W sposób podstępny i zdradziecki
nowy ku nam z Zachodu
nadciągnął kataklizm.
Oto groźny przełom
w kwestii damskiej kiecki:
musimy "mini" przerobić na "maxi".
Odwieczną polską troską
znów czoła się chmurzą,
jak by tutaj mało
przerobić na dużo?
Albowiem w myśl najnowszych mód
sięgać ma tył,
jak również przód,
do samej ziemi, skąd nasz ród!
Muszę stwierdzić rad nierad
że to moda paskudna.
Suknia - jak referat:
i długa, i nudna.
I nieestetyczne te wszystkie dłużyzny,
i jakieś takie ciężkie...
Zwłaszcza dla mężczyzny!
Już dziś co wrażliwsze
trapią się jednostki:
jak się kochać po uszy
w zasłoniętej po kostki?
Kobieta znów zagadką...
Na to się zanosi,
że nawet nie będzie widać,
jak się stopa podnosi.
Dlaczegoż mamy sprawiać
naszym córkom i żonom
suknie w swej długości
zbyt pełne przesady,
jakie nosił Kopernik?
Kanonik! Astronom!
On mógł sobie pozwolić:
On miał dwie posady.
A nas do ruiny doprowadzi pomału
ten maxizm - bez kapitału.
A już się mini przyjęło
w patriotycznej opinii:
już Poniatowski na pomniku
konno jeździł w mini.
Już nawet w partiach
rzecz się podobała -
zwłaszcza w tych dolnych partiach
ciała.
Ubierałeś dziewczynę
w króciutkie nylony -
i niedrogo,
i jeszcze starczyło dla żony!
Uniesiony gniewem
do kobiet więc krzyczę:
Czemuż odbieracie nam
wszystkie zdobycze?!
A gniew mój słuszny -
każdy mi to przyzna.
Więc mnie nawet, dziewczyno,
w maxi nie napastuj!
Ja od dzisiaj strajkuję.
Tak, jako mężczyzna!
I zobaczycie - ten zastój.
I nie dla osobistej
jakiejś satysfakcji,
ale z wyższych pobudek
jestem przeciw maxi:
zbyt wiele wielkich zadań
stoi dziś przed narodem,
by tracić czas na domysły,
co tam jest
pod spodem.

Modliłem się o coś
długo,
żarliwie,
gorąco –
aż sam Bóg się odezwał
spośród chmur i gradobić:
– Proszę się pomodlić
znowu w przyszłym miesiącu,
zobaczymy, co się da zrobić...

Jako że w sprawach błahych
języka nie strzępię,
Pragnąłbym coś powiedzieć
o technicznym postępie.
Postęp kolejnictwa -
Zwłaszcza mnie zachwyca
Na trasie Kraków - Krynica...
Podobno pradziadkowie
naszych zacnych rodzin
pożerali tę przestrzeń
w ciągu sześciu godzin...
Dziś - my wciąż tak samo.
Oto nasza dziedziczna
rewolucja naukowo-techniczna!
W krwi ją mamy po prostu.
Myśmy z mlekiem matki
wyssali tę pazerność
na techniczne zagadki.
Nas już nic nie zaskoczy -
nawet neon z dala:
AUTOSERVICE
SPECJALNOŚĆ "CHEVROLET - IMPALA"
CIASNA 8 W BRAMIE
PYTAĆ O KOWALA!

Już nasi wynalazcy
myślą o czymś takim
jak samochód pędzony
polskim jarzębiakiem!
Pomyślcie, co byśmy zyskali:
na skrzyżowaniach,
gdzie największy ruch,
zamiast trujących, groźnych spalin
z rur wydechowych - swojski chuch...
Zdrowy,
przyjemny,
towarzyski -
jakbyś całował lube pyski!
Słowem - tak się unowocześnia
wszystko w naszym kraju,
jak najstarsi ludzie
tylko pamiętają!
Ja sam z biegiem tych latek,
co mi lecą i lecą,
to się unowocześniam,
to starzeję co nieco,
aż stanę się kiedyś
ultranowoczesnym staruszkiem:
cały na tranzystorach,
z komputerem pod łóżkiem.
Już dziś
w sprawach miłości -
Kraju mój, się dowiedz -
nowoczesny jestem niczym odrzutowiec:
w sercu jedna jedyna
od ślubnej premiery,
a (wskazujqc na głowę) TU-1O4!
A gdy już kocham,
to mi furda, czy wygram, czy przegram...
Nowocześnie rzecz stawiam -
wysyłam telegram:
POKOCHAŁEM PANIĄ MIŁOŚCIĄ SZALONĄ -
MARIAN ZAŁUCKI Z ŻONĄ.

Wszyscy mnie pytają,
czemu twarz mam beksy
i czemu na oko już
ze mnie niedojda...
Kompleksy, proszę Państwa!
Tak, klasyczne kompleksy
prosto od pana Freuda.

Wciąż mnie onieśmielają
panie i dziewczęta.
Mnie nawet szafa - jak się śni,
to zamknięta!

Istotnie - młodość
mnie nie rozpieściła:
bez punktów za pochodzenie,
bez książęcych pałek,
na ten świat przyszedłem
sam o własnych siłach
w szary bezmięsny poniedziałek.

Wychowywany zgoła staroświecko,
jedno tylko słyszałem
ciągle jako dziecko:
-Rączki z daleka,
oczka z daleka,
myśli z daleka
od miejsca, gdzie się człowiek
różni od, człowieka!

