam się
Na sporcie!
Nawet mój synek,
Co w ósmej jest wiośnie,
- Tata! - mi mówił. -
Co z taty wyrośnie?
Chodź, tata, ze mną raz na Garbarnię,
Zobacz, co korner,
Co skrzydło -
Może się tata trochę rozgarnie,
Bo pochodzenie mi zbrzydło!
Słowem, jeździli mi po głowie,
Wszyscy mnie mieli za wyrodka,
Aż rzekłem:
- Trudno, sport to zdrowie!
Rodzino, gramy w totka!
Ciotka jako maskotka,
Syn jako spec,
A ja tak sobie - pur la hec.
Jakby nas natchnął jakiś duch...
Synek w ekstazie darł się:
- Tata!
Stawiaj na Wisłę!
Stawiaj na Ruch!
A tata stawiał na wariata
Każdemu czym chata bogata:
Krzyżyk w skos
I wszerz
I wzdłuż -
Jak grabarz opętany szałem.
Potem na pocztę...
Ciach - i już!
Przyszła niedziela...
I wygrałem.
Przyznacie -
Sukces niebywały
Tak wszystko przeczuć bez omyłki,
Żeby krzyżyki się zgadzały
Na cmentarzyku naszej piłki!
Od dzisiaj sport -
Obywatele! -
Moja specjalność, można rzec,
Bo spece wiedzą tak niewiele,
Że kto nic nie wie -
Większy spec!
No cóż...
Nie myślcie jednak sobie,
Żem w dumę -
W zachwyt wpadł cielęcy.
Nie... Raczej martwię się, co zrobię,
Gdy przyślą mi te sto tysięcy...
Z taką gotówką -
Daję słowo -
Sam sobie będę obcy klasowo!
Gdy synek mój w ankiecie zbuja,
Gdy będzie ojca miał burżuja?
Słowem, tak wielką mam obawę,
By się nie stoczyć przez ten dochód,
Że chyba wszystko dam - na Warszawę!
Albo na inny samochód.

Poznałem skromną referentkę...
Sam jestem także referentem -
Więc poprosiłem ją o rękę,
Tę... poplamioną atramentem...
Zgodziła się - i odtąd prędko
Marzenie się zmieniało w czyn:
Ślub referenta z referentką,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem syn...
Jak komuś leci - to już leci!
Żonka cieszyła się szalenie...
"Ty - mówi - będziesz niańczył dzieci,
Bo teraz równouprawnienie!"
I co mam robić - skoro żona
Na trzy zebrania dziennie mknie?
Trudno - już równouprawniona!
Tylko ja jeszcze,
Tylko ja jeszcze,
Tylko ja jeszcze,
Ciągle nie.
Bo gdzie tu - pytam - demokracja?
Ona naradę ma prezesek -
Pieluszki za to muszę prać ja!
Mnie się na ręku drze osesek!
Ja muszę leczyć mu pokrzywkę,
Ja muszę robić lewatywkę!
A przyjdzie takie "święto matki",
To wiecie komu -
To wiecie komu -
To wiecie komu
Dają kwiatki?!
Ja spędzam życie jako niania,
A żona gania na zebrania...
Bo raz jest główną prelegentką -
A raz jest... mężem zaufania!
"Wtedy mi gniew źrenice zwęża,
Bo - czym ja jestem? Mężem męża?
Przepraszam! - wołam wielkim głosem.-
Dwóch mężów w domu?
Dwóch mężów w domu?
Dwóch mężów w domu
Ja nie zniosę!
Lecz gdym już walczyć jął z ferworem,
Żebym z tym skończyć, bo mi źle z tym -
Żona została... dyrektorem!
W tym samym biurze, gdzie ja jestem.
Mnie tego dyrektorstwa żony
Wciąż gratulują - z każdej strony,
Jakby to było czymś niezwykłym!
A ja do tego -
A ja do tego -
A ja do tego
Już przywykłem...
Lecz teraz nigdy już z wieczora
Chwili dla siebie nie ukradnę:
Ciągle przy dzieciach! Dyrektora.
Jako małżonek... I podwładny.
Bo człowiek musi - nic nie wskóra.
Dyrektor - tu i tam figura!
Też w domu pierwsze skrzypce gra -
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Syn
I ja...
Jak się poskarżyć? Kiedy? Komu?
Przecież jej nigdy nie ma w domu!
Ani jej wbiurze szepnąć słowo,
Bo w biurze ze mną - to służbowo!
Psiakość! Nie mogę przecież więcej
Rzucać swych gorzkich skarg na wiatr.
"Proszę! Formalnie! O audiencję!
W sprawie wytchnienia!
W sprawie zwolnienia
Mnie od niańczenia
Młodych kadr!!!"
Przyjęła mnie ciut-ciut zdziwiona:
"Pan jako mąż czy jako strona?"
We mnie bojowy duch zwycięża:
"Ja? ...Jako smutna strona męża!"
I wołam gromko: "Dyrektorze!
To ostrzeżenie me ostatnie!
Służbowo pani wszystko może,
Ale przepraszam -
Ale przepraszam -
Ale przepraszam -
Nie prywatnie!"
Odrzekła na to mi uprzejmie
Z uśmiechem wszakże dość zdradzieckim:
"Jutro referat pan obejmie
Opieki nad Matką i Dzieckiem!"
"Czemu - skowyczę. - Za co? Powiedz!"
A ona: "Trudno! Pan - fachowiec!"
I stało się - cóż miałem rzec?
Trudno do żłóbka
Pchać byle bubka
Czy żółtodzióbka,
Gdy jest - spec!
1950

Gdy raz wypiłem parę wódek,
Zjawił się u mnie
Krasnoludek.
Spojrzał na flaszkę na mym stole,
Na pięciogwiezdną aureolę
(Co to pięć gwiazdek - wam izwiestno)
I gorzko westchnął:
"O smutku, coś mą duszę zaległ!...
Piją furmani i poeci -
A gdzież się urżnąć ma krasnalek?..
W bajce dla dzieci?!"
Siadł więc na stole pełen smutku
I pił - pokorny, skromny, cichy -
Twierdząc, że jest coś w krasnoludku,
Iż czasem musi!...
Bez zagrychy.
Niekiedy mruknął:
"Dobra... Chłodna..."
I mrucząc wypił flaszkę do dna.
Potem - choć wzrostu miał trzy cale -
Rozrabiać zaczął niebywale.
Napisał sosem na serwecie:
"Krasnoludki są na świecie!"
Zademonstrował rock and roll,
Rozbił lustro, krzycząc "Gol!"
Spalił dywan papierosem,
Wannę zatkał kabanosem,
Ściągnął obrus,
Szklanki stukł,
Mnie samego zwalił z nóg
I podniósłszy dziki krzyk,
Zbudził żonę, po czym znikł...
A żona, widząc t a k i e skutki,
Dalej nie wierzy w krasnoludki!...

Rozmawiałem ze znajomym
w nie tak dawnym okresie.
Ja się troszkę go bałem -
a on troszkę bał mnie się...
Przywitałem go grzecznie -
on przywitał mnie w pląsie,
Bo ja bałem się jego,
a mnie za to bał on się...
Ja mu "Panie kochany" -
on mnie "Drogi kolego!",
Bo on mnie bał się troszkę,
a ja troszkę się jego.
Ja, że "piękna pogoda" -
on, że "bardzo przyjemnie"...
Wprawdzie lało... Lecz ja go -
a z kolei on się mnie...
Więc "Co słychać?" - "Co słychać?"
"Jako tako". "Niczego".
Bo on mnie bał się troszkę,
a ja troszkę się jego.
Lecz że on nieco bardziej,
więc dodaje wnet chłop, że
”Jako tako, a nawet
rzec można, że d o b r z e!"
Dobrze? ... Myślę: niedobrze!
Mówię więc po namyśle:
Wie pan, raczej już świetnie,
by wyrazić się ściśle..."
Facet pobladł - po chwili
dodał jednak w zapale:
Obywatel nie widzi,
że właściwie w s p a n i a l e?!"
Towarzyszu! - krzyknąłem,
już triumfując w sekrecie -
Chyba lepiej niż u nas
nie jest nigdzie na świecie!!!"
Wtedy dobił mnie strasznie -
skończył ze mną jak z dzieckiem:
Jak to nigdzie? Powiada. -
No, a w Związku Radzieckim?!"
*
Przyszła odwilż i wiosna...
Wiosną słońce - jak bania!
Więc przy bani przypadkiem
doszło znów do spotkania.
On mnie "zyg-zyg marchewka!"
A ja gram mu na nosie...
On się mnie już nie boi
ani ja boję go się!
On powiada, że kiepsko...
Ja dorzucam: "Bałagan!"
On w krytyce się pławi...
Ja mu - owszem - pomagam.

I kroczymy tak obok -
obaj myśląc w tej chwili:
"Jak, psiakrew, ci krzykacze
raptem się odmienili!"
1956 r.

Każdy ma swe ideały...
I ja mam - skromny i mały:
Jednorodzinny domek.
Jednorodzinny potomek.
Żona... Też być powinna.
Nieduża. Jednorodzinna.
Ogródek. Bez. Konwalijka...
Skromniutko, proszę ja was...
I pięciorodzinna pensyjka.
Dla jednej
Rodzinki
W sam raz.
Sam domek dziś - moi złoci -
Taniocha!
Może być bowiem:
Z żużlu.
Z odpadków.
Z trocin.
I z tego, czego nie powiem...
Z wikliny jeszcze oszczędniej...
Zabawa zaś znakomita:
Jesienią domek ci więdnie -
Wiosną domek zakwita...
Tyle - że boże krówki
Trzymają się w prześcieradłach.
Więc trzeba domku pilnować,
Żeby go która nie zjadła...
Lecz ja mam pomysł , co płynie
Z mej poetyckiej natury:
Czy mógłbym dom mej rodzinie
Zbudować z... makulatury?
Czemuż wiklina i łoza
Słowo w tym względzie ubiegła?
Nie gorsza poezja i proza,
I zawsze
Co cegła - to cegła!
Mieszkałbym tam kulturalnie,
Bobym zbudował - widzicie:
Z "Trybuny Ludu" - bawialnię...
Sypialnię - z "Kobiety i Życie".
Okap, co smętnie zwisa,
Z Obywateli Brandysa...
A z Putramenta fundament,
Bo twarda sztuka
Putrament!
Z dachem trudniejsza już sprawa,
Lecz też znalazłem - Eureka:
Dach - z "Rudeho Prawa".
Tam nic nie przecieka.
Na dachu parę ozdóbek,
Wreszcie szpikulec na czubek –
Albowiem chciałbym, Ojczyzno,
By dumnie się pięła do góry
Budowla socrealizmu -
Mój - Pałac Makulatury!

W imieniu własnym,
Ojca
I matki
Przepraszam za moje oblicze!
Chodzą po ludziach wypadki -
Takiego nikomu nie życzę...
Nie moja wina.
To się mięśnie
Tak układają mi nieszczęśnie.
Że smutna twarz od urodzenia.
I jak pamięcią sięgnę wstecz -
To nic od wtedy się nie zmienia.
Potworna rzecz!
Robią mi ślubną fotografię...
- Uśmiechnij się!
Chcę. Nie potrafię.
Próbuję tak i siak, i wspak -
I nic.
I zdjęcie wyszło tak:
Żoneczka śmieje się od ucha -
A ja po prostu rozpacz głucha!
Smutny z profilu.
Smutny z przodu.
Choć jeszcze wtedy nie było powodu...
Zapyta mnie kto: „Jak teściowa?"
A ja ze smutkiem mówię: „Zdrowa"...
Wrażenie -
Że niech Bóg uchowa!
Jest mecz - i klub mój go wygrywa,
A moja gęba nieszczęśliwa!
Człek się na mecze chodzić boi,
Bo raz mnie zbili...
I to swoi.
Sam personalnik zauważył
Kiedyś na temat mojej twarzy:
- Oj, ten Załucki miewa rysy,
Jakby nie cieszył się
Z Odry i Nysy!...
Na szczęście rzekłem mu:
- Wyjaśnię,
Niech pan przedwcześnie się nie wścieka!
Z mego oblicza bije właśnie
Troska o (tego - tu) człowieka!
Raz tylko,
Kiedym był w Zetempie,
To obejrzeli mnie na wstępie,
Z uznaniem pokiwali głową
I dali Sekcję Rozrywkową!
Niestety -
Nadszedł nowy etap
I człowiek całkiem przepadł!
Dziś aż się gapią na mnie gapie,
Bo ja mam twarz nie na etapie...
Proszę -
Niech Państwo mi pokażą,
Jak tańczyć mambo z taką twarzą!
Nie tańczę - mówią mi "Wyrodku!",
Bo dziś jest właśnie
Taki zwrot ku...
Czułbym się - słowem -
Jak wyrzutek
Przez ten na twarzy wieczny smutek,
Lecz los pociechę tę przynajmniej
Dał mnie - smutnemu indywiduum,
Że zawsze mnie tam ktoś wynajmie
Na akademię...
Do Prezydium!

