Już mieszkam...
Codziennie od ranka
chłonę uroki nowego mieszkanka,
a w sercu burza szczęścia, sztorm -
sztorm według ustawowych norm,
więc z rozczuleniem myślę, nim zasnę:
własne, ale ciasne!
Trudno tu - prawda - wywijać hołubce,
ale to miło
tak wszystko mieć w kupce:
biurko i pralkę,
i stolik z wikliny,
szafę, lodówkę
i członków rodziny...
Wystarczy rękę wyciągnąć - i już
pod ręką wanna
i tusz tuż-tuż.
Harmonizują się niesłychanie
życie wewnętrzne - i pranie.
Tylko do łóżka
wchodzi się po szafie
i z parasolem w dół się skacze.
Przywykłem już - już nie potrafię,
nie zasnąłbym inaczej!
A kiedy z szafy trzeba coś wyjąć,
też ma się dużą zabawę,
bo żeby szafę otworzyć,
trzeba przesunąć agawę,
żeby przesunąć agawę,
trzeba odsunąć biurko,
żeby odsunąć biurko,
muszę wyjść z domu -
ja z córką.
I świat przed nami. Podwórko.
A gdy wizyta - gość - pogaduszka,
ja nie zawadzam,
komfortu nie mącę,
bo mnie po prostu
wściela się do łóżka.
I milczę.
Cały w koronce!
Wiem:
gdy się zjawiam niespodzianie,
to żonie marzy się mieszkanie
nie tylko z szafą:
z mężem w ścianie!
Bo ja ponoć nic,
tylko stoję i śmiecę...
"Siadłbyś na półce - mówi -
w bibliotece!
O tam, na miejscu zupełnie pustym -
w przepaści pomiędzy
Putramentem a Proustem!"
Ale tej hańby już chyba nie strawię,
sprzeciwiam się zawsze z impetem.
Żebym był chociaż w twardej oprawie
i ze złoconym grzbietem,
to może jeszcze...
A tak to wolę
pospacerować trochę...
Po stole.
W radości mej jedynym zgrzytem
ta wolna przestrzeń!
Pod sufitem.
Patrzysz i drżysz,
jak liść się pietrasz,
czy to przypadkiem nie nadmetraż?!
A nuż ci jeszcze zechcą gwałtem
dokwaterować kosmonautę?
Ha, cóż...
Stosunek mam do spraw tych twórczy.
Wiem: człowiek rośnie,
gdy się kurczy!
Wśród rogów i kantów
przeciskam więc ciało
posiniaczone zgodnie z uchwałą,
a za mną się bezradnie miota
mój Anioł-Stróż-Patriota!
Bo że się rąbnę w to czy w owo -
należy mi się!
Ustawowo.
Jutro wszak siądę, moi ulubieni,
na półce, między książkami...
Muszę. Wesele.
Syn się żeni.
Będą mieszkali z nami!

Doprawdy żal mi tych narodów,
którym do śmiechu brak powodów...
Zjechałem cały już kontynent
i z pewną dumą Wam wyjawię,
że nigdzie turystycznych przynęt
tyle, co w naszej Warszawie...
Bo cóż to za życie
gdzieś tam w dobrobycie,
gdzie wszystko działa znakomicie?
Gdzie człek, co zechce - sobie kupi,
po prostu w sklepie...
Jak ten głupi!
Gdzie wobec pełnych lad i witryn
żadnej radości z kila cytryn!
Gdzie nie zadziwi globtrotera
wywieszka skromna, ale szczera:
"Przepraszamy - afera!"
Po prostu nudno - nieciekawie,
nie to, co w naszej Warszawie!
U nas czy w windzie,
czy gdzie indziej
zazdrością każdy przybysz pała...
U nich też technika wspaniała,
ale tam nudno:
tam działa!
U nas dojrzewa się i rośnie
już w najwcześniejszej życia wiośnie...
Dwunastolatków spotyka się para:
”Cześć, stary! ”
”Cześć, stara!”
Na najweselszych w świecie ulicach
najpiękniejsze na świecie dziewczęta!
Warszawa nie tylko się nimi zachwyca,
ale i dba - i pamięta...
Cała dzielnica zafrapowana
nowym amantem panny Mieci:
"Czy to poważny jakiś amant?"
"Poważny! Ma żonę i dzieci!"
I choć los niezbyt był łaskawy,
żart zawsze bliski sercu Warszawy...
Bo czyż istnieje gdzieś w Europci
u l i c a, która zwie się Dowcip?
A u nas jest - ulica Dowcip!
Patrzysz i myślisz,
i szukasz niuansów:
Dlaczego tuż koło
Ministerstwa Finansów?..
Aż ci wyłuszczy rzecz tak oto
jakiś warszawski stary jubilat:
"Ulica Dowcip istnieje po to,
że by się nie śmiać
z placu Defilad!"
Doprawdy żal mi tych narodów,
którym do śmiechu brak powodów.

Krótkie ostrzeżenie,
Proszę Pań,
na początek:
to wiersz nie dla dzieci
ani niewiniątek!
Gdy więc jest jakieś dziewczę
cnotliwe w tym tłumie,
to niech chociaż udaje,
że nic nie rozumie.
Otóż angielski pewien lord,
deputowany z miasta York,
pragnąc uzdrowić publiczne finanse
poprzez najbardziej prywatne romanse -
wystąpił z projektem
nowego podatku
od tzw. cielesnego aktu.
Bez ulg.
Bez zniżek.
Bez żadnej klauzuli -
na twardej zasadzie:
kto tuli - niech buli!
W Anglii ten podatek
nie przyjął się jeszcze -
deficyt mu grozi.
Przez klimat i dreszcze.
Sądzę wszak, proszę Państwa,
że dojrzały warunki
i sytuacja już do tego dorosła,
by przenieść ten projekt
na nasze stosunki!
(Z ulgami, rzecz jasna, dla rzemiosła.)
W finansach - wiadomo - drętwota.
Cały resort bez forsy się miota...
A niech coś i zakochane parki
zrobią dla dobra gospodarki!
Od finansowej niech chroni nas klęski
zacny patriotyzm
pozamałżeński!
Niech stanie się jasne
dla każdego mężczyzny,
co winien czynić dla dobra Ojczyzny,
a zobaczycie,
jak rozkwitnie wspaniale
Referat Erotyczny
w Finansowym Wydziale.
Wszak mamy p i ę c i o r a c z k i,
że skromnie napomknę,
więc coś jednak w tym kraju
robimy na piątkę!
Doprawdy, proszę Państwa,
ten projekt mnie urzekł...
I nie trzeba kontrolerów
pchać ludziom do łóżek.
Nikt nic nie zatai -
wierzę w to głęboko:
każdy sam się przyzna,
jaki z niego Nabokow.
Zapłaci.
Dumą będzie dla starego drania
to, że jeszcze w wieku
jest - pokwitowania.
Ja sam -
jako patriota oraz bawidamek -
deklaruję dodatkowe pieszczoty...
Na Zamek!

Z miłym uczuciem wstaję co dnia,
w sercu pogoda,
ruchy żwawsze...
Pomyśleć:
Ludzkość - to przecież j a!
Cząsteczka, ale zawsze.
Pomyśleć:
wszyscy toczą dziś boje
o Dobro Ludzkości,
znaczy się - moje!
O Szczęście Ludzkości,
znaczy się - moje!
Doprawdy - jeden czart wie,
czym ja się jeszcze martwię...
Tysiące zagranicznych gości -
politycy,
mędrcy
i burżuje -
wciąż mają usta pełne Ludzkości!
(Ciekawe, jak ja im smakuję -
bez przypraw,
bez konfiturki
i nie obrany ze skórki?)
I oto znowuż koło wtorku
zjadą się (dla mnie!) w Nowym Jorku
najwięksi na tym globie.
Dla mego Dobra ten coś powie,
dla mego Szczęścia ów coś powie,
a ja tu sobie
poczekam w Krakowie -
wzruszony, że im chce się
tak - w moim interesie...
Dla mnie się te Osobistości
trapią o Lepsze Jutro Ludzkości -
o, jak Je za to uczczę?
To J u t r o cieszy mnie ogromnie
i nawet, jeśli idzie o mnie,
pal sześć -
niech będzie Pojutrze!
Tymczasem sam we własnym zakresie
zadbam o Ludzkość -
niech się podniesie!
Zarobię na kilo mięsa bez kości
dla siebie - czyli
dla Ludzkości.
A gdy już Ludzkość się nawcina -
szczęśliwy, że jej w dołku nie rwie -
pójdę na ludzki film do kina,
niech Ludzkość się rozerwie!
Zaś kiedy w parku mrok zagości,
powiodę damską cząstkę Ludzkości
w ową liryczną ciemność
na skromne,
niewinne
trele-morele
(żeby Ludzkości nie było za wiele) -
niech Ludzkość ma przyjemność!
I do New Yorku raport z tych prac ja
wyślę depeszą
pilną
na czasie:
LUDZKOŚĆ - PANOWIE - TO NIE
ABSTRAKCJA,
NAWET USZCZYPNĄC DA SIĘ!

Nie śpi pan prezydent.
Gryzie się generał!
Martwią się
w sztabskomandach
ich uczeni koledzy,
żebym ja -
obcy człowiek! -
nowocześnie umierał,
według najnowszych osiągnięć wiedzy!
Trudzą się w tym kierunku
znawcy,
koneserzy...
A mnie - nie zależy.
Dbają o mnie po prostu
jak z rodziny kto bliski:
ulepszają te bomby,
doskonalą pociski,
żeby we mnie nie rąbnął
czasem jaki nieświeży...
A ja nie wiem, jak państwu,
ale mnie - nie zależy!
W ogóle,
jeśli im to rachunku nie zmienia,
to, zamiast wydawać
wszystko na zbrojenia,
niech dadzą mi
tych kilka na mnie
przeznaczonych groszy -
i ja sobie umrę sam!
Z przejedzenia.
Albo z nadmiaru ziemskich rozkoszy...
Bez liczników Geigera,
bez promieniomierzy -
no, mnie nie zależy!
Ja nie snob,
ja prosty,
chłopsko-robotniczy,
niech na mnie Geiger nie liczy!
Chyba pójdę do ONZ-etu,
rozbrajająco się uśmiechnę
i poproszę
o rozbrojenie powszechne!
Powszechne i kompletne,
bom ja entuzjasta:
z zakazem produkcji
wałków do ciasta!
I wszystkiego.
Systematycznie.
Kolejno -
dopóki
już tylko amorkom pozostaną łuki!
Amorkom się zostawi...
To nawet przyjemnie,
kiedy trafiają.
Sam dobrze wiem...
Tylko też - do diabła! -
nie wciąż tylko we mnie!
Po wsiem!
Po wsiem!
A jeśli już wojna,
to mym cichym snom by
odpowiadała wyłącznie
wojna na... sexbomby.
Typu Brigitte Bardot -
zrzucane z samolotów.
Sam
na czas jakiś
polec byłbym gotów -
w cichym bohaterstwie,
w sekrecie przed władzą...
He, he...
Generałowie nie dadzą!
Wszystkie światła zapalić
każą przed nalotem,
zaciemnienie - potem.
Lecz inna broń, panowie,
niech sczeźnie!
Niech znika!
Bo guzika się lękam...
Tak, tego guzika,
co gdy go nawet nieumyślnie
po pijanemu sierżant naciśnie,
to tylko świśnie i zabłyśnie!
Ten guzik na względzie mając,
ONZ-ecie,
do likwidacji zbrojeń prowadź!
O - już likwidują...
Ciesz się, świecie:
Guzik kazali zlikwidować!
***
Ja tu swoją drogą plotę na tej scenie,
a satyra - to broń!
Ponoć groźna szalenie -
i jeszcze ode mnie
zaczną rozbrojenie...

Jestem sobie zwykły
połatany przechodzień.
Te łaty nie od święta -
nie, stać mnie na co dzień. To nie ekstrawagancja ani żadna zbrodnia - to kwiaty uczciwości
kwitną na mych spodniach! I na płaszczu też
plamą zakwitają zaszczytną... Ale nie szkodzi. Jeszcze rok - a przekwitną.
I
Jeszcze tylko ten roczek - tylko tyle właśnie -
karku mój, łachman ten taszcz! A ja,k będzie spokój,
jeśli nic nie trzaśnie -
za rok zaoszczędzę na płaszcz: z kołnierzem, na futrze, marengo...
Nie będę już czuł się łazęgą. Przełamię kompleks. I melancholiję...
Ostatni krzyk mody -raz się szyje! Będą się oglądać panowie i panie...
,I
Za rok.
Jeśli spokój.
Jeśli nic się nie stanie.
Czytam więc tę prasę
i słucham dziennika - i widzę,
jak ten płaszcz mój zjawia się...
I znika...
Zjawy migotliwe - raz dłuższe, raz krótsze - ale zawsze marengo!
Z kołnierzem.
Na futrze.
Bo też ta Historia
wszędzie swój pcha nos
do drobnych ludzkich smutków i frajd.
I tam, gdzie diabeł
mówi "Dobranoc" - i tam, gdzie mówi "Good night".
Niby mój własny problem -
i basta.
Szaraczek. Z prowincji.
Nawet nie z Warszawy. A coraz to różne
kraje i mocarstwa
wtrącają się w moje osobiste. sprawy.
To znaczy zwłaszcza
w sprawę mego płaszcza!

Czy mnie to szczęście
,spotka, czy ominie,
w Kongo się rozstrzyga, w Laosie,
w Berlinie...
O, jakaż ta Polska wielka! Jak się rozprzestrzenia, jeżeli idzie
o zmartwienia.
Wtrącają się
Iwysoko postawione osoby, choć ja się nie mieszam do ich garderoby.
W cale się przecież I nie zajmuję nikim, -- co, kto
Ii pod jakim płaszczykiem...
A na mój się uwzięli!
Ciągle ktoś zachwaszcza międzynarodowy problem
mego płaszcza:
dzisiaj Johnson ma mowę, De Gaulle ma pojutrze -
w sprawie mego płaszcza... Marengo.
Na futrze.
Może i ja ważniejszy, niż sobie myślicie:
mój płaszcz w ONZ-ciel

I tnój płaszcz na Szczycie! O tnój płaszcz się spiera potęga z Potęgą:
zielony czy marengo? Z jakiego materiału? Jaki ma być krój?
Czy ostatni krzyk mody,
, .?
czy moJ Wysoka Władzo i Magistracie!
Chcieliście Gogola, no to go macie.

