Bardzo to lubię - bardzo się cieszę,
Kiedy dostaję świąteczne depesze.
Takie depesze otwieram tkliwie,
A otworzywszy - tkliwie się dziwię...
Bo niby skądże i w sposób jaki
Poczta tę pewność zdobywa i ma.
Że MARIAN ZALCUKI
I MARCIN ZACLUKI,
I MRRRRAIN ZUCLAKI -
To ja?
Podziw widnieje na mym obliczu...
A kiedy czytam, czego mi życzą -
Uśmiech zakwita jak kwiat!
Pierwszy mi życzy: WSZY SKTEIGO DBRRREGO!
Drugi mi życzy: WZSYSTKIEOG MALPSZEGO!
A trzeci: WSZOLYCH SWIAT...
Jestem wzruszony - uśmiecham się błogo...
- Od kogóż te miłe czułości?
Od kogo?!
Czytam z kolei więc wszystkie podpisy:
Pierwszy - COICIA.
(Wiem: Ciocia z Nysy!)
Drugi - AUTOXI.
(Wiem: Antoś z Gniezna!)
Trzeci - BRXTXRRBMMMBXXXXU? ...
Ciekawe - nie znam.
Więc nieznajome-ż nawet persony
Uprzejme słowa z oddali mi ślą!...
Jestem doprawdy do głębi wzruszony
I radość - i duma rozpiera pierś mą!
Takie uczucia zawdzięcza się poczcie,
Dlatego jestem z serca jej rad
I - proszę - nigdy na pocztę nie psioczcie!
Lepiej jej życzcie: WSZOLYCH SWIAT!

Mnie czekać kazano.
Spojrzałem nieśmiało.
Prócz mnie już sto innych
Tu osób czekało...
A każda z nich w ręku
Dzierżyła numerek,
Na każdym numerku
Cyferek był szereg.
Im wyższy numerek,
Tym więcej cyferek,
A mój był niestety
Najwyższy numerek!
Nie było gdzie usiąść,
Stanąłem w przeciągu.
I stałem cierpliwie
Iks godzin okrągło,
Tłumacząc przeróżnym
Ciekawym osobom,
Że ja tu - przepraszam -
Z wątrobą!...
Z wątrobą...
Z śledzioną.
Z nerkami.
Z ischiasem.
Z żołądkiem.
l z sercem...
(Bo pika mi czasem.)
Z gardziołkiem.
(Bo boli.)
Z kolanem.
(Bo strzyka.)
Z migreną.
(Dokucza.)
Z przewodem.
(Zatyka.)
Mówiłem. Czas mijał...
Mówiłem. Czas leciał...
(Dziewiąta... Dwunasta...
Już druga! Już trzecia!)
Wtem przerwał mi moje
Bolesne wywody
Siedzący pod oknem
Pan jakiś niemłody,
Z siwizną na skroniach
Widoczną z daleka.
Dłoń podniósł do góry
I krzyknął:
- Wystarczy!
Nim swojej kolejki
Pan się tu doczeka,
Do chorób tych dojdzie
I uwiąd też s t a r c z y!
Zdziwiony rzuciłem
Więc wzrok na mężczyznę...
Ów palcem na skroniach
Swych wskazał siwiznę
I dodał żałośnie:
- Bo rzec panu muszę,
Że ja tu wciąż czekam
Z dziecięcym kokluszem!

Imieniny u Mani. We czwartek.
W czym ja pójdę? Garnitur wytarty.
Trzeba kupić. Kupuję. W konfekcji.
Bardzo ładny. Bez żadnych obiekcji.
Czysta wełna. Tip - top gatuneczek.
Granatowy. W cieniutki paseczek.
Chciałem jasny... Więc byłem w Pedecie,
W Peesesie i - słowem - gdzie chcecie...
Lecz się dziwnie niestety złożyło:
Były takie. A innych nie było!
*
Wizytówka: "Tu Mania!" Więc dzwonię.
Otworzyła. Pcham kwiatki jej w dłonie.
Wita gwar mnie. I aplauz. Najszczerszy!
Panie są już. A z panów - ja pierwszy.
Patrzą - chwalą garnitur nowiutki:
Granatowy. W paseczek. Cieniutki.
Nagle dzwonek. Przychodzi Franeczek.
Granatowy. W cieniutki paseczek!
Potem znów - bombonierka - Romeczek!
Granatowy. W cieniutki paseczek.
A za chwilę - z kryształem - Broneczek!
Granatowy. W cieniutki paseczek!
A na koniec Władeczek, mąż Ludki...
Granatowy! W paseczek! Cieniutki!!!
Panie bledną i mdleją powoli...
Mania w krzyk, że na mecz nie pozwoli!
Wyjaśniamy: Na honor! Na słowo!
Nie jesteśmy drużyną ligową.
Tylko każdy ma nowy garnitur!
Gaudeamus - tentego - igitur!
*
Coraz milej nam z każdą jest chwilą,
Tylko panie co chwila się mylą...
Więc na przykład żoneczka Franeczka
Szepce w uszko mi czułe słóweczka,
Bo mnie bierze... za pana Romeczka!
A p. Ludka, Władeczka małżonka,
Tańczy walca we Frania ramionach,
I choć Frania wciąż bierze za Bronka -
Szepce jemu: "Mój słodki Romeczek,
Granatowy w cieniutki paseczek!..."
To bez skutków - rzecz jasna - nie mija,
Awantura wybucha. I chryja!
Bijatyka! W obronie honoru!
Lecą strzępki! Jednego koloru!
Granatowe w cieniutki paseczek.
Czysta wełna - tip-top gatuneczek!
*
Wiersz ten w celu przestrogi i lekcji
Poświęciłem wytwórniom konfekcji.
1950 r.

Niektórym wytwórniom zabawek
mechanicznych automatycznie
poświęcam...
Wstąpiłem do sklepu. I mówię w tym sklepie,
Że serce ojcowskie się we mnie telepie -
Że tyle jest we mnie tkliwego uczucia,
Iż muszę natychmiast coś kupić dla Gucia!
Pojęła me słowa panienka przy ladzie
I misiów piętnaście na ladzie już kładzie...
- To takie, co skaczą! - panienka zachęca
I misia za misiem nakrętką nakręca.
Panienka nakręca - ja stoję i patrzę:
Zabawka ma skakać -
Zabawka nie skacze!
- To może by autko? - spytała i prędko
Pięć aut po kolei nakręca nakrętką.
Panienka nakręca - spoglądam więc z boku:
Zabawka ma jechać -
Zabawka ni kroku!
To może by lalkę? - spytała przemyślnie. -
Laleczkę, co płacze, gdy ją się pociśnie...
Panienka pociska - ja słucham, ja patrzę:
Zabawka ma płakać -
Zabawka nie płacze!
Nie płacze...
- To dziwne!
- Błąd jakiś azali?
Spojrzeliśmy na się zdumieni i chmurni,
Bo my byśmy przecież bez przerwy płakali,

Gdyby nas w takiej zrobiono wytwórni!

Tak to bywa normalnie,
tak wygląda to co dzień:
Zanim czwarta wybije,
ja już jestem w gospodzie,
Zanim znajdę krzesełko,
już się dramat zaczyna.
Zanim kelner się zjawi,
mija lekko godzina.
Zanim kartę mi poda,
też się kwadrans uzbiera,
Zanim z karty wybiorę,
dawno nie ma kelnera!
Zanim kelner powróci,
w kiszkach tirli-bum-hopsa,
Zanim klopsa zamówię,
w kuchni nie ma już klopsa.
Zanim zmienię na flaczki,
kelner zmienia na zrazy,
Zanim poda mi zrazy,
mdleję z wdziękiem pięć razy.
Zanim wody przyniosą
i przywrócą mi życie,
Ktoś mi zraza jeść zacznie
tudzież gwizdnie nakrycie...
Zanim nowe podadzą,
już wystyga mój zraz,
Zanim zraz mi zaszkodzi -
na kolację już czas!
I na nowo się wszystko
regularnie zaczyna:
Zanim kelner się zjawi,
mija lekko godzina.
Zanim z karty wybiorę,
znowu nie ma kelnera,
Zanim tamto - to owo
i te de, et cetera...
I tak w kółko. Bez końca -
bo wciąż nic się nie zmienia...
Jak w tym wierszu: jest wierszyk,
ale brak zakończenia.