Słowiki sobie śpiewają.
Księżyc na niebie świeci.
Gwiazdy lśnią całą zgrają...
A ja?...
Ja mam żonę i dzieci.
Mnie to już nikt nie nabierze
Na te wzruszenia liryczne...
Ja - proszę was,
Mówiąc szczerze,
Wolę wyraźne wytyczne!
Możecie szeptać tu i tam,
Że kiepscy dzisiejsi poeci...
Nie wiem...
Ja wszystkich czytam!
Ja mam żonę i dzieci.
Kruczkowski idzie w teatrze...
Akt pierwszy,
Drugi.
I trzeci...
Inni już śpią -
A ja patrzę!
Ja mam żonę i dzieci.
Dziś się już byle bubek
Zna na architekturze
I psioczy na temat ozdóbek
Tych tam na górze...
Że to nie żadna ozdoba!
Że Pałac Kultury to szpeci!
Ja nie wiem...
Mnie się podoba -
Ja mam żonę i dzieci.
Kiedyś tu -
Pragnąc mieć spokój
W mickiewiczowskim tym roku -
Kupiłem Pana Tadeusza
I czytam...
Ciurkiem.
Jak leci.
Ja wiem: nikt mnie nie zmusza,
Lecz ja mam żonę i dzieci.
Personalniczka w biurze
Od roku już na mnie leci...
Miłość!
Co robić?
Służę...
Żona i dzieci!
Pocałunki...
Słowiki śpiewają.
Księżyc na niebie świeci.
Jak ona mnie - no to ja ją!
Trudno -
Mam żonę i dzieci.
A potem dansing...
Nie jazz -
Oberki w prawo i w lewo!
Jak samba - to maksimum raz,
I to tylko w związku z Genewą.
Bo mnie -
Choćbym słuchał bez końca -
Zachodni rytm nie podnieci.
Ja lubię zachód...
Lecz słońca!
Żona i dzieci...
. . . . . . . . . . . . . .
Myślałem, że będziecie się śmiali,
A wy się już nie śmiejecie.
Rozumiem...
Wy tutaj na sali
Też macie żony i dzieci.
1955 r.

Przepraszam bardzo, że ciut-ciut
Zanadto myślą sięgam wprzód -
Lecz sprawa w tym się głównie streszcza,
Że odkąd zmarł
Mickiewicz Adam,
To u nas brak w poezji wieszcza.
Więc może ja się nadam...
Ten przyszły,
Nowy,
Piękny świat
Wy sobie tylko wyobraźcie:
My starsi o kilkadziesiąt lat -
Kobiety o kilkanaście!
Epoka nowa.
Atomowa.
A technika się tak rozwinie,
Że nawet będzie słychać słowa
Na polskim filmie w kinie!
A w restauracjach -
Bez przesady -
Też całkiem nowe obyczaje:
Zamiast kelnerów - automaty,
Co same mówią:
"Kolega podaje!"
Od dawna telewizja wkroczy
Do wszystkich mieszkań
Zwykłych ludzi,
Żeby widzieli na własne oczy,
Kto ich tak w radio nudzi...
A w medycynie jakie cuda!
Gdzie tylko człowiek się nie uda -
Wszędzie lekarskich szyldów szereg:
WYMIANA SERCA, WĄTROBY I NEREK!
NA POCZEKANIU!
NA ŻYCZENIE!
Sam dam w gazecie ogłoszenie,
Które tę będzie miało treść:
UNIEWAŻNIAM serce skradzione
przez pewną piękną blondynkę
w rakiecie Nr 6.
I wstawię sobie nowe -
Prościutko ze skrzynki -
Dla jakiejś innej blondynki!
Słowem,
Techniczny postęp wszędzie,
Wygoda na każdym kroku -
Sam nie wiem,
Czego nie będzie
W tym 2000-cznym roku...
Wprost wyobraźnią nie ogarnę:
Podróże międzyplanetarne!
Nowa rubryka w ankiecie:
"Czy ma krewnych na innej planecie?"
Astronawigacja!
Automatyzacja!
Nareszcie spadnie nam z głowy
Ten cały problem lokalowy:
Naciśniesz guzik -
Masz mieszkanie!
Każdy - kto wniesie podanie,
Taki guzik dostanie.
1956 r.

Czy to na Śląsku,
Czy w Krakowie,
W ogonku
Czy w dziewiczym lesie -
Bez przerwy mam
Tę stopę w głowie
I czekam,
Kiedy się podniesie...
Bo ja nie jestem byle zrzędą.
Nie!...
Mam już miejsce w pularesie
Na te pieniądze,
Co tam będą,
Kiedy mi stopa się podniesie.
I kocham...
Kocham dziewczę młode -
Lecz czekam
(Chociaż serce rwie się!)...
Za to na pewno ją uwiodę,
Kiedy jej stopa się podniesie!
To nic,
Że czuję troszkę źle się,
A na Krynicę
Nie wystarczy...
Kiedy mi stopa się podniesie -
Podleczę sobie...
Uwiąd starczy.
Tyś mi
Najbardziej ukochaną,
Przebudzenia chwilo wzniosła,
Kiedy to sprawdzam
W każde rano,
Czy mi już troszkę się podniosła!
Pełen niepokojących przeczuć
Węszę, czy forsy nie czuć...
Nie czuć.
Lecz słyszę
Pisk najoczywistszy...
Więc serce drży mi,
Wzdycham: "Oby!..."
I nasłuchuję, co to aż piszczy...
Może dobrobyt?!
Nie...
To był tylko dzwonek w drzwiach.
Więc znów przeczucia
Przez grzbiet płyną:
Może ni stąd, ni zowąd (ach!)
Mój szofer
Z moją limuzyną?!...
Wzruszony wołam przeto:
"Proszę!"
Sąsiad.
Pożyczył mi kalosze.
Trudno.
Poczekam.
Odrobinę.
W gazetę nóżki swe owinę.
Najszybciej bowiem
(Jak to wiecie)
Stopa podnosi się
W gazecie!

Czasami,
Przeważnie wieczorem,
Gdy księżyc wyłoni zza chmur się,
Ja marzę,
Że też udział biorę
W tym szopenowskim konkursie...
We fraku.
I w filharmonii!
Entuzjazm,
Że niech Bóg broni!
Trzydzieści pięć razy nokturn
Brawami przerwali mi w środku.
Przy radio gdzieś
Moja Frania
Tłumi miłosne łkania
I wreszcie mną się zachwyca:
"Ojej, jak on zaiwania!...”
Bukiety mi wnoszą.
I kosze.
Szał nie ustaje na chwilę.
”Ach, uspokójcie się, proszę!
No cóż... Zagrałem - i tyle..."
Oklaski coraz rzęsistsze -
Już słuchać nie mogę
Tych braw ja...
"Dziękuję, Panie Ministrze,
Bardzo pan ładnie przemawia..."
A potem zaproszeń sterty
Na zagraniczne koncerty.
Bankiety.
Kobiety.
Róże.
W Paryżu, Florencji, Ostendzie...
Dekolty...
Takie duże!
I co teraz będzie?
Po diabła wysłali mnie tam?
Niedobrze.
Ja siebie znam:
Na twarzy powaga i smutek,
A w środku - ho, ho! -
Filutek.
Tu kuszą hrabiny i księżne,
Udają, że niezamężne -
I proszą mnie do altanki,
Bo takie z nich
Melomanki!
Jedna zaklęcia mi szepce -
Druga też czasu nie trwoni,
A Frania
W swojej izdebce
Pewnie łzy roni i roni...
Tam Polka tęskni daremnie -
Tu Włoszka kusi pieszczotą,
A w środku
Walczy wciąż we mnie
Internacjonał z patriotą!
Kto wygrał?..
Niech nikt nie pyta.
Ja podły kosmopolita!
Aż serce się z żalu telepie,
Że skrzywdziłbym tak
Biedną Franię...
Ha!... Może to nawet i lepiej,
Że nie gram na fortepianie.

Mawiał mi ojciec, mawiał dziadek:
-Spójrz, ile panien,
wdów i sąsiadek...
Noś serce przy sobie!
Na wszelki wypadek.
A nuż w dzień biały
lub pośród nocy
sentymentalnej ktoś
wezwie pomocy...
Tyle w krąg kobiet
roztacza swe wdzięki,
że w Polsce bez serca
to jak bez ręki!

Dziś, gdy to wspomnę,
łza płynie z oka...
Kończy się, dziadku, mija epoka,
kiedy przez wzgląd na mniejszą podaż
każdy się z mężczyzn czuł jak włodarz
i był, czy mędrzec, czy idiota,
na wagę cytryn
albo złota!

Nie, jam nie prorok ani mistyk,
tylko wynika ze statystyk,
iż lepiej, żebym
troszkę przystygł.

Gdym je przeczytał, ażem zbladł:
w Polsce już od dwudziestu lat
mniej dziewcząt niż chłopców
przychodzi na świat!
Jeżeli to tak dalej pójdzie -
nic po bicepsach,
urodzie i fluidzie,
rozpleni się za dwa, trzy lata
mężczyzna bez popytu,
człowiek-superata,
samotny jak palec,
drżący jak listek,
urągowisko feministek!

Statystyka wszystko obliczy dokładnie
i czas już zbliża się niestety,
gdy na mężczyznę
w Polsce przypadnie
zaledwie cztery piąte -
ułamek kobiety.

Już dziś tą myślą przerażony
pytam tragicznie i ponuro:
-A co z tą resztą mojej żony -
z tą jedną piątą?
I to - z którą?
Więc mimo miłość mą gorącą
20 procent mi potrącą?!
A że w rachunkach głowa niezbyt mocna,
jeszcze ograbią mnie do cna!

Tym bardziej dręczą myśli mnie te,
że kraj nasz w mężczyzn
nazbyt żyzny,
a więc przypadnie na jedną kobietę
aż jeden i jedna czwarta
(1+1/4) mężczyzny.
W małżeństwie nie znam się na żartach -
już ta niepewność mnie zabija:
ten jeden - to ja,
a ta jedna czwarta?
Przepraszam bardzo -
czyja?!
Niby ułamek,
a - psiakrew - bawidamek.
I co?...
Zamknąć żonę na dwadzieścia klamek?
Niesprawiedliwe, bądźmy szczerzy,
bo statystycznie
to jej się należy.

Przyznacie: sprawa to niebłaha
wiedzieć, że gdzieś
wtrajają ciacha
ułamek żony z ułamkiem gacha
i tak zabawiają się cudownie,
że nie wiesz, gdzie licznik -
gdzie mianownik!

*

Wybaczcie mi!...
Wiem dobrze: me obawy głupie
nie przystoją Polakowi -
chyba liczykrupie.
Bo choć w statystykach ścisłe
są dane liczbowe,
ile w Polsce kobiety
przypada na głowę -
któż by z nas tam odmierzał
swą miłość głęboką?

Jak już kochać,
to plus-minus
i pi razy oko!

- Znajdźmy gdzieś, miła Pani,
zakątek uroczy,
gdzie by można swobodnie
spojrzeć sobie w oczy,
gdzie by można bez przeszkód
odkryć serc tajniki...
Jest taka kawiarenka.
Tylko trzy stoliki.
Daleko na przedmieściu -
psa z kulawą nogą!...
- Nikogo ze znajomych?
- Ależ skąd, nikogo...
Przyjechaliśmy taksówką.
Wchodzimy do środka -
z nami słodka nadzieja,
że nas nikt tu nie spotka...
Trzy stoliki. Istotnie.
- Przy tym siądźmy!
- Słusznie.
Piękny stolik! I wolny.
Bo dwa tamte - już nie:
Przy jednym - Kern Jerzy,
a z nim dama wiotka -
oraz słodka nadzieja,
że ich nikt tu nie spotka...
Przy drugim Kwiatkowski...
Z nim urocza trzpiotka -
oraz słodka nadzieja,
że ich nikt tu nie spotka!
Trudno...
Za to półmrok -
i intymność niezmierna...
Więc patrzymy sobie w oczy.
Kern w moje -
ja w Kerna!
A w spojrzeniach tych bezmiar
koleżeńskiej troski:
- Popatrz, jaki to jednak
babiarz ten Kwiatkowski!
Potem w adresie spojrzeń
odmiana misterna:
ja z Tadziem je wymieniam -
już na temat Kerna...
Wreszcie oni się łączą
w jeden wspólny obóz,
żeby mrugać do siebie:
- Ten Załucki to łobuz!
A gdy idzie o damy
(że do dam powrócę),
to każdy z nas ze swoją
na g ł o s mówi o Sztuce,
ażeby mógł nazajutrz
dać koleżkom słowo,
że - owszem,
że się spotkał,
ale tylko - służbowo!