Powstał problem na pewnym
składkowym przyjęciu:
podzielić sprawiedliwie
jadło wśród dziesięciu.
Kto ma dzielić?
"Pan, Mistrzu! -
zakrzyknął ktoś z gości. -
Pan o sprawiedliwość
walczył od młodości!"
Wszyscy przytaknęli
w szlachetnym porywie.
Więc zacząłem dzielić -
dzielić sprawiedliwie:
Dla każdego serdelek,
ale dla mnie świeży.
(Za tę sprawiedliwość
coś mi się należy!)
Każdemu kawał gęsi -
tylko dla mnie duży.
(Kto bowiem sprawiedliwy,
ten sobie zasłużył!)
Każdemu ciastko z kremem -
mnie, gdzie więcej kremu...
(No bo komuż, jeżeli
nie sprawiedliwemu?)
Każdemu puchar wina,
lecz dla mnie Bożole...
(Sprawiedliwie przyznaję,
że francuskie wolę.)
Niestety ...
Obudziłem tylko złość i mściwość,
sprrawiedliwie premiując
ludzką sprawiedliwość...
Wszyscy w najpospolitszej
tonąc demagogii
"Sprawiedliwość dla wszystkich!"
darli się jak mogli.
Dla wszystkich? ... O, Bracia,
o, Obywatele!
Sprawiedliwość jest jedna!
Jakżeż ją podzielę?
Czyż porżnę, czyż posiekam
na kawałki tycie
Tę, o którą walczyłem
całe swoje życie?!

Od zarania dziejów
twardo, choć pomału,
Ludzkość do swojego
zdąża ideału -
lecz ten świat idealny
ciągle nie jest gotów,
bo każde pokolenie
s w o i c h ma idiotów.
Jak jasno z powyższego
wynika stwierdzenia,
jest jednak coś, co łączy
wszystkie pokolenia.

Każdy ma swe ideały...
I ja mam - skromny i mały:
Jednorodzinny domek.
Jednorodzinny potomek.
Żona... Też być powinna.
Nieduża. Jednorodzinna.
Ogródek. Bez. Konwalijka...
Skromniutko, proszę ja was...
I pięciorodzinna pensyjka.
Dla jednej
Rodzinki
W sam raz.
Sam domek dziś - moi złoci -
Taniocha!
Może być bowiem:
Z żużlu.
Z odpadków.
Z trocin.
I z tego, czego nie powiem...
Z wikliny jeszcze oszczędniej...
Zabawa zaś znakomita:
Jesienią domek ci więdnie -
Wiosną domek zakwita...
Tyle - że boże krówki
Trzymają się w prześcieradłach.
Więc trzeba domku pilnować,
Żeby go która nie zjadła...
Lecz ja mam pomysł , co płynie
Z mej poetyckiej natury:
Czy mógłbym dom mej rodzinie
Zbudować z... makulatury?
Czemuż wiklina i łoza
Słowo w tym względzie ubiegła?
Nie gorsza poezja i proza,
I zawsze
Co cegła - to cegła!
Mieszkałbym tam kulturalnie,
Bobym zbudował - widzicie:
Z "Trybuny Ludu" - bawialnię...
Sypialnię - z "Kobiety i Życie".
Okap, co smętnie zwisa,
Z Obywateli Brandysa...
A z Putramenta fundament,
Bo twarda sztuka
Putrament!
Z dachem trudniejsza już sprawa,
Lecz też znalazłem - Eureka:
Dach - z "Rudeho Prawa".
Tam nic nie przecieka.
Na dachu parę ozdóbek,
Wreszcie szpikulec na czubek –
Albowiem chciałbym, Ojczyzno,
By dumnie się pięła do góry
Budowla socrealizmu -
Mój - Pałac Makulatury!

W imieniu własnym,
Ojca
I matki
Przepraszam za moje oblicze!
Chodzą po ludziach wypadki -
Takiego nikomu nie życzę...
Nie moja wina.
To się mięśnie
Tak układają mi nieszczęśnie.
Że smutna twarz od urodzenia.
I jak pamięcią sięgnę wstecz -
To nic od wtedy się nie zmienia.
Potworna rzecz!
Robią mi ślubną fotografię...
- Uśmiechnij się!
Chcę. Nie potrafię.
Próbuję tak i siak, i wspak -
I nic.
I zdjęcie wyszło tak:
Żoneczka śmieje się od ucha -
A ja po prostu rozpacz głucha!
Smutny z profilu.
Smutny z przodu.
Choć jeszcze wtedy nie było powodu...
Zapyta mnie kto: „Jak teściowa?"
A ja ze smutkiem mówię: „Zdrowa"...
Wrażenie -
Że niech Bóg uchowa!
Jest mecz - i klub mój go wygrywa,
A moja gęba nieszczęśliwa!
Człek się na mecze chodzić boi,
Bo raz mnie zbili...
I to swoi.
Sam personalnik zauważył
Kiedyś na temat mojej twarzy:
- Oj, ten Załucki miewa rysy,
Jakby nie cieszył się
Z Odry i Nysy!...
Na szczęście rzekłem mu:
- Wyjaśnię,
Niech pan przedwcześnie się nie wścieka!
Z mego oblicza bije właśnie
Troska o (tego - tu) człowieka!
Raz tylko,
Kiedym był w Zetempie,
To obejrzeli mnie na wstępie,
Z uznaniem pokiwali głową
I dali Sekcję Rozrywkową!
Niestety -
Nadszedł nowy etap
I człowiek całkiem przepadł!
Dziś aż się gapią na mnie gapie,
Bo ja mam twarz nie na etapie...
Proszę -
Niech Państwo mi pokażą,
Jak tańczyć mambo z taką twarzą!
Nie tańczę - mówią mi "Wyrodku!",
Bo dziś jest właśnie
Taki zwrot ku...
Czułbym się - słowem -
Jak wyrzutek
Przez ten na twarzy wieczny smutek,
Lecz los pociechę tę przynajmniej
Dał mnie - smutnemu indywiduum,
Że zawsze mnie tam ktoś wynajmie
Na akademię...
Do Prezydium!

Słowiki sobie śpiewają.
Księżyc na niebie świeci.
Gwiazdy lśnią całą zgrają...
A ja?...
Ja mam żonę i dzieci.
Mnie to już nikt nie nabierze
Na te wzruszenia liryczne...
Ja - proszę was,
Mówiąc szczerze,
Wolę wyraźne wytyczne!
Możecie szeptać tu i tam,
Że kiepscy dzisiejsi poeci...
Nie wiem...
Ja wszystkich czytam!
Ja mam żonę i dzieci.
Kruczkowski idzie w teatrze...
Akt pierwszy,
Drugi.
I trzeci...
Inni już śpią -
A ja patrzę!
Ja mam żonę i dzieci.
Dziś się już byle bubek
Zna na architekturze
I psioczy na temat ozdóbek
Tych tam na górze...
Że to nie żadna ozdoba!
Że Pałac Kultury to szpeci!
Ja nie wiem...
Mnie się podoba -
Ja mam żonę i dzieci.
Kiedyś tu -
Pragnąc mieć spokój
W mickiewiczowskim tym roku -
Kupiłem Pana Tadeusza
I czytam...
Ciurkiem.
Jak leci.
Ja wiem: nikt mnie nie zmusza,
Lecz ja mam żonę i dzieci.
Personalniczka w biurze
Od roku już na mnie leci...
Miłość!
Co robić?
Służę...
Żona i dzieci!
Pocałunki...
Słowiki śpiewają.
Księżyc na niebie świeci.
Jak ona mnie - no to ja ją!
Trudno -
Mam żonę i dzieci.
A potem dansing...
Nie jazz -
Oberki w prawo i w lewo!
Jak samba - to maksimum raz,
I to tylko w związku z Genewą.
Bo mnie -
Choćbym słuchał bez końca -
Zachodni rytm nie podnieci.
Ja lubię zachód...
Lecz słońca!
Żona i dzieci...
. . . . . . . . . . . . . .
Myślałem, że będziecie się śmiali,
A wy się już nie śmiejecie.
Rozumiem...
Wy tutaj na sali
Też macie żony i dzieci.
1955 r.

Czy to na Śląsku,
Czy w Krakowie,
W ogonku
Czy w dziewiczym lesie -
Bez przerwy mam
Tę stopę w głowie
I czekam,
Kiedy się podniesie...
Bo ja nie jestem byle zrzędą.
Nie!...
Mam już miejsce w pularesie
Na te pieniądze,
Co tam będą,
Kiedy mi stopa się podniesie.
I kocham...
Kocham dziewczę młode -
Lecz czekam
(Chociaż serce rwie się!)...
Za to na pewno ją uwiodę,
Kiedy jej stopa się podniesie!
To nic,
Że czuję troszkę źle się,
A na Krynicę
Nie wystarczy...
Kiedy mi stopa się podniesie -
Podleczę sobie...
Uwiąd starczy.
Tyś mi
Najbardziej ukochaną,
Przebudzenia chwilo wzniosła,
Kiedy to sprawdzam
W każde rano,
Czy mi już troszkę się podniosła!
Pełen niepokojących przeczuć
Węszę, czy forsy nie czuć...
Nie czuć.
Lecz słyszę
Pisk najoczywistszy...
Więc serce drży mi,
Wzdycham: "Oby!..."
I nasłuchuję, co to aż piszczy...
Może dobrobyt?!
Nie...
To był tylko dzwonek w drzwiach.
Więc znów przeczucia
Przez grzbiet płyną:
Może ni stąd, ni zowąd (ach!)
Mój szofer
Z moją limuzyną?!...
Wzruszony wołam przeto:
"Proszę!"
Sąsiad.
Pożyczył mi kalosze.
Trudno.
Poczekam.
Odrobinę.
W gazetę nóżki swe owinę.
Najszybciej bowiem
(Jak to wiecie)
Stopa podnosi się
W gazecie!

Ja tu biedny z Krakowa,
gdzie już piąty wiek się
pławimy w smutnym naszym kompleksie.
Niby w porządku.
Niby wszędzie
uznają nas...
Lecz żebym skonał,
jak ten warszawiak w piątym rzędzie
nie myśli o mnie:
"Prowincjonał!
Krakusik!
Centuś!..."
Niby czemu?
Panie! Tu, tutaj, na tej sali,
jeszcze niespełna pięćset lat temu
inaczej byśmy rozmawiali!
Ach, gdzież jest czas ten zapomniany,
o którym mi śpiewała niania,
gdy k a n t o r służył do wymiany,
nie tak jak dziś:
do malowania.
Kiedy to...
Zresztą sam łaskawie
Pan przyzna, że przed laty wielu
gwizdałbym na chody w Warszawie,
bo miałbym bliżej:
na Wawelu!
Po każdą protekcję
byłoby mi blisko,
po talon na jednorodzinne zamczysko,
po wszystko...
I wszystko załatwiłby wnet tam
jakiś znajomy kasztelan
czy hetman,
bo król był w Krakowie!
W Krakowie - królowa.
I jeszcze do dzisiaj
Premier jest z Krakowa!
Byliśmy stolicą.
Byliśmy bógwico.
Aż nastał król Zygmunt,
co miał plany dumne,
i poszedł do Warszawy...
Bo chciał mieć kolumnę.
A nam
cóż zostało z królewskiej świetności?
Alicja Bobrowska
(królowa piękności)
i jak wyrzut sumienia
po krakowskim Rynku
krąży jeden minister...
I to w stanie spoczynku.
Historio,
nie bądźcie dzieckiem!
Chyba już czas pomyśleć o tym,
by wbrew pomysłom
feudalno-szlacheckim
Kraków stolicą był z powrotem.
W Krakowie mędrców całe mnóstwa
myślą rozważnie,
myślą ściśle...
W Krakowie też się robi głupstwa,
ale - po dłuższym namyśle!
Wciąż się Krakowa nie docenia
przez jakieś dawne uprzedzenia:
że miasto emerytów...
Bzdury!
Któż wyżyłby z emerytury?
Centusie? Skąpi?
Też nie sądzę:
gdy o państwowe idzie pieniądze,
stolicą możem być... Bez słowa.
A w razie czego -
sesja sejmowa,
z Zakopanego bliżej do Krakowa!
I żeby ministerstw
było choć czterdzieści,
to się w Krakowie
wszystko jakoś zmieści:
Ministerstwo Aprowizacji
z całą jego armią
na Plantach bym umieścił.
Niech wiewiórki karmią!
Budownictwo - w Smoczej Jamie...
By spokojnie spali,
że im się na głowę
sufit nie zawali.
Finanse
(Ministerstwo Ciaćków, czyli Dudów)
na placu Kossaka,
który słynie z cudów.
I - żeby nie było
później ambarasu -
Kulturę i Sztukę na Skałkę.
Zawczasu.
Ministerstwo Górnictwa
będzie zbędną utopią,
wystarczy Zarząd Miejski:
oni więcej kopią.
A tam - na Wawelu,
gdzie srebro i złoto,
Szczerbiec, arrasy i kafelki -
zamieszkać mógłby... Kto?
Mniejsza o to.
No, przecież nie Kazimierz Wielki.
I zniknie krakowska dola beznadziejna,
dzień i noc stolica będzie trąbić.
(Hejnał!)
A ja -
już odwykły od zgiełku i wrzawy -
pojadę gdzieś na prowincję...
Może do Warszawy.