Telefon budzi mnie raniutko...
- Kto mówi? - pytam.
- Tu redakcja!
Prosimy o fraszkę. Króciutką.
- Niestety:
In - wen - ta - ry - za - cja!
Telefon znów. O innej porze.
Ach, któż dobija się tu!...
- Wierszyk? ...Nie mogę, Redaktorze.
Z powodu re - ma - nen - tu!
Lecz głos w słuchawce klnie soczyście:
- Do diabła! Żart na stronę!
Czy ma pan fraszki?
Mam, oczywiście.
Ale... nie wy - ce - nio - ne!
*
Ot - czasem człowiek tak pomarzy
Lub zwidzi mu się nocą w śnie,
Że został punktem sprzedaży
MHD...

Jest mecz - i publika.
A w owej publice
Są straszne kibicki
I straszni kibice.
Usiadłem samotny.
Spojrzałem z obawą:
Na lewo kibicka,
A kibic na prawo.
Zadrżałem. Zbielałem.
Przebiegło mnie mrowie.
Pojąłem od razu:
Kibice - wrogowie!
Na przykład kibicka
Się (z lewej!) zachwyca -
To (z prawej) krew nagła
Zalewa kibica!
Gdy kibic radosny -
Kibicka w głos gwiżdże,
Gdy klaszcze kibicka -
To kibic znów pysk drze!
A ja między nimi...
To przykrość. Szalona!
Bo on ma butelkę!
A torbę ma ona!
Gdy jednej drużynie
Przyklasnę więc ździebłko,
Kibicka się na mnie
Zamierza torebką!
Natomiast gdy drugiej
Zaczynam bić brawo,
Butelkę podnosi
Ów kibic na prawo.
Gdy jednak zamilknę
(Przez wzgląd na tę flaszkę!),
Znów ona spojrzenie
Przesyła mi straszne!
Więc myślę: niedobrze!
I klaszczę na nowo...
Wtem - co to? Butelka!
Bliziuchno! Nad głową!!!
Przepraszam. Chcę przerwać...
Lecz spóźniam się ździebłko,
Bom dostał już flaszką!
Jak również torebką!
Otwieram oczęta
I dziwię się szczerze.
Bielutko. Czyściutko...
Dlaczego ja leżę?
Po prawej jest lekarz.
Po lewej - lekarka.
A między obojgiem
Dość ostra pogwarka.
A o czym?
O m e c z u!
Przechodzi mnie mrowie...
Pojmuję: kibice!
Kibice - wrogowie!
A ja między nimi.
To przykrość. Szalona!
Bo on ma strzykawkę!
A lancet ma ona!
Co robić?... Zemdlałem...
Rozkosznie... Przyjemnie...
Możecie się kłócić.
Beze mnie!

Żyło sobie stadło składne,
Stadło dobre, zgodne stadło:
Ciemny Typek z Czupiradłem,
Z Ciemnym Typkiem - Czupiradło...
Miłość ich złączyła nagła,
Miłość ich złączyła szybka:
Typ był w typie Czupiradła -
Czupiradło w typie Typka.
Dnia pewnego coś napadło -
Coś napadło Czupiradło,
Więc na Typka jak nie huknie:
"Typku, spraw mi wreszcie suknię,
Taką, żeby Huba zbladła,
Żeby Dziuba z krzesła spadła,
Żeby Dziunię febra nagła...
I z zazdrości żeby Lala
Pojechała do szpitala!..."
Na te słowa Czupiradła
Typek zaklął: "Tam do diabła!"
Potem z domku się wyśliznął,
Gdzieś coś grejfnął, świsnął, gwizdnął,
Gdzieś podpylił sumkę krągłą;
Tutaj nabrał - tam naciągnął,
Wreszcie rzucił forsy huk
Czupiradłu do jej nóg.
Stąd to dzisiaj z Czupiradła -
Stąd to dzisiaj mamy z niej
Czupiradło wystrojone
Tak wytworne, że aż hej...
A więc proszę - suknia z kloszem,
Klosz w pepitkę, karczek w groszek,
I turniura, i gipiura,
Wcięty środek, luźna góra,
Środek w kropki, góra w kwiatki,
Karczek z rypsu, ryps w zakładki,
I baskinka z krepdeszynki,
Krynolinka wokół szynki,
Aksamitka wokół główki,
Niżej główki lekkie bufki,
W bufkach szlufki, szlufki w kratę,
Wstawki w kwiaty, kwiat z krepsatę,
Przodzik w dżety, dżety z tafty,
Tafta w cętki, cętki w hafty,
Hafty w kółko, kółko w ściegi,
Ściegi w dekolt, dekolt w piegi,
Nad dekoltem pysk okrągły,
Czółko w pryszcze, nosek w wągry,
A pod noskiem buzia w ciup,
Kto ją ujrzy - trrrup!

Chodzę, dumam - sam się dziwię:
Skąd ja mam ten dar właściwie?
Przyznam się tu wam intymnie,
Że Pyffello szczeniak przy mnie,
Szkolnik - zero!
Pitia - mucha!
Kto nie wierzy - niech posłucha:
Jestem w kinie... lub w teatrze.
Gong. Początek. Ja - nic. Patrzę...
Ekran. Postać - na ekranie...
Ja już wiem, co z nią się stanie!
Zanim akcja się rozpocznie -
Mogę służyć za wyrocznię.
Bohatera ujrzę postać -
Wiem już, kto to!
Na co go stać,
Jaki czeka dziś go los tu.
Wszystko widzę!
Jak?... Po prostu:
Aktor piękny. Tudzież męski.
Tors szeroki. Długie rzęski.
Wzrok szlachetny. Buziak cacy.
Ruchy dziarskie. Gra - jak noga.
Kto to? Wiem:
Przodownik pracy!
Plan?
Przekroczy!
Skończy?...
Wroga!
Albo ona: wdzięczna, młoda...
Rysy - mądre. Wzrok - pogoda.
Kibić - wiotka. Słodkie lica.
Ruchy wręcz wytwornie hoże!
Kto to? Wiem:
To przodownica!
W kim zakocha się?
W traktorze!
Albo taki: brzuch za dwóch!
Podejrzany każdy ruch.
Pryszcz na nosie. Wągry tamże.
Kto to?
Kułak!
Skończy?...
W mamrze!
Wszystko wiem już... Wszystko! Z góry.
Siedzę smutny i ponury.
Bo się zgadza...
Więc się nudzę,
Zanim jeszcze zaczną drudzy!
Nie rozumiem... wciąż się dziwię,
Skąd ja mam ten dar właściwie?
Że zgaduję nieomylnie
Losy osób...
(W polskim filmie),
Że jak z nut bym śpiewać mógł
Przyszłość ludzi...
(Z naszych sztuk!)
Co to jest? Usłyszę rad ja!
Kto wyjaśni mi bez bujd?
Chiromancja? Telepatia?
Czy nieziemski jakiś fluid?
Toćbym chyba jasnowidztwem
Cały świat zadziwić mógł,
Gdyby -
Zamiast Sztuka z życia -
Życie chciało czerpać z sztuk!

