Doprawdy żal mi tych narodów,
którym do śmiechu brak powodów...
Zjechałem cały już kontynent
i z pewną dumą Wam wyjawię,
że nigdzie turystycznych przynęt
tyle, co w naszej Warszawie...
Bo cóż to za życie
gdzieś tam w dobrobycie,
gdzie wszystko działa znakomicie?
Gdzie człek, co zechce - sobie kupi,
po prostu w sklepie...
Jak ten głupi!
Gdzie wobec pełnych lad i witryn
żadnej radości z kila cytryn!
Gdzie nie zadziwi globtrotera
wywieszka skromna, ale szczera:
"Przepraszamy - afera!"
Po prostu nudno - nieciekawie,
nie to, co w naszej Warszawie!
U nas czy w windzie,
czy gdzie indziej
zazdrością każdy przybysz pała...
U nich też technika wspaniała,
ale tam nudno:
tam działa!
U nas dojrzewa się i rośnie
już w najwcześniejszej życia wiośnie...
Dwunastolatków spotyka się para:
”Cześć, stary! ”
”Cześć, stara!”
Na najweselszych w świecie ulicach
najpiękniejsze na świecie dziewczęta!
Warszawa nie tylko się nimi zachwyca,
ale i dba - i pamięta...
Cała dzielnica zafrapowana
nowym amantem panny Mieci:
"Czy to poważny jakiś amant?"
"Poważny! Ma żonę i dzieci!"
I choć los niezbyt był łaskawy,
żart zawsze bliski sercu Warszawy...
Bo czyż istnieje gdzieś w Europci
u l i c a, która zwie się Dowcip?
A u nas jest - ulica Dowcip!
Patrzysz i myślisz,
i szukasz niuansów:
Dlaczego tuż koło
Ministerstwa Finansów?..
Aż ci wyłuszczy rzecz tak oto
jakiś warszawski stary jubilat:
"Ulica Dowcip istnieje po to,
że by się nie śmiać
z placu Defilad!"
Doprawdy żal mi tych narodów,
którym do śmiechu brak powodów.

Nie wiem, kto za tym stoi,
nie wiem, kto za to poleży,
lecz przyroda zły przykład
daje dziś młodzieży:
tak w dziedzinie handlu,
jak w dziedzinie transportu
trwa złośliwy stosunek
aury do resortu!
Nadto przypomnę zaspy
i cyniczną gołoledź
w uroczystym okresie 25-oleć...
No cóż...
Ja sumienie mam czyste!
Mnie nie dowiodą
żadnych osobistych
kontaktów z przyrodą.
Jestem przyzwoity i lojalny mieszczuch,
nie maczałem palców w suszy
ani w deszczu,
ani w śnieżycach,
ani w mrozie,
ani w innych nieszczęściach,
które są w prognozie.
Nic mnie nie obchodzą
kwiatki, drzewa, liście -
nawet pana Wicherka nie znam osobiście!
Na uroki natury nikt mnie nie nabierze,
a w urok wschodów słońca
najzwyczajniej nie wierzę.
Zwykła bujda!...
No, proszę, niech się ci odezwą,
co naprawdę widzieli wschód słońca...
Na trzeźwo!
'W turystykę żadną
także się nie bawię,
nie nęcą mnie tatrzańskie szczyty.
Szczyt urlopowy
spędzam w Warszawie
i urlop mam znakomity:
słucham sobie szumu gałęzi nad Wisłą...
Różnych gałęzi!
Przemysłu.
Podwarszawski lasek też ma urok wielki:
można zbierać poziomki,
można zbierać butelki...
A gdy zamknę łazienkę,
wiadro w kącie postawię -
to rozkosze Juraty mam na miejscu...
W Warszawie!
Niech inni z Kasprowego
zjeżdżają slalomem
i pchają się - Bóg wie po co -
pod turnie i granie!
Ja skręciłem nogę w Warszawie,
pod domem,
i wyszło mi taniej!
I bliżej mi, i taniej,
i wygodnie, że hej!...
A że tu na miejscu
ptaszków trochę mniej?..
Ptaszki!...
Co mi ptaszki, mewy, kormorany?
Sam jestem zalatany.
To - poleć do ogonka!
To - poleć, kup mydła!
Żonatemu szybko urastają skrzydła!
Czasem nawet do lustra
z niepokojem zerkam
i sam się sobie dziwię...
Że jeszcze nie ćwierkam.

Nie wiem, skąd legenda
bierze się złowroga,
co krąży lat tysiąc bez mała,
że Polak do handlu
to po prostu noga
lub jeszcze gorsza część ciała...
Że brak tradycji
z dawnych dni,
że w dziejów naszych nurcie
znaliśmy tylko
cenę krwi -
i to przeważnie w hurcie.
Ten fałsz i to kłamstwo
obala niezbicie
najnowsze naukowe odkrycie:
w starosłowiańskim grodzie Biskupin
wśród wykopalisk -
garnków i łupin -
odnaleziono tabliczkę prastarą:
"PRZERWA - PRZYJĘCIE TOWARU".
A więc już wtedy
nasz praszczur Słowianin
z naszą prababką Słowianką
dokładnie byli
w tym zorientowani,
co brutto,
co netto,
co manco...
I ponoć już wówczas
co lepsze towary,
jak pitny miód, balerony,
też sprzedawano
tylko za talary
lub talarowe bony.
A z czasem w Narodzie
coraz konkretniej
te wizje rodziły się blade
epoki, gdy handel
rozwinie się świetnie,
czyli Epoki MHD.
Nie mawiałże Wołodyjowski,
który słynął odwagą:
"Pójdź Wasze ze mną w P a r a g o n!"?
Nie snułyż się w hymnie naszym
już przed laty
o marżach i rabatach pogłoski:
"Grzmią pod Stoczkiem armaty,
błyszczą białe r a b a t y" -
i „Marż, marż -
Dąbrowski"?
Z południa na północ,
z zachodu na wschód
przez Polskę z a w s z e
szlak handlowy wiódł -
i jak gospodarcza uczy geografia,
ten szlak handlowy
po dziś dzień nas trafia!
Kiedy więc sprawę
dokładniej się zbada,
to można rzec bez przesady,
że Polak z pradziada
już kupiec nie lada...
Nie lada!
Najwyżej - spod lady.
A jeśli z klientem
miewa komplikacje,
co winą chce handel obarczyć -
nie martwmy się:
klient zawsze ma rację
i to mu
powinno
wystarczyć!