Stanąłem przed lustrem nago,
spojrzałem na siebie z uwagą,
westchnąłem -
i w oka mgnieniu-m
przypomniał sobie
Millennium...
Bo gdy się wiktorie
te nasze pozlicza
od Mieszka Pierwszego
do Cyrankiewicza,
to serce mi rośnie
i duma. mnie łechce!
A spojrzę do lustra -
to wierzyć się nie chce...
Może i nie na niedorajdę
wyglądałbym w hełmie
i w szyszaku...
Ale pomyśleć,
że pod tym Grunwaldem
to m y - tych Krzyżaków?!...
Postura niby dość poślednia,
bicepsy niby nie ze stali...
Ale spytajcie
tych Turków spod Wiednia,
jak przed n a m i wiali!
Doprawdy
samego przechodzi mnie mróz aż,
kiedy wyobrażę sobie,
żem - husarz!...
Tu ja -
tu koń, który cwałem leci,
gdzieś tam, gdzie wy,
czeredy niewiernych!
A tutaj - Sobieski,
czyli król Jan III -
i per "towarzyszu" do mnie woła...
"Pancerny!"
Więc na namiot wezyra
uderzam w zapale!
No - ja, czy nie ja,
(mniejsza o detale) -
polski rycerz po prostu!
Każdy z nas to w krwi ma,
że gdy jest pod Wiedniem,
nic go nie powstrzyma!
Tysiąc lat
tą szablą
cięliśmy dla glorii -
nikt się
tak jak my
nie naciął w historii.
Millennium heroizmu -
z tarczą lub na tarczy!...
Przepraszam -
a może wystarczy?...
Może za te boje
dawne i ostatnie
można już Polakiem
być trochę - prywatnie?...
Bez czekania,
aż znowu mi gębę rozkwaszą
za Wolność Naszą i Waszą?...
Niech wiem,
że kiedy oczka zmrużę -
to chrapię j a,
a nie - przedmurze!
Stąd w związku z Millennium
zwracam się do świata:
Dajcie nam już spokój
na te starsze lata...
Spokój!
A w zamian
przyrzekamy ci, świecie,
wykonać przed terminem
drugie Tysiąclecie -
i jeszcze premiera
zaoszczędzić na trzecie!
1960

Wziąć tego, czego nie ma.
Dodać soli i kminku,
potem zmieszać z tym, czego
brak chwilowo na rynku.
Mieszać długo, dokładnie -
jak się znudzi, to przestać
i posypać tym, na co
absolutnie nas nie stać.
Można smażyć lub upiec,
lub przypalać na rożnach,
polewając tym, o czym
nawet marzyć nie można!
Wszyscy u nas to jedzą -
dla każdego wystarczy,
na czym właśnie polega
polski cud gospodarczy.
1965 r.

W nowo wzniesionym mieszkam domu...
Dwa pokoiki,
Kuchnia,
W.C.-
I pierwsze miejsce w zbiórce złomu!
(Bo przecież klamek nie wyrzucę).
Łazienka,
Światło,
Gaz i woda -
Mieszkanko pełnokomfortowe.
Żaden półkomfort - nie!
A szkoda...
Może bym zmartwień miał połowę?
Lecz kto się z takim faktem liczy?
Nic nie poradzisz -
Co byś rzekł.
Musisz korzystać ze zdobyczy -
Trudno: dwudziesty wiek!
Więc żyję sobie nowocześnie -
O każdej porze.
Nawet we śnie
Widzę kontakty, kurki, złącza,
To, co się włącza i wyłącza -
A wreszcie jasny świta ranek
Pełen technicznych niespodzianek:
Odkręcam kurek -
Światło świeci
Przekręcam kontakt -
Woda leci.
Przekręcam kontakt jeszcze raz -
To z wodociągu idzie gaz.
Ale nie u mnie! Nie - przesada...
Na drugim piętrze. U sąsiada!
Za to gdy sąsiad gaz zamyka -
To u mnie gaśnie...
(Elektryka!)
Gdy to powtarzać nieustannie -
To ja mam ciepłą wodę w wannie,
A sąsiadowi zimna sika.
Nie z wodociągu - nie...
Z palnika!
Lecz kiedy w kuchni gaz odkręcę -
To światło nawet jest.
(W łazience!)
Tylko nie u mnie.
Na parterze.
U mnie jest prąd!...
(W kaloryferze).
Więc też nie grzeje,
Tylko trąca -
Za to lodówka jest gorąca!
Lecz wtedy -
Nie wiadomo skąd -
Sąsiadkę w łóżku kopie prąd!
Dobrze jej tak!
Bo żal mam do niej,
Że gdy pociąga tam - za sznurek,
To u mnie dzwoni.
W telefonie.
I się odzywa Jalu Kurek!
I wini mnie o niecne sprawki,
Bo mu się leje...
(Ze słuchawki).
O co się czepia mnie - psiakrew - on?!
Wściekły wyłączam więc telefon,
Gdy wtem ze zlewu -
Wśród zmywaków -
Rozlega się:
"Tu mówi Kraków!"
I w takt piosenki, co zachwyca,
Płynie wojskowa tajemnica -
Że...
"Na granicy jest strażnica"!
Na pamięć znamy już ten śpiew,
Więc żona krzyczy:
"Wyłącz zlew!"
No ale jak - psiakrew?
Skręcam - włączam
Kontakt - gaz,
Kurek - sznurek
Raz po raz,
Elektryka
Sika z kurka,
Gaz z kontaktu
Ciurkiem siurka,
Tylko woda według planu
Całą siłą wali z kranu,
Jakby tamę jej kto zerwał!
Woda - zimna.
Rześka.
Zdrowa...
Nagle - pst... Przerwa.
Włączyła się międzymiastowa!!!
"Minister budownictwa prosi!"
Duma mą wątłą pierś unosi,
Że do mnie dzwoni
Ktoś z daleka
W ramach tej troski o człowieka!
Serce z radości płacze
I łka...
Powiedział: "Pomyłka!

Już ludzie nie chcą mówić ze mną -
Unika mnie już nawet cieć,
Bo jedną pasję mam...
Daremną:
Samochód chciałbym mieć:
Jeździć po Kruczej, Mokotowie,
A nawet i po MDM-ie,
Choć tam wyrodni synowie
Kopią bez przerwy matkę ziemię!
Lecz cóż...
Lecz mi nie spadnie z nieba
IFA, Dekawka ni Mercedes.
Ja sobie marzę -
A tu trzeba
Z żywymi naprzód iść...
Per pedes!
Człowiek w marzeniach
Biegi zmienia,
Naciska sprzęgło,
Włącza gaz...
A nigdzie nie ma zrozumienia -
Jakaś drętwota, proszę was!
Więc chodząc sobie przez mój Kraków,
Przestrzegam choć drogowych znaków!
Gdy jest tablica na mej drodze,
Że nie ma wjazdu -
To nie wchodzę!
Zakaz postoju - to nie stanę.
Nawet na gazie! Zakazane.
Gdy strzałka w prawo -
To ja w prawo,
Jakbym był "Fiatem" lub "Warszawą"!
Pieszo co prawda...
No to pieszo,
A przecież takie rzeczy cieszą!
Tylko mnie peszy odrobinę
Napis w czerwono-białym kole:
,,30 kilometrów na godzinę!"
Raz spróbowałem.
Nie wydolę!
Podchodzę więc do milicjanta,
Żeby zapłacić za to mandat...
Namawiam.
Proszę...
Nie chciał wziąć.
Obejrzał tylko z tyłu, z przodu...
Tak mnie traktować -
Bądź co bądź
Za to, że nie mam samochodu!?
To przecież mnie bolało...
Toć
Jęczała wtedy moja dusza.
Żeby zapisał numer choć!
Nie mówię - auta.
Kapelusza!
Lecz gdym miał odejść już -
To rzekł,
Spod opuszczonych patrząc powiek:
"Nacisnąć sprzęgło!
Włączyć bieg!..."
A jednak - widzicie - c z ł o w i e k!

Bardzo to lubię - bardzo się cieszę,
Kiedy dostaję świąteczne depesze.
Takie depesze otwieram tkliwie,
A otworzywszy - tkliwie się dziwię...
Bo niby skądże i w sposób jaki
Poczta tę pewność zdobywa i ma.
Że MARIAN ZALCUKI
I MARCIN ZACLUKI,
I MRRRRAIN ZUCLAKI -
To ja?
Podziw widnieje na mym obliczu...
A kiedy czytam, czego mi życzą -
Uśmiech zakwita jak kwiat!
Pierwszy mi życzy: WSZY SKTEIGO DBRRREGO!
Drugi mi życzy: WZSYSTKIEOG MALPSZEGO!
A trzeci: WSZOLYCH SWIAT...
Jestem wzruszony - uśmiecham się błogo...
- Od kogóż te miłe czułości?
Od kogo?!
Czytam z kolei więc wszystkie podpisy:
Pierwszy - COICIA.
(Wiem: Ciocia z Nysy!)
Drugi - AUTOXI.
(Wiem: Antoś z Gniezna!)
Trzeci - BRXTXRRBMMMBXXXXU? ...
Ciekawe - nie znam.
Więc nieznajome-ż nawet persony
Uprzejme słowa z oddali mi ślą!...
Jestem doprawdy do głębi wzruszony
I radość - i duma rozpiera pierś mą!
Takie uczucia zawdzięcza się poczcie,
Dlatego jestem z serca jej rad
I - proszę - nigdy na pocztę nie psioczcie!
Lepiej jej życzcie: WSZOLYCH SWIAT!

Przepraszam bardzo, że ciut-ciut
Zanadto myślą sięgam wprzód -
Lecz sprawa w tym się głównie streszcza,
Że odkąd zmarł
Mickiewicz Adam,
To u nas brak w poezji wieszcza.
Więc może ja się nadam...
Ten przyszły,
Nowy,
Piękny świat
Wy sobie tylko wyobraźcie:
My starsi o kilkadziesiąt lat -
Kobiety o kilkanaście!
Epoka nowa.
Atomowa.
A technika się tak rozwinie,
Że nawet będzie słychać słowa
Na polskim filmie w kinie!
A w restauracjach -
Bez przesady -
Też całkiem nowe obyczaje:
Zamiast kelnerów - automaty,
Co same mówią:
"Kolega podaje!"
Od dawna telewizja wkroczy
Do wszystkich mieszkań
Zwykłych ludzi,
Żeby widzieli na własne oczy,
Kto ich tak w radio nudzi...
A w medycynie jakie cuda!
Gdzie tylko człowiek się nie uda -
Wszędzie lekarskich szyldów szereg:
WYMIANA SERCA, WĄTROBY I NEREK!
NA POCZEKANIU!
NA ŻYCZENIE!
Sam dam w gazecie ogłoszenie,
Które tę będzie miało treść:
UNIEWAŻNIAM serce skradzione
przez pewną piękną blondynkę
w rakiecie Nr 6.
I wstawię sobie nowe -
Prościutko ze skrzynki -
Dla jakiejś innej blondynki!
Słowem,
Techniczny postęp wszędzie,
Wygoda na każdym kroku -
Sam nie wiem,
Czego nie będzie
W tym 2000-cznym roku...
Wprost wyobraźnią nie ogarnę:
Podróże międzyplanetarne!
Nowa rubryka w ankiecie:
"Czy ma krewnych na innej planecie?"
Astronawigacja!
Automatyzacja!
Nareszcie spadnie nam z głowy
Ten cały problem lokalowy:
Naciśniesz guzik -
Masz mieszkanie!
Każdy - kto wniesie podanie,
Taki guzik dostanie.
1956 r.

Nie rozpaczajcie!
Nie ma sensu - skądże!
Ten czas już bliski
i już życiem tętni,
kiedy będziemy jeszcze wszyscy mądrzy
i może - kto wie? -
inteligentni.
Kiedy - innymi mówiąc słowy -
każdy będzie miał już własny
mózg elektronowy.
Najpierw na talony
z pierwszeństwem dla głupich,
a potem szary człowiek
także sobie kupi.
Technokracja ludowa!...
Jakżeż czekam na to
ja, który zawsze byłem
szczerym technokratą!
Na arenę
niech zwycięski
wkroczy cybernetyk -
i niech nie słucha przestróg
piewców dawnych etyk,
że technika zabije w nas
ludzkie uczucia.
O, nie! Prawdziwa zawiść
jest nie do zepsucia!
A w miłości mózg sztuczny
też pomoże ogromnie:
gdy na przykład dziewczyna
powie ci
"Myśl o mnie!" –
to włączasz mózg do sieci
najwyższego napięcia,
naciskasz klawisz
z imieniem dziewczęcia,
a gdy naciśniesz już ten klawisz,
maszyna tęskni -
ty się bawisz!
Wieczorem - łóżeczko...
Ty zasypiasz lekko,
a przy tobie się kładzie
ten twój mózg.
Z gazetką.
To nic, że weźmie "Express"
albo "Życie Warszawy".
Najwyżej nazajutrz
dasz go do naprawy,
żeby znów - jak dotąd -
sprawnie, bez wahania
mądrze odpowiadał
na głupie pytania.
Lecz przyjdzie dzień, kiedy
mózg elektronowy
odpowie ni stąd, ni zowąd:
"Nie zawracajcie mi głowy!
Ja chcę też poznać życie
i tę miłość prawdziwą -
nie żyje się samą oliwą!"
I na spacer
przy świetle zwykłego księżyca
pójdą: sztuczny mózg
i sztuczna mózgownica -
przez pustą ulicę,
przez wieczorną ciszę,
czule naciskając
sobie te klawisze...
Aż kiedyś o n a wyzna:
"Miły, los nie ustrzegł...
Tu - w transformatorze
tajemnica słodka:
Mózgu, będziemy mieli móżdżek!...
Móżdżek po polsku.
Bom patriotka".
I od tego wieczoru,
i od tego słowa
ruszy wreszcie nasza
produkcja krajowa!

Gdy ludzie szarpią się i gryzą,
Bezstronność moją jest dewizą.
W każdej życiowej pierepałce
ten obiektywizm w sobie. kształcę
i zanim mnie do muru przyprą.
rozważam wszystkie contra i pro,
by sądem swym nikomu nigdy
pochopnej nie wyrządzić krzywdy...
I gdy walczą dwie kliki,
na mnie nie ma sposobu -
ja jestem bezstronny:
należę do obu!
Dzisiaj równie bezstronnie
i bez hipokryzji
chciałbym mówić o Radiu i o Telewizji.
O środkach masowego przekazu -
bez kpin i bez reprymend,
jako że do przekazów
zawsze czułem sentyment.
Od dawna drzemie we mnie
ta pasja artysty,
by budzić w Pe-er-elu śmiech...
Pe-er-elisty!
Tylko jak? Którędy?..
Tu - rozterka duchowa,
bo głos - telewizyjny,
a uroda - radiowa!
Pomnę, jak mnie kochała pewna Leokadia
dotąd, póki znała
mnie wyłącznie z radia.
W telewizji nawet dowcip
wydał jej się płaski.
I skończyła się miłość
przez te wynalazki!...
Cóż... Przyznaję:
telewizja ciekawsze mass-medium.
Można oglądać zebrania -
i członków prezydium!
A oto już drugi program...
Otwierasz aparat
i masz dwa razy tyle posiedzeń...
I narad!
A cóż to będzie za rozkosz,
gdy nadejdzie pora
oglądania zebrań w naturalnych kolorach !
Wprost wierzyć mi się nie chce,
że to kiedyś zobaczę:
i prelegent - jak żywy,
i nawet - słuchacze!
Tak cenię telewizję,
jej walor i rolę...
Sam jednakże w radiu występować wolę.
Radiosłuchacz lepsze serce
ma od telewidza:
z postury się nie śmieje,
twarzy nie wyszydza...
Radiosłuchacz się nigdy
uwagą nie splami:
"Jak ona może śpiewać z takimi nogami?!'
Nie powie radiosłuchacz
z Mielca czy z Jaworzna:
"Na tę gębę, proszę pani,
to już patrzeć nie można!"
Nie powie, bo nie widzi.
Oto powód, który
sprawia, że radiosłuchacz
to Człowiek Kultury!...
Niestety... Każdy przyzna,
czy filozof, czy cieśla,
że jedną rzecz telewizja
znacznie mocniej podkreśla:
tę jedność niezmąconą,
równy krok,
równy szereg
całego Społeczeństwa!
Z wyjątkiem - tancerek.