...Na samym wstępie chciałbym dowieść,
Że to doprawdy świetna powieść...
Już z samej treści jej wynika
Jej aktualna tematyka!...
Więc znajdujemy w niej problemy
Te, które właśnie znaleźć chcemy!
Problemy żywe! Tudzież bliskie!
Niestety.
Szkoda,
Że - n i e w s z y s t k i e!
Bo gdzież się podział poniektóry -
Na przykład problem: "Tępmy szczury!"
Ponadto (a to sprawa gorsza)
Nie upowszechnia autor dorsza!
I przez formalistyczny narów
Przemilcza problem "mlecznych barów".
A wprost już w głowie się nie mieści,
Że (prócz powyższych mankamentów)
Bohaterowie tej powieści
Nie upłynniają remanentów!...
Co gorsza - wytknąć musi się tu
(Ujmując problem w szerszej skali),
Że - brak w powieści remanentów,
Które by oni upłynniali!...
Jasno z przykładów więc wynika,
Że nie zgłębiona tematyka
I że się autor - proszę gości -
P r z e ś l i z n ą ł p o r z e c z y w i s t o ś c i!...
*
No? ...Nie przyznacie mi, Rodacy,
Że krytyk byłby ze mnie cacy?..
(Ale nie będę!
Są już tacy.)

Kiedy godzina zmroku bliska,
Chyłkiem wymykam się na strych
I szperam w swoich papierzyskach...
A w nich:
Tu do niczego nie przypięta -
Żałośnie załamując dłonie -
Pęta się jakaś tam puęta...
(A co mi po niej?)
Tam jakiś pomysł znów do wiersza...
(Nienadzwyczajny. Ale ujdzie.)
Tu poematu zwrotka pierwsza...
(Jakoś mi nie szło. I nie pójdzie.)
A tutaj jeden rym w zapasie,
"Burżuj - gum wór żuj" - taki rym...
(Zda mi się na co? Czy nie zda się?
Eee, czort z nim!)
Posłałem rym Szpalskiemu. W liście.
(Rym natchnął go - i fraszkę stworzył.)
Zwrotkę Kern zabrał. Osobiście.
(I już ma wiersz - bo coś dołożył.)
Puętę sobie wziął Zechenter...
(Przypiął do czegoś tę puętę!)
Pomysł do wiersza zaś - rzecz prosta -
Brzeziński Bogdan w darze dostał.
(Męczył się z nim przez cały dzień,
Ale wyciągnął wreszcie zeń:
Wierszy i fraszek sto czterdzieści,
Cztery nowele, dwie powieści,
Komedię, farsę i tragedię
Oraz encyklopedię!)
A ja?
A ja mam spokój święty
(Że - upłynniłem remanenty)
Tudzież nadzieję, że z mych wzorów
Skorzysta który z dyrektorów!

W nowo wzniesionym mieszkam domu...
Dwa pokoiki,
Kuchnia,
W.C.-
I pierwsze miejsce w zbiórce złomu!
(Bo przecież klamek nie wyrzucę).
Łazienka,
Światło,
Gaz i woda -
Mieszkanko pełnokomfortowe.
Żaden półkomfort - nie!
A szkoda...
Może bym zmartwień miał połowę?
Lecz kto się z takim faktem liczy?
Nic nie poradzisz -
Co byś rzekł.
Musisz korzystać ze zdobyczy -
Trudno: dwudziesty wiek!
Więc żyję sobie nowocześnie -
O każdej porze.
Nawet we śnie
Widzę kontakty, kurki, złącza,
To, co się włącza i wyłącza -
A wreszcie jasny świta ranek
Pełen technicznych niespodzianek:
Odkręcam kurek -
Światło świeci
Przekręcam kontakt -
Woda leci.
Przekręcam kontakt jeszcze raz -
To z wodociągu idzie gaz.
Ale nie u mnie! Nie - przesada...
Na drugim piętrze. U sąsiada!
Za to gdy sąsiad gaz zamyka -
To u mnie gaśnie...
(Elektryka!)
Gdy to powtarzać nieustannie -
To ja mam ciepłą wodę w wannie,
A sąsiadowi zimna sika.
Nie z wodociągu - nie...
Z palnika!
Lecz kiedy w kuchni gaz odkręcę -
To światło nawet jest.
(W łazience!)
Tylko nie u mnie.
Na parterze.
U mnie jest prąd!...
(W kaloryferze).
Więc też nie grzeje,
Tylko trąca -
Za to lodówka jest gorąca!
Lecz wtedy -
Nie wiadomo skąd -
Sąsiadkę w łóżku kopie prąd!
Dobrze jej tak!
Bo żal mam do niej,
Że gdy pociąga tam - za sznurek,
To u mnie dzwoni.
W telefonie.
I się odzywa Jalu Kurek!
I wini mnie o niecne sprawki,
Bo mu się leje...
(Ze słuchawki).
O co się czepia mnie - psiakrew - on?!
Wściekły wyłączam więc telefon,
Gdy wtem ze zlewu -
Wśród zmywaków -
Rozlega się:
"Tu mówi Kraków!"
I w takt piosenki, co zachwyca,
Płynie wojskowa tajemnica -
Że...
"Na granicy jest strażnica"!
Na pamięć znamy już ten śpiew,
Więc żona krzyczy:
"Wyłącz zlew!"
No ale jak - psiakrew?
Skręcam - włączam
Kontakt - gaz,
Kurek - sznurek
Raz po raz,
Elektryka
Sika z kurka,
Gaz z kontaktu
Ciurkiem siurka,
Tylko woda według planu
Całą siłą wali z kranu,
Jakby tamę jej kto zerwał!
Woda - zimna.
Rześka.
Zdrowa...
Nagle - pst... Przerwa.
Włączyła się międzymiastowa!!!
"Minister budownictwa prosi!"
Duma mą wątłą pierś unosi,
Że do mnie dzwoni
Ktoś z daleka
W ramach tej troski o człowieka!
Serce z radości płacze
I łka...
Powiedział: "Pomyłka!

Już ludzie nie chcą mówić ze mną -
Unika mnie już nawet cieć,
Bo jedną pasję mam...
Daremną:
Samochód chciałbym mieć:
Jeździć po Kruczej, Mokotowie,
A nawet i po MDM-ie,
Choć tam wyrodni synowie
Kopią bez przerwy matkę ziemię!
Lecz cóż...
Lecz mi nie spadnie z nieba
IFA, Dekawka ni Mercedes.
Ja sobie marzę -
A tu trzeba
Z żywymi naprzód iść...
Per pedes!
Człowiek w marzeniach
Biegi zmienia,
Naciska sprzęgło,
Włącza gaz...
A nigdzie nie ma zrozumienia -
Jakaś drętwota, proszę was!
Więc chodząc sobie przez mój Kraków,
Przestrzegam choć drogowych znaków!
Gdy jest tablica na mej drodze,
Że nie ma wjazdu -
To nie wchodzę!
Zakaz postoju - to nie stanę.
Nawet na gazie! Zakazane.
Gdy strzałka w prawo -
To ja w prawo,
Jakbym był "Fiatem" lub "Warszawą"!
Pieszo co prawda...
No to pieszo,
A przecież takie rzeczy cieszą!
Tylko mnie peszy odrobinę
Napis w czerwono-białym kole:
,,30 kilometrów na godzinę!"
Raz spróbowałem.
Nie wydolę!
Podchodzę więc do milicjanta,
Żeby zapłacić za to mandat...
Namawiam.
Proszę...
Nie chciał wziąć.
Obejrzał tylko z tyłu, z przodu...
Tak mnie traktować -
Bądź co bądź
Za to, że nie mam samochodu!?
To przecież mnie bolało...
Toć
Jęczała wtedy moja dusza.
Żeby zapisał numer choć!
Nie mówię - auta.
Kapelusza!
Lecz gdym miał odejść już -
To rzekł,
Spod opuszczonych patrząc powiek:
"Nacisnąć sprzęgło!
Włączyć bieg!..."
A jednak - widzicie - c z ł o w i e k!