Mężczyźni, drżyjcie!
Człowiek tyra,
lecz wreszcie wyszła mi satyra
i to najbardziej demaskatorska
od Odry -do Magnitogorska.
O was, panowie!
Prawda o chłopie,
czyli co robi Polak na urlopie:
Idziesz niewinnie
sobie ścieżką polną -
a marzysz o tym,
o czym ci nie wolno!
Myśli się kłębią,
a wszystkie wzbronione
przez Kościół,
Demokrację
i Żonę...
Na przykład o szejku z dalekich stron,
który lat późnych ponoć dożył,
chociaż miał kilkadziesiąt żon
i jeszcze -
biedny! -
cudzołożył...
Potem gdzieś siadasz, żeby dokładnie
sobie rozważyć, jak to nieładnie -
wreszcie zaczynasz
skromnie i z umiarem
myśleć, co by było,
gdybyś sam miał harem:
kilka Mulatek,
kilka Arabek,
kilka znajomych warszawskich babek,
trzy nałożnice,
cztery hurysy,
boś sentymentalny, choć łysy...
Na koniec marzysz w uniesieniu niemym,
że zdradzasz swój harem
z cudzym haremem -
nie bacząc na wyrzut
z ust kilkudziesięciu:
"Wstyd, zięciu!"
"Wstyd, zięciu!"
"Wstyd, zięciu!..."
Nie twierdzę, że chciałbyś nikczemnie
żyć tylko poróbstwem i rują...
Skąd!... O demokratycznym
marzysz haremie.
I owszem - niech żony pracują!
Oto dziejowych przemian plon
i myśl w zasadzie zdrowa:
wśród tylu pracujących żon
zawsze się jeden mąż uchowa...
Może nie, panowie?
Może w nas nie drzemie
to podłe marzenie
o własnym haremie?
Mnie nie zbujacie: marzyłem sam!
Dziś już nie marzę.
Dziś już mam!
Koniec z monogamiczną nudą -
Spełniło się moje pragnienie:
Mam brunetkę, blondynke,
Mam siwą, mam rudą
I mam pośrednie odcienie...
Tu skubnę, tam skubnę, tam skubnę -
a wszystkie legalne i ślubne!...
Widze, ze pani jest zgorszona,
a w panu dzika zazdrość zbiera?...
Spokój!
To tylko moja żona
coraz to inna wraca od fryzjera!
Za każdym razem inna tulę głowę...
I znam juz kobiety...
Ech, wszystkie jednakowe!

Kobieta w Kosmosie!...
Wieść hiobowa.
już się człowiek nigdzie
przed nimi nie schowa.
Nigdzie spokojnego kąta nie wyłowisz:
ani Saturn dziś pewny,
ani Mars,
ani Jowisz.
Na jakiej planecie noga twa nie stanie,
wszędzie znów ci grozi
to - ziemskie przyciąganie.
O, męska czystości,
śniona przez nas skrycie!
O, marzenia o cnocie,
żegnajcie nam!... Czołem!
Odkąd się zjawiła babka na orbicie,
nawet już tam - w niebie -
trudno być aniołem.
Mnie - co prawda - nie martwi
to aż tak dalece,
jak siebie znam -
to nie polecę...
Ale ta męska zawiść cierpi dziś katusze,
że ich triumf,
ich Dzień Pobied
wciąż przeżywać muszę.
Spójrzcie, jaka każda
dumna i wyniosła:
nosi tę spódnicę,
jakby sztandar niosła,
i pogardliwym mierzy wzrokiem,
gdy nie podjeżdżasz po nią "Wostokiem"...
Tak, panowie,
to pewne jak dwa a dwa cztery:
kres męskiego prymatu
i koniec kariery -
już w Kosmosie jak w domu!
Exemplum - Walery:
Najpierw o nim piano
przez długie godziny,
a potem to już leciał
w cieniu Walentyny...
Odbiorą nam ten Wszechświat,
wezmą - nie poradzę.
Któraż z nich nie poleci,
żeby stracić na wadze?!
Przemeblują nam niebo
na modłę kobiecą:
tu gwiazdka,
tam kometka,
tutaj chmurki nieco...
Jeśli o mnie chodzi - nie szkodzi.
Niech lecą!
I tak żadna dotąd mną się nie zachwyca.
Poczekam.
Na tę pierwszą -
która spadnie z Księżyca.

Dzień Kobiet idzie...
Czas już przeto
(jako że sprawę się docenia)
raz zastanowić się nad kobietą.
Po męsku:
bez zastanowienia!
Bo kobieta - to problem.
Lecz gdym do problemu
chciał podejść raz bez uprzedzeń,
wtedy - nie wiem czemu -
problem zmierzył mnie wzrokiem
niechętnie i srogo
i tyle wiem o problemie,
że miał koński ogon.
I jak tu znaleźć spokój,
gdy po Polsce hasa
tych problemów - problemów
wokół cała masa...
Tę obojętnie mijasz obok,
do tamtej aż ci oko lśni.
Kobiety różnią się między sobą
i to przeważnie
pod względem płci.
Ale nie tylko.
Kto całość ogarnie,
ujrzy różnolitość,
wybór jak w ciastkarni:
są babki miękkie,
są babki twarde,
są babki z kremem (Elisabeth Arden),
są babki wierne (na kruchym spodzie!),
są babki starsze (za to na miodzie),
babki łagodne (czyli bez pianki),
są Katarzynki
i są Stefanki,
są bezy (bez mężów)
oraz małżonki,
czyli - domowe napoleonki.
Wybaczcie mi tę alegorię,
nie idzie o słodycz, ani o kalorie,
ale o ten wachlarz,
czyli o to zwłaszcza,
że Dzień Kobiet niestety
zbyt sprawę upraszcza...
Bo jak równocześnie
dzielić mam sentyment
na tak szeroki asortyment?
I jak nie wzdragać się na myśl
o w s p ó l n y m ś w i ę c i e
żon i ciź?!
Porządny człowiek nawet nie śmie
pomyśleć o nich równocześnie -
bez konsekwencji.
Z tej przyczyny,
gdy idzie o mnie, to od dziś
Dzień Kobiet dzielę na godziny:
Godzina Żon,
Godzina Ciź,
Godzina Panien,
Godzina Wdów,
Godzina Takich, że Brak Mi Słów,
Godzina Matron,
a dla Matek
Godzina plus rodzinny dodatek,
Godzina Działaczek,
Godzina Sąsiadek -
i Pół Godziny Na Wszelki Wypadek.
Wszystkich pogodzić niepodobna,
zatem zapobiec chcąc niesnaskom,
każdą Godzinę czczę z osobna
wcinając odpowiednie ciastko...
Coraz mi słodziej,
coraz mi słodziej,
wreszcie wymykam się z domu jak złodziej,
żeby na róg wyskoczyć (hopsa) -
o Boże! -
na rolmopsa!

W młodości żyje się żarliwie -
młodość jest szczęściem i nadzieją!...
Doprawdy ja się ludziom dziwię,
że się starzeją...
I wszyscy!
Nawet płeć niewieścia!
Znam taką jedną panią Zosię:
przed wojną miała lat 20...
A dziś?...Dziś.już 38!
Jak ten czas leci!...
Ogałaca
nas z tego, o czym potem śni się...
Młodość!... Ucieka i nie wraca!
Pewnie ma chody w Orbisie...
Jak młodość cenić - ten tylko się dowie,
kto spryczał! - to oczywiste...
Bo potem - jak mówi łacińskie przysłowie -
już... omne animaI triste.
Już wszystko mija - kończy się niestety.
Prócz chrapki...
Tej - na kobiety.
Nie można pozbyć się tej chrapki -
a to dlatego chyba głównie,
że w Polsce same r ó w n e babki.
Bo w demokracji wszyscy równi!
Lecz cóż...
Uderzam do Barbary,
a ona już czyni mi wstręty:
- Za stary! - mówi
To co, że stary?
A może nie-do-roz-wi-nię-ty?
Może spóźniony! I to znacznie!
I teraz się dopiero zacznie?!
Czasami człek nie z własnej winy
Tryb życia ,wiódł tak niespokojny,
że się na własne spóźnił urodziny
o rok, o dwa...
O pięć lat wojny!
Dorośli! Bracia outsiderzy!
Nie dajmy, by nas krzywdził czas!
Młodość każdemu się należy!
Młodości!
Proszę: skrzydła - raz!
Urządźmy - myśl tę rzucam w dal ja -
Juvenalia staruszków -
jakieś... p i e r n i k a l i a!
Zagrajmy na skrzydłach jak Concordia - Knurów!
Poprzebierajmy się za trubadurów
i serenady idźmy śpiewać gorące
pad balkonami,
pod kasztanami,
dziewczętom po pięćdziesiątce...
Potem pierś wypnie każdy jak heros
i w miasto pójdziemy -
dziarscy caballeros,
transparent niosąc triumfalny:
NIE CHCEMY SKLEROZ!
NIECH ŻYJE EROS -
I PRZYROST NATURALNY!
A nocą dziarskie tańce jeszcze
w rytmie szaleńczych rokendroli
i dzikie krzyki ku orkiestrze:
- Powoli, panowie, p o w o l i!

list do redaktora "Przekroju" w związku z jubileuszem i krzywdą osobistą
Ej, lecą te latka, lecą
Nad naszą piękną Ojczyzną!
Postarzeć przyszło się nieco...
(Mężczyznom, mężczyznom!)
Ząb czasu, mój Redaktorze!
A jeśli już o tym zębie -
Ciekawe,
Że serc się nie ima,
Lecz działa przeważnie na gębie..
Na pańskiej zwłaszcza.
Na Kerna...
I Strychalskiego po trosze...
Ja tylko trzymam się jakoś.
(Co -proszę?)
Pamiętam ów zarost bogaty,
Co Pańską skroń wówczas wieńczył,
I pomnę Pański przed laty
Błysk w okularach młodzieńczy,
Gdy-
Jako młode pacholę,
Lat temu dziewięć już może -
Złożyłem na Pańskim stole
Mój pierwszy wierszyk - niebożę...
(Ej, mógłby Pan przy tej okazji,
Przy tym nawale wspomnień -
Postawić kieliszek małmazji,
Lub - pismo
Na wyższym poziomie!...)
I nie wiem, czy Pan pamięta:
Pan to umieścił. Na siłę.
I zniszczył Pan referenta!!!
Bo referentem już byłem...
Sam nie wiem, kim mogłem zostać!...
(Kolega mój - już dyrektor.
W nafcie... Ceniona postać!
A mogłem ja - kto to wie, kto?!)
Co ja mam dziś za stosunki?
Z kim los mnie związał ponury?
Ze słowikami...
Z księżycem.
I z Ministerstwem Kultury!
Co mogę?!
Najwyżej oddolnie
Obniżę swe koszta własne:
Muzę odprawię,
Pegaza zwolnię,
Przeczytam "Przekrój" - i zasnę.

Przywoływałem pośród łkań ją:
- Przyjdź do mnie, przyjdź -
Megalomanio!
Bez ciebie gorzko - z tobą błogo...
Z tobą, najmilsza z wszystkich chorób,
Mógłbym pisywać lewą nogą
Nie przeczuwając, żem brakorób!
Z wypiętym dumnie chodzić torsem -
Pewien, że wszyscy czcić mnie muszą -
I głośno kłócić się o forsę,
Jaka należy się geniuszom!
Gdybyś tu była, gdybyś się ku
Moim zbliżyła niskim progom -
Wysyłałbym ten wiersz bez lęku,
Że go odrzucić "Szpilki" mogą...
Bo gdyby nawet - to specjalny
Miałbym stosunek do tych spraw ja:
Jasne! Dlatego żem genialny,
Zwalcza mnie klika - tudzież mafia!
Tak jak z twórczością Mickiewicza -
Niejeden t e ż szkalował drań ją!
Megalomanio!
Słodka!
Bycza!
Pamiętaj, przyjdź - Megalomanio!
Nie przyszła.
Nie - że nie pamięta!
Nie może: strasznie zajęta!!!