Zawsze w niewiedzy...
Zawsze żyłem w ciemno.
Do późnej starości ukrywano przede mną,
ile Polakowi dać może radości
prawdziwa Polka
z krwi i przy kości!
Człowiek niewinny chodził
i bez mała
nie wierzył w pewne części ciała.

Ale teraz z tym koniec!
Ufniej w przyszłość się wlokę.
Jak wiem bowiem z gazet -
znaczy się ex scriptis -
z opóźnieniem zaledwie
o jedną epokę
będziemy mieli wreszcie w Polsce
s t r i p-t e a s e!

Niech pokolenie nasze młode
ma to, co od dawna
mają Wiednie i Rzymy.
Nie będzie Zachód
pluł nam więcej w brodę!
Sami to sobie zrobimy.

Będą miały swój strip-tease
i Mława, i Pruszków,
i Końskowola, i Pacanów...
Odrobi się zaniedbania -
uświadomi staruszków
i dojrzewających starszych panów.

Jak już brać z Zachodu -
to to, co najlepsze!

A strip-tease gospodarczo
wzmocni nas i wesprze:
turystyka podskoczy -
świat nam złoży wizytę,
żeby ujrzeć te skarby
ledwie co odkryte.

A gdy zniknie kurtyna,
która zasłaniała
najtajniejsze sekrety
kobiecego ciała -
nikt faktu już nie zdoła
ukryć ni zaciemnić,
że dziś w Polsce
przed Narodem
nie ma żadnych tajemnic!

Jeśli Pani pragnie,
by mąż kochał goręcej,
proszę zemleć ćwierć kilo
wątroby cielęcej,
posiekaną cebulką
przyprawić do woli,
dodać nieco pieprzu,
odrobinę soli –
po czym,
zmywszy uprzednio z twarzy makijaż,
przyrządzoną maseczkę
położyć na twarz.
Trzymać ją tak godzinkę,
aż cerę uzdrowi,
wreszcie zdjąć ją,
usmażyć
i podać mężowi.
Niezmiernie na urodzie
zyska pani osoba:
Polakowi, gdy syty,
wszystko się podoba!

Nie wiem, kto za tym stoi,
nie wiem, kto za to poleży,
lecz przyroda zły przykład
daje dziś młodzieży:
tak w dziedzinie handlu,
jak w dziedzinie transportu
trwa złośliwy stosunek
aury do resortu!
Nadto przypomnę zaspy
i cyniczną gołoledź
w uroczystym okresie 25-oleć...
No cóż...
Ja sumienie mam czyste!
Mnie nie dowiodą
żadnych osobistych
kontaktów z przyrodą.
Jestem przyzwoity i lojalny mieszczuch,
nie maczałem palców w suszy
ani w deszczu,
ani w śnieżycach,
ani w mrozie,
ani w innych nieszczęściach,
które są w prognozie.
Nic mnie nie obchodzą
kwiatki, drzewa, liście -
nawet pana Wicherka nie znam osobiście!
Na uroki natury nikt mnie nie nabierze,
a w urok wschodów słońca
najzwyczajniej nie wierzę.
Zwykła bujda!...
No, proszę, niech się ci odezwą,
co naprawdę widzieli wschód słońca...
Na trzeźwo!
'W turystykę żadną
także się nie bawię,
nie nęcą mnie tatrzańskie szczyty.
Szczyt urlopowy
spędzam w Warszawie
i urlop mam znakomity:
słucham sobie szumu gałęzi nad Wisłą...
Różnych gałęzi!
Przemysłu.
Podwarszawski lasek też ma urok wielki:
można zbierać poziomki,
można zbierać butelki...
A gdy zamknę łazienkę,
wiadro w kącie postawię -
to rozkosze Juraty mam na miejscu...
W Warszawie!
Niech inni z Kasprowego
zjeżdżają slalomem
i pchają się - Bóg wie po co -
pod turnie i granie!
Ja skręciłem nogę w Warszawie,
pod domem,
i wyszło mi taniej!
I bliżej mi, i taniej,
i wygodnie, że hej!...
A że tu na miejscu
ptaszków trochę mniej?..
Ptaszki!...
Co mi ptaszki, mewy, kormorany?
Sam jestem zalatany.
To - poleć do ogonka!
To - poleć, kup mydła!
Żonatemu szybko urastają skrzydła!
Czasem nawet do lustra
z niepokojem zerkam
i sam się sobie dziwię...
Że jeszcze nie ćwierkam.

Powodzi mi się niezgorzej,
pensja stosunkowo dość wielka...
Pal sześć!...
Takie zimno na dworze.
Wziąłem na utrzymanie wróbelka.
Co rano, gdy okno otwieram -
jeszcze w koszuli, bez szelek -
na parapecie już czeka
mój petent pokorny -
wróbelek.
Cóż... Dla mnie to bagatelka,
w budżecie zaledwie kropelka,
więc rzucam mu garstkę okruszyn
i cieszę się szczęściem wróbelka...
W krąg świat obojętny i zimny
i znieczulica, jak wiecie...
Doprawdy,
skąd ja z tym sercem
się wziąłem na takim świecie?
Czemuż mnie wzrusza tak mile
ta uczta szarego maleństwa?
Spoglądam do lustra:
ach: ileż
w tej twarzy jest Człowieczeństwa!...
Ta błogość, kiedy dla kogoś
sam sobie odejmę od ust...
Że dla małego wróbelka?
Wróbelek...
Ale ma spust!
To szczęście, że wierszyk mam z tego...
Robota nie była zbyt wielka,
a sobie przynajmniej odbiję
koszt utrzymania wróbelka.
Nawet obliczam już sobie
z cichą wewnętrzną podnietą,
że coś na wróbelku zarobię...
Jak dobrze jest być poetą!