Ja tutaj tylko na chwilę,
Pięć minut - i tyle
Powiem - i już mnie nie ma!
Albo... nie powiem
Trema!...
Ludzie się tutaj napchali -
Czy ja wiem, kto tu jest na sali?
Człowiek tu gada i gada,
A może jest Miejska Rada?!
Ja wiem, co potem się stanie?
Jeszcze mi dadzą mieszkanie!
Z komfortem. Cztery pokoje.
Po co? Ja oddam swoje.
Mnie nie potrzeba!
Ja wolę błękit nieba,
Na Plantach ławeczkę.
I drzewa.
I słuchać, jak ptaszek śpiewa...
Ptaszka tu nie ma? Nie ma?
To nic.
I tak - trema...
Bo może jest jakiś krytyk?
Potem zrobi mi przytyk.
Jakiś Vogler.
Jakiś Mach...
Trema. Strach...
Albo ktoś inny z miasta...
Potem w Krakowie mnie schlasta!
Przed znajomymi.
Przed młodzieżą.
Że byłem nudny
I - uwierzą!
Bo facet pomyli nazwisko
I powie, że Szpalski to wszystko...
I co?
I skończyć mam marnie?
Powiesić się w jakiejś kawiarni?
Dziękuję. W jednej już wiszę.
Na dwieście cztery złocisze.
Wystarczy, sensu nie ma.
Nie mówię.
Trema...
A ten garnitur - to z Emhade.
Ja na Emhade nie jadę.
Nie, skąd!
Zresztą, żeby feler, żeby jakiś błąd -
A tu, widzicie,
Znakomicie:
W porządku surdut i spodnie,
Poruszać się mogę swobodnie,
Niebezpieczeństwa nie ma,
A... trema!
Bo miałem niedawno inny -
Przez spółdzielnię szyty krawiecką.
Ładny był...
Ale dziecinny:
Darł się jak dziecko!
Szczególnie w szwach:
Trrrach, trrach!... Strach!
Poleciałem do tej spółdzielni
Wściekły stanąłem w bramie...
Wejdę!
Zwymyślam piekielnie.
Na szefie graty połamię!
Wejdę - choć pewnie go nie ma?
Nie wejdę...
Może jest?
Trema.
Trema. Przez całe życie.
Tu też... Co się dziwicie?
Ja pierwszy raz - tak... w teatrze.
Dobrze, że na to nie patrzę!
Dla mnie - przysięgam - to zmora!
Że Szletyński nie dał aktora -
To ja muszę tak co wieczora
Stać. I mówić. Samemu.
Kazali. Czemu?
Prosiłem - grzecznie i szturmem:
"Sztukę wystawcie mą raczej!"
Powiedzieli: "Dobrze!" Jak umrę.
Współczesnych nie mogą inaczej!
"Mowy - powiedzieli - nie ma!"
Oni też ludzie:
Trema.
Kochała mnie jedna. W lecie.
Omal nie wpadłem w pułapkę...
Kram miała na Tandecie,
A na mnie - chrapkę.
Nazywała się Dziuba
I chciała takiego mieć chłopca.
Lecz dla mnie była za gruba
I trochę klasowo obca.
Namawiała do żeniaczki.
Zaprosiła na flaczki -
Z imbirem...
Z parmezanem.
- O nie! - powiedziałem. - Zostanę.
Niech będzie już monogamia,
A z tobą się nie ożenię!
Psuć przyszłym dzieciom mam ja
Społeczne pochodzenie?
Ślicznotko - mowy nie ma!
Trema.
1952

Uszanowanie, panie doktorze!
Zaraz tu wszystko zwięźle wyłożę -
Króciutko...
Jasno...
Dwa zdania:
Panie doktorze, co to być może?
Głowa mi puchnie!...
Jak bania!
Pan nie dowierza?
Przyjacielu-ż!
Wystarczy, że kupię nowy kapelusz -
To zaraz, doktorze, kram!
Póki pogoda - to jeszcze-jeszcze,
Ale niech tylko zaczną się deszcze,
To w kapeluszu
Już głowy nie mieszczę!
Choć pcham.
Co to być może, panie doktorze?
Chyba już ze mną bardzo źle...
Choć w kulturalnym robię sektorze -
To przecież głowa
Przydać się może,
Panie doktorze - no nie?
A to, doktorku,
Nie wszystko jeszcze.
Zaraz tu resztę pokrótce streszczę,
Bo wiem - dla pana to nudne...
W ogóle ze mną rzecz ma się dziwnie.
Bo głowa puchnie,
A reszta - przeciwnie,
Czyli ogólnie - to chudnę!
I w takim tempie,
Ze skoczę do Wisły
Z rozpaczy czarniejszej od chmur!
Kupiłem wczoraj sweter...
Obcisły.
A dzisiaj wisi jak wór!
Panie doktorze, niech pan uchowa.
Bo rzecz to dla mnie ponura!
Jeszcze zostanie ze mnie połowa!
I - czy ja wiem.
Która? ...
Żona mi nawet wytykała,
Że ja tak strasznie spadam z ciała -
I martwi się ogromnie...
Spogląda na mnie nieszczęśliwa,
Wątłym kurczęciem mnie nazywa,
"Kurczątko" - mówi do mnie...
A gdym garnitur nowy
Przymierzał dziś w Emhade -
Tak zbladłem, że aż rzekła:
"Ty moje kurczę blade!
Co tobie?" - pyta.
Mówię: "Patrz!
Do lustra! Ono nie kłamie.
Jak nie ma zbierać się na płacz,
Gdy mam za krótkie jedno ramię?
Nic nie wiedziałem ja od lat,
Że tylko jedno mam akurat!"
Co to być może,
Panie doktorze?
Miły doktorku, ratuj! Zbaw!...
Co pan powiada?
Pan nie może?...
Pan doktór nie od takich spraw?
A któż by? C h i r u r g?!...
No, trudno, cóż...
Nie będę czynił obiekcji.
Pójdę pod nóż!
Niech raz mnie już
Ktoś dopasuje do konfekcji!

Przywoływałem pośród łkań ją:
- Przyjdź do mnie, przyjdź -
Megalomanio!
Bez ciebie gorzko - z tobą błogo...
Z tobą, najmilsza z wszystkich chorób,
Mógłbym pisywać lewą nogą
Nie przeczuwając, żem brakorób!
Z wypiętym dumnie chodzić torsem -
Pewien, że wszyscy czcić mnie muszą -
I głośno kłócić się o forsę,
Jaka należy się geniuszom!
Gdybyś tu była, gdybyś się ku
Moim zbliżyła niskim progom -
Wysyłałbym ten wiersz bez lęku,
Że go odrzucić "Szpilki" mogą...
Bo gdyby nawet - to specjalny
Miałbym stosunek do tych spraw ja:
Jasne! Dlatego żem genialny,
Zwalcza mnie klika - tudzież mafia!
Tak jak z twórczością Mickiewicza -
Niejeden t e ż szkalował drań ją!
Megalomanio!
Słodka!
Bycza!
Pamiętaj, przyjdź - Megalomanio!
Nie przyszła.
Nie - że nie pamięta!
Nie może: strasznie zajęta!!!