Kochałem jedną... Na Prądniku.
Srebrzysty głosik miała...
Szeptałem:
"Ptaszku mój... Słowiku!..."
Jesienią odleciała.
Poznałem inną znów...
W Sopocie.
Niebrzydka, miła, hoża...
O niedostępnej niemal cnocie,
Za to z dostępem do morza.
Niestety.
Zwiała po urlopie –
Ot, tak - bez pożegnania...
Myślałem już, że się utopię!
Tylko mi lekarz zabrania.
I tak zbierałem wciąż dowody,
Gdym tylko szedł za serca głosem,
Że brak (widocznie) mi urody
Albo zbyt wiele mam już wiosen...
Cóż?...
Chyba się odmłodzić muszę.
Lecz jak?
Pytałem wielu osób.
Mówili:
"Sprzedaj diabłu duszę -
Jak dotąd to najlepszy sposób!"
Dusza - dziś towar niechodliwy...
Lecz znam się z pewnym detalistą
Z prywatnej inicjatywy.
Nazywa się Mefisto...
Tylko gdzie szukać go nocną porą?
Najlepiej (myślę) przy teatrze:
Tam mnie najczęściej
Diabli biorą,
Kiedy na nasze sztuki patrzę!
Stanąłem więc na samym rogu
Przez sto ponurych
Myśli ścigan...
Ktoś szedł! Tak, diabeł.
Dzięki Bogu!
Myślałem już, że chuligan.
Diabeł uchylił kapelusza...
- Co jest do zbycia?
- Dusza!
Eee! - machnął ręką.
On już niegłupi -
Raz już naraził się na wstyd,
Bo kiedyś zamiast duszy kupił
Świadomość określoną przez byt...
("Lucyper tak się zeźlił wściekle,
Że - proszę pana -
Piekło w piekle!")
- Lecz moja (mówię),
Proszę Szatana,
Dusza po wojnie nie używana,
Czysta, świetlana, żadna lipa!
Sprzedam ją panu tanio:
Młodość poproszę za nią
I urodę Gerarda Philipe'a...
- Philipe'a? - wrzasnął. -
Jeszcze czego!
O, wymagania ma pan duże.
Proszę - urodą K. Szpalskiego
Za darmo panu służę!
- Szpalskiego? - mówię. -
Też zamiana!
Dziękuję za taki
U r o k s z a t a n a.
Zresztą, Mefisto, nie pleć bzdur -
Daj, czego chcę, Szatanie!
I już miał dać -
Wtem zapiał kur,
Więc skończył urzędowanie.
Lecz chociaż duszy mej nie nabył -
Tak rąbnął mnie,
Żem machnął salto...
W ogóle jakiś dziwny diabeł:
Zamiast duszy - wziął palto!

Już ludzie nie chcą mówić ze mną -
Unika mnie już nawet cieć,
Bo jedną pasję mam...
Daremną:
Samochód chciałbym mieć:
Jeździć po Kruczej, Mokotowie,
A nawet i po MDM-ie,
Choć tam wyrodni synowie
Kopią bez przerwy matkę ziemię!
Lecz cóż...
Lecz mi nie spadnie z nieba
IFA, Dekawka ni Mercedes.
Ja sobie marzę -
A tu trzeba
Z żywymi naprzód iść...
Per pedes!
Człowiek w marzeniach
Biegi zmienia,
Naciska sprzęgło,
Włącza gaz...
A nigdzie nie ma zrozumienia -
Jakaś drętwota, proszę was!
Więc chodząc sobie przez mój Kraków,
Przestrzegam choć drogowych znaków!
Gdy jest tablica na mej drodze,
Że nie ma wjazdu -
To nie wchodzę!
Zakaz postoju - to nie stanę.
Nawet na gazie! Zakazane.
Gdy strzałka w prawo -
To ja w prawo,
Jakbym był "Fiatem" lub "Warszawą"!
Pieszo co prawda...
No to pieszo,
A przecież takie rzeczy cieszą!
Tylko mnie peszy odrobinę
Napis w czerwono-białym kole:
,,30 kilometrów na godzinę!"
Raz spróbowałem.
Nie wydolę!
Podchodzę więc do milicjanta,
Żeby zapłacić za to mandat...
Namawiam.
Proszę...
Nie chciał wziąć.
Obejrzał tylko z tyłu, z przodu...
Tak mnie traktować -
Bądź co bądź
Za to, że nie mam samochodu!?
To przecież mnie bolało...
Toć
Jęczała wtedy moja dusza.
Żeby zapisał numer choć!
Nie mówię - auta.
Kapelusza!
Lecz gdym miał odejść już -
To rzekł,
Spod opuszczonych patrząc powiek:
"Nacisnąć sprzęgło!
Włączyć bieg!..."
A jednak - widzicie - c z ł o w i e k!

Bardzo to lubię - bardzo się cieszę,
Kiedy dostaję świąteczne depesze.
Takie depesze otwieram tkliwie,
A otworzywszy - tkliwie się dziwię...
Bo niby skądże i w sposób jaki
Poczta tę pewność zdobywa i ma.
Że MARIAN ZALCUKI
I MARCIN ZACLUKI,
I MRRRRAIN ZUCLAKI -
To ja?
Podziw widnieje na mym obliczu...
A kiedy czytam, czego mi życzą -
Uśmiech zakwita jak kwiat!
Pierwszy mi życzy: WSZY SKTEIGO DBRRREGO!
Drugi mi życzy: WZSYSTKIEOG MALPSZEGO!
A trzeci: WSZOLYCH SWIAT...
Jestem wzruszony - uśmiecham się błogo...
- Od kogóż te miłe czułości?
Od kogo?!
Czytam z kolei więc wszystkie podpisy:
Pierwszy - COICIA.
(Wiem: Ciocia z Nysy!)
Drugi - AUTOXI.
(Wiem: Antoś z Gniezna!)
Trzeci - BRXTXRRBMMMBXXXXU? ...
Ciekawe - nie znam.
Więc nieznajome-ż nawet persony
Uprzejme słowa z oddali mi ślą!...
Jestem doprawdy do głębi wzruszony
I radość - i duma rozpiera pierś mą!
Takie uczucia zawdzięcza się poczcie,
Dlatego jestem z serca jej rad
I - proszę - nigdy na pocztę nie psioczcie!
Lepiej jej życzcie: WSZOLYCH SWIAT!

Już mieszkam...
Codziennie od ranka
chłonę uroki nowego mieszkanka,
a w sercu burza szczęścia, sztorm -
sztorm według ustawowych norm,
więc z rozczuleniem myślę, nim zasnę:
własne, ale ciasne!
Trudno tu - prawda - wywijać hołubce,
ale to miło
tak wszystko mieć w kupce:
biurko i pralkę,
i stolik z wikliny,
szafę, lodówkę
i członków rodziny...
Wystarczy rękę wyciągnąć - i już
pod ręką wanna
i tusz tuż-tuż.
Harmonizują się niesłychanie
życie wewnętrzne - i pranie.
Tylko do łóżka
wchodzi się po szafie
i z parasolem w dół się skacze.
Przywykłem już - już nie potrafię,
nie zasnąłbym inaczej!
A kiedy z szafy trzeba coś wyjąć,
też ma się dużą zabawę,
bo żeby szafę otworzyć,
trzeba przesunąć agawę,
żeby przesunąć agawę,
trzeba odsunąć biurko,
żeby odsunąć biurko,
muszę wyjść z domu -
ja z córką.
I świat przed nami. Podwórko.
A gdy wizyta - gość - pogaduszka,
ja nie zawadzam,
komfortu nie mącę,
bo mnie po prostu
wściela się do łóżka.
I milczę.
Cały w koronce!
Wiem:
gdy się zjawiam niespodzianie,
to żonie marzy się mieszkanie
nie tylko z szafą:
z mężem w ścianie!
Bo ja ponoć nic,
tylko stoję i śmiecę...
"Siadłbyś na półce - mówi -
w bibliotece!
O tam, na miejscu zupełnie pustym -
w przepaści pomiędzy
Putramentem a Proustem!"
Ale tej hańby już chyba nie strawię,
sprzeciwiam się zawsze z impetem.
Żebym był chociaż w twardej oprawie
i ze złoconym grzbietem,
to może jeszcze...
A tak to wolę
pospacerować trochę...
Po stole.
W radości mej jedynym zgrzytem
ta wolna przestrzeń!
Pod sufitem.
Patrzysz i drżysz,
jak liść się pietrasz,
czy to przypadkiem nie nadmetraż?!
A nuż ci jeszcze zechcą gwałtem
dokwaterować kosmonautę?
Ha, cóż...
Stosunek mam do spraw tych twórczy.
Wiem: człowiek rośnie,
gdy się kurczy!
Wśród rogów i kantów
przeciskam więc ciało
posiniaczone zgodnie z uchwałą,
a za mną się bezradnie miota
mój Anioł-Stróż-Patriota!
Bo że się rąbnę w to czy w owo -
należy mi się!
Ustawowo.
Jutro wszak siądę, moi ulubieni,
na półce, między książkami...
Muszę. Wesele.
Syn się żeni.
Będą mieszkali z nami!

Porządny ojciec,
porządna matka,
a on - czort wie co - zagadka!
Znają go ludzie od dzieciństwa,
znają go niemal, odkąd żyje:
niby nie zrobił nigdy świństwa,
niby porządny,
a - nie pije!
Nieraz robiliśmy mu chryję,
że młody, zdolny,
a nie pije...
Bo gdy ktoś - prawda - alkoholik,
to wiesz, że Polak i katolik!
A tak - to kto?
Wnet się wyłania
ta kwestia zaufania.
Sam go broniłem wobec opinii:
"Słuchajcie, on trzeźwy -
nie wie, co czyni!
A może sekret jakiś fatalny?
Może cudzoziemiec?
Może nienormalny? "
'W całej Europie przecież wiedzą,
od Morza Czarnego
do La Manche'a,
że w Polsce dzieci tylko j e d z ą,
dorosły - z a k a n s z a!
I Ministerstwo Aprowizacji
(co stwierdzam nie bez pychy)
mają wkrótce przekształcić...
W Ministerstwo Zagrychy!
A on - on co?
On, proszę gości,
w oparach tarza się trzeźwości -
aż mi go żal!
Bo pojmie wkrótce,
że spod nieszczęsnej jest gwiazdy...
Wszak u nas się wszystko
załatwia przy wódce:
i ślub
i awans,
i prawo jazdy!
Trudno, panowie abstynenci,
tu nie pomoże płacz i żal nie -
bez kieliszka nieważne!
Tak jak bez pieczęci.
I jak on chce żyć!
Nie-le-gal-nie?!
U kobiet też nie ma szansy za grosz:
bez wódki - nie rozbierosz!
Więc gdym go ujrzał raz z daleka,
postanowiłem ratować człowieka,
co w abstynencji się pławi...
Wyciągam doń
pomocną dłoń -
no, może cholera postawi?!
On na mój widok rozwiał się jak dym,
za najbliższą znikł bramą...
Wyrodne dziecko!
Wyrodny syn -
nie lubi t a t y z m a m ą!