Jako że w sprawach błahych
języka nie strzępię,
Pragnąłbym coś powiedzieć
o technicznym postępie.
Postęp kolejnictwa -
Zwłaszcza mnie zachwyca
Na trasie Kraków - Krynica...
Podobno pradziadkowie
naszych zacnych rodzin
pożerali tę przestrzeń
w ciągu sześciu godzin...
Dziś - my wciąż tak samo.
Oto nasza dziedziczna
rewolucja naukowo-techniczna!
W krwi ją mamy po prostu.
Myśmy z mlekiem matki
wyssali tę pazerność
na techniczne zagadki.
Nas już nic nie zaskoczy -
nawet neon z dala:
AUTOSERVICE
SPECJALNOŚĆ "CHEVROLET - IMPALA"
CIASNA 8 W BRAMIE
PYTAĆ O KOWALA!

Już nasi wynalazcy
myślą o czymś takim
jak samochód pędzony
polskim jarzębiakiem!
Pomyślcie, co byśmy zyskali:
na skrzyżowaniach,
gdzie największy ruch,
zamiast trujących, groźnych spalin
z rur wydechowych - swojski chuch...
Zdrowy,
przyjemny,
towarzyski -
jakbyś całował lube pyski!
Słowem - tak się unowocześnia
wszystko w naszym kraju,
jak najstarsi ludzie
tylko pamiętają!
Ja sam z biegiem tych latek,
co mi lecą i lecą,
to się unowocześniam,
to starzeję co nieco,
aż stanę się kiedyś
ultranowoczesnym staruszkiem:
cały na tranzystorach,
z komputerem pod łóżkiem.
Już dziś
w sprawach miłości -
Kraju mój, się dowiedz -
nowoczesny jestem niczym odrzutowiec:
w sercu jedna jedyna
od ślubnej premiery,
a (wskazujqc na głowę) TU-1O4!
A gdy już kocham,
to mi furda, czy wygram, czy przegram...
Nowocześnie rzecz stawiam -
wysyłam telegram:
POKOCHAŁEM PANIĄ MIŁOŚCIĄ SZALONĄ -
MARIAN ZAŁUCKI Z ŻONĄ.

Wszyscy mnie pytają,
czemu twarz mam beksy
i czemu na oko już
ze mnie niedojda...
Kompleksy, proszę Państwa!
Tak, klasyczne kompleksy
prosto od pana Freuda.

Wciąż mnie onieśmielają
panie i dziewczęta.
Mnie nawet szafa - jak się śni,
to zamknięta!

Istotnie - młodość
mnie nie rozpieściła:
bez punktów za pochodzenie,
bez książęcych pałek,
na ten świat przyszedłem
sam o własnych siłach
w szary bezmięsny poniedziałek.

Wychowywany zgoła staroświecko,
jedno tylko słyszałem
ciągle jako dziecko:
-Rączki z daleka,
oczka z daleka,
myśli z daleka
od miejsca, gdzie się człowiek
różni od, człowieka!

Zawsze w niewiedzy...
Zawsze żyłem w ciemno.
Do późnej starości ukrywano przede mną,
ile Polakowi dać może radości
prawdziwa Polka
z krwi i przy kości!
Człowiek niewinny chodził
i bez mała
nie wierzył w pewne części ciała.

Ale teraz z tym koniec!
Ufniej w przyszłość się wlokę.
Jak wiem bowiem z gazet -
znaczy się ex scriptis -
z opóźnieniem zaledwie
o jedną epokę
będziemy mieli wreszcie w Polsce
s t r i p-t e a s e!

Niech pokolenie nasze młode
ma to, co od dawna
mają Wiednie i Rzymy.
Nie będzie Zachód
pluł nam więcej w brodę!
Sami to sobie zrobimy.

Będą miały swój strip-tease
i Mława, i Pruszków,
i Końskowola, i Pacanów...
Odrobi się zaniedbania -
uświadomi staruszków
i dojrzewających starszych panów.

Jak już brać z Zachodu -
to to, co najlepsze!

A strip-tease gospodarczo
wzmocni nas i wesprze:
turystyka podskoczy -
świat nam złoży wizytę,
żeby ujrzeć te skarby
ledwie co odkryte.

A gdy zniknie kurtyna,
która zasłaniała
najtajniejsze sekrety
kobiecego ciała -
nikt faktu już nie zdoła
ukryć ni zaciemnić,
że dziś w Polsce
przed Narodem
nie ma żadnych tajemnic!

Mężczyźni, drżyjcie!
Człowiek tyra,
lecz wreszcie wyszła mi satyra
i to najbardziej demaskatorska
od Odry -do Magnitogorska.
O was, panowie!
Prawda o chłopie,
czyli co robi Polak na urlopie:
Idziesz niewinnie
sobie ścieżką polną -
a marzysz o tym,
o czym ci nie wolno!
Myśli się kłębią,
a wszystkie wzbronione
przez Kościół,
Demokrację
i Żonę...
Na przykład o szejku z dalekich stron,
który lat późnych ponoć dożył,
chociaż miał kilkadziesiąt żon
i jeszcze -
biedny! -
cudzołożył...
Potem gdzieś siadasz, żeby dokładnie
sobie rozważyć, jak to nieładnie -
wreszcie zaczynasz
skromnie i z umiarem
myśleć, co by było,
gdybyś sam miał harem:
kilka Mulatek,
kilka Arabek,
kilka znajomych warszawskich babek,
trzy nałożnice,
cztery hurysy,
boś sentymentalny, choć łysy...
Na koniec marzysz w uniesieniu niemym,
że zdradzasz swój harem
z cudzym haremem -
nie bacząc na wyrzut
z ust kilkudziesięciu:
"Wstyd, zięciu!"
"Wstyd, zięciu!"
"Wstyd, zięciu!..."
Nie twierdzę, że chciałbyś nikczemnie
żyć tylko poróbstwem i rują...
Skąd!... O demokratycznym
marzysz haremie.
I owszem - niech żony pracują!
Oto dziejowych przemian plon
i myśl w zasadzie zdrowa:
wśród tylu pracujących żon
zawsze się jeden mąż uchowa...
Może nie, panowie?
Może w nas nie drzemie
to podłe marzenie
o własnym haremie?
Mnie nie zbujacie: marzyłem sam!
Dziś już nie marzę.
Dziś już mam!
Koniec z monogamiczną nudą -
Spełniło się moje pragnienie:
Mam brunetkę, blondynke,
Mam siwą, mam rudą
I mam pośrednie odcienie...
Tu skubnę, tam skubnę, tam skubnę -
a wszystkie legalne i ślubne!...
Widze, ze pani jest zgorszona,
a w panu dzika zazdrość zbiera?...
Spokój!
To tylko moja żona
coraz to inna wraca od fryzjera!
Za każdym razem inna tulę głowę...
I znam juz kobiety...
Ech, wszystkie jednakowe!

Dzień Kobiet idzie...
Czas już przeto
(jako że sprawę się docenia)
raz zastanowić się nad kobietą.
Po męsku:
bez zastanowienia!
Bo kobieta - to problem.
Lecz gdym do problemu
chciał podejść raz bez uprzedzeń,
wtedy - nie wiem czemu -
problem zmierzył mnie wzrokiem
niechętnie i srogo
i tyle wiem o problemie,
że miał koński ogon.
I jak tu znaleźć spokój,
gdy po Polsce hasa
tych problemów - problemów
wokół cała masa...
Tę obojętnie mijasz obok,
do tamtej aż ci oko lśni.
Kobiety różnią się między sobą
i to przeważnie
pod względem płci.
Ale nie tylko.
Kto całość ogarnie,
ujrzy różnolitość,
wybór jak w ciastkarni:
są babki miękkie,
są babki twarde,
są babki z kremem (Elisabeth Arden),
są babki wierne (na kruchym spodzie!),
są babki starsze (za to na miodzie),
babki łagodne (czyli bez pianki),
są Katarzynki
i są Stefanki,
są bezy (bez mężów)
oraz małżonki,
czyli - domowe napoleonki.
Wybaczcie mi tę alegorię,
nie idzie o słodycz, ani o kalorie,
ale o ten wachlarz,
czyli o to zwłaszcza,
że Dzień Kobiet niestety
zbyt sprawę upraszcza...
Bo jak równocześnie
dzielić mam sentyment
na tak szeroki asortyment?
I jak nie wzdragać się na myśl
o w s p ó l n y m ś w i ę c i e
żon i ciź?!
Porządny człowiek nawet nie śmie
pomyśleć o nich równocześnie -
bez konsekwencji.
Z tej przyczyny,
gdy idzie o mnie, to od dziś
Dzień Kobiet dzielę na godziny:
Godzina Żon,
Godzina Ciź,
Godzina Panien,
Godzina Wdów,
Godzina Takich, że Brak Mi Słów,
Godzina Matron,
a dla Matek
Godzina plus rodzinny dodatek,
Godzina Działaczek,
Godzina Sąsiadek -
i Pół Godziny Na Wszelki Wypadek.
Wszystkich pogodzić niepodobna,
zatem zapobiec chcąc niesnaskom,
każdą Godzinę czczę z osobna
wcinając odpowiednie ciastko...
Coraz mi słodziej,
coraz mi słodziej,
wreszcie wymykam się z domu jak złodziej,
żeby na róg wyskoczyć (hopsa) -
o Boże! -
na rolmopsa!

Nie wiem - i szczerze się tu przyznam -
ciekawość dręczy mnie szalona,
czemu najgorszym - proszę pań -
kataklizmom
daje się wdzięczne kobiece imiona...
Naukowo się daje!
Nikt więc nie zaprzeczy,
że coś tam, proszę pań,
być musi na rzeczy.
Jakieś jest tej sprawy sedno
czy margines -
że huragan - to "Flora",
"Cecylia" lub "Inez" -
że jak już powietrzna trąba czy fanfara,
to Irena na ten przykład
albo też Barbara!
Widocznie - proszę pań - de facto
i - proszę pań - de iure
tajfun płeć ma kobiecą!
Albo chociaż naturę...
Zresztą – co tu mówić:
znam się z pewnym panem -
zwyczajny Polak. Z Torunia.
Ożenił się, proszę pań, z huraganem!
"Dziunia”.
Dziewczyna młodziutka -
owszem - prima sorta...
Osiemnaście!
W skali Beauforta.
Toteż zwracam się do szefów Meteorologii:
w imię sprawiedliwości!
Może by tak mogli
jakiś ciepły, promienny, wiosenny poranek
męskim nazwać imieniem?..
Proponuję: Marianek.

Są ludzie i ludzie -
rzecz ogólnie znana,
ale jest, proszę państwa,
jeszcze trzecia odmiana:
wielbicielki artystów...
Im nic nie udaremni
zgłębiania
cudzych
prywatnych
tajemnic...
Panie - wiedzące wszystko!
W skrócie: w s z y s t k o w i e d ź m y.
Nie ma ich pośród państwa?
Nie ma?...
No, to jedźmy!
Byłem raz na koncercie -
jako zwykły widz.
Siedziałem koło pani,
która w Grójcu mieszka.
O swoich koleżankach
nie wiedziałem nic -
dziś już wiem o nich wszystko!
Także - o koleżkach.
Pani była rozmowna,
życzliwa i szczera:
- Spójrz pan na tę śpiewaczkę!
Jak tę buzię otwiera...
Ona wcale nie śpiewa,
ona ucho ma z drzewa.
Za nią stoi taki stary,
gruby Plejbek...
I on śpiewa!
Prywatnie z tym Plejbekiem
także się spotyka.
Tak - w żyłach krew nie woda...
Wiem od hydraulika.
Ładna? ... To co, że ładna?
Nie zazdroszczę dziewczynie.
Dla mnie, proszę pana,
bogi były łaskawsze...
Uroda! Cóż - uroda?
Uroda przeminie!
A brzydota zostanie na zawsze!
Czy ją łączy coś z pianistą?
Tak panu mówiono?
Ależ skąd - nic nie łączy:
już jest jego żoną.
Więc go zdradza oczywiście.
On ją też - i owszem.
On co prawda rzadziej,
ale za to z "Mazowszem"!
O, tamta - widzisz pan! - porządna!
Uczciwa, bez zmazy...
Sztuce się oddała!
I to tylko dwa razy.
Swoje dziecko wychowuje
pośród samych dziewczynek...
Taka skromna, proszę pana:
nie poznała, że synek.
Tylko chora, biedactwo,
na wątrobę i nerki -
w telewizji już jej nie dają,
nigdy, nawet w Kobrze...
Musieli wciąż przepraszać przez nią.
Za usterki.
Na łączach coś z nią niedobrze.
Nie pomaga, kiedy nawet
kontrast się wyostrzy:
taka blada, że ją widać
tylko do Bydgoszczy!
Za to ta -
spójrz pan -
buzia różowa i gładka.
Operacja plastyczna, proszę pana!
Z pośladka.
Tam ma teraz te zmarszczki,
które miała na twarzy.
I nie może się -
biedactwo! -
pokazać na plaży.
Oj, nie ma w moim sercu
zazdrości ni zawiści -
mają swoje dramaty,
proszę pana, artyści!
O Załuckim pan słyszał?
Tragedia ponura...
Żal mi go,
choć to kawał hulaki i lenia.
Wszystko mu, proszę pana,
wycięła cenzura -
i to
bez żadnego znieczulenia!
Dziś po parkach grasuje
odmieniony paskudnie
jako
Wampir Pragi-Południe.
W ręku kopia, proszę pana,
w zębach oryginał,
twarz cała posiekana!
Zawsze się zacinał...
Widzicie, drodzy państwo:
nam nie wznoszą pomników,
bo czymże jesteśmy?
Rozrywką dla mas.
Krajową -
nie znamy wszak
obcych języków...
Obce języki
Znają za to nas.