Powstał problem na pewnym
składkowym przyjęciu:
podzielić sprawiedliwie
jadło wśród dziesięciu.
Kto ma dzielić?
"Pan, Mistrzu! -
zakrzyknął ktoś z gości. -
Pan o sprawiedliwość
walczył od młodości!"
Wszyscy przytaknęli
w szlachetnym porywie.
Więc zacząłem dzielić -
dzielić sprawiedliwie:
Dla każdego serdelek,
ale dla mnie świeży.
(Za tę sprawiedliwość
coś mi się należy!)
Każdemu kawał gęsi -
tylko dla mnie duży.
(Kto bowiem sprawiedliwy,
ten sobie zasłużył!)
Każdemu ciastko z kremem -
mnie, gdzie więcej kremu...
(No bo komuż, jeżeli
nie sprawiedliwemu?)
Każdemu puchar wina,
lecz dla mnie Bożole...
(Sprawiedliwie przyznaję,
że francuskie wolę.)
Niestety ...
Obudziłem tylko złość i mściwość,
sprrawiedliwie premiując
ludzką sprawiedliwość...
Wszyscy w najpospolitszej
tonąc demagogii
"Sprawiedliwość dla wszystkich!"
darli się jak mogli.
Dla wszystkich? ... O, Bracia,
o, Obywatele!
Sprawiedliwość jest jedna!
Jakżeż ją podzielę?
Czyż porżnę, czyż posiekam
na kawałki tycie
Tę, o którą walczyłem
całe swoje życie?!

Gdy ludzie szarpią się i gryzą,
Bezstronność moją jest dewizą.
W każdej życiowej pierepałce
ten obiektywizm w sobie. kształcę
i zanim mnie do muru przyprą.
rozważam wszystkie contra i pro,
by sądem swym nikomu nigdy
pochopnej nie wyrządzić krzywdy...
I gdy walczą dwie kliki,
na mnie nie ma sposobu -
ja jestem bezstronny:
należę do obu!
Dzisiaj równie bezstronnie
i bez hipokryzji
chciałbym mówić o Radiu i o Telewizji.
O środkach masowego przekazu -
bez kpin i bez reprymend,
jako że do przekazów
zawsze czułem sentyment.
Od dawna drzemie we mnie
ta pasja artysty,
by budzić w Pe-er-elu śmiech...
Pe-er-elisty!
Tylko jak? Którędy?..
Tu - rozterka duchowa,
bo głos - telewizyjny,
a uroda - radiowa!
Pomnę, jak mnie kochała pewna Leokadia
dotąd, póki znała
mnie wyłącznie z radia.
W telewizji nawet dowcip
wydał jej się płaski.
I skończyła się miłość
przez te wynalazki!...
Cóż... Przyznaję:
telewizja ciekawsze mass-medium.
Można oglądać zebrania -
i członków prezydium!
A oto już drugi program...
Otwierasz aparat
i masz dwa razy tyle posiedzeń...
I narad!
A cóż to będzie za rozkosz,
gdy nadejdzie pora
oglądania zebrań w naturalnych kolorach !
Wprost wierzyć mi się nie chce,
że to kiedyś zobaczę:
i prelegent - jak żywy,
i nawet - słuchacze!
Tak cenię telewizję,
jej walor i rolę...
Sam jednakże w radiu występować wolę.
Radiosłuchacz lepsze serce
ma od telewidza:
z postury się nie śmieje,
twarzy nie wyszydza...
Radiosłuchacz się nigdy
uwagą nie splami:
"Jak ona może śpiewać z takimi nogami?!'
Nie powie radiosłuchacz
z Mielca czy z Jaworzna:
"Na tę gębę, proszę pani,
to już patrzeć nie można!"
Nie powie, bo nie widzi.
Oto powód, który
sprawia, że radiosłuchacz
to Człowiek Kultury!...
Niestety... Każdy przyzna,
czy filozof, czy cieśla,
że jedną rzecz telewizja
znacznie mocniej podkreśla:
tę jedność niezmąconą,
równy krok,
równy szereg
całego Społeczeństwa!
Z wyjątkiem - tancerek.

U c z o n y
Rodacy! To rozpacz!
To aż wstydem pali...
W statystyce światowej
(czytajcie - znajdziecie!)
w Polsce
(z wyjątkiem obecnych na sali!)
jest zużycie mydła
najmniejsze na świecie!
Na głowę mieszkańca ilość nader mała.
Na głowę - Rodacy!
A co z resztą ciała?
Co będzie -
pytam na tle tych statystyk -
gdy odsłonisz, o Polsko,
swój figowy listek?
U ł a n i K o s y n i e r
No to co?
Czy czyści my, czy nieczyści,
chędogo u nas, czy nie chędogo,
aleśmy indywidualiści:
nikt nie umywa się do nikogo!
U c z o n y
Ale higiena! Ale zdrowie!
U ł a n i K o s y n i e r
Nam nie higiena potrzebna,
lecz skrzydła.
Polak się pieni
bez użycia mydła!
(Wychodzą pieniąc się obficie.)

Tak, podróże kształcą!
Wszystko wiem - eureka!
Po zwiedzeniu Europy i innych zagranic
znam już tajemnicę pochodzenia człowieka:
człowiek zwykle pochodzi
z Łodzi
lub z Pabianic...
Coraz mnie ktoś zaczepia w bramie:
- Niech pan mi powie, panie Wieszcz,
czemu w New Yorku
w kościach mnie łamie,
kiedy ma w Kutnie padać deszcz?
A przez Chicago idę,
jakbym szedł przez Kraków -
tyle tu wszędzie Rodaków.
A każdy z kieliszkiem:
"Pan pozwolisz" -
a wszystko, co golisz,
to jest polish...
Wiśniówka do kolacji,
Czysta przy obiedzie...
Wprost sam z ust się wyrywa
patriotyczny pean:
- Och, jak ta wódka od nas jedzie!
- Aż - za ocean!
Czuję się jak w Kraju,
w polu, na majówce:
nawet trawka zielona też polska!
W "Żubrówce".
Czasem to nawet myślę,
chodząc po ulicach:
- Tak, wszystko cacy-cacy,
lecz gdzie tu zagranica?
To po to mam ten paszport,
żeby polskie racuszki
jeść w knajpie Kowalskiego
przy ulicy Kościuszki?!
I pod pomnikiem żeby Pułaskiego
po polsku popłakiwać
ze szkolnym kolegą?!...
A potem mnie spytają
w Bielsku czy w NasieIsku:
- Pan już pewnie świetnie mówi po angielsku?
- Siur! - odpowiem. - Mógłbym.
Paszport był i wizy...
Tylko tajmu nie było.
Strasznie byłem byzy.
Drajwowałem wciąż karą
po hajwejach kłusem.
Czasem w kofiszopie
jakiś hat-dog z dżusem...
Wszystko - kuik!
Tylko z rzadka jakiś relaks w mintajmie -
i te drimsy męczące...
- Nocą przy munszajnie,
żeby kogoś kisnąć!