Jeszcze tynk nie obeschnął
na czerwonej cegle,
a już ci, co mi wnieśli
nie wyschnięte meble,
zapytali ze zgrozą:
- Przeprowadzka na sucho?!
I zaczęło się pod drabiną -
skończyło pod muchą.
Tak oto na paczkach i skrzynkach -
okrakiem -
stałem się warszawiakiem...
Jak się mieszka?...
Dziękuję. Przecudnie:
Palmy... Pinie... Cyprysy...
No, cóż - Praga - Południe!
Tylko nocni stróże
na poezję mą głusi
i rozwinąć się trudno...
Zachód - Zachód mnie kusi!
Ach, przeczytać Camusa,
ubrać się najmodniej -
i wyjechać na stypendium...
Do Warszawy Zachodniej!
Lecz na razie nie mogę.
Kto na drodze mi stanie,
zaraz: "Jak mieszkanko?"
i "Kiedy oblewanie?"
A ledwie tego spławię,
już ktoś inny z daleka
woła z troską w głosie:
"No, jak tam?...Nie przecieka?"
"Co?" - pytam.
"Sufit!"
"Czemu?" - wrzeszczę.
"No, jak to... Nie oblane jeszcze!"
I już mi opowiada,
jak wszystko się wali
u tych, co z nim dotąd
jeszcze nie oblali.
U jednego z przyjaciół
wprost tragedia czysta:
woda nie dochodzi,
a on - publicysta!
Bo wstępna konserwacja
jest konieczną rzeczą!
Mieszkanie nie oblane -
to nie ubezpieczą.
Przesąd? ...
Ha!... Tu przesądni
wszyscy bez różnicy.
Niektórzy marksiści -
a metafizycy!
Bo któż by lekkomyślnie
zaczepiał złe moce?
Jedna moc tylko dobra:
45 procent.
I rzeczywiście!
Cud w domu, sąsiedzie:
Winda jeszcze nieczynna -
a wódka już jedzie!
Nareszcie coś działa.
Życie staje się bajką...
A tu raptem ktoś z boku:
"Kiedy oblewajko?"
Bo każdy warszawiak -
Zwłaszcza mój znajomy -
kocha to swoje miasto
i te nowe domy.
Nawet gdy nerki leczy -
to też po to, jak myślę,
żeby można bezpiecznie
zabudować Powiśle.
Jakżeż tu nie oblać?
Tylko byś się zbłaźnił!
Więc znowu wyciągasz
ten - korkociąg przyjaźni!
Bo tu nie ma litości
ani zmiłowania,
że ktoś tam z grosza się wyszasta...
Biedniejszym jednak lepiej
przydzielać mieszkania
oblane już!...
Z funduszów Miasta.
Przez specjalny Wydział
Ludzi z Mocną Głową.
Niech oblewają -
urzędowo:
na każdą izbę - półlitrówka,
remont kapitalny -
trzydniówka!
Potem do Prezydium
Niech ich zaprowadzą,
żeby chuchnęli tam,
przed Władzą!
że nie było lipy,
że zaprzęgli się w kierat...
I tak wreszcie powstanie
odpowiedni Referat.
Bo Naród już nie może...
Naród już się słania -
a tu tyle wciąż w Polsce
jeszcze do oblania:
tyle mostów, domów,
świąt, uroczystości...
Ciągle obowiązek -
nic dla przyjemności!

Nie można tak ciągle -
rok po roku -
żyć tylko Sztuką i Chałturą,
więc założyłem sobie na boku
MATRYMONIALNE BIURO.
Nie myślcie wszakże, przyjaciele,
żem egoista czy sobek.
Miałem na oku szlachetne cele:
Raz - dochód.
Dwa - zarobek.
Po trzecie - wierzę
(choć może się łudzę)
w to szczęście małżeńskie!...
Cudze.
A tu wiosna za wiosną,
a tu maj za majem,
gdy przechodzą obok
(nie znając się wzajem)
skromni kawalerowie
i panny niektóre,
co mogliby przecież
sobie zajść za skórę!
Któż im to ułatwi?
Któż złączy ich dłonie
i zgra te fujary
w małżeńską harmonię?!
Ja.
Moje biuro - oczywista.
Matrymonialne.
"CICHA PRZYSTAŃ".
Nie byle jakie:
Rozmach! Neony!
Na dachu neon:
"DZIŚ ŚWIEŻE ŻONY!"
I tak jak w przedwojennej erze
na całą ścianę:
"MĄŻ SAM PIERZE!"
A w środku stoiska...
szyldy wszerz i wzdłuż:
BLONDYNKI
BRUNETKI
RUDE
LILA-RÓZ
MĘŻOWIE DRODZY
MĘŻOWIE TANI
MĘŻOWIE ZDALNIE KIEROWANI!
MĘŻOWIE Z IMPORTU
(za dolary i ruble)
i MĘŻOWIE Z PRZECENY
(czyli same buble,
urzędnicy i inni faceci,
bez wybierania - jak leci!).
Ekspedientki. Kasa.
I napis na kasie:
PO ŚLUBIE REKLAMACJI
JUŻ NIE UWZGLĘDNIA SIĘ!
I głośnik.
l płyta, która zwykła mawiać:
”Przed ślubem trzeba się długo -
długo zastanawiać!"
Mimo to interesy były kokosowe:
konkurencja pobita na głowę,
a myśmy musieli
co nocy, co niedzieli
robić rodziny nadliczbowe!...
Aż nagle przez pewnego typa:
Komisja.
Kontrola.
l wsypa...
Poszło stąd,
że opchnęliśmy pewnego poetę
handlarce, co z nim poszła
prosto na "Tandetę",
gdzie -
jak prasa z hałasem obwieszcza -
dobiła 100% do wieszcza,
reklamując go jako
ostatni krzyk mody:
"Egzystencjalista bez brody".
l zarobiła na nim!
100% na czysto,
chociaż był zwykłym
socrealistą!
Był - no to był...
Nie my winni przecie.
Lecz tu zaraz kontrola,
a kontrola - to wiecie:
żebyś był nawet świętą Adelajdą -
to ci zawsze coś znajdą!
Ekspedientka Ewa...
Wyjątkowa siła -
skarb w interesie po prostu!
Ale rozliczyć się nie potrafiła
z trzech rudych średniego wzrostu...
Wołałem:
"Jak to, pani Ewo?"
Opędzlowała na lewo.
Nadto znaleźli u niej pod ladą
postać wykwintną,
lecz bladą
i wychudzoną do szczętu...
Był to -
jak stwierdził wywiad prędki -
odłożony dla stałej klientki
dyrektor departamentu.
Próżno wołaliśmy z emfazą,
że bezpartyjny!
Że ze skazą!
Zlikwidowali nas od razu.
Lecz zniósłbym wszystko,
gdyby nie fakt, który
zdarzył się w przeddzień
tej awantury:
Brunetów zabrakło w magazynie -
więc ekspedientka Ewa wnet
wpisała m n i e do ksiąg pod "Z"
i upłynniła pewnej hrabinie,
byle interes szedł!
Dziś cóż mi zostało po Biurze?
Ruina.
Nieprzyjemności.
Ślubna hrabina.
I zepsuta płyta, która zwykła mawiać:
"Przed ślubem trzeba się długo
zastanawiać...
...nawiać...
...nawiać...”

Popatrz, jak giniesz, świecie stary,
jak Nowe bije cię na głowę:
Te samoobsługowe bary!
Te sklepy samoobsługowe!
Już tylko patrzeć,
jak wszędzie zagości
Epoka Samoobsługowości...
Pomyślcie, ludzie, jak to będzie
wszędzie -
w fabryce
i w urzędzie -
gdy przyjdzie era ta niezwykła,
gdy jej się podda
Ludzkość wszystka:
w Fabryce Gwizdków na ten przykład
s a m sobie zrobisz
koło gwizdka!
Lub w takim samoobsługowym
Samourzędzie Mieszkaniowym:
sam przyjdziesz,
sam ziewniesz,
sam siędziesz za biurkiem,
sam wyjmiesz z szuflady kanapkę z ogórkiem,
sam sobie rzucisz spojrzenie miażdżące,
sam sobie każesz
przyjść za trzy miesiące,
wreszcie sam na zbity
wylejesz się pysk!
Bez urzędników -
no, czysty zysk!
Dla państwa zysk -
to fakt niezbity,
przy czym tradycje mamy zdrowe:
zaplanowane deficyty
dawno są samoobsługowe!
Nawet poeci, daję słowo,
do świetnych doszli już wyników
z poezją -
samoobsługową:
bez Muzy!
I bez czytelników.
Ach, gdybyż jeszcze wynikł stąd
i Samoobsługowy Sąd...
Pomyślcie, jak zachowa człek się,
który przeskrobał coś zuchwale:
s a m sobie znajdzie coś w kodeksie
i sam się zamknie w kryminale -
w tym mamrze,
u którego bram
będzie ogromny napis:
SAM –
gdzie jeden strażnik,
lecz tylko w tym celu,
by jakiś zbrodzień gospodarczy
nie wlepił sobie lat zbyt wielu,
bo potem innym
nie wystarczy...
Ten wiersz
jest też już samoobsługowy -
na próbę tylko, oczywiście.
O - teraz ma być w nim
dowcip...
Kanonowy!
I s a m i go sobie wymyślcie!

Nie rozpaczajcie!
Nie ma sensu - skądże!
Ten czas już bliski
i już życiem tętni,
kiedy będziemy jeszcze wszyscy mądrzy
i może - kto wie? -
inteligentni.
Kiedy - innymi mówiąc słowy -
każdy będzie miał już własny
mózg elektronowy.
Najpierw na talony
z pierwszeństwem dla głupich,
a potem szary człowiek
także sobie kupi.
Technokracja ludowa!...
Jakżeż czekam na to
ja, który zawsze byłem
szczerym technokratą!
Na arenę
niech zwycięski
wkroczy cybernetyk -
i niech nie słucha przestróg
piewców dawnych etyk,
że technika zabije w nas
ludzkie uczucia.
O, nie! Prawdziwa zawiść
jest nie do zepsucia!
A w miłości mózg sztuczny
też pomoże ogromnie:
gdy na przykład dziewczyna
powie ci
"Myśl o mnie!" –
to włączasz mózg do sieci
najwyższego napięcia,
naciskasz klawisz
z imieniem dziewczęcia,
a gdy naciśniesz już ten klawisz,
maszyna tęskni -
ty się bawisz!
Wieczorem - łóżeczko...
Ty zasypiasz lekko,
a przy tobie się kładzie
ten twój mózg.
Z gazetką.
To nic, że weźmie "Express"
albo "Życie Warszawy".
Najwyżej nazajutrz
dasz go do naprawy,
żeby znów - jak dotąd -
sprawnie, bez wahania
mądrze odpowiadał
na głupie pytania.
Lecz przyjdzie dzień, kiedy
mózg elektronowy
odpowie ni stąd, ni zowąd:
"Nie zawracajcie mi głowy!
Ja chcę też poznać życie
i tę miłość prawdziwą -
nie żyje się samą oliwą!"
I na spacer
przy świetle zwykłego księżyca
pójdą: sztuczny mózg
i sztuczna mózgownica -
przez pustą ulicę,
przez wieczorną ciszę,
czule naciskając
sobie te klawisze...
Aż kiedyś o n a wyzna:
"Miły, los nie ustrzegł...
Tu - w transformatorze
tajemnica słodka:
Mózgu, będziemy mieli móżdżek!...
Móżdżek po polsku.
Bom patriotka".
I od tego wieczoru,
i od tego słowa
ruszy wreszcie nasza
produkcja krajowa!

Teraz prywatnie Wam coś wyznać chcę:
gdy bywam w Warszawie,
mieszkam w "Domu Chłopa".
I - co wam powiem -
gdzie jak gdzie,
ale na wsi to u nas Europa!
Lustra, marmury,
słowem poemat,
i to nareszcie na wiejski temat.
Gdy stanę tak w tej lśniącej sali,
myśląc, co począć z niedopałkiem,
aż drżę, by mnie tylko
nie wylali,
że niby chłop,
ale nie całkiem,
żeby nie zrobić jakiegoś faux pas,
żeby wyglądać
na prostego chłopa.
Lecz sam się zdradzam,
jakkolwiek stanę,
bo oczy mam jakoś rozbiegane...
Portierzy patrzą dziwnym wzrokiem,
recepcjonistka na mnie zerka...
Więc ja po schodach
tanecznym krokiem:
raz krakowiaka -
raz oberka!
Potem,
ażeby ochłonąć z tych tańców,
siadam na przyzbie.
Od placu Powstańców.
I siedzę,
a to serce wali,
żeby mnie tylko nie wylali.
Bo izba miła -
komfort, wygoda:
telefon, ciepła-zimna woda,
prysznic
i winda działa znakomicie...
Lubię to proste chłopskie życie!
Do wszystkich z uśmiechniętą miną
tu rzucę "A dyć",
tam wtrącę "A ino!"
Czasem zagadnę:
"Jak tam, Kumie,
czy obrodziło latoś u Bacy?"
A Kum po francusku,
że nie rozumie...
Ci chłopi teraz jacyś tacy.
Zapewne z wyższych chłopskich sfer -
ja wiem? – z PGR?...
Lecz ja się do nich upodobnię!
Już zamówiłem czarne spodnie
i jeszcze krawiec do nich uszyć ma mi
taką czarną siermięgę...
Z jedwabnymi klapami.
Może być kamizelka
albo wolę - bez.
A tutaj - muszka.
(Znaczy się - giez.)
Tu u mankietów spinki jak dwie śliwki
i wieczorem w tym wszystkim -
widzicie -
wychodzi się hen...
Na podorywki!
Lubię to proste chłopskie życie...
W izbie radyjo -
wdzięczna muzyka -
i świerszcz za kaloryferem cyka...
Tam cyka,
a tu serce wali,
żeby mnie tylko nie wylali.
Bo żyję sobie niby książę,
lecz wciąż nerwowo drżę przed gafą...
Ubranie na noc
w snopki wiążę.
I kosę trzymam za szafą.
Gdy mnie namawia ktoś do kina,
"Nie mogę - mówię. -
Dyć ozimina!"
A gdy już księżyc świeci blado,
do łóżka kładę się
z „Gromadą"!
Jeśli wykryją mi jednak protoplastę,
to pójdę z ostatnią w sercu nadzieją
i się powołam
na sojusz Wsi z Miastem!
No co?...
Sojusznika wyleją?!