Krótkie ostrzeżenie,
Proszę Pań,
na początek:
to wiersz nie dla dzieci
ani niewiniątek!
Gdy więc jest jakieś dziewczę
cnotliwe w tym tłumie,
to niech chociaż udaje,
że nic nie rozumie.
Otóż angielski pewien lord,
deputowany z miasta York,
pragnąc uzdrowić publiczne finanse
poprzez najbardziej prywatne romanse -
wystąpił z projektem
nowego podatku
od tzw. cielesnego aktu.
Bez ulg.
Bez zniżek.
Bez żadnej klauzuli -
na twardej zasadzie:
kto tuli - niech buli!
W Anglii ten podatek
nie przyjął się jeszcze -
deficyt mu grozi.
Przez klimat i dreszcze.
Sądzę wszak, proszę Państwa,
że dojrzały warunki
i sytuacja już do tego dorosła,
by przenieść ten projekt
na nasze stosunki!
(Z ulgami, rzecz jasna, dla rzemiosła.)
W finansach - wiadomo - drętwota.
Cały resort bez forsy się miota...
A niech coś i zakochane parki
zrobią dla dobra gospodarki!
Od finansowej niech chroni nas klęski
zacny patriotyzm
pozamałżeński!
Niech stanie się jasne
dla każdego mężczyzny,
co winien czynić dla dobra Ojczyzny,
a zobaczycie,
jak rozkwitnie wspaniale
Referat Erotyczny
w Finansowym Wydziale.
Wszak mamy p i ę c i o r a c z k i,
że skromnie napomknę,
więc coś jednak w tym kraju
robimy na piątkę!
Doprawdy, proszę Państwa,
ten projekt mnie urzekł...
I nie trzeba kontrolerów
pchać ludziom do łóżek.
Nikt nic nie zatai -
wierzę w to głęboko:
każdy sam się przyzna,
jaki z niego Nabokow.
Zapłaci.
Dumą będzie dla starego drania
to, że jeszcze w wieku
jest - pokwitowania.
Ja sam -
jako patriota oraz bawidamek -
deklaruję dodatkowe pieszczoty...
Na Zamek!

Satyra zamiera,
dowcip się wali,
coraz mniej głupstw
w państwowej skali -
tośmy się doigrali!
Z czegoż mam kpić, niech mi kto powie.
Śmiać się już nie można
nawet z ćwiczeń Yogi
dziś - gdy gremialnie stajemy na głowie,
żeby tę Polskę postawić na nogi...
Gdy w całym narodzie prężność olbrzymia
i rośnie skup żywca -
i okocimia!
Gdy zrozumienia nadeszła już pora,
że w i c h e r H i s t o r i i
to jest metafora
i nie zastąpi nam wentylatora.
Kiedy durniów się z posad
wygania, wyplenia -
no, chyba żeby byli
nie do zastąpienia...
Gdy telefon już dzwoni
w najdalszym zakątku:
rozmowa z przywołaniem...
Do porządku.
A kiedy w Telewizji albo w Radiofonii
rozlegnie się telefon -
wnet podnosi się wrzask:
- Wszyscy na stanowiska - obywatel dzwoni!
- Zwykły obywatel! Dawca nagan i łask!
Więc sztab telefonistek
już na szklanym ekranie...
Już przyszedł Ktoś z Samej Góry
i eksperci na plac,
bo zwykły obywatel
ma maleńkie pytanie,
więc się zaraz odbędzie
Teleturniej dla władz.
Tak, proszę Państwa!
On dziś pierwszy na liście.
Minister się z nim liczy,
imponuje artyście
On! Zwykły obywatel...
Ja, go znam... Osobiście!...
To - ja.
Wreszcie się doczekałem:
za te same pieniądze
nie dosyć, że pracuję,
to jeszcze współrządzę!
I tutaj z mojej piersi
rozlega się lwi ryk:
co w takiej sytuacji pisać ma satyryk?!
Sam cenzor już mnie błaga,
zrujnowany i struty:
- Dajże pan co skreślić!
Choć dla dziecka na buty!
Ale ja mu spojrzenie posyłam złowieszcze -
nie, niczego sobie
dziś nie pobezczeszczę,
żadna kpina nie wpada do głowy...
Chyba tylko napis
na głowie umieszczę:
ZAMKNIĘTA Z POWODU ODNOWY.

Cywilizacja – oto nasza zmora!
Przez nią dziś cała Ludzkość chora –
a jak co wytrawniejsi
twierdzą hydraulicy,
dziś nawet kran jak cieknie –
to na tle nerwicy.

Byłem u lekarza...
Bardzo zdolny. Młody.
Przepisał mi leczenie
według świetnej metody:
dużo zarabiać – mało pracować
i absolutnie się nie denerwować!

Szczególnie mi ostro
pan doktor zabrania
umierać za Ojczyznę...
ze zdenerwowania.

Widzicie – tak to w życiu:
wpierw fantazja ułańska,
różne groźne nałogi
i niesforne żądze –
a potem się człowiek leczy...
Na koszt Państwa.
Chociaż zachorował
za własne pieniądze.

I to jest właśnie jedna
z naszych wielkich zdobyczy,
że za to, co już cierpisz,
nikt ci grosza nie liczy.
Złotóweczka na tramwaj,
złotóweczka na szatnię –
i czego ci już nie wolno,
to ci mówią
bezpłatnie!

A na co mógł sobie człowiek
pozwolić za sanacji?
Na nic... Na nędzną grypkę –
i to bez komplikacji.