W sposób podstępny i zdradziecki
nowy ku nam z Zachodu
nadciągnął kataklizm.
Oto groźny przełom
w kwestii damskiej kiecki:
musimy "mini" przerobić na "maxi".
Odwieczną polską troską
znów czoła się chmurzą,
jak by tutaj mało
przerobić na dużo?
Albowiem w myśl najnowszych mód
sięgać ma tył,
jak również przód,
do samej ziemi, skąd nasz ród!
Muszę stwierdzić rad nierad
że to moda paskudna.
Suknia - jak referat:
i długa, i nudna.
I nieestetyczne te wszystkie dłużyzny,
i jakieś takie ciężkie...
Zwłaszcza dla mężczyzny!
Już dziś co wrażliwsze
trapią się jednostki:
jak się kochać po uszy
w zasłoniętej po kostki?
Kobieta znów zagadką...
Na to się zanosi,
że nawet nie będzie widać,
jak się stopa podnosi.
Dlaczegoż mamy sprawiać
naszym córkom i żonom
suknie w swej długości
zbyt pełne przesady,
jakie nosił Kopernik?
Kanonik! Astronom!
On mógł sobie pozwolić:
On miał dwie posady.
A nas do ruiny doprowadzi pomału
ten maxizm - bez kapitału.
A już się mini przyjęło
w patriotycznej opinii:
już Poniatowski na pomniku
konno jeździł w mini.
Już nawet w partiach
rzecz się podobała -
zwłaszcza w tych dolnych partiach
ciała.
Ubierałeś dziewczynę
w króciutkie nylony -
i niedrogo,
i jeszcze starczyło dla żony!
Uniesiony gniewem
do kobiet więc krzyczę:
Czemuż odbieracie nam
wszystkie zdobycze?!
A gniew mój słuszny -
każdy mi to przyzna.
Więc mnie nawet, dziewczyno,
w maxi nie napastuj!
Ja od dzisiaj strajkuję.
Tak, jako mężczyzna!
I zobaczycie - ten zastój.
I nie dla osobistej
jakiejś satysfakcji,
ale z wyższych pobudek
jestem przeciw maxi:
zbyt wiele wielkich zadań
stoi dziś przed narodem,
by tracić czas na domysły,
co tam jest
pod spodem.

Jak sięgnąć pamięcią
w nasze dzieje stare,
raz ofiara na biednych –
raz biedni na ofiarę.
Słowem taka nasza już historiozofia,
że ciągle nas życie
przymusza do ofiar
i znikąd dyspensy
ni litości trochę...
Ot, weźmy alkohol.
Po prostu czyściochę:
Anglika to dławi, Francuza to dusi,
a Polak - musi.
Nawet gdy i jego
mierzi to i skręca,
to się dla swoich Rodaków poświęca,
bo tak nań popatrzą
inni Polonusi,
że Polak – musi.
Powiedzmy - z dziewczyną...
Pokoik maleńki.
W pokoju dziewczyna
rozsnuwa swe wdzięki...
Anglicy na te rzeczy -
nieczuli i głusi,
a Polak - musi!
A Polak musi,
bo - bądźmy ściśli -
co sobie Polka o nim pomyśli?
Więc choć go nie bierze
uroda ni wiek,
przeciwnie - diabli go biorą,
honoru Polaka
Polak będzie strzegł.
I musi.
Jak pod Cecorą!
Potem narzuca mu się obowiązki,
czyli się znowu przymusza niemile,
żeby w małżeńskie
Polak wstąpił związki.
I Polak - musi.
I wstąpi.
Choć - na chwilę!
Na krótko... Bo jakżeż:
spokojnie tu usiedź,
gdy musisz musieć
i musieć,
i musieć!...

Stąd zawsze, gdy przymus
zaczynał ogromnieć,
to Polak - nie musiał...
Ha, musiał zapomnieć...

Państwo pozwolą - Marian Załucki.
Stworzenie.
Kręgowiec.
Gatunek ludzki.
Rodzina ssaków...
Choć nie pojmę nijak,
czy Polak to ssak?.. Czy pijak?
Ja właśnie w sprawie mego gatunku
przyszedłem zawołać:
Ratunku!
Gatunek w tak zwanym impasie!
Kryzys małżeństwa! - grzmią w prasie...
Alarmują najwięksi uczeni,
że kto może, to już się nie żeni.
Na Zachodzie kobiety wśród panik
obserwują płci męskiej
absolutny zanik!
Pragnę zwrócić uwagę Opinii,
że to może przejść do nas.
Jak - "mini”.
I co przeciw temu się czyni?!
Ot, choćby tu - wśród sfer TV:
Scena. Widownia.
Prawie sami młodzi...
Tu jeszcze małżeństwa wchodzą do gry -
Tam już małżeństwo w grę nie wchodzi!
Tę groźbę już czytam na Waszych obliczach:
Małżeństwo w gruzach!
I - fedorowiczach!
Instytucja małżeńska w impas wpada groźny...
Instytucja... Maleńka:
Szefowa i woźny.
Lecz jej sens polityczny
pojmie Naród Wszystek,
bowiem wie,
co marksistów
różni od marksistek!
Mobilizujemy więc płeć męską i żeńską,
by tę instytucję odrodzić małżeńską!
Niech odrodzić małżeństwo
dopomoże Władza -
i niech sama - gdzie może - odradza!
Niechaj każdy od Odry do Bugu i Wieprza
nie tylko swe własne małżeństwo ulepsza,
lecz jeszcze w terenie
- gdzieś w Piasecznie -
też popracuje trochę...
Społecznie!
Czyż to takie trudne wsiąść w tramwaj,
w szesnastkę,
i komuś małżeństwo poprawić?
Na "gwiazdkę"...
Pomyślcie, jak wiele plusów ma rodzina:
masz siebie
plus żonę,
plus córkę,
plus syna...
Kto tylko doznał tych rodzinnych przeżyć
i tych małżeńskich wrażeń też -
po prostu nie może w swe szczęście uwierzyćl
Nie może - i rób co chcesz!
Małżeństwo bowiem - jest to urządzenie
najlepsze od wielu stuleci!
Wierzcie mi - niejeden sam by się ożenił!
Tylko ma żonę. I dzieci.
O gdybyż tak można, proszę Magistratu,
tu pół etatu,
tam pół etatu?..
Na próżno mnie jednak
myśl ta oszałamia...
Monogamia - niestety!
Co to - monogamia?..
Kto raz za żonę pojął dziewczę hoże -
później już tego pojąć nie może!

Moja żona to mądra niewiasta!
Moja córka, proszę państwa, dorasta -
moja żona więc z głębi fotela
nieraz rad mojej córce udziela:
Nie szukaj, córeczko, mołojca!
Nie trzeba - popatrz na ojca:
nikt się na oko nie wyzna,
a jednak mężczyzna.
I Mężczyźnie nie trzeba urody.
Mężczyzna nie musi być młody.
Mężczyzna się nie ma
podobać nikomu -
mężczyzna potrzebny jest w domu!
Z mądrością to także przesądy -
intelekt to - dziecko - nie wszystko.
Mężczyzna nie musi być mądry -
wystarczy, jak ma stanowisko!
Mieć życie wewnętrzne bogate?
A po co mu? Popatrz na tatę!
Mężczyznę nam z nieba zesłali,
córeczko, nie po próżnicy:
mężczyzna i w sercu płomień rozpali,
i węgla przyniesie z piwnicy!
Czasami zaprosi do tańca,
podskoczy w rytmie klawiszy -
i wtedy mężczyzna
ma w sobie coś z samca:
tak dyszy, córeczko, tak dyszy!
Choć czasem,
gdy mówić już szczerze,
nachodzą go myśli niezdrowe
i wtedy w mężczyźnie
wręcz budzi się zwierzę!
Ale domowe, córeczko, domowe!
Nie szukaj, córeczko, mołojca!
Nie trzeba - popatrz na ojca...
Wtedy posłuszna swej mamie córeczka
spojrzała na mnie
z tkliwością i czcią nienaganną,
i z płaczem:
"Ja chcę być panną!"

W chłopięcym już to stwierdzasz wieku,
że świat wciąż robi ci na przekór.
Na drodze życia już od razu
nie - znaki zakazu:
Nie wolno piłką rzucać w okno.
Nie wolno w majtki, bo ci zmokną.
Nie wolno ciastek kraść mamusi.
Nie wolno patrzeć na Jędrusik.
Nie wolno chodzić ci, boś dziecko,
na tę filmową twórczość szwedzką.
Nie wolno kłamać w życia wiośnie.
Nie wolno kląć - aż się dorośnie.
Nie wolno palić ani pić -
bo wciąż ci mówią:
Wstydź się, wstydź!
Aż gdy w wiek męski zdołasz zmienić
tę młodość szkolną i mozolną -
wolno ci będzie
się ożenić...
I znów ci nic nie będzie wolno!

Groźny pomruk od północy,
od zachodu ziemia dudni...
Rewolucja!
Seksualna...
Ooo, paskudni!

A my tu siedzimy jak za piecem u Bozi
i nawet nie wiemy, co nam grozi.
A tu już się roją
i Warszawa, i Kraków
od tak zwanych
duńskich kozaków!

I już w najlepszych ponoć towarzystwach
przyciszone szepty,
przyspieszone tętna...
-Czcigodna pani też rewolucjonistka?
-O, tak!... Namiętna!

A on?
A jego twarz szalona,
coś z Robespierre'a,
coś z Mansona,
groźnie napięty każdy muszkuł -
od razu widać: wywrotowiec!
W łóżku.

Są tacy... Już kroczą
jak te cienie wokół -
zdecydowani w marszu,
nieposkromieni w kroku...
To oni wyjdą nocą obuci w bambosze,
by swoimi hasłami
ścian podkreślić szarość:

ŻĄDAMY SPRAWIEDLIWEGO PODZIAŁU
ROZKOSZY!

PEŁNE ZASPOKOJENIE EROTYCZNE NA
STAROŚĆ

CZYSTA MIŁOŚC TO ABSURD!
CNOTA TO PRZEŻYTEK!
KONIEC Z TYRANIĄ CIOTEK
PRZYZWOITEK!

NIE ŻAŁUJMY SOBIE I CHWYTAJMY
W DŁONIE,
CO NAM NIESIE WSPÓŁCZESNOŚĆ!
(na ostatniej stronie)

KAŻDA WIERNA ŻONA HONOR KRAJU
PLAMI.
POD SĄD!
ROZSTRZELAĆ!
GLOBULKAMI!

DULCE ET DECORUM
EST LEGERE "FORUM"!

WOLNOŚCI NIECH ZAŚWITA RANEK
JUŻ W NAJBLIŻSZY WTOREK ALBO
PONIEDZIAŁEK:
KAŻDEMU WEDŁUG JEGO ZACHCIANEK!
OD KAŻDEGO WEDŁUG JEGO PRZECHWAŁEK!

I wybije godzina -
i nadejdzie czas,
by załatwić słuszne pożądania mas.
Ruszy tłum...
Na apteki albo na ich filie.
Różowe pastylki na ulice wytoczy,
krzycząc:
-Hura! Zwycięstwo!
-Zdobycie Pastylii!
-Już płód nam nie zaglądnie w oczy!

Potem legną upojeni
tą zwycięską szarżą
na łożach, by rozkoszy
kielich wypić do dnia...

A nazajutrz?...
Kombatantki tylko się poskarżą:
-No, cóż... Rewolucja jak to u nas:
łagodna...

Lecz na rzeczy pamiątkę
gdzieś tam ktoś umieści
tablicę z napisem przejmującej treści:

PRZECZYTAJ I WESTCHNIJ, NIEWIASTO!
TU LEŻY
BOHATERSKI KANONIER GARSONIER,
REWOLUCJI SEKSUALNEJ PODPORA
I PIONIER!
NIE BUDZIĆ PRZED JEDENASTĄ!

Już jestem wolny!
Siódmą dobę.
Rozwód się odbył bez kłótni, bez draki.
Różnica poglądów.
Na moją osobę.
Powód - to ja. Jako taki. Owaki!
Koniec niewoli dla ducha i ciała.
Więc nie - nie na zawsze
człowiek się zaprzedał!
Sąd dał mi rozwód.
Żona mi dała.
A Urząd Mieszkaniowy nie dał.
Można mieć w Polsce własne zdanie,
lecz trudno o mieszkanie na nie...
Ale wszystko okay -
znaczy: koniom lżej.
Bo choć dalej razem, za to w innej roli:
Obcy mężczyzna.
Obca kobieta.
"Pani pozwoli!"
"Pan pozwoli..."
"Od dzisiaj śpimy na waleta!"
Nic nas nie łączy - wszystko dzieli
z wyjątkiem wspólnej pościeli...
A więc maleńka dyskusja co do
kwestii "Czyj jasiek? Czyja poduszka?" -
i już oddycham pełną swobodą
na mej niezawisłej połowie łóżka.
Rano ocieram słodki sen z powiek:
zbudził się inny -
wolny człowiek!
Wynika wprawdzie polemika,
która jest czyja
połowa ręcznika -
ale wytworna...
Nie psioczę, nie wrzeszczę.
Niech sobie nie myśli,
że kocham ją jeszcze!
Tak oto tempora mutantur...
Ja teraz do niej jak do damy:
żadnych pogróżek,
żadnych awantur.
No, trudno, już się nie kochamy...
Przeciwnie:
sprzątnę, zniosę śmiecie...
Jak tu nie pomóc obcej kobiecie?!
Czasem z kwiaciarni jakieś zielsko.
A widząc minę jej zdziwioną,
uśmiecham się...
Uwodzicielsko!
Niech wie, psiakrew, że nie jest żoną!
I tak mi fajno, aż zacieram ręce...
Nikt mi nie gdera, nie poucza.
Tam niezależna kobieta w łazience,
tu ja - niepodległy
przy dziurce od klucza!
(Nie bez powodu, nie bez chrapki:
zawsze lubiłem obce babki!)
Wytężam nieco wzrok, bo krótki...
Ładne, cholera, te rozwódki!
Ponętna kibić -
i ramiona...
Od razu widać, że nie żona!
A ona także teraz bywa
i jakaś milsza, i troskliwa.
Raz nawet, widząc me amory,
spytała mnie:
"Czyś ty nie chory?"
I tylko z żalem wspominamy,
smażąc we dwoje karmenadle,
lata stracone już na amen
w strasznym małżeńskim
naszym stadle:
nic - tylko żarliśmy się co dzień,
wieczne pretensje i problemy...
A dziś? Inaczej!...
Miło, w zgodzie...
Może się nawet pobierzemy?