Poznałem skromną referentkę...
Sam jestem także referentem -
Więc poprosiłem ją o rękę,
Tę... poplamioną atramentem...
Zgodziła się - i odtąd prędko
Marzenie się zmieniało w czyn:
Ślub referenta z referentką,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem syn...
Jak komuś leci - to już leci!
Żonka cieszyła się szalenie...
"Ty - mówi - będziesz niańczył dzieci,
Bo teraz równouprawnienie!"
I co mam robić - skoro żona
Na trzy zebrania dziennie mknie?
Trudno - już równouprawniona!
Tylko ja jeszcze,
Tylko ja jeszcze,
Tylko ja jeszcze,
Ciągle nie.
Bo gdzie tu - pytam - demokracja?
Ona naradę ma prezesek -
Pieluszki za to muszę prać ja!
Mnie się na ręku drze osesek!
Ja muszę leczyć mu pokrzywkę,
Ja muszę robić lewatywkę!
A przyjdzie takie "święto matki",
To wiecie komu -
To wiecie komu -
To wiecie komu
Dają kwiatki?!
Ja spędzam życie jako niania,
A żona gania na zebrania...
Bo raz jest główną prelegentką -
A raz jest... mężem zaufania!
"Wtedy mi gniew źrenice zwęża,
Bo - czym ja jestem? Mężem męża?
Przepraszam! - wołam wielkim głosem.-
Dwóch mężów w domu?
Dwóch mężów w domu?
Dwóch mężów w domu
Ja nie zniosę!
Lecz gdym już walczyć jął z ferworem,
Żebym z tym skończyć, bo mi źle z tym -
Żona została... dyrektorem!
W tym samym biurze, gdzie ja jestem.
Mnie tego dyrektorstwa żony
Wciąż gratulują - z każdej strony,
Jakby to było czymś niezwykłym!
A ja do tego -
A ja do tego -
A ja do tego
Już przywykłem...
Lecz teraz nigdy już z wieczora
Chwili dla siebie nie ukradnę:
Ciągle przy dzieciach! Dyrektora.
Jako małżonek... I podwładny.
Bo człowiek musi - nic nie wskóra.
Dyrektor - tu i tam figura!
Też w domu pierwsze skrzypce gra -
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Potem córeczka,
Syn
I ja...
Jak się poskarżyć? Kiedy? Komu?
Przecież jej nigdy nie ma w domu!
Ani jej wbiurze szepnąć słowo,
Bo w biurze ze mną - to służbowo!
Psiakość! Nie mogę przecież więcej
Rzucać swych gorzkich skarg na wiatr.
"Proszę! Formalnie! O audiencję!
W sprawie wytchnienia!
W sprawie zwolnienia
Mnie od niańczenia
Młodych kadr!!!"
Przyjęła mnie ciut-ciut zdziwiona:
"Pan jako mąż czy jako strona?"
We mnie bojowy duch zwycięża:
"Ja? ...Jako smutna strona męża!"
I wołam gromko: "Dyrektorze!
To ostrzeżenie me ostatnie!
Służbowo pani wszystko może,
Ale przepraszam -
Ale przepraszam -
Ale przepraszam -
Nie prywatnie!"
Odrzekła na to mi uprzejmie
Z uśmiechem wszakże dość zdradzieckim:
"Jutro referat pan obejmie
Opieki nad Matką i Dzieckiem!"
"Czemu - skowyczę. - Za co? Powiedz!"
A ona: "Trudno! Pan - fachowiec!"
I stało się - cóż miałem rzec?
Trudno do żłóbka
Pchać byle bubka
Czy żółtodzióbka,
Gdy jest - spec!
1950

Jak wytłumaczyć mam to sobie,
Ja już doprawdy nie wiem sam:
Dość wspomnieć przy mnie o chorobie,
A już na wieczór
Ja ją mam!
Dostanie ktoś w Warszawie grypki,
To mną w Krakowie
Tak już trzęsie!
Widocznie taki refleks szybki,
Czy coś w tym sensie...
Ja już nie piję,
Już nie palę,
Kobieta to mój ciężki wróg!
I kąpię się w kaloszach stale,
Ażeby nie przemoczyć nóg!
Na każdą zważam już przestrogę.
Nawet -
Gdy złapać tchu nie mogę -
To ja nie łapię!
(Ani mi w głowie:
Niech łapią ci, co mają zdrowie!)
Oszczędzam się na każdym kroku:
W ogonkach nie stoję!
(Wchodzę z boku).
Jak sport - to też:
W prenumeracie.
I co? I macie:
Tu raz mnie łamie.
Tam znowu raz.
W piersiach orkiestra gra.
Jazz!
Nadto już któryś z rzędu rok,
Gdy portfel swój przeglądam czule,
Czuję, że zepsuł mi się wzrok:
Pieniędzy nie widzę w ogóle!
Iść do lekarza?
Pomysł mądry,
Ale ja nie mam juz ochoty:
Popuka - powie:
"Hipochondryk !"
A potem powie:
"Sto złotychl"
Diagnoza trafna co do joty,
Ale gdy idzie... o kwotę!
Bo ja poważnie:
Na drugim świecie
Już jedną nogą byłem na poły.
Tą lewą. Tak...
Wróciłem przecie.
Ustrój nie dla mnie:
Same anioły!
A zaczęło się dosyć dziwacznie:
Z początku noga zdrowa jak rydz.
Sam czekam, kiedy to się zacznie -
Rok,
Drugi,
A noga nic.
Już diabli brali mnie powoli,
Już cierpliwości było brak:
Co to za noga, co nie boli?
Chora czy jak?!...
Aż raptem czuję,
Że gdy chodzę,
To mnie coś kłuje w lewej nodze.
Stanę - nie kłuje
Dziwne kłucie!
A w sercu zaraz złe przeczucie,
Szedł właśnie pogrzeb jakiś bowiem...
Dwie damy w czerni...
Więc ja do dam:
"Jak się nieboszczyk czuł ze zdrowiem?"
Rzekły, że kłucia miał.
Ja mam!
O tutaj w nodze -
Kiedy chodzę.
(I im tłumaczę, jak mnie boli...)
Nieboszczyk wprawdzie miał nie w nodze,
Lecz tu czy tam -
To nie gra roli..
Stłumiłem w sercu gorzki lament.
Co robić?
Testament?
Nie mam pieniędzy,
Nie mam domu -
A cóż by tu zapisać komu?
Człek do pisania ma zacięcie,
Lecz skarbów brak!
Któż się obłowi?
Chyba zapiszę w testamencie
Sam siebie.
Do Cracovii!
Być może, że się z braku laku
Przydam po śmierci im...
W ataku!
Kołdrę też im zapisałbym -
Puchową, jeszcze całkiem ładną,
Ażeby miękko było im,
Gdy z ligi spadną.
A pewnej miłej pani Ali
Swe serce dać miałbym ochotę...
Niech sprzeda je
W Jubilerskiej Centrali,
Bo było prawie jak złote!
Niech żąda dużo,
Proszę ja ją!
Ale niech bierze, ile dają.
---------
Nie umarłem jednak w terminie,
Bo potem przeszło mi to kłucie...
Dziwny przypadek w medycynie:
Gwóźdź był w bucie!

Idzie w teatrze
Wesoła sztuka...
Dobra? Tak sobie...
Może - nie wzór.
Publiczność przyszła.
Śmiechu tu szuka.
On szuka także...
Dziur!
Przyjdzie i siędzie
Gdzieś w pierwszym rzędzie
I wie już z góry:
Do bani będzie!
Więc że tak wszystko
Przewidział z góry,
Nim rzecz się zacznie -
On już ponury.
Spojrzenie twarde,
Zimne i dumne -
Jakby tu miarę wziąć miał...
Na trumnę!
Jak gdyby aktor
To był zabójca,
Co jemu matkę
Zarżnął i ojca.
Nic nań nie wpłyną
Brawa i śmiech nie,
On raczej zdechnie,
Niż się uśmiechnie!
Twarz z każdą chwilą
Wydłuża mu się,
Jak nie na sztuce -
Lecz na kaktusie!
I tak już czeka
Z tą długą twarzą,
Aż inni "znawcy"
Ją zauważą...
Potem spokojny
Wraca do domu,
Albo w znajomków
Popada rój,
Żeby powtarzać
Coraz to komu
Dowcip z tej sztuki...
Już jako swój!