Dziś zaś na najlepszą
już go stać chorobę:
za bezdurno ci zrobią
morfologię i OB,
za darmo ci prześwietlą
klatkę i wątrobę,
opukają, zbadają,
przepiszą ci leki
i masz b i e g i p o z d r o w i e:
z apteki do apteki.

Słowem poziom lecznictwa
byłby u nas wspaniały,
gdyby t y l k o leczyli,
zamiast prawić morały:
a to "Nie pij!"
a to "Nie pal!"
a to "Dobrze się prowadź!"

A najgorsze, że nie wolno
mnie się denerwować!
Mnie nie ma prawa cisnąć obuwie,
mnie wszystko powinno
cieszyć i smakować...

I proszę śmiać się z tego,
co tu mówię,
bo mnie się nie wolno denerwować!

Ze wzruszeniem myślę sobie tak czasami,
jak miło nam się współistnieje
z kapitalistami!...
My się o nich martwimy –
oni o nas się gryzą,
słowem szczęście wzajemne
dziś wspólną dewizą –
egoizmem już nikt się nie plami...

Kiedy u nas coś nie gra,
to przez długie tygodnie
zalewają się łzami
różne radia zachodnie –
a ja też,
zamiast płakać iść na Trędowatą,
siedzę i zagryzam się krajami NATO.

Bo czy wezmę gazetkę,
czy posłucham dziennika –
to aż szloch mnie ogarnia
(albo rozpacz niema),
z jakimi nieszczęściami
cały świat się boryka
i jak bardzo niedobrze
zwłaszcza tam, gdzie nas nie ma.

Człowiek nie jest z kamienia,
więc się gryzie i wzrusza,
gdy powodzie we Włoszech
lub we Francji gdy susza,
gdy w Stanach huragany,
czy tajfuny w Japonii,
od których – nie wiem, czemu –
ale n a s Pan Bóg chroni.

U nas nie ma tajfunów!
Nigdzie – w żadnym zakątku.
Nie! Pod względem tajfunów –
to jest wszystko w porządku.
A gdyby nawet przeszedł
jakiś lżejszy huragan –
toby nikt się nie spostrzegł,
bo i tak jest bałagan.

A jeżeli bałagan –
nie ma strachu i kwita,
najwyżej pan redaktor
w telewizji zapyta:
"Czy ktoś z Państwa nie widział –
może gdzieś na podwórku –
pociągu z aparaturą
zakupioną w Hamburgu,
bo się gdzieś zapodział
naszej dzielnej kolei..."

Oto – czego brak Zachodowi:
takich teleturniei!
No bo kto tam ma szukać,
kto znajdzie i pozbira
te ich dusze, które gubi
pornografia i szmira,
narkomania, przestępczość,
czy też inna bieda?...
A najgorsza ta afera Lockheeda!

Nie do pomyślenia
U n a s skandal w tym typie.
U nas inna moralność
I etyczna zasada:
Jak się dało łapówę –
To się potem nie sypie,
Bo samemu także się wpada!

Nam i inne z ich nieszczęść
trudno pojąć w istocie,
bo i my pracujemy,
i kuzynki, i ciocie..
Nieróbstwo – proszę bardzo...
Ale nie – bezrobocie!

A tam jest!...
I inflacja i stagnacja i wyzysk...
recesja i regresja i kryzys!
Nadto mnóstwo ponurych
prognoz i analiz –
niby nie milknący nigdy dzwon na trwogę –
i do tego wszystkiego
jeszcze kapitalizm!...
Nie... ja już nie mogę!

Całe szczęście, że mamy
trochę własnych kłopotów,
bo człowiek się przez ten Zachód
na śmierć zagryźć gotów.

Od zarania dziejów – twardo, choć pomału
Ludzkość do swojego zdąża ideału –
lecz ten świat idealny
ciągle nie jest gotów,
bo każde pokolenie
s w o i c h ma idiotów!

Jak jasno z powyższego
wynika stwierdzenia,
jest jednak coś, co łączy
wszystkie pokolenia.

A w ogóle –
to za sprawą anioła czy diabła –
cała walka pokoleń tak jakby osłabła...
Owszem zdarza się jeszcze czasem,
że do łóżka
panienka nie chce wpuścić
biednego staruszka...
Ale tu już trudno dziwić się dziewczynie,
jak staruszek jest biedny,
to sam sobie winien!

Generalnie jednakże taka dzisiaj era,
że różnice pokoleń łatwo się zaciera:
kupujemy młodzieżowy dżinsowy garnitur
i gaudeamus igitur –
aż do emerytur!

Trzeba uwierzyć w siebie!
Tylko żyjąc wiarą
można trzymać się młodo –
i puszczać się staro.

I nie słuchać lekarzy, ani mądrych osób!
Rozpusta pewnie szkodzi...
Ale w jak miły sposób!
Doprawdy wprost się sama
łza do oka ciśnie,
kiedy każą nam bronić się
przed kobietami.
Te piersi – jak jabłka!
Te usta jak – wiśnie!
I nie wolno: za dużo witamin...

I co wtedy?... Dwa wyjścia:
Albo – raz śmierć kozie...!
Albo czekać
- i cała nadzieja w sklerozie...
Słowem musisz dożyć tej radosnej chwili,
gdy całkiem już zapomnisz,
czego ci zabronili.

Kiedyś człowiek – w młodości
głupi fach sobie obrał.
Przylepili etykietkę "Satyryk"
– i dobra!
Teraz już wszyscy myślą,
że zjadliwą kpiną
są te słowa zachwytu,
co wprost z serca mi płyną...
I gdym zaczął raz chwalić –
tak się śmiała tłuszcza,
że mi już komplementów
cenzura nie puszcza.