Znaczy się gerlfrenda.
Była jedna. Dość lawli.
Tylko miała hazbenda!
Lecz gdy fejs jej ujrzałem
(z mejkapu wyzuty),
pomyślałem tragicznie:
- Aha, taaaaakie bjuty!
A po angielsku nie umiem.
Za to każdy przyzna,
że się wzbogaciła
ta moja polszczyzna.

Czasem mnie ktoś życzliwy
znienacka zagadnie:
- Pan tak jeździ na ten Zachód...
No, winszuję, no, ładnie,
ale czy za granicą ma pan powodzenie?
Wtedy ja, proszę Państwa,
skromnie się rumienię...
- Cóż... Dziękuję, i owszem...
Publiczność docenia.
Nieraz uczci mój dowcip -
minutą milczenia.
A czasem nawet szepnie
zdziwiona cokolwiek:
- Patrzcie, patrzcie!... Z Polski,
a normalny człowiek!
Wprawdzie trochę blady
i dość nędzna uroda,
ale widać lepszych
na eksport im szkoda!...
Absurd oczywiście...
Jak to wszyscy wiemy -
urodę mam z przydziału,
a ta bladość - to z tremy.
Bo tremę mam... Przez całe życie!
Tu też. Co się dziwicie?
Ja bym Was tu postawił,
tutaj, gdzie ja stoję,
i wiersze kazał mówić...
I w dodatku - moje!
Ale ja się tremy nie wstydzę, nie myślcie!
Trema zawsze przystoi artyście.
Nawet u największych nigdy to nie dziwi,
że nieśmiertelni - a półżywi.
A ja tremy mam mnóstwo -
powiedziałbym - w bród:
jedną tremę na Zachód,
drugą tremę na Wschód,
inną tremę w Warszawie,
inną w Ameryce,
a inną na Londyn i na okolice.
Ta angielska trema jest szczególnie zła,
nawet w dzień mam te drżenia nerwowe:
idę, nic nie widzę -
nic nie widzę, bo mgła,
a tam funt ponoć spada na głowę!
Niepokoi mnie również
(choć i budzi nadzieje)
to, co pod erotycznym względem
tam się dzieje:
rewolucja seksualna!
Dze sekszuel rewoluszn...
No cóż... Wprawdzie trema,
lecz jak muszę, to muszę!
Jakżeż by to było:
tak daleko się tłuc - i
nie poprzeć rewolucji?!
Lecz tu znowu nieszczęście,
kiedy na ulicy
chcę porozmawiać z ludźmi w tłumie.
Dziwna historia:
sami Anglicy,
a po angielsku
nikt mnie nie rozumie!
W dodatku pot się ze mnie leje,
gdy rozgryźć mam ten orzech twardy,
jak złote przeliczyć na gwineje,
metry na galony,
litry na jardy...
A całkiem kitwasi się
w głowie cyfr horda,
gdy towarzysza przeliczam na lorda!
A jednak, proszę państwa,
mimo tremy i strachu
czasem muszę pojechać na Zachód.
Po pierwsze -
elastyczna polityka wobec Europy.
Po drugie -
elastyczne rajstopy.
Po trzecie -
wyznaję skrycie -
to właśnie intymne życie...
(No, tak... Dziś nie to, co za młodu:
już trzeba troszeczkę zachodu!)
Po czwarte -
wewnętrzny mus
zarobienia tylu dolarów czy funtów,
żebym mógł ten kapitalizm
raz zrujnować do gruntu -
i szlus!

O, zefirów italskich anielskie podmuchy...
O, boski Leonardo!
O, freski!
O, ciuchy!
I ty, polska męko spod włoskiego nieba:
tu jeść się nie opłaca.
Absolutnie!
A trzeba...
Usiadłem do wieczerzy
tragiczny jak Byron -
każdy kęs staje w gardle
koszulą non-iron,
ortalionowe dławi palto,
płaczą bliźniaki z Ponte Rialto...
Nieszczęsny - przeliczyłem
w tamtą i z powrotem
makaron na nylony, a nylony na złote -
i: Scusi!
Przepraszam!
Buona notte!
Żadna siła nieczysta
nie pchnie mnie już do bistra!
Tu Polak nie romantyk.
Tu - ekonomista!
Tu nie czas na poezje:
tyle kupi, co nie zje...
I już nie cieszy Veronese,
nie zachwyca Tycjan,
tylko w sercu pretensja gorzka...
do Fenicjan,
którym kiedyś wynaleźć forsę się udało...
Wynaleźli. To dobrze...
Ale czemu tak mało!?

dla wybierających się w odwiedziny
do Warszawy Polaków z zagranicy...
...żeby mógł coś zrozumieć z tej dzisiejszej mowy
emigrant - po naszemu - Rodak dewizowy...
Bo w obecnej polszczyźnie
co krok to pułapka,
czyli tak zwane robienie wariata:
na młodą dziewczynę mówi się b a b k a,
na garsonierę mówi się c h a t a.
Przy czym z babki w chacie
wtedy masz pociechę,
gdy cizia jest f a j o w a,
czyli babka w d e c h ę.
Taki zaś ruch ręką
wyraża świadomie.
że dama na najwyższym światowym poziomie,
czyli jak w Warszawie mówi się i słychać:
dziewczę ma na czym usiąść
i ma czym oddychać.
Nie dajcie się omamić czułych słów urokiem!
Na przykład t a t a z m a m ą
to spirytus z sokiem,
a czyniąc tę miksturę
dbają polskie dziatki,
żeby w niej więcej było ojca
niźli matki.
Również chały w piekarniach
dzisiaj się nie szuka.
C h a ł a to rzecz duchowa:
film, powieść lub sztuka...
Nie należy jednakże,
gdy sztuka wspaniała,
zginać ręki z zachwytem,
mówiąc "Taaaka chała!"
Kiedy zjeść coś zapragniesz,
bowiem pora już ta,
mówisz damie wytwornie:
"Rzuciem coś na ruszta!"
Przy czym wiedz,
że trucizna taka zwykła - to lizol,
ale to, co podają w Orbisie,
to bryzol!
I mylić nie należy.
Całkiem różna treść.
Można śmiało w t r a j a ć,
w t r z ą c h a ć,
czyli jeść.
Słowo "truć" dziś inaczej pojmuje warszawiak:
nie ten truje, kto karmi,
lecz ten, co przemawia!
Gdy ci więc przypadkiem
t r u j e jakaś postać,
że w Warszawie wszystko
można teraz dostać,
odpowiedz: "Mowa trawa!" Nie daj się ogłupić.
Dostać nic nie można
-wszystko trzeba kupić!
I tu do najważniejszej
przejdziemy z gramatyk,
czyli do najczystszej poezji języka:
10 złotych to d y c h a,
1000 złotych to p a t y k,
a pięćsetka to b r u d a s względnie pół patyka.
Jeśli idzie o pieniądz, to panuje zasada,
że jak masz, to w porządku,
czyli "mucha nie siada".
Gdy jest forsa,
jest cizia
i szkło, czyli flachy,
i zabawa do rana,
czyli "ubaw po pachy"!
I szałowe uciechy,
i kuszące uśmiechy,
i "Chodź, cizia, za budkę,
skrzyżujemy oddechy!"
Bez pieniędzy natomiast
chodzisz z smutnym obliczem,
bo jak mówią w Warszawie
tuż pod Mickiewiczem:
"W y s i a d k a!
Czyli k r e w a!
Czyli - l e ż e m i k w i c z e m!"