Kultura?
Owszem - konieczna.
Lektura?
Rzecz pożyteczna.
Książki uwielbiam i cenię!
Lecz co to -
Przepraszam -
Za sposób,
Ażeby wciąż tyle osób
Wystawiać na pokuszenie?
Gdzie pójdziesz -
Wszędzie zasadzka:
Za rogiem,
Za węgłem,
Znienacka
Kram z kupą książek i ksiąg!
Zamiast przejść obok rozsądnie -
Człowiek przystanie...
Oglądnie...
Weźmie do rąk -
I już wsiąkł!
Ja sam raz naciąłem się grubo.
Dzisiaj.
W rocznicę ślubu.
W święto małżeńskiej miłości.
Posyła mnie żona
Do miasta...
- Kup (mówi) bakalii.
Do ciasta.
Bo zaprosiłam dziś gości.
Skocz (mówi) na jednej nodze!
Skoczyłem.
Kram był po drodze.
Stanąłem. Inni też stali.
Zerknąłem.
Widzę tom Prusa.
Nie kupić?
Nie mogę! Pokusa.
Kupiłem. Zamiast bakalii.
Wróciłem.
Żona w głos biada,
Że to się do ciasta nie nada!
Że z takim jak ja
Nie wytrzyma!...
I sama pobiegła do miasta
Po owe bakalie do ciasta.
Wróciła...
Z wierszami Tuwima!
Posłała córeczkę do miasta.
- Andrutów (mówi) kup paczkę!
Kupiła.
"Kaczkę dziwaczkę"!
Pobiegła teściowa do miasta
Po zwykłą musztardę.
Do mięsa.
Kupiła do mięsa... Dickensa!
Pobiegł synalek do miasta.
Po boczek.
Możliwie najtłustszy!
Przyniósł...
"W pustyni i w puszczy"!
*
A goście?...
Dziękuję. Nie szkodzi.
Prosimy - kto chce,
Niech przychodzi!
Miło nam będzie powitać...
Do mnie!
Do żony!
Do mamy!
Czym chata bogata - to damy...
Poczytać!

Jest to właściwie tajemnica
Dość osobistej natury;
Miałem interes do księżyca...
By pełnią świecił z góry!
O to mi szło, ażeby jaśniej,
Bo gość był w pierwszej kwadrze właśnie...

- Dla pana - mówię - to drobnostka,
Kosmiczna błahostka,
A dla mnie - nie bez znaczenia!
Poetą wszak się - mówię - jest, nie?
Więc ma się - mówię - kilka westchnień
Pilnych do załatwienia!
Ponadto parę wzlotów duszy
Odwalić dziś koniecznie muszę...
I spotkać mam się pod kapliczką
Z pewną przystojną lunatyczką -
W związku z czym pełnię muszę mieć.
Więc całą gębą -
Proszę -
Świeć!

Pomimo argumentów tylu
I tylu słusznych przecież zdań -
Księżyc wciąż świecił mi z profilu...
No, nie drań?

- Mnie się od pana,
Bądźmy szczerzy,
Też - mówię - jakiś wzgląd należy!
Drukuję przecież w prasie
Recenzje z pańskiej działalności,
To znaczy wiersze o miłości,
O snach, co to je ma się...
Ponadto, drogi przyjacielu,
Wspólnych znajomków mamy wielu
Z lirycznych zwłaszcza kół...
Od lat są z panem za pan brat.
Niejeden nawet z pana spadł!
Ja sam -
Tak pół na pół...

Słusznie więc na twe względy liczę -
Kontakty nie w kij dmuchał.
Pokaż, księżycu, swe oblicze!
Posłuchaj!...

Nie posłuchał.

Lecz kończę wiersz ten z myślą błogą,
Że jego morał dla nikogo
Nie jest już tajemnicą:
Wbrew temu, co się ciągle mniema,
Widzicie - kumoterstwa n i e m a!
(Na księżycu).

"Cogito, ergo sum",
czyli "Myślę, więc jestem!" -
Tak powiedział Kartezjusz...
A ja tu z protestem!
Bo biorąc pod uwagę
wymienione schema,
Znaczyłoby:
"Nie myślę - czyli że mnie nie ma!"
Co istotnym jest błędem,
gdyż w takowy sposób
Nie byłoby na świecie
bardzo wielu osób:
Producenta żarówki
" takiej, co nie świeci,
Pewnej pani, co pisze
książeczki dla dzieci,
I szewca, co mi uszył
dwa lewe buciki,
Autora pewnej dla mnie
niechętnej krytyki,
Kierownika Wytwórni
nielepkiego lepu,
I kierownika sklepu,
co wziął to do sklepu,
I pewnego poety
z sąsiedniej parafii
(Który rzekł, że satyrę -
to on też potrafi!),
I tego moralisty,
co go miłość drażni,
Tych, co myślą, że mądrzy -
no bo są poważni,
Tego, co skradł mi portfel -
wesół, że się odkuł,
Satyryka, co pisze:
"Hej, zniszczmy w zarodku!",
Kolegi, co dla sławy
powiesić się gotów
I kilku tym podobnych
znajomych idiotów...
Ci wszyscy wymienieni -
wbrew Kartezjuszowi -
Nie myślą, a istnieją,
żyją i są zdrowi!

Wciąż bronię się ze wszystkich sił,
Tłumaczę się daremnie:
Gogol? Już był.
Szczedrin? Był!
Czego wy chcecie ode mnie?
Myślałem, żem przekonał już,
Lecz bractwo się uwzięło:
"Satyrę wiekopomną twórz!"
"Stwórz epokowe dzieło!"
Tamten mi grozi,
Ów mnie łechce:
"Nam trzeba w satyrze g e n i u s z a!"
A guzik!
A mnie się nie chce:
Nie lubię, jak mnie się zmusza!

list do redaktora "Przekroju" w związku z jubileuszem i krzywdą osobistą
Ej, lecą te latka, lecą
Nad naszą piękną Ojczyzną!
Postarzeć przyszło się nieco...
(Mężczyznom, mężczyznom!)
Ząb czasu, mój Redaktorze!
A jeśli już o tym zębie -
Ciekawe,
Że serc się nie ima,
Lecz działa przeważnie na gębie..
Na pańskiej zwłaszcza.
Na Kerna...
I Strychalskiego po trosze...
Ja tylko trzymam się jakoś.
(Co -proszę?)
Pamiętam ów zarost bogaty,
Co Pańską skroń wówczas wieńczył,
I pomnę Pański przed laty
Błysk w okularach młodzieńczy,
Gdy-
Jako młode pacholę,
Lat temu dziewięć już może -
Złożyłem na Pańskim stole
Mój pierwszy wierszyk - niebożę...
(Ej, mógłby Pan przy tej okazji,
Przy tym nawale wspomnień -
Postawić kieliszek małmazji,
Lub - pismo
Na wyższym poziomie!...)
I nie wiem, czy Pan pamięta:
Pan to umieścił. Na siłę.
I zniszczył Pan referenta!!!
Bo referentem już byłem...
Sam nie wiem, kim mogłem zostać!...
(Kolega mój - już dyrektor.
W nafcie... Ceniona postać!
A mogłem ja - kto to wie, kto?!)
Co ja mam dziś za stosunki?
Z kim los mnie związał ponury?
Ze słowikami...
Z księżycem.
I z Ministerstwem Kultury!
Co mogę?!
Najwyżej oddolnie
Obniżę swe koszta własne:
Muzę odprawię,
Pegaza zwolnię,
Przeczytam "Przekrój" - i zasnę.