Inni to bez przeszkód
schlebiają i kadzą,
a mnie się nie pozwala
na czułości z władzą,
choć przecież to nikomu
chyba nie uwłacza,
że na przykład go kocham...
Tak!... Pewnego działacza.
Nie – którego, nie powiem,
Bo przy moim pękli ze śmiechu.

Satyryk to ma być taki
dziwny entuzjasta,
z którego śmiać dlatego
żeście się powinni,
że prywatnie on kocha,
a publicznie on chlasta.
Odwrotnie niż wszyscy inni.

Toteż w rozkwit satyry
zanadto nie wierzmy!
Rzecz to zbyt karkołomna –
bo, proszę, załóżmy,
że tekst być powinien
oczywiście śmieszny,
a równocześnie zasadniczo słuszny.

Nie wiem,
jak się na to zapatruje władza,
ale słuszny i śmieszny?...
Coś tu się nie zgadza.

Stąd gdy idzie o program tzw. wesoły,
to dziś, proszę Państwa,
dwie istnieją szkoły:
ta pierwsza utrzymuje
że trzeba dowcipnie –
ta druga, że nie trzeba –
i tez się przywyknie!

I tu musimy przyznać,
że przy dobrych chęciach
autorów Telewizji, Estrad i Pagartu
już coraz to wspanialsze
mamy osiągnięcia
w rozśmieszaniu Polaków
bez użycia żartu!

Stad oszczędność talentu
i oszczędność surowca,
i wilk syty na widowni,
i bezpieczna owca –
czyli zdrowiej i taniej –
słowem każdy korzysta!...

Niestety –
i wśród widzów trafia się sadysta!...
Takiego to tak korci
ta ciekawość zdrożna,
że z całą rodzina czasem się przytaska,
żeby na mnie tu sprawdzać,
z kogo śmiać się już można...

A na sobie – na sobie nie łaska?!

Przepraszam, że ja z laską...
Każdy szanse ma lepsze,
kiedy się w życiu
kimś lub czymś podeprze.
Od początku świata
trwa zresztą ta era,
że złudne bez podparcia
są wszelkie nadzieje...
Primo: żadna kariera –
kiedy nikt nie popiera.
Secundo: co na świecie
dzisiaj nie kuleje?...

Gdyby tak przyrównać
ten nasz świat do stonogi
- że porównanie będę snuł ponure –
to kulałaby co najmniej
na 63 nogi.
Nie cieszcie się!
Nie powiem – które.
Dość, że do dobrobytu
ciągle trudna droga –
I jeszcze do tego ta noga!
Kontuzja!... Z "Mundialu".
Nie moja to wina.
Okulała na meczu Polska – Argentyna.
Pusta bramka – 3 metry –
sytuacja wspaniała!
Kopnąłem. W telewizor.

Także już nie działa.
Ale bomba była piękna!
Prosto w samo okienko.
Tylko odtąd tę laskę
muszę mieć pod ręką...
Nie... Noga nawet nieźle
chodzi przez aleje...
Tylko przed publicznością
na scenie – drętwieje.
Nie ona tu mówi – nie ona tu gra,
więc zamiast spokój mieć błogi,
ta noga ma większą
tu tremę niż ja...
Albo dziwny przypadek
w psychopatologii –
albo to ona pisze
moje monologi!

Zresztą co tam!
Dziś w czasach terrorystek i porno
mężczyzna musi nosić
jakąś broń odporną.
Wprawdzie na mnie nie lecą
panie ni dziewczęta –
kulawego to żadna nawet nie pogłaska!
Chyba żeby była przypadkiem...
stuknięta...
No – i będzie!
Właśnie po to ta laska!

W interesach zawsze
jakieś głupstwo palnę!
Nie, w tej dziedzinie
to ze mnie nie orzeł!
Próbowałem raz...
Miałem Biuro Matrymonialne.
Omalżem własnej żony nie dołożył...
Nie, nie powiem kiedy.
Nie podam adresu –
ale fakt,
że nie mam szczęścia do biznesu.

Więc dziś, gdy wszystko jest wspólne,
czyli częściowo moje,
i ta fabryka, co dymi,
i ten kombajn, co orze,
to szalenie się cieszę,
ale troszkę się boję,
ile przy moim szczęściu
ja tu znowu dołożę?...

Owszem – wiem i doceniam
i niezmiernie się szczycę,
że m ó j jest Port Północny
i Huta Katowice,
że moje są Pewexy i z Pewexów towary
także mogą być moje
(Jak mam swoje dolary),
że mój węgiel i ruda,
i ta stal, która w hucie...
Niestety...
Coś psuje mi samopoczucie:

moje bowiem są setki
innych fabryk w tym kraju
i tysiące tych bubli,
jakie w nich wyrabiają,
których nikt już nie sprzeda,
a tym bardziej nie kupi.
Czy ja muszę do tego wciąż
dokładać jak głupi?

Bo dyrektor jest kretyn,
zamiast żeby był spec,
a fabryka jest m o j a...
Czy ja mogę się zrzec?...

Gdy rdzewieją maszyny
gdzieś w kałużach bezkresu,
czybym mógł się wycofać z tego interesu?

Gdy sto telewizorów
w sklepie aż do sufitu
lecz co drugi nieczynny,
a co trzeci do kitu –
czy ja mógłbym odstąpić,
choć za marne pół litra,
cały m ó j roczny dochód
z przedsiębiorstwa "Unitra"?
Mój, a zwłaszcza córeczki...
Jeszcze taka malutka –
a już współwłaścicielka...
I nic nie wie o skutkach.