Świat mi się całkiem nie podoba:
W kosmosie gospodarka do kitu
Gwiazdy się palą,
jak okrągła doba -
nawet w godzinie szczytu!
"Na Marsa - namawiają - poleć!"
A któż by głowę pchał pod nóż?
Na Mlecznej Drodze
pewnie gołoledź,
bo znów nie posypał Anioł Stróż!...
Burzliwe wiosny,
mokre sierpnie -
słowem - gdzie spojrzę - pełno wad...
Lecz na myśl jedną
skóra aż cierpnie:
co by to było,
co by to było,
gdyby tak Polak stworzył świat?!
Gdyby tak Polak - trafem jakim,
Nasz rodak z wąsem w kształcie wiechcia!
Lub... gdyby Pan Bóg był Polakiem...
Nie!
Tego nawet Bóg by nie chciał.
Po prostu
przed miliardem lat
gdyby bieg rzeczy zmianie uległ
i gdyby Polak stworzył świat...
O - rany Julek!
Kulą nie byłaby ta Ziemia!
Nie kulą byłby Księżyc blady...
Sześcianem? ... Nie wiem.
Jedno wiem ja:
Bez kantów nie dałoby rady!
Spitsbergen byłby - gdzie Kalkuta.
Alpy na głowie by stały...
Włochy by miały może kształt buta,
lecz pewnie o numer za mały!
Tylko przez Polskę płynęłaby wartko
szeroka Wisła... z czerwoną kartką!
Nad nią cytryny szumiałyby z cicha,
na każdej gałązce - zagrycha!
A gdyby już była gotowa ta rzeka,
Polak by chyba dłużej nie zwlekał
i by się wreszcie
(cieszcie się, cieszcie!)
wziął do stworzenia Człowieka!
Nie powiem, jak byśmy wyglądali...
(Za dużo dorosłych na sali!)
To nawet głupstwo już, że Adam
pomieszałby mu się z Ewą,
bo i tak
(ja się z Wami zakładam!)
co ważniejsze - poszłoby na lewo!
...Tyle że może w bezhołowiu ciał
Opatrzność zrządziłaby bystra,
że przez pomyłkę
plecy bym miał
nie tu - lecz u Pana Ministra.

Ja tu biedny z Krakowa,
gdzie już piąty wiek się
pławimy w smutnym naszym kompleksie.
Niby w porządku.
Niby wszędzie
uznają nas...
Lecz żebym skonał,
jak ten warszawiak w piątym rzędzie
nie myśli o mnie:
"Prowincjonał!
Krakusik!
Centuś!..."
Niby czemu?
Panie! Tu, tutaj, na tej sali,
jeszcze niespełna pięćset lat temu
inaczej byśmy rozmawiali!
Ach, gdzież jest czas ten zapomniany,
o którym mi śpiewała niania,
gdy k a n t o r służył do wymiany,
nie tak jak dziś:
do malowania.
Kiedy to...
Zresztą sam łaskawie
Pan przyzna, że przed laty wielu
gwizdałbym na chody w Warszawie,
bo miałbym bliżej:
na Wawelu!
Po każdą protekcję
byłoby mi blisko,
po talon na jednorodzinne zamczysko,
po wszystko...
I wszystko załatwiłby wnet tam
jakiś znajomy kasztelan
czy hetman,
bo król był w Krakowie!
W Krakowie - królowa.
I jeszcze do dzisiaj
Premier jest z Krakowa!
Byliśmy stolicą.
Byliśmy bógwico.
Aż nastał król Zygmunt,
co miał plany dumne,
i poszedł do Warszawy...
Bo chciał mieć kolumnę.
A nam
cóż zostało z królewskiej świetności?
Alicja Bobrowska
(królowa piękności)
i jak wyrzut sumienia
po krakowskim Rynku
krąży jeden minister...
I to w stanie spoczynku.
Historio,
nie bądźcie dzieckiem!
Chyba już czas pomyśleć o tym,
by wbrew pomysłom
feudalno-szlacheckim
Kraków stolicą był z powrotem.
W Krakowie mędrców całe mnóstwa
myślą rozważnie,
myślą ściśle...
W Krakowie też się robi głupstwa,
ale - po dłuższym namyśle!
Wciąż się Krakowa nie docenia
przez jakieś dawne uprzedzenia:
że miasto emerytów...
Bzdury!
Któż wyżyłby z emerytury?
Centusie? Skąpi?
Też nie sądzę:
gdy o państwowe idzie pieniądze,
stolicą możem być... Bez słowa.
A w razie czego -
sesja sejmowa,
z Zakopanego bliżej do Krakowa!
I żeby ministerstw
było choć czterdzieści,
to się w Krakowie
wszystko jakoś zmieści:
Ministerstwo Aprowizacji
z całą jego armią
na Plantach bym umieścił.
Niech wiewiórki karmią!
Budownictwo - w Smoczej Jamie...
By spokojnie spali,
że im się na głowę
sufit nie zawali.
Finanse
(Ministerstwo Ciaćków, czyli Dudów)
na placu Kossaka,
który słynie z cudów.
I - żeby nie było
później ambarasu -
Kulturę i Sztukę na Skałkę.
Zawczasu.
Ministerstwo Górnictwa
będzie zbędną utopią,
wystarczy Zarząd Miejski:
oni więcej kopią.
A tam - na Wawelu,
gdzie srebro i złoto,
Szczerbiec, arrasy i kafelki -
zamieszkać mógłby... Kto?
Mniejsza o to.
No, przecież nie Kazimierz Wielki.
I zniknie krakowska dola beznadziejna,
dzień i noc stolica będzie trąbić.
(Hejnał!)
A ja -
już odwykły od zgiełku i wrzawy -
pojadę gdzieś na prowincję...
Może do Warszawy.

Stanąłem przed lustrem nago,
spojrzałem na siebie z uwagą,
westchnąłem -
i w oka mgnieniu-m
przypomniał sobie
Millennium...
Bo gdy się wiktorie
te nasze pozlicza
od Mieszka Pierwszego
do Cyrankiewicza,
to serce mi rośnie
i duma. mnie łechce!
A spojrzę do lustra -
to wierzyć się nie chce...
Może i nie na niedorajdę
wyglądałbym w hełmie
i w szyszaku...
Ale pomyśleć,
że pod tym Grunwaldem
to m y - tych Krzyżaków?!...
Postura niby dość poślednia,
bicepsy niby nie ze stali...
Ale spytajcie
tych Turków spod Wiednia,
jak przed n a m i wiali!
Doprawdy
samego przechodzi mnie mróz aż,
kiedy wyobrażę sobie,
żem - husarz!...
Tu ja -
tu koń, który cwałem leci,
gdzieś tam, gdzie wy,
czeredy niewiernych!
A tutaj - Sobieski,
czyli król Jan III -
i per "towarzyszu" do mnie woła...
"Pancerny!"
Więc na namiot wezyra
uderzam w zapale!
No - ja, czy nie ja,
(mniejsza o detale) -
polski rycerz po prostu!
Każdy z nas to w krwi ma,
że gdy jest pod Wiedniem,
nic go nie powstrzyma!
Tysiąc lat
tą szablą
cięliśmy dla glorii -
nikt się
tak jak my
nie naciął w historii.
Millennium heroizmu -
z tarczą lub na tarczy!...
Przepraszam -
a może wystarczy?...
Może za te boje
dawne i ostatnie
można już Polakiem
być trochę - prywatnie?...
Bez czekania,
aż znowu mi gębę rozkwaszą
za Wolność Naszą i Waszą?...
Niech wiem,
że kiedy oczka zmrużę -
to chrapię j a,
a nie - przedmurze!
Stąd w związku z Millennium
zwracam się do świata:
Dajcie nam już spokój
na te starsze lata...
Spokój!
A w zamian
przyrzekamy ci, świecie,
wykonać przed terminem
drugie Tysiąclecie -
i jeszcze premiera
zaoszczędzić na trzecie!
1960

Jak sięgnąć pamięcią
w nasze dzieje stare,
raz ofiara na biednych –
raz biedni na ofiarę.
Słowem taka nasza już historiozofia,
że ciągle nas życie
przymusza do ofiar
i znikąd dyspensy
ni litości trochę...
Ot, weźmy alkohol.
Po prostu czyściochę:
Anglika to dławi, Francuza to dusi,
a Polak - musi.
Nawet gdy i jego
mierzi to i skręca,
to się dla swoich Rodaków poświęca,
bo tak nań popatrzą
inni Polonusi,
że Polak – musi.
Powiedzmy - z dziewczyną...
Pokoik maleńki.
W pokoju dziewczyna
rozsnuwa swe wdzięki...
Anglicy na te rzeczy -
nieczuli i głusi,
a Polak - musi!
A Polak musi,
bo - bądźmy ściśli -
co sobie Polka o nim pomyśli?
Więc choć go nie bierze
uroda ni wiek,
przeciwnie - diabli go biorą,
honoru Polaka
Polak będzie strzegł.
I musi.
Jak pod Cecorą!
Potem narzuca mu się obowiązki,
czyli się znowu przymusza niemile,
żeby w małżeńskie
Polak wstąpił związki.
I Polak - musi.
I wstąpi.
Choć - na chwilę!
Na krótko... Bo jakżeż:
spokojnie tu usiedź,
gdy musisz musieć
i musieć,
i musieć!...

Stąd zawsze, gdy przymus
zaczynał ogromnieć,
to Polak - nie musiał...
Ha, musiał zapomnieć...

Słyszysz: idzie sto kilo.
Patrzysz: taaaka baba!
A płeć - mówią - piękna.
I do tego - słaba.
A ja się nie podobam.
Mnie to zawsze wytkną,
że co do płci -
to płeć mam brzydką.
No, cóż...
Płeć - jak telewizor,
telewizor – jak płeć:
można nie korzystać,
ale trzeba mieć!
Musi mieć każdy:
marksista czy mistyk.
I nie dla przyjemności.
Dla władz!
Dla statystyk!
A tu płci się używa
(I to właśnie fatalne!)
i dla innych celów
niż te oficjalne...
By dwu różnych płci
ułatwić zażyłość,
koedukacyjną
wymyślono miłość,
której dwa są rodzaje:
jak to wiemy z kina,
jest miłość staroświecka,
czyli jedna jedyna –
i miłość atomowego pokolenia
na zasadzie tabliczki mnożenia!
Tu z atomowym starszym panem
pijane dziewczę widzisz nad ranem...
Też atomowe.
No, chyba!
Choćby ze względu na grzyba!
Tam atomowy małżonek
prawie przez całą zimę
z cudzą żoną na własnej
mści się za Hiroszimę...
W krąg chucie
i zepsucie ogarnia płcie obie,
co widzę i opisuję,
bo czuję po sobie.
A można dla dobra świata
wykorzystać - jak sądzę -
ten wigor,
to libido,
ten popęd
i żądze
i dojść do zgody
wszystkich ziemskich nacji
poprzez dwupłciowość
w dyplomacji...
Ludzkości!
Ty się sama zbaw
od wojen i od poniewierki
przez pięknych ministrów
zagranicznych spraw
i czarujące ministerki!
Niech budzą w sobie sentymenty
na konferencjach
przy drzwiach zamkniętych,
w buduarach ONZ-tu
całych na niebiesko
ze słowikami na żołdzie UNESCO.
A Ludzkość
przy dziurce od klucza
niech dotąd zagrzewa ich
i poucza,
że krew nie woda,
że serce nie słucha,
aż sobie Mocarstwo
Mocarstwo przygrucha
i do miłosnych
dojdzie karesów
mimo różnicy interesów!
O, Polityko,
płyń i żegluj
aż ku pieszczotom
na najwyższym szczeblu -
ku dyplomacji bez szat
i bez wojny!...
Rapacki niech zostanie!
Przystojny.