Sto razy na dzień mi się zdarza
Udręka ta, nieszczęście, pech,
Że muszę trafić na nudziarza
Z tą najnudniejszą spośród cech...
On - gdzie bym nie był - mnie dopadnie:
W tramwaju, w cyrku, w Kłaju, w Kładnie -
Daremnie chciałbym czmychać!
Choć wieję przed nim, że aż sapię -
On mnie dogania, on mnie łapie
I z miejsca: - Aaa!... Co słychać?
Jest urząd. Biurko. Ja za biurkiem.
Przed biurkiem zaś petentów krąg.
Pracuję. Pot się leje ciurkiem...
I nagle - nie wiadomo skąd -
Przez tłum petentów się przeciska
Ktoś znany mi zaledwie z pyska,
Dłoń ściska mi z wylaniem...
Omal jak syna nie obejmie,
By wreszcie spytać mnie uprzejmie:
- Co słychać, drogi panie?!...
Aż kiedyś to się stać musiało...
Robiłem bilans. Naglił czas.
Mnie się o milion nie zgadzało...
I wtem - w tym dniu już setny raz -
Ktoś ledwie mi znajomy z pyska
Podszedł,
Wziął krzesło,
Usiadł z bliska,
Uśmiechnął się wiośnianie...
Już czułem - jakbym w oczach czytał -
Że mnie zapyta...
I zapytał:
- Co słychać, drogi panie?!...
Na moim biurku przycisk był...
Marmur! Wiadomo - twardy głaz.
Cisnąłem. W niego. Z wszystkich sił.
I było słychać: "brzdęk" i trzask!
Włos dęba stanął mi na głowie.
Com ja uczynił? Koniec! Grób!
Ciarki mnie przeszły - oraz mrowie!
A on jak trup
U moich stóp.
Lękiem przejęty oraz skruchą
Do piersi mu przykładam ucho -
Czy przestał już oddychać...
Już ledwo mu faluje biust -
Szept tylko płynie z bladych ust:
- Aha... To pan... Co słychać?...

O tu - widzicie - kalendarzyk.
W kalendarzyku - terminarzyk.
Człowiek zagląda - i już wie,
Wie, kiedy, co i gdzie.
No, nie?
Walczak nie musi - kawał drania!
Bo Walczak spryciarz!
Wałkoń! Leń!
Dziennie najwyżej trzy zebrania.
A ja piętnaście mam na dzień!
Człowiek,
Czy piątek, czy niedziela,
To się udziela i udziela:
Tu akademia -
Tam prelekcja,
Koło, prezydium, zarząd, sekcja -
Po prostu nie ogarnie myśl!
No, proszę bardzo -
Choćby dziś:
Tutaj - widzicie - kalendarzyk.
W kalendarzyku - terminarzyk.
Człowiek zagląda i już wie.
Wie, kiedy, co i gdzie...
No nie?
O Jedenastej aż na Woli
Zebranie Koła LPŻ
Sam się zgłosiłem. Z własnej woli.
Ale po diabła będę szedł?
Na jedenastą nie poradzę:
Potem bym musiał pędem biec,
Bo o dwunastej mam na Pradze
Zagajać dla blokowych wiec.
Trudno, po prostu nie wydolę:
Zostawiam Pragę - skreślam Wolę!
Co? ...Kapitalne - prawda, nie?
Wykreśla się - i już się wie!
Zostaje Praga. Na dwunastą.
Pójdę?... Nie pójdę. Jakiż cel?
O pierwszej muszę znów na miasto,
Bo mam prelekcję w CPL.
Sam się zgłosiłem. Nie ma mowy,
Żebym nawalić miał odwagę!
Po rozum idę więc do głowy:
Zostawiam miasto - skreślam Pragę!
Co? ...Kapitalne - prawda, nie?
Wykreśla się - i już się wie!
Zatem o pierwszej ta prelekcja.
Muszę!... No dobrze, ale - jak?
O drugiej bilardowa sekcja
I aż na Bródnie! Tchu mi brak!
Tam pewnie się przeciągnie długo -
To jak ja zdążę tu na drugą?
Nie mogę orać za piętnastu:
Zostawiam Bródno - skreślam miasto!
Co? ...Kapitalne - prawda, nie?
Wykreśla się - i już się wie!
Więc druga - Bródno. Lecz czyż warto?
Znowu się śpiesz! Minuty licz!
Bo muszę przebrać się na czwartą:
O czwartej jest u Henia brydż!
Mnie też należy się - widzicie -
Jakieś prywatne chyba życie!
Wciąż na zebrania? Nie chcę - trudno:
Zostawiam Henia - skreślam Bródno!
Co? ...Kapitalne - prawda, nie?
Wykreśla się - i już się wie!
Bo gdy pracuje się społecznie,
To to jest - prawda? -
Główna rzecz - nie? -
Żeby człek pewność miał
W tym względzie:
Gdzie i o której go nie będzie!

Choć ma dla innych
Wzrok żandarma -
Dla szefa uśmiech,
Wdzięk i czar ma,
Układność gestów,
Galanterię
I uniżonych ruchów serię:
Przymilność,
Podskok,
Pokłon,
Ukłon -
Wprost by w posadzkę
Czołem tłukł on!
Z szacunkiem zgina
Giętki tułów -
Tak, byś szacunek
Z dala czuł ów!
Wzrokiem wprost liże,
Tuli,
Pieści,
A w każdym geście
Cześć się mieści
I obietnica
Słodkiej treści,
Że dla zwierzchników
Swych i ich ciał,
Być ukojeniem
On sam by chciał!
Plastrem,
Pigułką reformacką
Lub...
Czopkiem z mydła!
Aby chwacko -
Gdy w oczach szefa
Ból wyczyta -
Mógł (jako czopek)
Wejść w jelita -
Wskoczyć!
Samemu -
Osobiście!
Ukoić,
Ulżyć,
I przeczyścić!
I mając swój
Na względzie los tam -
Wprowadzić szefa -
Ach! - w błogostan!
Potem z uśmiechem
Oraz z szansą
Jakiejś nagrody
Czy awansu -
Wyskoczyć lekko,
Stanąć przed nim
I stylem prostym,
Bezpośrednim,
Skromniutko, kornie
I bez krzyku
Rzec mu:
- To JA,
Ob. Naczelniku!

W młodości żyje się żarliwie -
młodość jest szczęściem i nadzieją!...
Doprawdy ja się ludziom dziwię,
że się starzeją...
I wszyscy!
Nawet płeć niewieścia!
Znam taką jedną panią Zosię:
przed wojną miała lat 20...
A dziś?...Dziś.już 38!
Jak ten czas leci!...
Ogałaca
nas z tego, o czym potem śni się...
Młodość!... Ucieka i nie wraca!
Pewnie ma chody w Orbisie...
Jak młodość cenić - ten tylko się dowie,
kto spryczał! - to oczywiste...
Bo potem - jak mówi łacińskie przysłowie -
już... omne animaI triste.
Już wszystko mija - kończy się niestety.
Prócz chrapki...
Tej - na kobiety.
Nie można pozbyć się tej chrapki -
a to dlatego chyba głównie,
że w Polsce same r ó w n e babki.
Bo w demokracji wszyscy równi!
Lecz cóż...
Uderzam do Barbary,
a ona już czyni mi wstręty:
- Za stary! - mówi
To co, że stary?
A może nie-do-roz-wi-nię-ty?
Może spóźniony! I to znacznie!
I teraz się dopiero zacznie?!
Czasami człek nie z własnej winy
Tryb życia ,wiódł tak niespokojny,
że się na własne spóźnił urodziny
o rok, o dwa...
O pięć lat wojny!
Dorośli! Bracia outsiderzy!
Nie dajmy, by nas krzywdził czas!
Młodość każdemu się należy!
Młodości!
Proszę: skrzydła - raz!
Urządźmy - myśl tę rzucam w dal ja -
Juvenalia staruszków -
jakieś... p i e r n i k a l i a!
Zagrajmy na skrzydłach jak Concordia - Knurów!
Poprzebierajmy się za trubadurów
i serenady idźmy śpiewać gorące
pad balkonami,
pod kasztanami,
dziewczętom po pięćdziesiątce...
Potem pierś wypnie każdy jak heros
i w miasto pójdziemy -
dziarscy caballeros,
transparent niosąc triumfalny:
NIE CHCEMY SKLEROZ!
NIECH ŻYJE EROS -
I PRZYROST NATURALNY!
A nocą dziarskie tańce jeszcze
w rytmie szaleńczych rokendroli
i dzikie krzyki ku orkiestrze:
- Powoli, panowie, p o w o l i!