Państwo pozwolą - Marian Załucki.
Stworzenie.
Kręgowiec.
Gatunek ludzki.
Rodzina ssaków...
Choć nie pojmę nijak,
czy Polak to ssak?.. Czy pijak?
Ja właśnie w sprawie mego gatunku
przyszedłem zawołać:
Ratunku!
Gatunek w tak zwanym impasie!
Kryzys małżeństwa! - grzmią w prasie...
Alarmują najwięksi uczeni,
że kto może, to już się nie żeni.
Na Zachodzie kobiety wśród panik
obserwują płci męskiej
absolutny zanik!
Pragnę zwrócić uwagę Opinii,
że to może przejść do nas.
Jak - "mini”.
I co przeciw temu się czyni?!
Ot, choćby tu - wśród sfer TV:
Scena. Widownia.
Prawie sami młodzi...
Tu jeszcze małżeństwa wchodzą do gry -
Tam już małżeństwo w grę nie wchodzi!
Tę groźbę już czytam na Waszych obliczach:
Małżeństwo w gruzach!
I - fedorowiczach!
Instytucja małżeńska w impas wpada groźny...
Instytucja... Maleńka:
Szefowa i woźny.
Lecz jej sens polityczny
pojmie Naród Wszystek,
bowiem wie,
co marksistów
różni od marksistek!
Mobilizujemy więc płeć męską i żeńską,
by tę instytucję odrodzić małżeńską!
Niech odrodzić małżeństwo
dopomoże Władza -
i niech sama - gdzie może - odradza!
Niechaj każdy od Odry do Bugu i Wieprza
nie tylko swe własne małżeństwo ulepsza,
lecz jeszcze w terenie
- gdzieś w Piasecznie -
też popracuje trochę...
Społecznie!
Czyż to takie trudne wsiąść w tramwaj,
w szesnastkę,
i komuś małżeństwo poprawić?
Na "gwiazdkę"...
Pomyślcie, jak wiele plusów ma rodzina:
masz siebie
plus żonę,
plus córkę,
plus syna...
Kto tylko doznał tych rodzinnych przeżyć
i tych małżeńskich wrażeń też -
po prostu nie może w swe szczęście uwierzyćl
Nie może - i rób co chcesz!
Małżeństwo bowiem - jest to urządzenie
najlepsze od wielu stuleci!
Wierzcie mi - niejeden sam by się ożenił!
Tylko ma żonę. I dzieci.
O gdybyż tak można, proszę Magistratu,
tu pół etatu,
tam pół etatu?..
Na próżno mnie jednak
myśl ta oszałamia...
Monogamia - niestety!
Co to - monogamia?..
Kto raz za żonę pojął dziewczę hoże -
później już tego pojąć nie może!

Moja żona to mądra niewiasta!
Moja córka, proszę państwa, dorasta -
moja żona więc z głębi fotela
nieraz rad mojej córce udziela:
Nie szukaj, córeczko, mołojca!
Nie trzeba - popatrz na ojca:
nikt się na oko nie wyzna,
a jednak mężczyzna.
I Mężczyźnie nie trzeba urody.
Mężczyzna nie musi być młody.
Mężczyzna się nie ma
podobać nikomu -
mężczyzna potrzebny jest w domu!
Z mądrością to także przesądy -
intelekt to - dziecko - nie wszystko.
Mężczyzna nie musi być mądry -
wystarczy, jak ma stanowisko!
Mieć życie wewnętrzne bogate?
A po co mu? Popatrz na tatę!
Mężczyznę nam z nieba zesłali,
córeczko, nie po próżnicy:
mężczyzna i w sercu płomień rozpali,
i węgla przyniesie z piwnicy!
Czasami zaprosi do tańca,
podskoczy w rytmie klawiszy -
i wtedy mężczyzna
ma w sobie coś z samca:
tak dyszy, córeczko, tak dyszy!
Choć czasem,
gdy mówić już szczerze,
nachodzą go myśli niezdrowe
i wtedy w mężczyźnie
wręcz budzi się zwierzę!
Ale domowe, córeczko, domowe!
Nie szukaj, córeczko, mołojca!
Nie trzeba - popatrz na ojca...
Wtedy posłuszna swej mamie córeczka
spojrzała na mnie
z tkliwością i czcią nienaganną,
i z płaczem:
"Ja chcę być panną!"

Nie wiem - i szczerze się tu przyznam -
ciekawość dręczy mnie szalona,
czemu najgorszym - proszę pań -
kataklizmom
daje się wdzięczne kobiece imiona...
Naukowo się daje!
Nikt więc nie zaprzeczy,
że coś tam, proszę pań,
być musi na rzeczy.
Jakieś jest tej sprawy sedno
czy margines -
że huragan - to "Flora",
"Cecylia" lub "Inez" -
że jak już powietrzna trąba czy fanfara,
to Irena na ten przykład
albo też Barbara!
Widocznie - proszę pań - de facto
i - proszę pań - de iure
tajfun płeć ma kobiecą!
Albo chociaż naturę...
Zresztą – co tu mówić:
znam się z pewnym panem -
zwyczajny Polak. Z Torunia.
Ożenił się, proszę pań, z huraganem!
"Dziunia”.
Dziewczyna młodziutka -
owszem - prima sorta...
Osiemnaście!
W skali Beauforta.
Toteż zwracam się do szefów Meteorologii:
w imię sprawiedliwości!
Może by tak mogli
jakiś ciepły, promienny, wiosenny poranek
męskim nazwać imieniem?..
Proponuję: Marianek.

W chłopięcym już to stwierdzasz wieku,
że świat wciąż robi ci na przekór.
Na drodze życia już od razu
nie - znaki zakazu:
Nie wolno piłką rzucać w okno.
Nie wolno w majtki, bo ci zmokną.
Nie wolno ciastek kraść mamusi.
Nie wolno patrzeć na Jędrusik.
Nie wolno chodzić ci, boś dziecko,
na tę filmową twórczość szwedzką.
Nie wolno kłamać w życia wiośnie.
Nie wolno kląć - aż się dorośnie.
Nie wolno palić ani pić -
bo wciąż ci mówią:
Wstydź się, wstydź!
Aż gdy w wiek męski zdołasz zmienić
tę młodość szkolną i mozolną -
wolno ci będzie
się ożenić...
I znów ci nic nie będzie wolno!