Czy mnie musi dotyczyć osobiście batalia,
że z garnków odpryskuje
ta kanalia emalia,
zanim jeszcze ktoś kupi i postawi na piec?
Czy ja mam to odsiedzieć?
Czy ja mogę się zrzec?

Zrezygnować z tych fabryk
I z tych bubli... Formalnie!
Sobie zostawię tylko
huty, stocznie, kopalnie...
Tam naprawdę solidnie zasuwają Rodacy –
chociaż wciąż z Telewizji
ktoś przeszkadza im w pracy.

Czasem marzę:
– Ach, jakby to było cudownie
być aż takim artystą,
co porywa widownię!...
Ale całą – i dosłownie.
Zamyka –
potem wpada z rewolwerem i z hukiem:
"Oddać szmal, biżuterię
i kartki na cukier!"

No bo jak się satyryk
bogactw ma doczekać,
gdy tak fajno, że już na nic
nie można narzekać?...
Co mi może przynieść fraszka czy aforyzm?
Chyba się przerzucę jednak...
Na terroryzm!

Od dawna już staję na scenie
z tą myślą – jeszcze mglistą:
– Kogo z Państwa bym porwał,
gdybym był terrorystą?
Może to niezbyt grzeczne, może nierozsądne,
ale Państwo pozwolą,
że się jednak rozglądnę.

Już wiem, ile mi trzeba,
już wiem nawet, na co –
tylko wciąż jeszcze nie wiem,
co za kogo dziś płacą...
Jak dotąd –
doświadczeń brak z Ludową Władzą!

Za Pana Dyrektora też nie wiem, co dadzą!
A jak mi odpowiedzą:
"Trzymaj pan go sobie!"
to co ja z Panem zrobię?...
Jeszcze karmić bym musiał i stawać co rano
w kolejce w 'Delikatesach"
po kiszkę kaszaną... Eee!...

Panie też w grę nie wchodzą...
Samemu mi żal,
ale tu nie o przyjemność idzie,
lecz o forsę –
o szmal!
Chyba że porwę żonę bogatemu komu
i – "Dawaj pan pół miliona,
bo ją puszczę do domu!"

Lecz gdzie znaleźć takiego?...
Osobiście nie sądzę,
żeby ktoś, kto ma żonę,
mógł mieć jeszcze pieniądze.

A może teraz widząc, że to już nie żart,
każdy z Państwa oceni
s a m, ile jest wart
i kto a ż tyle zapłaci...

Proszę Panów i Dam!
Każdy z Was ma wydatki – i ja także mam.
Załatwmy to porwanie w zgodzie jak przyjaciele,
jak mi za Was coś dadzą –
to się z Wami podzielę.
Sprawiedliwie:
fifty-fifty, czyli po połam!
Tuż przy wyjściu z teatru – koło takiej sterty
będę z rewolwerem czekał na oferty...
Do zobaczenia!

Dotychczas mnie w domu nie zauważano.
Na nic przymioty ducha
i fizyczna kultura...
Głośne westchnienie ulgi
żegnało mnie rano,
gdy wychodziłem do biura.

Na próżno zapraszałem własną żonę na melbę
i – by uczuć wzajemnych
podsycić harmonię –
dzieła Imielińskiego oraz van de Velde –
przerabiałem z nią strona po stronie.
I na nic tez przed każdą
małżeńską ekstazą
żarłem dania szczególnie bogate w żelazo...

Na nic... Bośmy głupi!
Czy starzy, czy młodzi –
nam się wciąż wydaje,
że jej o t o chodzi!
Bzdura!...
I, proszę, wybacz mi, jurny młodzieńcze,
jeśli twą samczą dumę
dziś nieco rozcieńczę.
Wiedz, że ona słuchając
twych miłosnych przyrzeczeń –
o jednym tylko myśli
w przedślubnej zadumie:
"Czy on bodaj potrafi upiec zwykłą pieczeń?"
Bo sama i tego nie umie.

A swą sztuką kochania
nie chełp się i nie piej!
Każdy królik to umie.
Może nawet i lepiej...
I jedno, co mężczyznę
dziś różni od zwierzęcia –
to właśnie te kuchenne
i domowe zajęcia.

Oto mój wniosek z życia
i doświadczeń pokłosie:
Męża można mieć w nosie –
ale nigdy gosposię!

Dziś to wiem – i miłą siłą
jest dziś Wielkie Pranie!
Żona mnie wprost uwielbia
za biegłość w tej sztuce.
Musi!
Bo inaczej dobrze wie, co się stanie:
namoczę prześcieradła,
wyjdę – i nie wrócę.

Mokry łach jej zostanie,
mokre łzy – i westchnienia:
– Jak mogłeś mnie porzucić
tak – bez wypowiedzenia?!

Wszyscy mają charakter...
Wszyscy!... Każdy bakter-
iolog, czy socjolog,
też ma jakiś charakter.
Nawet mój znajomy –
znany żurnalista –
ma charakter... Przepiękny.
Tylko nie korzysta.
A ja ciągle w depresji,
ciągle w strugach łez.
Inni mają charakter,
tylko ja chodzę bez...

Nie patrzyłbym dziś na was
spod spuszczonych powiek –
całkiem inny, proszę państwa,
byłby ze mnie człowiek,
gdybym ja miał charakter!