Nie można tak ciągle -
rok po roku -
żyć tylko Sztuką i Chałturą,
więc założyłem sobie na boku
MATRYMONIALNE BIURO.
Nie myślcie wszakże, przyjaciele,
żem egoista czy sobek.
Miałem na oku szlachetne cele:
Raz - dochód.
Dwa - zarobek.
Po trzecie - wierzę
(choć może się łudzę)
w to szczęście małżeńskie!...
Cudze.
A tu wiosna za wiosną,
a tu maj za majem,
gdy przechodzą obok
(nie znając się wzajem)
skromni kawalerowie
i panny niektóre,
co mogliby przecież
sobie zajść za skórę!
Któż im to ułatwi?
Któż złączy ich dłonie
i zgra te fujary
w małżeńską harmonię?!
Ja.
Moje biuro - oczywista.
Matrymonialne.
"CICHA PRZYSTAŃ".
Nie byle jakie:
Rozmach! Neony!
Na dachu neon:
"DZIŚ ŚWIEŻE ŻONY!"
I tak jak w przedwojennej erze
na całą ścianę:
"MĄŻ SAM PIERZE!"
A w środku stoiska...
szyldy wszerz i wzdłuż:
BLONDYNKI
BRUNETKI
RUDE
LILA-RÓZ
MĘŻOWIE DRODZY
MĘŻOWIE TANI
MĘŻOWIE ZDALNIE KIEROWANI!
MĘŻOWIE Z IMPORTU
(za dolary i ruble)
i MĘŻOWIE Z PRZECENY
(czyli same buble,
urzędnicy i inni faceci,
bez wybierania - jak leci!).
Ekspedientki. Kasa.
I napis na kasie:
PO ŚLUBIE REKLAMACJI
JUŻ NIE UWZGLĘDNIA SIĘ!
I głośnik.
l płyta, która zwykła mawiać:
”Przed ślubem trzeba się długo -
długo zastanawiać!"
Mimo to interesy były kokosowe:
konkurencja pobita na głowę,
a myśmy musieli
co nocy, co niedzieli
robić rodziny nadliczbowe!...
Aż nagle przez pewnego typa:
Komisja.
Kontrola.
l wsypa...
Poszło stąd,
że opchnęliśmy pewnego poetę
handlarce, co z nim poszła
prosto na "Tandetę",
gdzie -
jak prasa z hałasem obwieszcza -
dobiła 100% do wieszcza,
reklamując go jako
ostatni krzyk mody:
"Egzystencjalista bez brody".
l zarobiła na nim!
100% na czysto,
chociaż był zwykłym
socrealistą!
Był - no to był...
Nie my winni przecie.
Lecz tu zaraz kontrola,
a kontrola - to wiecie:
żebyś był nawet świętą Adelajdą -
to ci zawsze coś znajdą!
Ekspedientka Ewa...
Wyjątkowa siła -
skarb w interesie po prostu!
Ale rozliczyć się nie potrafiła
z trzech rudych średniego wzrostu...
Wołałem:
"Jak to, pani Ewo?"
Opędzlowała na lewo.
Nadto znaleźli u niej pod ladą
postać wykwintną,
lecz bladą
i wychudzoną do szczętu...
Był to -
jak stwierdził wywiad prędki -
odłożony dla stałej klientki
dyrektor departamentu.
Próżno wołaliśmy z emfazą,
że bezpartyjny!
Że ze skazą!
Zlikwidowali nas od razu.
Lecz zniósłbym wszystko,
gdyby nie fakt, który
zdarzył się w przeddzień
tej awantury:
Brunetów zabrakło w magazynie -
więc ekspedientka Ewa wnet
wpisała m n i e do ksiąg pod "Z"
i upłynniła pewnej hrabinie,
byle interes szedł!
Dziś cóż mi zostało po Biurze?
Ruina.
Nieprzyjemności.
Ślubna hrabina.
I zepsuta płyta, która zwykła mawiać:
"Przed ślubem trzeba się długo
zastanawiać...
...nawiać...
...nawiać...”

Poznałem skromną referentkę...
Sam jestem także referentem -
Więc poprosiłem ją o rękę,
Tę... poplamioną atramentem...
Zgodziła się - i odtąd prędko
Marzenie się zmieniało w czyn:
Ślub referenta z referentką,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem syn...
Jak komuś leci - to już leci!
Żonka cieszyła się szalenie...
"Ty - mówi - będziesz niańczył dzieci,
Bo teraz równouprawnienie!"
I co mam robić - skoro żona
Na trzy zebrania dziennie mknie?
Trudno - już równouprawniona!
Tylko ja jeszcze,
Tylko ja jeszcze,
Tylko ja jeszcze,
Ciągle nie.
Bo gdzie tu - pytam - demokracja?
Ona naradę ma prezesek -
Pieluszki za to muszę prać ja!
Mnie się na ręku drze osesek!
Ja muszę leczyć mu pokrzywkę,
Ja muszę robić lewatywkę!
A przyjdzie takie "święto matki",
To wiecie komu -
To wiecie komu -
To wiecie komu
Dają kwiatki?!
Ja spędzam życie jako niania,
A żona gania na zebrania...
Bo raz jest główną prelegentką -
A raz jest... mężem zaufania!
"Wtedy mi gniew źrenice zwęża,
Bo - czym ja jestem? Mężem męża?
Przepraszam! - wołam wielkim głosem.-
Dwóch mężów w domu?
Dwóch mężów w domu?
Dwóch mężów w domu
Ja nie zniosę!
Lecz gdym już walczyć jął z ferworem,
Żebym z tym skończyć, bo mi źle z tym -
Żona została... dyrektorem!
W tym samym biurze, gdzie ja jestem.
Mnie tego dyrektorstwa żony
Wciąż gratulują - z każdej strony,
Jakby to było czymś niezwykłym!
A ja do tego -
A ja do tego -
A ja do tego
Już przywykłem...
Lecz teraz nigdy już z wieczora
Chwili dla siebie nie ukradnę:
Ciągle przy dzieciach! Dyrektora.
Jako małżonek... I podwładny.
Bo człowiek musi - nic nie wskóra.
Dyrektor - tu i tam figura!
Też w domu pierwsze skrzypce gra -
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Syn
I ja...
Jak się poskarżyć? Kiedy? Komu?
Przecież jej nigdy nie ma w domu!
Ani jej wbiurze szepnąć słowo,
Bo w biurze ze mną - to służbowo!
Psiakość! Nie mogę przecież więcej
Rzucać swych gorzkich skarg na wiatr.
"Proszę! Formalnie! O audiencję!
W sprawie wytchnienia!
W sprawie zwolnienia
Mnie od niańczenia
Młodych kadr!!!"
Przyjęła mnie ciut-ciut zdziwiona:
"Pan jako mąż czy jako strona?"
We mnie bojowy duch zwycięża:
"Ja? ...Jako smutna strona męża!"
I wołam gromko: "Dyrektorze!
To ostrzeżenie me ostatnie!
Służbowo pani wszystko może,
Ale przepraszam -
Ale przepraszam -
Ale przepraszam -
Nie prywatnie!"
Odrzekła na to mi uprzejmie
Z uśmiechem wszakże dość zdradzieckim:
"Jutro referat pan obejmie
Opieki nad Matką i Dzieckiem!"
"Czemu - skowyczę. - Za co? Powiedz!"
A ona: "Trudno! Pan - fachowiec!"
I stało się - cóż miałem rzec?
Trudno do żłóbka
Pchać byle bubka
Czy żółtodzióbka,
Gdy jest - spec!
1950

Jeśli Pani pragnie,
by mąż kochał goręcej,
proszę zemleć ćwierć kilo
wątroby cielęcej,
posiekaną cebulką
przyprawić do woli,
dodać nieco pieprzu,
odrobinę soli –
po czym,
zmywszy uprzednio z twarzy makijaż,
przyrządzoną maseczkę
położyć na twarz.
Trzymać ją tak godzinkę,
aż cerę uzdrowi,
wreszcie zdjąć ją,
usmażyć
i podać mężowi.
Niezmiernie na urodzie
zyska pani osoba:
Polakowi, gdy syty,
wszystko się podoba!

Przepraszam, druga hemisfero,
Ja tutaj pierwszy raz dopiero...
Ziemia jest kulą...
I to fatalne!
Jeszcze się głupstwo jakieś palnie
tu - na tej drugiej połowie...
Bo jeśli stanąć, jak u nas normalnie -
to tu się stoi na głowie,
zanim się jeszcze coś powie...
Poza tym nie bądźcie zbyt próżni -
świat się od Polski nie różni...
Po drugiej stronie geografii -
czy to Brazylia, ,czy Alaska -
wszędzie się las
czy rzeczka trafi,
co szumiąc zaciągnie z kujawska.
W New Yorku, co spojrzę do góry-
To same Pałace Kultury!
A gdy mi się słówko polskie wyśliźnie,
ktoś zawsze podejdzie - i smutnie
zapyta w najczystszej polszczyźnie:
"Excuse me, co słychać w Kutnie?
Czy stoi ten house 'round the corner,
gdzie butcher przed wojną miał shop?"
Wszędzie to samo...
Potworne,
jak mały jest ziemski glob...
Wszędzie się Polak jakiś krząta...
Skromnie...
Bo Polak z tego słynie:
jak wojna - to na wszystkich frontach,
jak pokój - to w oficynie.
Jednemu jodły szumią w Tatrach...
Drugiemu śpiewa Frank Sinatra...
Innemu także jakoś idzie:
obywatelstwo ma pingwinie -
pingwinem jest na Antarktydzie
i lody posyła rodzinie...
A nawet w piekle:
diabełek - pikolak,
protegowany Lucyfera...
Rozmawiał ze mną: pewnie, że Polak.
I ta nostalgia go zżera...
"Sporo mi (mówił) łez pociekło,
gdym sobie stanął za bramą...
Bo tutaj - widzi pan - niby też piekło,
ale to nie to samo... "
Polak za morzem,
za chmurką,
za miedzą -
wszędzie, gdzie tylko ktoś wdarł się...
Tylko uczeni -
uczeni się biedzą,
bo nie wiedzą... kto mieszka na Marsie...
Aż wreszcie dotrą do owej planety,
by zbadać sekrety, które na niej drzemią...
A tam już Polacy:
mężczyźni, kobiety,
co się politycznie nie zgadzają z Ziemią...
Żyją tam uczciwie,
kochają się szczerze...
A miłość małżeńska taki rozmach bierze
że aż tu czasami
na niebie nad nami
widać - latające talerze.
1958 r.

Wykonawca: Marian Załucki

Wytworny "Orbis"...
Parę fraków.
Orkiestra rżnie z talentem.
Tylko stoliki dla Polaków
niestety - już zajęte.
Lecz że wprost z głodu
ruszam grdyką,
a mam naturę krewką,
usiadłem sobie przy stoliku
z francuską chorągiewką...
Wiem: karygodna arogancja,
lecz chciałem jeść, panowie!
Myślałem:
chyba za to Francja
nam wojny nie wypowie...
Usiadłem więc -
i oto cud:
zewsząd
spojrzenia dziewcząt
jak miód!
A męskie twarze z zachwytu blade
patrzą na moje skarpetki
z Emhade,
po czym wzdychają z melancholiją:
- Ci sobie żyją!...
Rączo przybiega grzeczny pikolak,
rączo, bo nie wie - dureń! -
żem Polak.
Z ukłonem się kelner zjawia po chwilce,
bo nie wie - kretyn! -
że jestem tubylcem...
- Bon jour, monsieur!
Vous desirez?
To znaczy pyta, czego chcę...
Były tam różne kotlety, pieczenie,
do których się rwało
moje podniebienie,
ale musiałem zamówić kluski,
bo tylko na tyle
znam francuski...
I jem te kluski w aureoli,
bo wszyscy patrzą na mój stolik...
z dala sąsiadka
szturcha sąsiada:
- Patrz, chamie, jak się
w Paryżu jada!
Ta gracja, te ruchy -
no, sam powiedz:
Co obcokrajowiec -
to obcokrajowiec!
A druga dama w kolorze lila
przez cudzy stolik się przechyla
i pyta z uśmiechem:
- Vous-etes Parisien?
A ja - wytwornie:
- E-hę!
I myślę, patrząc na tę publikę:
- O, la-la-la!... C'est magnifique!
Jakiś dyrektor do baru zaprasza.
Z nim dobry kociak.
Myślę: "Dobra nasza!"
Szampan? ... Niech będzie!
Chcesz trwonić - to trwoń...
Więc piję - i krzyczę:
- Vive la Pologne!
a oni przyśpiewują mi:
- Allons enfants de la Patrie!
Wtem ktoś się wtoczył z mgły poranku
i krzyknął do mnie:
- Cześć, Marianku!
Trzeba było widzieć
te spojrzenia wokół...
Jakbym dyplomatyczny
pogwałcił protokół!
Jak tylko za to,
że jestem Polakiem,
spojrzeli na mnie z wzgardą i niesmakiem
i Polak pikolak,
i Polak kelner,
i polska barmanka - dziewczę subtelne,
i córka Polka,
i matka Polka
(A niech je zagraniczna kolka!)
i polski dyrektor
(co miał polski order) -
a polski kociak
dał mi w polską mordę,
bo pewnie liczył już szalenie
na polsko-francuskie zbliżenie...
I słusznie!...
Bijcie mnie, łobuza,
ukarzcie, bom parszywa owca:
Skradłem ten uśmiech,
co był dla Francuza!
Skradłem tę grzeczność,
co nie dla krajowca!
Sam nawet krzyknąłem:
- Bracia Polacy!
Ja za to chętnie głową zapłacę -
głową zapłacę!
G ł o w ą, panowie!
Lecz próżnom czekał,
kto z nich odpowie:
- No, to płacimy ... po połowie!