Groźny pomruk od północy,
od zachodu ziemia dudni...
Rewolucja!
Seksualna...
Ooo, paskudni!

A my tu siedzimy jak za piecem u Bozi
i nawet nie wiemy, co nam grozi.
A tu już się roją
i Warszawa, i Kraków
od tak zwanych
duńskich kozaków!

I już w najlepszych ponoć towarzystwach
przyciszone szepty,
przyspieszone tętna...
-Czcigodna pani też rewolucjonistka?
-O, tak!... Namiętna!

A on?
A jego twarz szalona,
coś z Robespierre'a,
coś z Mansona,
groźnie napięty każdy muszkuł -
od razu widać: wywrotowiec!
W łóżku.

Są tacy... Już kroczą
jak te cienie wokół -
zdecydowani w marszu,
nieposkromieni w kroku...
To oni wyjdą nocą obuci w bambosze,
by swoimi hasłami
ścian podkreślić szarość:

ŻĄDAMY SPRAWIEDLIWEGO PODZIAŁU
ROZKOSZY!

PEŁNE ZASPOKOJENIE EROTYCZNE NA
STAROŚĆ

CZYSTA MIŁOŚC TO ABSURD!
CNOTA TO PRZEŻYTEK!
KONIEC Z TYRANIĄ CIOTEK
PRZYZWOITEK!

NIE ŻAŁUJMY SOBIE I CHWYTAJMY
W DŁONIE,
CO NAM NIESIE WSPÓŁCZESNOŚĆ!
(na ostatniej stronie)

KAŻDA WIERNA ŻONA HONOR KRAJU
PLAMI.
POD SĄD!
ROZSTRZELAĆ!
GLOBULKAMI!

DULCE ET DECORUM
EST LEGERE "FORUM"!

WOLNOŚCI NIECH ZAŚWITA RANEK
JUŻ W NAJBLIŻSZY WTOREK ALBO
PONIEDZIAŁEK:
KAŻDEMU WEDŁUG JEGO ZACHCIANEK!
OD KAŻDEGO WEDŁUG JEGO PRZECHWAŁEK!

I wybije godzina -
i nadejdzie czas,
by załatwić słuszne pożądania mas.
Ruszy tłum...
Na apteki albo na ich filie.
Różowe pastylki na ulice wytoczy,
krzycząc:
-Hura! Zwycięstwo!
-Zdobycie Pastylii!
-Już płód nam nie zaglądnie w oczy!

Potem legną upojeni
tą zwycięską szarżą
na łożach, by rozkoszy
kielich wypić do dnia...

A nazajutrz?...
Kombatantki tylko się poskarżą:
-No, cóż... Rewolucja jak to u nas:
łagodna...

Lecz na rzeczy pamiątkę
gdzieś tam ktoś umieści
tablicę z napisem przejmującej treści:

PRZECZYTAJ I WESTCHNIJ, NIEWIASTO!
TU LEŻY
BOHATERSKI KANONIER GARSONIER,
REWOLUCJI SEKSUALNEJ PODPORA
I PIONIER!
NIE BUDZIĆ PRZED JEDENASTĄ!

Już jestem wolny!
Siódmą dobę.
Rozwód się odbył bez kłótni, bez draki.
Różnica poglądów.
Na moją osobę.
Powód - to ja. Jako taki. Owaki!
Koniec niewoli dla ducha i ciała.
Więc nie - nie na zawsze
człowiek się zaprzedał!
Sąd dał mi rozwód.
Żona mi dała.
A Urząd Mieszkaniowy nie dał.
Można mieć w Polsce własne zdanie,
lecz trudno o mieszkanie na nie...
Ale wszystko okay -
znaczy: koniom lżej.
Bo choć dalej razem, za to w innej roli:
Obcy mężczyzna.
Obca kobieta.
"Pani pozwoli!"
"Pan pozwoli..."
"Od dzisiaj śpimy na waleta!"
Nic nas nie łączy - wszystko dzieli
z wyjątkiem wspólnej pościeli...
A więc maleńka dyskusja co do
kwestii "Czyj jasiek? Czyja poduszka?" -
i już oddycham pełną swobodą
na mej niezawisłej połowie łóżka.
Rano ocieram słodki sen z powiek:
zbudził się inny -
wolny człowiek!
Wynika wprawdzie polemika,
która jest czyja
połowa ręcznika -
ale wytworna...
Nie psioczę, nie wrzeszczę.
Niech sobie nie myśli,
że kocham ją jeszcze!
Tak oto tempora mutantur...
Ja teraz do niej jak do damy:
żadnych pogróżek,
żadnych awantur.
No, trudno, już się nie kochamy...
Przeciwnie:
sprzątnę, zniosę śmiecie...
Jak tu nie pomóc obcej kobiecie?!
Czasem z kwiaciarni jakieś zielsko.
A widząc minę jej zdziwioną,
uśmiecham się...
Uwodzicielsko!
Niech wie, psiakrew, że nie jest żoną!
I tak mi fajno, aż zacieram ręce...
Nikt mi nie gdera, nie poucza.
Tam niezależna kobieta w łazience,
tu ja - niepodległy
przy dziurce od klucza!
(Nie bez powodu, nie bez chrapki:
zawsze lubiłem obce babki!)
Wytężam nieco wzrok, bo krótki...
Ładne, cholera, te rozwódki!
Ponętna kibić -
i ramiona...
Od razu widać, że nie żona!
A ona także teraz bywa
i jakaś milsza, i troskliwa.
Raz nawet, widząc me amory,
spytała mnie:
"Czyś ty nie chory?"
I tylko z żalem wspominamy,
smażąc we dwoje karmenadle,
lata stracone już na amen
w strasznym małżeńskim
naszym stadle:
nic - tylko żarliśmy się co dzień,
wieczne pretensje i problemy...
A dziś? Inaczej!...
Miło, w zgodzie...
Może się nawet pobierzemy?

Tak - Alleluja!
Decyzja powzięta:
odpocznę sobie przez te święta!
Za wszystkie trudy
codzienne i mroczne -
fizycznie, psychicznie
nareszcie odpocznę...
Od rana już:
wanna,
potem gimnastyka poranna -
i marsz do Wawra w strony obie
(a maszerując się skacze i kuca),
żeby dotlenić sobie płuca...
Dotlenię sobie!
Potem śniadanko:
dzieci, wnuczęta -
jedno się drze, a drugie się pęta...
Odpocznę sobie -
jak święta, to święta!
Potem przyjęcie małe zrobię:
Glińscy, Lipińscy, Ciupskie obie...
Ja na Ciupskie mam fobię,
one mnie na wątrobie -
odpoczniemy sobie...
Potem zaprosi ciotka mnie, bo
u niej pyszności schab i indyk -
po prostu w gębie siódme niebo!
Siódme niebo - bez windy.
Zabiorę kwiatów więc naręcze -
odpocznę sobie...
Na półpiętrze.
A wieczór u Stasiów -
jak rokrocznie.
I znowu trochę się odpocznie.
Po domowemu: swojska dzicz -
paru aktorów, parę kobiet...
Wóda, wódeczka, wódzia, brydż...
Odpocznę sobie!
Nad ranem mała irredenta,
ktoś zechce tańczyć - przecież święta.
A więc charlestony, paso doble,
kujawiak, polka, twisty skoczne...
Uwziąłem się...
Odpocznę sobie!
Ducha wyzionę - a odpocznę!