Nie skusiłby mnie alkohol,
nie skusiłby papieros,
ani ten głupi szczeniak
z łukiem, czyli Eros.
Nie trwoniłbym swych uczuć
na przeróżne panie,
lecz dla jednej do znudzenia
żywił pożądanie –
gdybym ja miał charakter.

Nie unikałbym żartów
karkołomnych nader,
tłumacząc, żem satyryk tylko –
nie kaskader,
lecz tak bym się wszystkiemu
przedrzeźniał, przekrzywiał,
że sam cenzor by się uśmiał,
zanimby osiwiał –
gdybym ja miał charakter.

Usłuchałbym życzliwych
perswazji i namów
i zrzucił wreszcie z brzucha
parę kilogramów,
bo nie żarłbym bułeczek,
ciasteczek, konfitur –
gdybym ja miał charakter...
Zamiast apetytu.

Jako rodzimej Sztuki
herold i obrońca
na każdym polskim filmie
siedziałbym aż do końca –
gdybym ja miał charakter!

Z kilograma bym kawy
wypił czarny napar
i tak zawziął się w sobie,
tak w sobie się zaparł,
tak wgryzłbym się w te wiersze,
które piszą dziś młodzi,
że bym skonał, ale pojął,
o co wreszcie tam chodzi –
gdybym ja miał charakter.

A jakby mnie chuligan
jakiś nocą rozeźlił –
to tak bym mu przyłożył,
że wnet by mnie odwieźli
karetką do szpitala
porżniętego w kratkę...
Pewnie czegoś bym nie miał,
ale miałbym charakter!

A tak – co?...
Chyba uciec
gdzieś do Kenii czy Peru
ze wstydu przed Ojczyzną,
że mi brak charakteru.
Bo jak tu się nie wstydzić?
Sami przecież widzicie,
jak mógłbym znakomicie
spaprać sobie to życie –
gdybym ja miał charakter.

"Myślę, więc jestem"
tak filozof się wyrażał.
A ja myślę, że jestem,
bo tatuś nie uważał.
Tak chyba najkrócej dziś określić da się
me dzieciństwo... świadome.
Ale poniewczasie.

Bo świadome dzieciństwo
nie jest rzeczą tak prostą,
jak takież macierzyństwo,
czy świadome ojcostwo.
Dziecko – nawet genialne –
kiedy jest już w drodze,
nie może dla pewności
wyglądnąć przez szparkę
i rzec:
– Nie, w tych warunkach to ja się nie rodzę!
Już widzę tę gospodarkę.

Nie może dziecięcia decydować gust,
ani nawet tzw. obiektywne powody,
a więc: przede wszystkim, jaki mama ma biust,
a tatuś poglądy i dochody...
Czy mu te narodziny miłe, czy niemiłe –
I tak je urodzą na siłę!

Biedny dzieciak! Wie tylko,
że został stworzony
w sposób dla dzieci wręcz niedozwolony –
ale nader przyjemny!
I z tej też przyczyny
przeludnione są Indie i Chiny.
I zagraża nam wkrótce ścisk na reszcie globu –
przez tę miłą technologię. Wyrobu!

Gdybyś dziecko kilofem wyrąbywać musiał,
jak ten górnik w kopalni na swym posterunku –
rzadziej by się kandydat trafiał na tatusia
i podtrzymywacza gatunku...

A tak?... Gatunek ludzki przetrwa –
lecz proszę światłych osób,
co to może być za gatunek
wykonany w ten sposób?

Ja sam, gdy stanę przed lustrem,
cały drżę z przejęcia,
przeżywając chyba najdziwaczniejsze z przeżyć:
– Ta gęba była kiedyś buzią niemowlęcia?!
Nie, w to się nie da uwierzyć!

A była!... I nie ma żadnego powodu
ukrywać, że będąc malutki –
też byłem tak zwaną przyszłością Narodu...

Przepraszam dziś Naród za skutki.

Byłem w Stanach... Nie tak dawno.
I wierzcie mi na słowo –
już podróż do Ameryki
miałem dość nerwową.
Porwali mnie. Porywacze!
Przebieg spraw był krótki:
zażądali miliona.
Za mnie! Od Wojewódki.
Odpowiedziałem im na to
głosem twardym jak preszpan:
"Dwadzieścia pięć pięćdziesiąt".
Powiedzieli: "Bierz pan!"

Więc wykupił mnie i zabrał –
i sądzę, że miał rację,
bo ja jestem bardzo dobry
na inflację.
Nie piję,
nie lubię tych mielonych kotletów
i bardzo mało palę
na sto kilometrów.

W dodatku ze sceny
też udało mi się
pocieszyć Amerykanów
w tym ich strasznym kryzysie,
tak im bowiem rzekłem
już we wstępnym utworze:
– Bracia!

Wieść radosną wam z Polski przywożę.
Otóż rzecz dziwna, drodzy moi:
Mimo ideologii różnych i ustroi
jeszcze tylko u nas
dolar dobrze stoi!

Nieraz to nawet myślę:
czy z nadmiaru liryzmu
my czasem nie dopłacamy do kapitalizmu?
Dlaczego? Tego nie powiem,
żebym się nie zbłaźnił...

Może przez wzgląd na Kościuszkę?
Może z tej świeżej przyjaźni?
Ponoć tak się już kochają
ten Zachód i Wschód,
że po prostu idylla, sielanka i miód...
Ograniczenie zbrojeń
– świat staje się rajem:
coraz mniej szykujemy
bomb na siebie wzajem...
No, nie! Żeby całkiem nic.
Mimo całej sztamy
kochamy się za krótko
– za długo się znamy!