Wylądowałem...
Wyniosłem walizy -
I przeliczyłem wszystkie me dewizy:
"Módl się i pracuj!"
"Polsce wiernie służ!"
Trochę franków.
Złote serce.
I już.
Potem w miasto ruszyłem nieśmiało,
przestrogi pomny wciąż tej,
że Polska dewiz ma mało!
A Polak ma jeszcze mniej...
A tu sklepy ogromne
kuszą, żebyś wszedł:
jakiś "Au printemps",
jakaś "Lafayette" -
gdzie widzisz,
jak na stołach, witrynach i ladach
ten ich kapitalizm
całkiem się rozkłada!
Tu to, tam - tamto,
aż się serce telepie,
gdy sobie wyobrazić
manko w takim sklepie.
A paryżanie mili
byli dla mnie ogromnie.
Mona Liza w Luwrze
uśmiechała się do mnie -
chociaż dla Francuzów
smutna była era:
rządu właśnie nie mieli...
I nie mieli premiera!
Frank im spadał gwałtownie,
a ja drżałem pobladły,
żeby mi moje
przypadkiem nie spadły!...
O względy więc dbając
międzynarodowe -
do każdego kelnera
trzymałem przemowę:
że dziejowe nas więzy
połączyły na amen.
U nas był Henryk Walezy!
U was był Jerzy Putrament!
Że Polska i Francja
to dwoje przyjaciół,
więc go bardzo proszę,
żeby mnie nie naciął!
A z oczu kelnera
rozpacz biła szczera,
bo on rządu nie miał..
I nie miał premiera!
Lecz gdy oranżadę
wlewał mi do szklanki -
czułem, jak się leją
moje własne franki...
Aż on spytał widząc
mój tragiczny profil:
- Franków panu żal?
- Tak... Bo ja -frankofil!
I tak wszędzie za mną
kroczył już ten żal:
od Pól Elizejskich
do placu Pigalle -
tam,:gdzie kuszą dziewczęta,
a człowiek się gryzie,
bo co spojrzy na cizię -
to już po dewizie!
Lecz gdy jedna rzekła,
że mi serce da,
- Se-si-bą! - powiedziałem.
Que sera - sera!
Musiałem...
Bo z jej oczu
rozpacz biła szczera:
ani rządu - biedactwo!
Ani nawet premiera!
Na odchodnym rzuciła
uśmiech Mony Lizy
i ja znowuż musiałem
przeliczyć dewizy...
Przeliczyłem dokładnie,
a tam tylko już:
"Módl się i pracuj!"
"Polsce wiernie służ!"
Nie było z czym zostać...
Więc wzruszony ogromnie
Wersal jeszcze zwiedziłem...
(Chyba widać po mnie?!)
Wreszcie po tym Wersalu
odjechałem...
Bez żalu!
Bo cóż mi tam Paryż, neony,
światła et cetera -
kiedy ja już bym nie mógł
tak żyć
bez premiera!

1957 r.

Bracia!
W polityce inny wiatr dziś zawiał!
Do innego wiatru
już się nas wystawia...
Tam na szczycie - spotkania.
Rozmowy ...
Zbliżenie!
Poproszę o światło różowe na scenie,
bo gdy pomyślę o takiej rozmowie:
dwie głowy państw -
tak głowa przy głowie,
wtedy radosne przechodzi mnie mrowie
i wiem, że już we mnie
taka dusza od dziecka
amerykańsko-radziecka!
Zatem mało mi o tym
tylko myśleć z zachwytem.
Puśćcie mnie do środka!
Puśćcie - chcę być przy tym,
by - zamiast być świadkiem
jeszcze jednej z plajt -
usłyszeć:
Very choroszo!
i sowsiem alI right!
A gdy spytają, czemu
pcham się jako trzeci,
- Jak to czemu? - odpowiem. -
Ja mam dwoje dzieci!
Maleńkije girls.
I kłopotów stertę...
Ja się Wam tu przydam -
ja będę ekspertem.
Ekspertem w zakresie
spraw ogólnoludzkich -
rzeczoznawcą pragnień
rodziny Załuckich...
A pomysły my mamy genialne, że hej!
Na czto, gentlemen?
Znaczitsa okey?...
Potem powiem:
- Cóż Ziemia?
Prowincja i farsa -
nie ma o co się kłócić.
Już lepiej - o Marsa!
Wezwijcie astronoma,
by lunetą wdarł się
w ten wszechświat - i stwierdził,
jaki ustrój na Marsie,
żeby już się można
wspólnie zastanawiać,
kto
i od czego
ma Marsjan wybawiać...
I będę się grzecznie
przysłuchiwał rozmowie -
czasem tylko wtrącę:
- No, panowie, panowie!...
Zamiast rzec coś takiego,
co nadszarpnie więzy -
lepiej się ugryźcie
w ten nasz wspólny język!
Bo tu szczebel najwyższy -
kończy się drabina
i już amen, proszę panów:
Niebo się zaczyna,
gdzie
ni pertraktacji,
ni rozmów nie macież!
Najwyżej
litanię
i pacierz...

Nie śpi pan prezydent.
Gryzie się generał!
Martwią się
w sztabskomandach
ich uczeni koledzy,
żebym ja -
obcy człowiek! -
nowocześnie umierał,
według najnowszych osiągnięć wiedzy!
Trudzą się w tym kierunku
znawcy,
koneserzy...
A mnie - nie zależy.
Dbają o mnie po prostu
jak z rodziny kto bliski:
ulepszają te bomby,
doskonalą pociski,
żeby we mnie nie rąbnął
czasem jaki nieświeży...
A ja nie wiem, jak państwu,
ale mnie - nie zależy!
W ogóle,
jeśli im to rachunku nie zmienia,
to, zamiast wydawać
wszystko na zbrojenia,
niech dadzą mi
tych kilka na mnie
przeznaczonych groszy -
i ja sobie umrę sam!
Z przejedzenia.
Albo z nadmiaru ziemskich rozkoszy...
Bez liczników Geigera,
bez promieniomierzy -
no, mnie nie zależy!
Ja nie snob,
ja prosty,
chłopsko-robotniczy,
niech na mnie Geiger nie liczy!
Chyba pójdę do ONZ-etu,
rozbrajająco się uśmiechnę
i poproszę
o rozbrojenie powszechne!
Powszechne i kompletne,
bom ja entuzjasta:
z zakazem produkcji
wałków do ciasta!
I wszystkiego.
Systematycznie.
Kolejno -
dopóki
już tylko amorkom pozostaną łuki!
Amorkom się zostawi...
To nawet przyjemnie,
kiedy trafiają.
Sam dobrze wiem...
Tylko też - do diabła! -
nie wciąż tylko we mnie!
Po wsiem!
Po wsiem!
A jeśli już wojna,
to mym cichym snom by
odpowiadała wyłącznie
wojna na... sexbomby.
Typu Brigitte Bardot -
zrzucane z samolotów.
Sam
na czas jakiś
polec byłbym gotów -
w cichym bohaterstwie,
w sekrecie przed władzą...
He, he...
Generałowie nie dadzą!
Wszystkie światła zapalić
każą przed nalotem,
zaciemnienie - potem.
Lecz inna broń, panowie,
niech sczeźnie!
Niech znika!
Bo guzika się lękam...
Tak, tego guzika,
co gdy go nawet nieumyślnie
po pijanemu sierżant naciśnie,
to tylko świśnie i zabłyśnie!
Ten guzik na względzie mając,
ONZ-ecie,
do likwidacji zbrojeń prowadź!
O - już likwidują...
Ciesz się, świecie:
Guzik kazali zlikwidować!
***
Ja tu swoją drogą plotę na tej scenie,
a satyra - to broń!
Ponoć groźna szalenie -
i jeszcze ode mnie
zaczną rozbrojenie...

Wytworny "Orbis"...
Parę fraków.
Orkiestra rżnie z talentem.
Tylko stoliki dla Polaków
niestety - już zajęte.
Lecz że wprost z głodu
ruszam grdyką,
a mam naturę krewką,
usiadłem sobie przy stoliku
z francuską chorągiewką...
Wiem: karygodna arogancja,
lecz chciałem jeść, panowie!
Myślałem:
chyba za to Francja
nam wojny nie wypowie...
Usiadłem więc -
i oto cud:
zewsząd
spojrzenia dziewcząt
jak miód!
A męskie twarze z zachwytu blade
patrzą na moje skarpetki
z Emhade,
po czym wzdychają z melancholiją:
- Ci sobie żyją!...
Rączo przybiega grzeczny pikolak,
rączo, bo nie wie - dureń! -
żem Polak.
Z ukłonem się kelner zjawia po chwilce,
bo nie wie - kretyn! -
że jestem tubylcem...
- Bon jour, monsieur!
Vous desirez?
To znaczy pyta, czego chcę...
Były tam różne kotlety, pieczenie,
do których się rwało
moje podniebienie,
ale musiałem zamówić kluski,
bo tylko na tyle
znam francuski...
I jem te kluski w aureoli,
bo wszyscy patrzą na mój stolik...
z dala sąsiadka
szturcha sąsiada:
- Patrz, chamie, jak się
w Paryżu jada!
Ta gracja, te ruchy -
no, sam powiedz:
Co obcokrajowiec -
to obcokrajowiec!
A druga dama w kolorze lila
przez cudzy stolik się przechyla
i pyta z uśmiechem:
- Vous-etes Parisien?
A ja - wytwornie:
- E-hę!
I myślę, patrząc na tę publikę:
- O, la-la-la!... C'est magnifique!
Jakiś dyrektor do baru zaprasza.
Z nim dobry kociak.
Myślę: "Dobra nasza!"
Szampan? ... Niech będzie!
Chcesz trwonić - to trwoń...
Więc piję - i krzyczę:
- Vive la Pologne!
a oni przyśpiewują mi:
- Allons enfants de la Patrie!
Wtem ktoś się wtoczył z mgły poranku
i krzyknął do mnie:
- Cześć, Marianku!
Trzeba było widzieć
te spojrzenia wokół...
Jakbym dyplomatyczny
pogwałcił protokół!
Jak tylko za to,
że jestem Polakiem,
spojrzeli na mnie z wzgardą i niesmakiem
i Polak pikolak,
i Polak kelner,
i polska barmanka - dziewczę subtelne,
i córka Polka,
i matka Polka
(A niech je zagraniczna kolka!)
i polski dyrektor
(co miał polski order) -
a polski kociak
dał mi w polską mordę,
bo pewnie liczył już szalenie
na polsko-francuskie zbliżenie...
I słusznie!...
Bijcie mnie, łobuza,
ukarzcie, bom parszywa owca:
Skradłem ten uśmiech,
co był dla Francuza!
Skradłem tę grzeczność,
co nie dla krajowca!
Sam nawet krzyknąłem:
- Bracia Polacy!
Ja za to chętnie głową zapłacę -
głową zapłacę!
G ł o w ą, panowie!
Lecz próżnom czekał,
kto z nich odpowie:
- No, to płacimy ... po połowie!