Wspólna czy własna?
Moja to czy cudza
rzecz, kiedy ktoś się w mym kraju odchudza?
Dlaczego prasa nie wkracza ni władze,
kiedy świadomie ktoś traci na wadze?
Zali nie ,szkoda nam każdego deka
socjalistycznego człowieka?
Dziś każdy smukły pragnie być jak chłystek,
by czuć się swojsko pośród maturzystek,
żeby mógł fikać w takt twistowych piosnek -
zramolały pierwiosnek!
A co, jeśli Duma Narodu i Chluba
wyda się sobie przypadkiem za gruba?
Ojczyzno luba!...
Krzyczę, bo ponoć po miesięcznej diecie
pięć kilo spadło pewnemu poecie:
z rozmysłem twórczo wieszcz na miesiąc zastygł
i do kurortu skrył się czy na wiochę,
żeby z pomocą diety i gimnastyk
odchudzić się trochę...
To po to dzisiaj resorty niektóre
od ust odejmują sobie na kulturę?
To po to granic naszych strzeże armia,
po to się Mistrza w Spatifie dokarmia,
by ubywało mu z tyłu i z przodu
co tydzień
kilo Własności Narodu?
Jacyż zaręczyć mogą nam doktorzy,
że mu nie schudnie właśnie to,
czym tworzy?
Przecież im w biodrach figura jest szersza,
tym lżej się siedzi i pisze do wiersza.
Nie dajmy, by twórcy i koryfeusze
diabłu za młodość
oddawali tuszę!
Do całej Polski
(od morza do Ustrzyk)
należy to mięso bezcenne
i tłuszczyk,
ten schab myślący,
to natchnione sadło...
Jeżeli znikło - n a m je się ukradło!
Mistrzu!... Miast zwężać swe ineksprymable,
tyj nam, jak Balzak,
tłuściej nam jak Rabelais!
Jest co jeść... Okazja zatem nam się zdarza,
żeby mieć wreszcie tęgiego pisarza!

Wciąż śpiewają dwie postacie
a wraz z nimi śpiewa chór:
"Nie ma niewiast w naszej chacie!"
Tak przez cały "Straszny dwór".
"Nie ma niewiast w naszej chacie"
śpiewa tenor, śpiewa bas...
"Nie ma niewiast w naszej chacie"
powtarzają raz po raz...
Czas by poddać już erracie
tę najoczywistszą z bzdur,
że brak niewiast w naszej chacie...
Trzeba zmienić "Straszny dwór".
Dzisiaj inne są dramaty,
które psują życia wdzięk:
są niewiasty - nie ma chaty!
Chaty nie ma - i w tym sęk.

Kiedyś śpiewało się ją pod piwko...
Kiedyś piosenka była rozrywką
płochą albo rzewną,
zwiewną i nieśmiałą -
mogło się jej słuchać...
Ale nie musiało!
I czy była tangiem,
czy też paso doblem,
nikt - tańcząc ją - nie myślał,
że odtańcza Problem.
Dzisiaj jest już inaczej -
dziś nie ma tak dobrze!
W kółko:
Giełdy,
Opole,
Sopot
czy Kołobrzeg...
Dzisiaj od kolebki
aż do samych Powązek
piosenka - to nasz obowiązek!
Bo piosenka w innej
dziś jawi się roli:
milionem decybeli bijąc w organ słuchu
umysłowo nas kształci,
wojskowo nas szkoli
i jeszcze politycznie
podnosi na duchu.
Wiedza z piosenek dziś wysnuta
na całe życie gładko starczy:
Literatury uczy prof. Grechuta,
historii Polski - prof. Demarczyk,
ornitologii - Kofta (prof.) - i
profesor Niemen -
filozofii,
a big-beatowcy,
choć to młodzi chłopcy,
wykładają język -
prawie całkiem obcy!
Dzisiaj ex cathedra
śpiewa areopag!
Słusznie więc o małym mówi się Karolu:
- To bardzo wykształcony chłopak!
Ukończył Festiwal w Opolu...
Piosenka bowiem
dzisiaj w sobie mieści
tak ważkie i głębokie treści,
że gdyby żył Sokrates
czy z Elei Zenek,
Heraklit
czy Archimedes,
toby pewnie pisali
teksty do piosenek,
zamiast nauczać per pedes.
Oto już widzę,
jak wychodzi płyta
z nową piosenką Heraklita,
(który ją spłodził w błogiej nadziei,
że cały świat ją pojmie w lot):
W RYTMIE WALCA
PANTA RHEI -
W RYFMIE WALSA
WSIO PŁYNIOT.
Potem zapewne byłaby w modzie
zabawna piosenka
o kiepskich interesach:
CO TRACI CIAŁO
ZANURZONE W WODZIE?
do tekstu Archimedesa.
Wreszcie zupełnie nadzwyczajna
big-beatowa piosenka
niejakiego Einsteina,
którą podchwyci cały świat rad:
"Eeeee
Eeeee
Eeeee
Eeeee
RÓWNA SIĘ M-C-KWADRAT"!
A gdyby Galileusz
dożył naszych lat,
to odpowiedziałby na epokowe
odkrycie Niemena
"DZIWNY JEST TEN SWIAT"
szlagierem
"E PUR SI MUOVE!"
Albowiem przy pomocy
Inkwizycji i tortur
też można dojść do całkiem
słusznego szlagwortu.
czego to -
uśmiechem barwiąc swe oblicze -
i niektórym Współczesnym
z głębi serca życzę.