Lecz wciąż wierzę,
że będzie całkiem ideolo,
odkąd zamiast się kręcić
po orbicie solo,
połączyły się kiedyś
Sojuz i Apollo!
Bo gdy ten kosmiczny odbywał się ślub,
i metry się dopasowały do cali i stóp –
mówić do siebie zaczęli
na tym wspólnym wózku
Rosjanie po angielsku,
Amerykanie po rusku,
ci – że wiozą whisky,
tamci – że zakusku...

Doprawdy, gdy to wszystko
sobie uzmysłowię,
wtedy radosne przechodzi mnie mrowie
i wiem, że już we mnie
taka dusza od dziecka
amerykańsko-radziecka!

A co z żelazną kurtyną?
Nie wiem...
Podobno pewien rodak z Kielc,
będąc tam na wycieczce,
sprzedał ją na szmelc.
Komuś z Kuwejtu czy komuś z Nairobi...
Polak za granicą
zawsze na czymś zarobi!

Szanowni Panowie!...
Nie po to medycyna
przedłużyła nam życie,
żebyśmy tylko młodym
zazdrościli skrycie,
lecz – jak zalecają nam seksuolodzy –
s a m i swych dzikich zmysłów
nie trzymali na wodzy.
I czy chcemy, czy nie chcemy,
czy nas stać, czy nas nie stać –
właściwie aż do końca
nam nie wolno zaprzestać!

Bo człowiek w całym życiu
pełnym zmagań i burz
dwa rodzaje radości
ma w swoim rejestrze:
najpierw, że taki młody – aż już...
Potem, że taki stary – a jeszcze!

Nie, ja nie świntuszę...
Powtarzam jedynie
tak zwane poważne naukowe opinie.
Uczonych... Amerykańskich!
Tak, to stamtąd ta seksfala,
na którą nam w komunizmie
Kościół nie pozwala.

Więc przed snem co wieczór
czytam książkę w łóżku.
Naukową – jak na światłego
przystało człowieka...
pod tytułem "Życie seksualne staruszków".
Niech wiem, co mnie czeka!

Lektura – owszem miła...
Budzi w sercu nadzieję:
Już ja wam, psiakrew, pokażę –
niech tylko się zestarzeję!

I rysuneczki wymyślne...
Aż wstyd – całkiem nago.
Pięćdziesiąt pięć pozycji:
na reumatyzm, na lumbago...
I dokładne opisy miłosnych ceregieli
dla tych ze słabszą pamięcią.
Żeby nie zapomnieli!

Dawniej to choć to co gorsze
pisano po łacinie
w takim seksualno-naukowym utworze
i tylko ten wykształcony
wyrastał na świnię.
Dzisiaj już każdy może.

Do czego to dojdzie – nie wiem,
ale wyznam szczerze
chyba w to nie uwierzę,
jak napiszą w "Kurierze",
że bandy rozwydrzonych staruszków
gwałcą w pegieerze.

Jest taka legenda –
może nieco dowolna,
że Amerykę odkrył najpierw Polak...
Jan z Kolna.

Pierwszy wylądował,
pierwszy wysiadł z okrętu –
tylko go tam cokolwiek
zbyt serdecznie przyjęto:
tak długo go raczono
indiańskim zwyczajem
sandwiczami na wacie
oraz apple-pajem,
że ze względów kulinarnych
szybko się wycofał
i zwalił całą winę na Kolumba...
Krzysztofa.

Dzisiaj się Hiszpania
tym Kolumbem szczyci...
A Amerykanie spać spokojnie mogą,
bo przynajmniej są pewni,
że zostali odkryci –
i nawet wiadomo przez kogo.

Gorzej z tą częścią świata,
gdzie moja Ojczyzna:
do odkrycia Europy
nikt się jakoś nie przyznał...

Nie wiem, czemu...
Wszak nikomu już nie udowodnią,
którą on pragnął odkryć –
wschodnią czy zachodnią.

I nie ma dla nas Kolumba!
Nie ma na żadnej liście.
Ciekawostka historyczna –
i skromnie dorzucę,
że to ja ją odkryłem.
Tak, ja sam – osobiście.
Bo dzisiaj się już każdy
może wybić w nauce!

Nawet ćwok, który wiedzy
nie liznął i nie liźnie,
może się przysłużyć
światu i Ojczyźnie...

Nie tylko geologowi
wszak czasem tak się uda,
że zbudzi się nad ranem
i odkrywa:
– Jest r u d a!

Nie wiem, dlaczego karierowiczów
potępia się u nas
głośno i powszechnie...
Ja nie potępiam!
Kto wie – może do mnie
także się kiedyś los uśmiechnie?...

Chociaż – nie, szkoda marzyć.
Taki los mój – i kropka.
Nawet nie wiem, co winne:
czy umysł, czy ciało...
Już w dzieciństwie nie chcieli
mnie dopuścić do żłobka –
i tak to mi już zostało!

Honorowi krwiodawcy
za krew nic nie biorą.
Honorowych krwiodawców
jest w Polsce dość sporo.

A spytajcie się, proszę,
ojca albo stryjca,
czy istnieje choć jeden
honorowy krwiopijca...

Postawił indyka I schab na gorąco,
Postawił sardynki i skumbrie w tomacie...
Postawił wódeczkę i piwo, i w końcu
Postawił pytanie: "Kto płaci?"

Dziewczyna –
to jedyna
obecnego lata
możliwa do zdobycia
część zamienna do Fiata.

O własną zasobność zabiegam
i tym altruizmem się szczycę.
Dla dobra przyszłych pokoleń
najważniejsi zamożni rodzice.