Przepraszam, druga hemisfero,
Ja tutaj pierwszy raz dopiero...
Ziemia jest kulą...
I to fatalne!
Jeszcze się głupstwo jakieś palnie
tu - na tej drugiej połowie...
Bo jeśli stanąć, jak u nas normalnie -
to tu się stoi na głowie,
zanim się jeszcze coś powie...
Poza tym nie bądźcie zbyt próżni -
świat się od Polski nie różni...
Po drugiej stronie geografii -
czy to Brazylia, ,czy Alaska -
wszędzie się las
czy rzeczka trafi,
co szumiąc zaciągnie z kujawska.
W New Yorku, co spojrzę do góry-
To same Pałace Kultury!
A gdy mi się słówko polskie wyśliźnie,
ktoś zawsze podejdzie - i smutnie
zapyta w najczystszej polszczyźnie:
"Excuse me, co słychać w Kutnie?
Czy stoi ten house 'round the corner,
gdzie butcher przed wojną miał shop?"
Wszędzie to samo...
Potworne,
jak mały jest ziemski glob...
Wszędzie się Polak jakiś krząta...
Skromnie...
Bo Polak z tego słynie:
jak wojna - to na wszystkich frontach,
jak pokój - to w oficynie.
Jednemu jodły szumią w Tatrach...
Drugiemu śpiewa Frank Sinatra...
Innemu także jakoś idzie:
obywatelstwo ma pingwinie -
pingwinem jest na Antarktydzie
i lody posyła rodzinie...
A nawet w piekle:
diabełek - pikolak,
protegowany Lucyfera...
Rozmawiał ze mną: pewnie, że Polak.
I ta nostalgia go zżera...
"Sporo mi (mówił) łez pociekło,
gdym sobie stanął za bramą...
Bo tutaj - widzi pan - niby też piekło,
ale to nie to samo... "
Polak za morzem,
za chmurką,
za miedzą -
wszędzie, gdzie tylko ktoś wdarł się...
Tylko uczeni -
uczeni się biedzą,
bo nie wiedzą... kto mieszka na Marsie...
Aż wreszcie dotrą do owej planety,
by zbadać sekrety, które na niej drzemią...
A tam już Polacy:
mężczyźni, kobiety,
co się politycznie nie zgadzają z Ziemią...
Żyją tam uczciwie,
kochają się szczerze...
A miłość małżeńska taki rozmach bierze
że aż tu czasami
na niebie nad nami
widać - latające talerze.
1958 r.

Kiedy łaknie ktoś wódki
(lecz nie jednej - paru!),
gdy nocą kogoś nosi
od baru do baru -
mamy na to zwrot prosty,
mamy zwięzły synonim:
"poszedł w Polskę" -
mówi się o nim.
Tu, na obcym bruku -
tu dopiero cenię
to piękne, poetyckie,
proste określenie.
Bo choć wystarczyłoby
wyjaśnienie krótkie,
że "pójść w Polskę"
to znaczy
to, co pójść na wódkę,
ale tamto brzmi lepiej,
inaczej,
lirycznie...
Jakoś krajoznawczo.
I patriotycznie!
Jakoś tkliwiej zachęca
każdego mężczyznę,
żeby kochał Ojczyznę.
I tutaj się nutka
nostalgiczna wśliźnie:
O, jak miło pójść w Polskę,
w Polskę - na obczyźnie!
Jak dobrze, że można -
kiedy zmrok się kładzie -
w USA pójść w Polskę...
Pójść w Polskę w Kanadzie...
Że choć w szklance się perli
jakiś "dżin"
czy "draj" -
ty poznajesz swój kraj!
Sam pomnę:
w Toronto
pod jakimś pomnikiem
Kanadyjczyk mi się zwierzył
ze swoich kłopotów -
potem poszliśmy w Polskę.
Ja - z Kanadyjczykiem.
Kanadyjczyk odmówił
powrotu!

Z miłym uczuciem wstaję co dnia,
w sercu pogoda,
ruchy żwawsze...
Pomyśleć:
Ludzkość - to przecież j a!
Cząsteczka, ale zawsze.
Pomyśleć:
wszyscy toczą dziś boje
o Dobro Ludzkości,
znaczy się - moje!
O Szczęście Ludzkości,
znaczy się - moje!
Doprawdy - jeden czart wie,
czym ja się jeszcze martwię...
Tysiące zagranicznych gości -
politycy,
mędrcy
i burżuje -
wciąż mają usta pełne Ludzkości!
(Ciekawe, jak ja im smakuję -
bez przypraw,
bez konfiturki
i nie obrany ze skórki?)
I oto znowuż koło wtorku
zjadą się (dla mnie!) w Nowym Jorku
najwięksi na tym globie.
Dla mego Dobra ten coś powie,
dla mego Szczęścia ów coś powie,
a ja tu sobie
poczekam w Krakowie -
wzruszony, że im chce się
tak - w moim interesie...
Dla mnie się te Osobistości
trapią o Lepsze Jutro Ludzkości -
o, jak Je za to uczczę?
To J u t r o cieszy mnie ogromnie
i nawet, jeśli idzie o mnie,
pal sześć -
niech będzie Pojutrze!
Tymczasem sam we własnym zakresie
zadbam o Ludzkość -
niech się podniesie!
Zarobię na kilo mięsa bez kości
dla siebie - czyli
dla Ludzkości.
A gdy już Ludzkość się nawcina -
szczęśliwy, że jej w dołku nie rwie -
pójdę na ludzki film do kina,
niech Ludzkość się rozerwie!
Zaś kiedy w parku mrok zagości,
powiodę damską cząstkę Ludzkości
w ową liryczną ciemność
na skromne,
niewinne
trele-morele
(żeby Ludzkości nie było za wiele) -
niech Ludzkość ma przyjemność!
I do New Yorku raport z tych prac ja
wyślę depeszą
pilną
na czasie:
LUDZKOŚĆ - PANOWIE - TO NIE
ABSTRAKCJA,
NAWET USZCZYPNĄC DA SIĘ!

Good evening,
Ladies and Gentlemen!
Człowiek niby ten sam, prawda,
ale już nie ten.
Umysłowo się jakoś
rozwinął i odkuł:
w głowie dwa kontynenty -
i ocean w środku!
I dwa ma już oblicza,
kto tam przeżył tęsknotę:
raz oblicza - na dolary,
raz oblicza - na złote...
A Ameryka - kraj wielki.
Naród niezliczony:
i żółtych miliony -
i białych,
i czarnych,
I jeszcze ja z "Batorego"
wysiadłem.
Zielony.
Więc było mi barwnie
i było wesoło,
i jakoś tak swojsko,
bo Rodacy wkoło...
Lecz gdy w mieście Pułaski
przy ulicy Kościuszki
w knajpie Kowalskiego
za cielęce nóżki,
za polską kiełbasę
i polskie salami
po polsku mi kazali
płacić dolarami –
odszedłem z niesmakiem
na obcą pulardę
polewaną kremem
Elisabeth Arden!
Gorsze to co prawda
i po wyższej cenie,
lecz chociaż dewizowo
mam czyste sumienie.
A w New Yorku zwiedziłem -
nie robię sekretu -
ów jednorodzinny
domek ONZ-tu...
Jednorodzinny!
Bo choć hen się wspina,
tam taka idea i taka zasada,
że wszystkie narody -
to jedna rodzina!
A z rodziną - wiadomo:
nikt się nie dogada.
Lecz w Newarku
po parku
szły panny i wdówki,
a wieczór był ciepły,
gwiezdny i upojny -
więc na szczeblu najniższym
odbyłem rozmówki...
I nie będzie wojny!
Dziś wiernie wróciłem
na łono ojczyste,
nawet nie przerobiony
na kapitalistę,
a tutaj mnie z miejsca
za frak -
i na występ.
Bo u nas - kto z Zachodu,
to już taki okaz,
że od razu na pokaz!
"Smoking włóż - powiedzieli. -
Muszka też się przyda,
żeby znów nikt nie myślał,
że tam taka bida!"
Więc jestem, jak kazali...
I wnet się pokażę
tutaj w normalnym mym repertuarze -
i takaż to Twoja,
o biedna Publiko,
kulturalna wymiana
Polski z Ameryką.

Jestem sobie zwykły
połatany przechodzień.
Te łaty nie od święta -
nie, stać mnie na co dzień. To nie ekstrawagancja ani żadna zbrodnia - to kwiaty uczciwości
kwitną na mych spodniach! I na płaszczu też
plamą zakwitają zaszczytną... Ale nie szkodzi. Jeszcze rok - a przekwitną.
I
Jeszcze tylko ten roczek - tylko tyle właśnie -
karku mój, łachman ten taszcz! A ja,k będzie spokój,
jeśli nic nie trzaśnie -
za rok zaoszczędzę na płaszcz: z kołnierzem, na futrze, marengo...
Nie będę już czuł się łazęgą. Przełamię kompleks. I melancholiję...
Ostatni krzyk mody -raz się szyje! Będą się oglądać panowie i panie...
,I
Za rok.
Jeśli spokój.
Jeśli nic się nie stanie.
Czytam więc tę prasę
i słucham dziennika - i widzę,
jak ten płaszcz mój zjawia się...
I znika...
Zjawy migotliwe - raz dłuższe, raz krótsze - ale zawsze marengo!
Z kołnierzem.
Na futrze.
Bo też ta Historia
wszędzie swój pcha nos
do drobnych ludzkich smutków i frajd.
I tam, gdzie diabeł
mówi "Dobranoc" - i tam, gdzie mówi "Good night".
Niby mój własny problem -
i basta.
Szaraczek. Z prowincji.
Nawet nie z Warszawy. A coraz to różne
kraje i mocarstwa
wtrącają się w moje osobiste. sprawy.
To znaczy zwłaszcza
w sprawę mego płaszcza!

Czy mnie to szczęście
,spotka, czy ominie,
w Kongo się rozstrzyga, w Laosie,
w Berlinie...
O, jakaż ta Polska wielka! Jak się rozprzestrzenia, jeżeli idzie
o zmartwienia.
Wtrącają się
Iwysoko postawione osoby, choć ja się nie mieszam do ich garderoby.
W cale się przecież I nie zajmuję nikim, -- co, kto
Ii pod jakim płaszczykiem...
A na mój się uwzięli!
Ciągle ktoś zachwaszcza międzynarodowy problem
mego płaszcza:
dzisiaj Johnson ma mowę, De Gaulle ma pojutrze -
w sprawie mego płaszcza... Marengo.
Na futrze.
Może i ja ważniejszy, niż sobie myślicie:
mój płaszcz w ONZ-ciel

I tnój płaszcz na Szczycie! O tnój płaszcz się spiera potęga z Potęgą:
zielony czy marengo? Z jakiego materiału? Jaki ma być krój?
Czy ostatni krzyk mody,
, .?
czy moJ Wysoka Władzo i Magistracie!
Chcieliście Gogola, no to go macie.

Skąd się wziąłem? To proste:
Najpierw był chaos,
plazma i papka...
Wreszcie spotkali się gdzieś ukradkiem
moja pra-pra-pra-
pra-pra-pra-
prababka
z moim pra-pra-pra-
pra-pra-pra-
pradziadkiem...
Ona prosiła:
- Nie figluj, bo dzień
i święty Swantewit przy drodze.
Lecz on na jej prośby
był głuchy jak pień –
i z tego to pnia ja pochodzę.

Rzeczywistość nowa! Nowe wokół wszystko!
Świat wkracza na tory inne, niepojęte...
Jakież wobec tego zająć stanowisko,
Gdy już... wszystkie lepsze zajęte!?

Postanowiłem dać anons taki do dziennika -
odpowiednio duży,
by uwagę skupiał:
CHCĘ ZOSTAĆ PORZĄDNYM
CZŁOWIEKIEM –
POSZUKUJĘ WSPÓLNIKA.
S a m się nie będę wygłupiał!

Przeżywszy życie bezbożnie –
jak trzeba,
Poszedł ateista po śmierci
do nieba!

Spotkała go święta Kunegunda:
– No, i jak pan teraz wyglunda?
On odparł jej na to: -
– O, Santa,
Ładnie to kpić z repatrianta?!

Raz "z" wypadło mi z maszyny,
Kląłem więc na nią z pół godziny,
Aż obruszyła się szalenie:

– Cemu klnies? Nie rób wiatru!
Jeśli troseckę seplenię,
To pis stuki pod aktorów dla teatru!

Od Związku Literatów
idziemy dwaj Krupniczą.
Poeci chwil nie liczą
w noc taką tajemniczą...
Niebo jest całe gwiazd paletą -
i księżyc świeci na wabia...
- Porozmawiajmy jak poeta
z poetą!
Ile kolega zarabia?

Świerszcz raz pragnienie
Miał jedno jedyne:
Chciał sobie zrobić
"Świr-świr" za kominem...
A tutaj, do cholery –
Same kaloryfery!

Że masz lód zamiast serca
I żeś zimna jak głaz -
Nic nie szkodzi, najdroższa...
Na ten upał - w sam raz!

Cieszą mnie moje radości,
Martwią mnie moje troski -
Jednym słowem, do siebie
Mam stosunek ojcowski...
Gdy mi nieodpowiednią
Wyda się jakaś dziewczyna -
Przestrzegam siebie przed nią,
Jak ojciec syna:
- Ojczyznę kochaj i pracę!
Na co ci teraz dziewucha?..
I nigdy na tym nie tracę,
Bo syn ojca nie słucha.