Każdy miał lat dwadzieścia parę,
dżinsy, elektryczną gitarę -
opaleni jak prosto z patelni...
Przyszli rozśpiewani,
wysmukli i prości
i wygryźli mnie...
Z mojej młodości.
Bezczelni!
Wygryźli, nie bacząc na wiek
i na wiedzę...
A już myślałem, że tak mocno siedzę!
Że choć do przyszłego maja...
W ZMS-ie stosunki,
u fryzjera chody...
Co robić? Jak człowiek
tak długo jest młody,
to człowiek się przyzwyczaja!
Zbierałem
autografy i znaczki,
zapuszczałem
brodę i baczki,
tańczyłem twista,
zjeżdżałem z poręczy...
A taka młodość to cholernie męczy!
Wyczerpywała mnie gorzej aniźli
praca na życie...
I co?.. I - wygryźli.
Najpierw było zdumienie:
co za brak wychowania -
czemu ta dziewczyna
pierwsza mi się kłania?
Potem ironia zjawiła się cienka,
mody zaczęli uczyć mnie młokosi:
"Tak - kiedyś noszono kobiety na rękach,
dziś już się tego nie nosi!"
Potem spostrzegłem:
sylwetka się zmienia...
Są pewne błędy i - nie do patrzenia!
Na głowie tu i ówdzie
już gładkość atłasu
i uczesanie - w ząbek czasu.
Aż wreszcie pewna z młodych kobiet
zaczęła mnie błagać w euforii:
"Niech Pan opowie - proszę - coś o sobie,
bo mam egzamin z historii!"
I koniec...
Zewsząd szacunek i takt
z tą arogancją połączon bezwiedną,
dla której czterdzieści
czy sto lat
to absolutnie wszystko jedno!
Teraz chadzamy po brzegu piaszczystym
z pewnym panem wpatrzeni w nurt wody...
On mówi:
- Wie pan, ja byłem ministrem!
Ja mówię:
- Wie pan, a ja byłem młody!...

Na stole kartki jak mozaika,
a wszystkie życzą "Wesołego jajka".
Na świecie kobra, gwałt i rumor,
ludzkość zalewa się na umór,
a jajko ma mieć dobry humor...
Tutaj afera, tam banda, tam szajka -
a wesołości się żąda od jajka!
Puste kieszenie, plecy gołe,
a jajko musi być wesołe?
Dla jajka to bajka przecież
według laika,
ale czy kto kiedy wczuł się
w rolę jajka?
Zamiast kogutem zostać czy pulardą,
ono ma się cieszyć...
Na stole. Na twardo.
Ono ma w entuzjazm wpadać i frenezję -
i to tylko dlatego,
że ktoś z Państwa je zje?..
A któż z Was,
o moje Wy ziemskie anioły,
gdy go ugotują, to taki wesoły?
Jajko na twardo!...
Tragiczna postać.
Już za młodu cierpi
tę psychiczną ranę,
że mu nigdy ptakiem nie pisane zostać...
O, jajko wściekłe!
Jajko sfrustrowane!
Ja się z tobą zgadzam,
o jajko, w poglądach,
bo ode mnie też się wesołości żąda...
Żąda widz stateczny,
żąda podfruwajka...
I także na Wielkanoc!
Całkiem jak od jajka.
Wyalienowany i samotny w tłumie
krążę więc ulicami - przepełniony wzgardą...
I nikt!... Tylko jedno
jajko mnie rozumie...
Na twardo.

Są ludzie i ludzie -
rzecz ogólnie znana,
ale jest, proszę państwa,
jeszcze trzecia odmiana:
wielbicielki artystów...
Im nic nie udaremni
zgłębiania
cudzych
prywatnych
tajemnic...
Panie - wiedzące wszystko!
W skrócie: w s z y s t k o w i e d ź m y.
Nie ma ich pośród państwa?
Nie ma?...
No, to jedźmy!
Byłem raz na koncercie -
jako zwykły widz.
Siedziałem koło pani,
która w Grójcu mieszka.
O swoich koleżankach
nie wiedziałem nic -
dziś już wiem o nich wszystko!
Także - o koleżkach.
Pani była rozmowna,
życzliwa i szczera:
- Spójrz pan na tę śpiewaczkę!
Jak tę buzię otwiera...
Ona wcale nie śpiewa,
ona ucho ma z drzewa.
Za nią stoi taki stary,
gruby Plejbek...
I on śpiewa!
Prywatnie z tym Plejbekiem
także się spotyka.
Tak - w żyłach krew nie woda...
Wiem od hydraulika.
Ładna? ... To co, że ładna?
Nie zazdroszczę dziewczynie.
Dla mnie, proszę pana,
bogi były łaskawsze...
Uroda! Cóż - uroda?
Uroda przeminie!
A brzydota zostanie na zawsze!
Czy ją łączy coś z pianistą?
Tak panu mówiono?
Ależ skąd - nic nie łączy:
już jest jego żoną.
Więc go zdradza oczywiście.
On ją też - i owszem.
On co prawda rzadziej,
ale za to z "Mazowszem"!
O, tamta - widzisz pan! - porządna!
Uczciwa, bez zmazy...
Sztuce się oddała!
I to tylko dwa razy.
Swoje dziecko wychowuje
pośród samych dziewczynek...
Taka skromna, proszę pana:
nie poznała, że synek.
Tylko chora, biedactwo,
na wątrobę i nerki -
w telewizji już jej nie dają,
nigdy, nawet w Kobrze...
Musieli wciąż przepraszać przez nią.
Za usterki.
Na łączach coś z nią niedobrze.
Nie pomaga, kiedy nawet
kontrast się wyostrzy:
taka blada, że ją widać
tylko do Bydgoszczy!
Za to ta -
spójrz pan -
buzia różowa i gładka.
Operacja plastyczna, proszę pana!
Z pośladka.
Tam ma teraz te zmarszczki,
które miała na twarzy.
I nie może się -
biedactwo! -
pokazać na plaży.
Oj, nie ma w moim sercu
zazdrości ni zawiści -
mają swoje dramaty,
proszę pana, artyści!
O Załuckim pan słyszał?
Tragedia ponura...
Żal mi go,
choć to kawał hulaki i lenia.
Wszystko mu, proszę pana,
wycięła cenzura -
i to
bez żadnego znieczulenia!
Dziś po parkach grasuje
odmieniony paskudnie
jako
Wampir Pragi-Południe.
W ręku kopia, proszę pana,
w zębach oryginał,
twarz cała posiekana!
Zawsze się zacinał...
Widzicie, drodzy państwo:
nam nie wznoszą pomników,
bo czymże jesteśmy?
Rozrywką dla mas.
Krajową -
nie znamy wszak
obcych języków...
Obce języki
Znają za to nas.