Tak, podróże kształcą!
Wszystko wiem - eureka!
Po zwiedzeniu Europy i innych zagranic
znam już tajemnicę pochodzenia człowieka:
człowiek zwykle pochodzi
z Łodzi
lub z Pabianic...
Coraz mnie ktoś zaczepia w bramie:
- Niech pan mi powie, panie Wieszcz,
czemu w New Yorku
w kościach mnie łamie,
kiedy ma w Kutnie padać deszcz?
A przez Chicago idę,
jakbym szedł przez Kraków -
tyle tu wszędzie Rodaków.
A każdy z kieliszkiem:
"Pan pozwolisz" -
a wszystko, co golisz,
to jest polish...
Wiśniówka do kolacji,
Czysta przy obiedzie...
Wprost sam z ust się wyrywa
patriotyczny pean:
- Och, jak ta wódka od nas jedzie!
- Aż - za ocean!
Czuję się jak w Kraju,
w polu, na majówce:
nawet trawka zielona też polska!
W "Żubrówce".
Czasem to nawet myślę,
chodząc po ulicach:
- Tak, wszystko cacy-cacy,
lecz gdzie tu zagranica?
To po to mam ten paszport,
żeby polskie racuszki
jeść w knajpie Kowalskiego
przy ulicy Kościuszki?!
I pod pomnikiem żeby Pułaskiego
po polsku popłakiwać
ze szkolnym kolegą?!...
A potem mnie spytają
w Bielsku czy w NasieIsku:
- Pan już pewnie świetnie mówi po angielsku?
- Siur! - odpowiem. - Mógłbym.
Paszport był i wizy...
Tylko tajmu nie było.
Strasznie byłem byzy.
Drajwowałem wciąż karą
po hajwejach kłusem.
Czasem w kofiszopie
jakiś hat-dog z dżusem...
Wszystko - kuik!
Tylko z rzadka jakiś relaks w mintajmie -
i te drimsy męczące...
- Nocą przy munszajnie,
żeby kogoś kisnąć!

Znaczy się gerlfrenda.
Była jedna. Dość lawli.
Tylko miała hazbenda!
Lecz gdy fejs jej ujrzałem
(z mejkapu wyzuty),
pomyślałem tragicznie:
- Aha, taaaaakie bjuty!
A po angielsku nie umiem.
Za to każdy przyzna,
że się wzbogaciła
ta moja polszczyzna.

dla wybierających się w odwiedziny
do Warszawy Polaków z zagranicy...
...żeby mógł coś zrozumieć z tej dzisiejszej mowy
emigrant - po naszemu - Rodak dewizowy...
Bo w obecnej polszczyźnie
co krok to pułapka,
czyli tak zwane robienie wariata:
na młodą dziewczynę mówi się b a b k a,
na garsonierę mówi się c h a t a.
Przy czym z babki w chacie
wtedy masz pociechę,
gdy cizia jest f a j o w a,
czyli babka w d e c h ę.
Taki zaś ruch ręką
wyraża świadomie.
że dama na najwyższym światowym poziomie,
czyli jak w Warszawie mówi się i słychać:
dziewczę ma na czym usiąść
i ma czym oddychać.
Nie dajcie się omamić czułych słów urokiem!
Na przykład t a t a z m a m ą
to spirytus z sokiem,
a czyniąc tę miksturę
dbają polskie dziatki,
żeby w niej więcej było ojca
niźli matki.
Również chały w piekarniach
dzisiaj się nie szuka.
C h a ł a to rzecz duchowa:
film, powieść lub sztuka...
Nie należy jednakże,
gdy sztuka wspaniała,
zginać ręki z zachwytem,
mówiąc "Taaaka chała!"
Kiedy zjeść coś zapragniesz,
bowiem pora już ta,
mówisz damie wytwornie:
"Rzuciem coś na ruszta!"
Przy czym wiedz,
że trucizna taka zwykła - to lizol,
ale to, co podają w Orbisie,
to bryzol!
I mylić nie należy.
Całkiem różna treść.
Można śmiało w t r a j a ć,
w t r z ą c h a ć,
czyli jeść.
Słowo "truć" dziś inaczej pojmuje warszawiak:
nie ten truje, kto karmi,
lecz ten, co przemawia!
Gdy ci więc przypadkiem
t r u j e jakaś postać,
że w Warszawie wszystko
można teraz dostać,
odpowiedz: "Mowa trawa!" Nie daj się ogłupić.
Dostać nic nie można
-wszystko trzeba kupić!
I tu do najważniejszej
przejdziemy z gramatyk,
czyli do najczystszej poezji języka:
10 złotych to d y c h a,
1000 złotych to p a t y k,
a pięćsetka to b r u d a s względnie pół patyka.
Jeśli idzie o pieniądz, to panuje zasada,
że jak masz, to w porządku,
czyli "mucha nie siada".
Gdy jest forsa,
jest cizia
i szkło, czyli flachy,
i zabawa do rana,
czyli "ubaw po pachy"!
I szałowe uciechy,
i kuszące uśmiechy,
i "Chodź, cizia, za budkę,
skrzyżujemy oddechy!"
Bez pieniędzy natomiast
chodzisz z smutnym obliczem,
bo jak mówią w Warszawie
tuż pod Mickiewiczem:
"W y s i a d k a!
Czyli k r e w a!
Czyli - l e ż e m i k w i c z e m!"

W młodości żyje się żarliwie -
młodość jest szczęściem i nadzieją!...
Doprawdy ja się ludziom dziwię,
że się starzeją...
I wszyscy!
Nawet płeć niewieścia!
Znam taką jedną panią Zosię:
przed wojną miała lat 20...
A dziś?...Dziś.już 38!
Jak ten czas leci!...
Ogałaca
nas z tego, o czym potem śni się...
Młodość!... Ucieka i nie wraca!
Pewnie ma chody w Orbisie...
Jak młodość cenić - ten tylko się dowie,
kto spryczał! - to oczywiste...
Bo potem - jak mówi łacińskie przysłowie -
już... omne animaI triste.
Już wszystko mija - kończy się niestety.
Prócz chrapki...
Tej - na kobiety.
Nie można pozbyć się tej chrapki -
a to dlatego chyba głównie,
że w Polsce same r ó w n e babki.
Bo w demokracji wszyscy równi!
Lecz cóż...
Uderzam do Barbary,
a ona już czyni mi wstręty:
- Za stary! - mówi
To co, że stary?
A może nie-do-roz-wi-nię-ty?
Może spóźniony! I to znacznie!
I teraz się dopiero zacznie?!
Czasami człek nie z własnej winy
Tryb życia ,wiódł tak niespokojny,
że się na własne spóźnił urodziny
o rok, o dwa...
O pięć lat wojny!
Dorośli! Bracia outsiderzy!
Nie dajmy, by nas krzywdził czas!
Młodość każdemu się należy!
Młodości!
Proszę: skrzydła - raz!
Urządźmy - myśl tę rzucam w dal ja -
Juvenalia staruszków -
jakieś... p i e r n i k a l i a!
Zagrajmy na skrzydłach jak Concordia - Knurów!
Poprzebierajmy się za trubadurów
i serenady idźmy śpiewać gorące
pad balkonami,
pod kasztanami,
dziewczętom po pięćdziesiątce...
Potem pierś wypnie każdy jak heros
i w miasto pójdziemy -
dziarscy caballeros,
transparent niosąc triumfalny:
NIE CHCEMY SKLEROZ!
NIECH ŻYJE EROS -
I PRZYROST NATURALNY!
A nocą dziarskie tańce jeszcze
w rytmie szaleńczych rokendroli
i dzikie krzyki ku orkiestrze:
- Powoli, panowie, p o w o l i!

Nie wiem, kto za tym stoi,
nie wiem, kto za to poleży,
lecz przyroda zły przykład
daje dziś młodzieży:
tak w dziedzinie handlu,
jak w dziedzinie transportu
trwa złośliwy stosunek
aury do resortu!
Nadto przypomnę zaspy
i cyniczną gołoledź
w uroczystym okresie 25-oleć...
No cóż...
Ja sumienie mam czyste!
Mnie nie dowiodą
żadnych osobistych
kontaktów z przyrodą.
Jestem przyzwoity i lojalny mieszczuch,
nie maczałem palców w suszy
ani w deszczu,
ani w śnieżycach,
ani w mrozie,
ani w innych nieszczęściach,
które są w prognozie.
Nic mnie nie obchodzą
kwiatki, drzewa, liście -
nawet pana Wicherka nie znam osobiście!
Na uroki natury nikt mnie nie nabierze,
a w urok wschodów słońca
najzwyczajniej nie wierzę.
Zwykła bujda!...
No, proszę, niech się ci odezwą,
co naprawdę widzieli wschód słońca...
Na trzeźwo!
'W turystykę żadną
także się nie bawię,
nie nęcą mnie tatrzańskie szczyty.
Szczyt urlopowy
spędzam w Warszawie
i urlop mam znakomity:
słucham sobie szumu gałęzi nad Wisłą...
Różnych gałęzi!
Przemysłu.
Podwarszawski lasek też ma urok wielki:
można zbierać poziomki,
można zbierać butelki...
A gdy zamknę łazienkę,
wiadro w kącie postawię -
to rozkosze Juraty mam na miejscu...
W Warszawie!
Niech inni z Kasprowego
zjeżdżają slalomem
i pchają się - Bóg wie po co -
pod turnie i granie!
Ja skręciłem nogę w Warszawie,
pod domem,
i wyszło mi taniej!
I bliżej mi, i taniej,
i wygodnie, że hej!...
A że tu na miejscu
ptaszków trochę mniej?..
Ptaszki!...
Co mi ptaszki, mewy, kormorany?
Sam jestem zalatany.
To - poleć do ogonka!
To - poleć, kup mydła!
Żonatemu szybko urastają skrzydła!
Czasem nawet do lustra
z niepokojem zerkam
i sam się sobie dziwię...
Że jeszcze nie ćwierkam.

Tak - Alleluja!
Decyzja powzięta:
odpocznę sobie przez te święta!
Za wszystkie trudy
codzienne i mroczne -
fizycznie, psychicznie
nareszcie odpocznę...
Od rana już:
wanna,
potem gimnastyka poranna -
i marsz do Wawra w strony obie
(a maszerując się skacze i kuca),
żeby dotlenić sobie płuca...
Dotlenię sobie!
Potem śniadanko:
dzieci, wnuczęta -
jedno się drze, a drugie się pęta...
Odpocznę sobie -
jak święta, to święta!
Potem przyjęcie małe zrobię:
Glińscy, Lipińscy, Ciupskie obie...
Ja na Ciupskie mam fobię,
one mnie na wątrobie -
odpoczniemy sobie...
Potem zaprosi ciotka mnie, bo
u niej pyszności schab i indyk -
po prostu w gębie siódme niebo!
Siódme niebo - bez windy.
Zabiorę kwiatów więc naręcze -
odpocznę sobie...
Na półpiętrze.
A wieczór u Stasiów -
jak rokrocznie.
I znowu trochę się odpocznie.
Po domowemu: swojska dzicz -
paru aktorów, parę kobiet...
Wóda, wódeczka, wódzia, brydż...
Odpocznę sobie!
Nad ranem mała irredenta,
ktoś zechce tańczyć - przecież święta.
A więc charlestony, paso doble,
kujawiak, polka, twisty skoczne...
Uwziąłem się...
Odpocznę sobie!
Ducha wyzionę - a odpocznę!

Kiedyś śpiewało się ją pod piwko...
Kiedyś piosenka była rozrywką
płochą albo rzewną,
zwiewną i nieśmiałą -
mogło się jej słuchać...
Ale nie musiało!
I czy była tangiem,
czy też paso doblem,
nikt - tańcząc ją - nie myślał,
że odtańcza Problem.
Dzisiaj jest już inaczej -
dziś nie ma tak dobrze!
W kółko:
Giełdy,
Opole,
Sopot
czy Kołobrzeg...
Dzisiaj od kolebki
aż do samych Powązek
piosenka - to nasz obowiązek!
Bo piosenka w innej
dziś jawi się roli:
milionem decybeli bijąc w organ słuchu
umysłowo nas kształci,
wojskowo nas szkoli
i jeszcze politycznie
podnosi na duchu.
Wiedza z piosenek dziś wysnuta
na całe życie gładko starczy:
Literatury uczy prof. Grechuta,
historii Polski - prof. Demarczyk,
ornitologii - Kofta (prof.) - i
profesor Niemen -
filozofii,
a big-beatowcy,
choć to młodzi chłopcy,
wykładają język -
prawie całkiem obcy!
Dzisiaj ex cathedra
śpiewa areopag!
Słusznie więc o małym mówi się Karolu:
- To bardzo wykształcony chłopak!
Ukończył Festiwal w Opolu...
Piosenka bowiem
dzisiaj w sobie mieści
tak ważkie i głębokie treści,
że gdyby żył Sokrates
czy z Elei Zenek,
Heraklit
czy Archimedes,
toby pewnie pisali
teksty do piosenek,
zamiast nauczać per pedes.
Oto już widzę,
jak wychodzi płyta
z nową piosenką Heraklita,
(który ją spłodził w błogiej nadziei,
że cały świat ją pojmie w lot):
W RYTMIE WALCA
PANTA RHEI -
W RYFMIE WALSA
WSIO PŁYNIOT.
Potem zapewne byłaby w modzie
zabawna piosenka
o kiepskich interesach:
CO TRACI CIAŁO
ZANURZONE W WODZIE?
do tekstu Archimedesa.
Wreszcie zupełnie nadzwyczajna
big-beatowa piosenka
niejakiego Einsteina,
którą podchwyci cały świat rad:
"Eeeee
Eeeee
Eeeee
Eeeee
RÓWNA SIĘ M-C-KWADRAT"!
A gdyby Galileusz
dożył naszych lat,
to odpowiedziałby na epokowe
odkrycie Niemena
"DZIWNY JEST TEN SWIAT"
szlagierem
"E PUR SI MUOVE!"
Albowiem przy pomocy
Inkwizycji i tortur
też można dojść do całkiem
słusznego szlagwortu.
czego to -
uśmiechem barwiąc swe oblicze -
i niektórym Współczesnym
z głębi serca życzę.

Porządny ojciec,
porządna matka,
a on - czort wie co - zagadka!
Znają go ludzie od dzieciństwa,
znają go niemal, odkąd żyje:
niby nie zrobił nigdy świństwa,
niby porządny,
a - nie pije!
Nieraz robiliśmy mu chryję,
że młody, zdolny,
a nie pije...
Bo gdy ktoś - prawda - alkoholik,
to wiesz, że Polak i katolik!
A tak - to kto?
Wnet się wyłania
ta kwestia zaufania.
Sam go broniłem wobec opinii:
"Słuchajcie, on trzeźwy -
nie wie, co czyni!
A może sekret jakiś fatalny?
Może cudzoziemiec?
Może nienormalny? "
'W całej Europie przecież wiedzą,
od Morza Czarnego
do La Manche'a,
że w Polsce dzieci tylko j e d z ą,
dorosły - z a k a n s z a!
I Ministerstwo Aprowizacji
(co stwierdzam nie bez pychy)
mają wkrótce przekształcić...
W Ministerstwo Zagrychy!
A on - on co?
On, proszę gości,
w oparach tarza się trzeźwości -
aż mi go żal!
Bo pojmie wkrótce,
że spod nieszczęsnej jest gwiazdy...
Wszak u nas się wszystko
załatwia przy wódce:
i ślub
i awans,
i prawo jazdy!
Trudno, panowie abstynenci,
tu nie pomoże płacz i żal nie -
bez kieliszka nieważne!
Tak jak bez pieczęci.
I jak on chce żyć!
Nie-le-gal-nie?!
U kobiet też nie ma szansy za grosz:
bez wódki - nie rozbierosz!
Więc gdym go ujrzał raz z daleka,
postanowiłem ratować człowieka,
co w abstynencji się pławi...
Wyciągam doń
pomocną dłoń -
no, może cholera postawi?!
On na mój widok rozwiał się jak dym,
za najbliższą znikł bramą...
Wyrodne dziecko!
Wyrodny syn -
nie lubi t a t y z m a m ą!