Powodzi mi się niezgorzej,
pensja stosunkowo dość wielka...
Pal sześć!...
Takie zimno na dworze.
Wziąłem na utrzymanie wróbelka.
Co rano, gdy okno otwieram -
jeszcze w koszuli, bez szelek -
na parapecie już czeka
mój petent pokorny -
wróbelek.
Cóż... Dla mnie to bagatelka,
w budżecie zaledwie kropelka,
więc rzucam mu garstkę okruszyn
i cieszę się szczęściem wróbelka...
W krąg świat obojętny i zimny
i znieczulica, jak wiecie...
Doprawdy,
skąd ja z tym sercem
się wziąłem na takim świecie?
Czemuż mnie wzrusza tak mile
ta uczta szarego maleństwa?
Spoglądam do lustra:
ach: ileż
w tej twarzy jest Człowieczeństwa!...
Ta błogość, kiedy dla kogoś
sam sobie odejmę od ust...
Że dla małego wróbelka?
Wróbelek...
Ale ma spust!
To szczęście, że wierszyk mam z tego...
Robota nie była zbyt wielka,
a sobie przynajmniej odbiję
koszt utrzymania wróbelka.
Nawet obliczam już sobie
z cichą wewnętrzną podnietą,
że coś na wróbelku zarobię...
Jak dobrze jest być poetą!

Latem mam zawsze myśl tę szaloną:
ja bym tak sobie
na dzikie łono!
Polska natura gna mnie bezwiednie.
Na camping!
Jak ongi Sobieski pod Wiedniem.
Atawizm zaspokoić stary -
w zakątek zaszyć by się dziki,
gdzieś z dala - hen! - od polityki,
pomiędzy olchy i moczary!
Bo cóż ja dotąd?..
Tramwaj, biuro,
w kawiarniach wszystkie wolne chwile...
Com ja za kontakt miał z naturą?
Czasem ogórek małosolny - i tyle.
Żeby więc nie przeżyć tam
wstydu ni sromu,
urządzam trening campingu.
W domu.
Otwieram okna wszystkich pokoi -
niech się natura ze mną oswoi!
A tu, w sypialni, koło komody
będzie ćwiczebne
łono przyrody...
Odsuwam meble... Już jest pusto.
I biorę się za ciężką pracę:
Rozbijam namiot.
(Przy okazji lustro.)
Dmucham, co tchu mam, w materace.
Na nich to zasnę,
jak słowiański wódz,
na wolnym powietrzu
z wolnych polskich płuc!
Wkoło na krzesłach i kanapach
porozpylałem leśny zapach,
a żona przeciąga
jak gradowa chmura...
Pełna iluzja! Jak w górach.
I czegoż mi potrzeba więcej?
Czuję się dziki, leśny, młody...
Tam sobie strumyk szemrze w łazience,
w słoiku - dzikie jagody...
Za oknem jak flaga szumi bohaterska
świerk z pobliskiego mokradła...
A rano - Szyszka.
Dzwoni z Ministerstwa.
Że spadła.

Boję się pióro wziąć do ręki.
bo gdy się znajdzie w mej rączuchnie,
to eksploduje, to wybuchnie,
rozniesie możnych i nababów
tych z rządów,
z sądów
i ze sztabów –
i tylko strzępy, tylko jęki
tam, gdzie się spotka
góra z górą...

Boję się pióro wziąć do ręki.
Wybuchnie. Szkoda.
Świetne pióro!

Satyryk – to nie literat?
Przyznaję...
Nie wszczynam sporu.
Człowiek dopiero czuje się wielki,
gdy traci poczucie humoru.

O p t y m i s t y c z n i e:
Oto jeden z najmilszych
statystycznych sekretów:
Polska – krajem o najwyższej
nieśmiertelności poetów!

S m ę t n i e:
Poetycznieje coraz bardziej
nam Rzeczpospolita:
już więcej ludzi pisze wiersze,
aniżeli czyta.

Słów się zeszło pięć czy sześć
i udają głębszą treść.

Ani mu ludzie niestraszni,
ani losu złośliwość...
Ten człowiek śpi spokojnie,
bo wierzy w niesprawiedliwość...

Staczam się i staczam
niżej z każdym dniem.
(Lenistwo winne, alkohole...)
A rozpacz moja
tym większa, iż wiem,
że Pana tam spotkam na dole.

"R" nie wymawia, głos nosowy,
maniery całkiem niedorzeczne...
Oto jak czasem uderzy do głowy
Kiepskie pochodzenie społeczne!

Oto, patrzcie, pisarz!
Oto właśnie On,
który z Hemingwayem
rysów wspólnych ma iks...
Hemingway napisał
Komu bije dzwon,
on na razie tylko:
k o m u b i j e Z A I K S.

Może z powodu urody?
Może z powodu nazwiska?
Nie wiem, ale protekcję
mam u Pana Ministra.

Inni petenci skazani
na oczekiwań udręki –
mnie czekać nie kazano!
Mnie odmówiono od ręki.

Choć mu się wiedzie nie najlepiej,
on zawsze dumę ma w spojrzeniu
i nawet własną biedę klepie
protekcjonalnie – po ramieniu.

Szlachetność...
Mądrość...
Uczciwość...

Czemu słysząc te słowa
każdy błędnie mniema,
że to o nim mowa?

Ja do Pana Ministra
w sprawie masła i szynek:
może dać to do sklepów,
zamiast rzucać na rynek?...

O własną zasobność zabiegam
i tym altruizmem się szczycę.
Dla dobra przyszłych pokoleń
najważniejsi zamożni rodzice.

Już nam Piast Kołodziej
wpoił, jak się zdoła
wyżyć za dwa,
trzy,
cztery
k o ł a.

I
Ludzkość...
Co ma wynikać z tego słowa?
Czy powszechna duma,
Czy – odpowiedzialność zbiorowa?

II
Tak... Kocham Ludzkość1
Ale na swój sposób,
czyli z wyjątkiem
pewnych osób.

To nie jest żart ni facecja –
tak się przyjęło w opinii:

Bydgoszcz to polska Wenecja,
Wajda to polski Fellini,
Dygat to polski Moravia,
"Halka" to polska "Traviata" –

i jeszcze mnie każdy namawia
na kupno "polskiego Fiata"!...

Ku demokracji zupełnej
dążymy uparcie i śmiało.
Wszyscy powinni być równi!
Niektórym
już się udało.

Najpierw za męża miała Leona,
potem był Franio,
teraz Henio...
Bo dziś -
jak się trafi wierna żona -
to wszyscy się z nią żenią!

On stracił dla niej rozum -
ona dla niego cnotę...
Niestety -
potem rozum
zjawił się z powrotem.

Wśród krzyków
i wśród awantur
to wspólne życie nam mija.
Błagam o chwilę spokoju,
Decybellissima mia!

Próżno padałem jej do nóżek -
na nic westchnienia słane skrycie...
Wreszciem ją urzekł
najgorszą z pogróżek:
- Będę cię kochał całe życie!

Dziewczyna –
to jedyna
obecnego lata
możliwa do zdobycia
część zamienna do Fiata.

Ślub się odbędzie w środę
bez względu na urodę.

Opowiadał raz ktoś mi –
ktoś z New Yorku czy z Grójca –
jak to skończył ze sobą
pewien somobójca:

stanął na krzesełku,
spojrzał na futrynę,
i założył sobie...
Rodzinę.