Przywoływałem pośród łkań ją:
- Przyjdź do mnie, przyjdź -
Megalomanio!
Bez ciebie gorzko - z tobą błogo...
Z tobą, najmilsza z wszystkich chorób,
Mógłbym pisywać lewą nogą
Nie przeczuwając, żem brakorób!
Z wypiętym dumnie chodzić torsem -
Pewien, że wszyscy czcić mnie muszą -
I głośno kłócić się o forsę,
Jaka należy się geniuszom!
Gdybyś tu była, gdybyś się ku
Moim zbliżyła niskim progom -
Wysyłałbym ten wiersz bez lęku,
Że go odrzucić "Szpilki" mogą...
Bo gdyby nawet - to specjalny
Miałbym stosunek do tych spraw ja:
Jasne! Dlatego żem genialny,
Zwalcza mnie klika - tudzież mafia!
Tak jak z twórczością Mickiewicza -
Niejeden t e ż szkalował drań ją!
Megalomanio!
Słodka!
Bycza!
Pamiętaj, przyjdź - Megalomanio!
Nie przyszła.
Nie - że nie pamięta!
Nie może: strasznie zajęta!!!

Skąd się wziąłem? To proste:
Najpierw był chaos,
plazma i papka...
Wreszcie spotkali się gdzieś ukradkiem
moja pra-pra-pra-
pra-pra-pra-
prababka
z moim pra-pra-pra-
pra-pra-pra-
pradziadkiem...
Ona prosiła:
- Nie figluj, bo dzień
i święty Swantewit przy drodze.
Lecz on na jej prośby
był głuchy jak pień –
i z tego to pnia ja pochodzę.

Powodzi mi się niezgorzej,
pensja stosunkowo dość wielka...
Pal sześć!...
Takie zimno na dworze.
Wziąłem na utrzymanie wróbelka.
Co rano, gdy okno otwieram -
jeszcze w koszuli, bez szelek -
na parapecie już czeka
mój petent pokorny -
wróbelek.
Cóż... Dla mnie to bagatelka,
w budżecie zaledwie kropelka,
więc rzucam mu garstkę okruszyn
i cieszę się szczęściem wróbelka...
W krąg świat obojętny i zimny
i znieczulica, jak wiecie...
Doprawdy,
skąd ja z tym sercem
się wziąłem na takim świecie?
Czemuż mnie wzrusza tak mile
ta uczta szarego maleństwa?
Spoglądam do lustra:
ach: ileż
w tej twarzy jest Człowieczeństwa!...
Ta błogość, kiedy dla kogoś
sam sobie odejmę od ust...
Że dla małego wróbelka?
Wróbelek...
Ale ma spust!
To szczęście, że wierszyk mam z tego...
Robota nie była zbyt wielka,
a sobie przynajmniej odbiję
koszt utrzymania wróbelka.
Nawet obliczam już sobie
z cichą wewnętrzną podnietą,
że coś na wróbelku zarobię...
Jak dobrze jest być poetą!

Wciąż śpiewają dwie postacie
a wraz z nimi śpiewa chór:
"Nie ma niewiast w naszej chacie!"
Tak przez cały "Straszny dwór".
"Nie ma niewiast w naszej chacie"
śpiewa tenor, śpiewa bas...
"Nie ma niewiast w naszej chacie"
powtarzają raz po raz...
Czas by poddać już erracie
tę najoczywistszą z bzdur,
że brak niewiast w naszej chacie...
Trzeba zmienić "Straszny dwór".
Dzisiaj inne są dramaty,
które psują życia wdzięk:
są niewiasty - nie ma chaty!
Chaty nie ma - i w tym sęk.

Każdy miał lat dwadzieścia parę,
dżinsy, elektryczną gitarę -
opaleni jak prosto z patelni...
Przyszli rozśpiewani,
wysmukli i prości
i wygryźli mnie...
Z mojej młodości.
Bezczelni!
Wygryźli, nie bacząc na wiek
i na wiedzę...
A już myślałem, że tak mocno siedzę!
Że choć do przyszłego maja...
W ZMS-ie stosunki,
u fryzjera chody...
Co robić? Jak człowiek
tak długo jest młody,
to człowiek się przyzwyczaja!
Zbierałem
autografy i znaczki,
zapuszczałem
brodę i baczki,
tańczyłem twista,
zjeżdżałem z poręczy...
A taka młodość to cholernie męczy!
Wyczerpywała mnie gorzej aniźli
praca na życie...
I co?.. I - wygryźli.
Najpierw było zdumienie:
co za brak wychowania -
czemu ta dziewczyna
pierwsza mi się kłania?
Potem ironia zjawiła się cienka,
mody zaczęli uczyć mnie młokosi:
"Tak - kiedyś noszono kobiety na rękach,
dziś już się tego nie nosi!"
Potem spostrzegłem:
sylwetka się zmienia...
Są pewne błędy i - nie do patrzenia!
Na głowie tu i ówdzie
już gładkość atłasu
i uczesanie - w ząbek czasu.
Aż wreszcie pewna z młodych kobiet
zaczęła mnie błagać w euforii:
"Niech Pan opowie - proszę - coś o sobie,
bo mam egzamin z historii!"
I koniec...
Zewsząd szacunek i takt
z tą arogancją połączon bezwiedną,
dla której czterdzieści
czy sto lat
to absolutnie wszystko jedno!
Teraz chadzamy po brzegu piaszczystym
z pewnym panem wpatrzeni w nurt wody...
On mówi:
- Wie pan, ja byłem ministrem!
Ja mówię:
- Wie pan, a ja byłem młody!...

Kiedy z zachwytem się nadmienia
w pismach Warszawy, Kielc czy Łodzi
o wierszu,
że zmusza do myślenia,
o sztuce,
że zmusza do myślenia,
o filmie,
że zmusza do myślenia -
wiem, że nikt nie wie,
o co chodzi.
Wtedy przepraszam,
wciągam kalosze,
odchodzę...
Przymusu nie znoszę!
Tę bowiem myśl wyznając oto
jużem i wzrósł, i podtatusiał:
AUTOR MA MĘCZYC SIĘ
TAK DŁUGO,
ŻEBY CZYTELNIK
JUŻ NIE MUSIAŁ.
A w największych męczarniach
chyba dowcip się rodzi...
Usiądę w kawiarence,
strawię parę godzin,
prawie wszyscy już wyszli -
dowcip nie wychodzi.
Bo czymże jest dowcip?
O zacni Panowie!
Powiem, nie będę się rozczulał:
Dowcip to myśl,
która stoi na głowie,
a do Was pasuje jak ulał!
Tylko ją tak wykręcić!
O, najzawilsze z przeżyć:
klawisz, którego nie ma,
odnaleźć i weń uderzyć,
zabłysnąć, kiedy trzeba,
gromem z jasnego nieba
i zapuściwszy się w nagie pustkowie -
skarb odkryć w pustce tej...
W głowie!
A gdy absurdy te się ziszczą,
wtedy już z wierszem tu, na sali,
czekam na rzecz najniemożliwszą:
żeby się ludzie z tego śmiali...
Przeważnie na próżno...
l słaba to pociecha,
że tylko jeden krytyk się uśmiecha.
Uśmiechnięty krytyk - to złudne nadzieje:
on cieszy się,
że się nie śmieje!
Za to gdy się śmieją,
gdy dowcip się uda,
A - tom znów katolik!
Znowu wierzę w cuda...
To usłyszę o sobie
gdzieś na drugi dzień już:
"Jak na beztalencie,
to po prostu geniusz!"
To uśmiechy życzliwe
i pytania rozliczne:
- Czy Mistrz woli natchnienie?
Czy Mistrz woli wytyczne?
Natchnienie!
Oczywiście natchnienie.
Kiedy mam natchnienie,
wzruszam się szalenie!
Gdy mam chwilę natchnienia,
chłonę niebo i ciszę...
A jak nie mam?
To trudno.
Wtedy siadam - i piszę.

Satyra zamiera,
dowcip się wali,
coraz mniej głupstw
w państwowej skali -
tośmy się doigrali!
Z czegoż mam kpić, niech mi kto powie.
Śmiać się już nie można
nawet z ćwiczeń Yogi
dziś - gdy gremialnie stajemy na głowie,
żeby tę Polskę postawić na nogi...
Gdy w całym narodzie prężność olbrzymia
i rośnie skup żywca -
i okocimia!
Gdy zrozumienia nadeszła już pora,
że w i c h e r H i s t o r i i
to jest metafora
i nie zastąpi nam wentylatora.
Kiedy durniów się z posad
wygania, wyplenia -
no, chyba żeby byli
nie do zastąpienia...
Gdy telefon już dzwoni
w najdalszym zakątku:
rozmowa z przywołaniem...
Do porządku.
A kiedy w Telewizji albo w Radiofonii
rozlegnie się telefon -
wnet podnosi się wrzask:
- Wszyscy na stanowiska - obywatel dzwoni!
- Zwykły obywatel! Dawca nagan i łask!
Więc sztab telefonistek
już na szklanym ekranie...
Już przyszedł Ktoś z Samej Góry
i eksperci na plac,
bo zwykły obywatel
ma maleńkie pytanie,
więc się zaraz odbędzie
Teleturniej dla władz.
Tak, proszę Państwa!
On dziś pierwszy na liście.
Minister się z nim liczy,
imponuje artyście
On! Zwykły obywatel...
Ja, go znam... Osobiście!...
To - ja.
Wreszcie się doczekałem:
za te same pieniądze
nie dosyć, że pracuję,
to jeszcze współrządzę!
I tutaj z mojej piersi
rozlega się lwi ryk:
co w takiej sytuacji pisać ma satyryk?!
Sam cenzor już mnie błaga,
zrujnowany i struty:
- Dajże pan co skreślić!
Choć dla dziecka na buty!
Ale ja mu spojrzenie posyłam złowieszcze -
nie, niczego sobie
dziś nie pobezczeszczę,
żadna kpina nie wpada do głowy...
Chyba tylko napis
na głowie umieszczę:
ZAMKNIĘTA Z POWODU ODNOWY.

Modliłem się o coś
długo,
żarliwie,
gorąco –
aż sam Bóg się odezwał
spośród chmur i gradobić:
– Proszę się pomodlić
znowu w przyszłym miesiącu,
zobaczymy, co się da zrobić...

Cieszą mnie moje radości,
Martwią mnie moje troski -
Jednym słowem, do siebie
Mam stosunek ojcowski...
Gdy mi nieodpowiednią
Wyda się jakaś dziewczyna -
Przestrzegam siebie przed nią,
Jak ojciec syna:
- Ojczyznę kochaj i pracę!
Na co ci teraz dziewucha?..
I nigdy na tym nie tracę,
Bo syn ojca nie słucha.

Postanowiłem dać anons taki do dziennika -
odpowiednio duży,
by uwagę skupiał:
CHCĘ ZOSTAĆ PORZĄDNYM
CZŁOWIEKIEM –
POSZUKUJĘ WSPÓLNIKA.
S a m się nie będę wygłupiał!

Przeżywszy życie bezbożnie –
jak trzeba,
Poszedł ateista po śmierci
do nieba!

Spotkała go święta Kunegunda:
– No, i jak pan teraz wyglunda?
On odparł jej na to: -
– O, Santa,
Ładnie to kpić z repatrianta?!

Przepraszam - żartowałem

1974 r.

Moje ćwierćwiecze

Swojskie stworzenie świata

Człowiek z metrażem

Mieszkam w "Domu Chłopa"

Monolog z czaszką

Ulica Dowcip

Moje ćwierćwiecze

Wyznanie podatkowe

Było jak co wieczór

Coca-cola

Ludzkość to ja

Ludzkość - to ja

Poproszę o rozbrojenie

Płaszcz

Sprawiedliwość

Arka przymierza

Jak się masz, okresie miniony

Domek jednorodzinny

Twarz nie na etapie

Żona i dzieci

Stopa w głowie

Moja krakowska boleść

Millennium przed lustrem

Przepis po polsku

Trudno - XX wiek

Komfort działa

Człowiek, który chciał mieć samochód

Depesze z życzeniami

Rok 2000

Taksówka lotnicza

Wiersz cybernetyczny

Rozterka radiowo-telewizyjna

Mój postęp techniczny

O przedłużaniu rozkoszy

Królowa jest naga

Pochwała strip-tease'u

Harem

Mój Dzień Kobiet

Huragan "Dziunia"

Wszystkowiedźmy

Babka na orbicie

Antymaxi

Ratujmy małżeństwo

Polak musi

Ratujmy małżeństwo

Wszystko o mężczyźnie

Ot - życie

Tylko dla dorosłych

Rozwód po polsku

Mój interes matrymonialny

Ofiara fachowości

Przepis na maseczkę kosmetyczną

Gdzie nas nie ma

Polak w Paryżu

Polacy wszędzie

Polak w Italii

Skandal międzynarodowy

Podróże kształcą

Poradnik językowy...

Turystyczne lato

Powoli, Panowie, powoli

Juwenalia staruszków

Wiersz przeciw naturze

Głupie spotkania

Odpocznę sobie

Jeszcze jeden traktat o piosence

Bokser

Wyrodny syn

Wyznania osobiste

Liryka filozoficzna

Pewna maleńka tęsknota

Proszę o lekki wymiar kary

Skąd się wziąłem?

Wróbelek

Pretensja do "Strasznego Dworu"

Wygryźli

Zwierzenia humorysty

Żale optymistyczne

Fraszka na bis

Modlitwa z odpowiedzią

Cieszą mnie moje radości

Szukam wspólnika

Kontrowersja pozagrobowa

Zapytanie z troską w głosie