Czasami,
Przeważnie wieczorem,
Gdy księżyc wyłoni zza chmur się,
Ja marzę,
Że też udział biorę
W tym szopenowskim konkursie...
We fraku.
I w filharmonii!
Entuzjazm,
Że niech Bóg broni!
Trzydzieści pięć razy nokturn
Brawami przerwali mi w środku.
Przy radio gdzieś
Moja Frania
Tłumi miłosne łkania
I wreszcie mną się zachwyca:
"Ojej, jak on zaiwania!...”
Bukiety mi wnoszą.
I kosze.
Szał nie ustaje na chwilę.
”Ach, uspokójcie się, proszę!
No cóż... Zagrałem - i tyle..."
Oklaski coraz rzęsistsze -
Już słuchać nie mogę
Tych braw ja...
"Dziękuję, Panie Ministrze,
Bardzo pan ładnie przemawia..."
A potem zaproszeń sterty
Na zagraniczne koncerty.
Bankiety.
Kobiety.
Róże.
W Paryżu, Florencji, Ostendzie...
Dekolty...
Takie duże!
I co teraz będzie?
Po diabła wysłali mnie tam?
Niedobrze.
Ja siebie znam:
Na twarzy powaga i smutek,
A w środku - ho, ho! -
Filutek.
Tu kuszą hrabiny i księżne,
Udają, że niezamężne -
I proszą mnie do altanki,
Bo takie z nich
Melomanki!
Jedna zaklęcia mi szepce -
Druga też czasu nie trwoni,
A Frania
W swojej izdebce
Pewnie łzy roni i roni...
Tam Polka tęskni daremnie -
Tu Włoszka kusi pieszczotą,
A w środku
Walczy wciąż we mnie
Internacjonał z patriotą!
Kto wygrał?..
Niech nikt nie pyta.
Ja podły kosmopolita!
Aż serce się z żalu telepie,
Że skrzywdziłbym tak
Biedną Franię...
Ha!... Może to nawet i lepiej,
Że nie gram na fortepianie.

Kochałem jedną... Na Prądniku.
Srebrzysty głosik miała...
Szeptałem:
"Ptaszku mój... Słowiku!..."
Jesienią odleciała.
Poznałem inną znów...
W Sopocie.
Niebrzydka, miła, hoża...
O niedostępnej niemal cnocie,
Za to z dostępem do morza.
Niestety.
Zwiała po urlopie –
Ot, tak - bez pożegnania...
Myślałem już, że się utopię!
Tylko mi lekarz zabrania.
I tak zbierałem wciąż dowody,
Gdym tylko szedł za serca głosem,
Że brak (widocznie) mi urody
Albo zbyt wiele mam już wiosen...
Cóż?...
Chyba się odmłodzić muszę.
Lecz jak?
Pytałem wielu osób.
Mówili:
"Sprzedaj diabłu duszę -
Jak dotąd to najlepszy sposób!"
Dusza - dziś towar niechodliwy...
Lecz znam się z pewnym detalistą
Z prywatnej inicjatywy.
Nazywa się Mefisto...
Tylko gdzie szukać go nocną porą?
Najlepiej (myślę) przy teatrze:
Tam mnie najczęściej
Diabli biorą,
Kiedy na nasze sztuki patrzę!
Stanąłem więc na samym rogu
Przez sto ponurych
Myśli ścigan...
Ktoś szedł! Tak, diabeł.
Dzięki Bogu!
Myślałem już, że chuligan.
Diabeł uchylił kapelusza...
- Co jest do zbycia?
- Dusza!
Eee! - machnął ręką.
On już niegłupi -
Raz już naraził się na wstyd,
Bo kiedyś zamiast duszy kupił
Świadomość określoną przez byt...
("Lucyper tak się zeźlił wściekle,
Że - proszę pana -
Piekło w piekle!")
- Lecz moja (mówię),
Proszę Szatana,
Dusza po wojnie nie używana,
Czysta, świetlana, żadna lipa!
Sprzedam ją panu tanio:
Młodość poproszę za nią
I urodę Gerarda Philipe'a...
- Philipe'a? - wrzasnął. -
Jeszcze czego!
O, wymagania ma pan duże.
Proszę - urodą K. Szpalskiego
Za darmo panu służę!
- Szpalskiego? - mówię. -
Też zamiana!
Dziękuję za taki
U r o k s z a t a n a.
Zresztą, Mefisto, nie pleć bzdur -
Daj, czego chcę, Szatanie!
I już miał dać -
Wtem zapiał kur,
Więc skończył urzędowanie.
Lecz chociaż duszy mej nie nabył -
Tak rąbnął mnie,
Żem machnął salto...
W ogóle jakiś dziwny diabeł:
Zamiast duszy - wziął palto!

Słowiki sobie śpiewają.
Księżyc na niebie świeci.
Gwiazdy lśnią całą zgrają...
A ja?...
Ja mam żonę i dzieci.
Mnie to już nikt nie nabierze
Na te wzruszenia liryczne...
Ja - proszę was,
Mówiąc szczerze,
Wolę wyraźne wytyczne!
Możecie szeptać tu i tam,
Że kiepscy dzisiejsi poeci...
Nie wiem...
Ja wszystkich czytam!
Ja mam żonę i dzieci.
Kruczkowski idzie w teatrze...
Akt pierwszy,
Drugi.
I trzeci...
Inni już śpią -
A ja patrzę!
Ja mam żonę i dzieci.
Dziś się już byle bubek
Zna na architekturze
I psioczy na temat ozdóbek
Tych tam na górze...
Że to nie żadna ozdoba!
Że Pałac Kultury to szpeci!
Ja nie wiem...
Mnie się podoba -
Ja mam żonę i dzieci.
Kiedyś tu -
Pragnąc mieć spokój
W mickiewiczowskim tym roku -
Kupiłem Pana Tadeusza
I czytam...
Ciurkiem.
Jak leci.
Ja wiem: nikt mnie nie zmusza,
Lecz ja mam żonę i dzieci.
Personalniczka w biurze
Od roku już na mnie leci...
Miłość!
Co robić?
Służę...
Żona i dzieci!
Pocałunki...
Słowiki śpiewają.
Księżyc na niebie świeci.
Jak ona mnie - no to ja ją!
Trudno -
Mam żonę i dzieci.
A potem dansing...
Nie jazz -
Oberki w prawo i w lewo!
Jak samba - to maksimum raz,
I to tylko w związku z Genewą.
Bo mnie -
Choćbym słuchał bez końca -
Zachodni rytm nie podnieci.
Ja lubię zachód...
Lecz słońca!
Żona i dzieci...
. . . . . . . . . . . . . .
Myślałem, że będziecie się śmiali,
A wy się już nie śmiejecie.
Rozumiem...
Wy tutaj na sali
Też macie żony i dzieci.
1955 r.

W imieniu własnym,
Ojca
I matki
Przepraszam za moje oblicze!
Chodzą po ludziach wypadki -
Takiego nikomu nie życzę...
Nie moja wina.
To się mięśnie
Tak układają mi nieszczęśnie.
Że smutna twarz od urodzenia.
I jak pamięcią sięgnę wstecz -
To nic od wtedy się nie zmienia.
Potworna rzecz!
Robią mi ślubną fotografię...
- Uśmiechnij się!
Chcę. Nie potrafię.
Próbuję tak i siak, i wspak -
I nic.
I zdjęcie wyszło tak:
Żoneczka śmieje się od ucha -
A ja po prostu rozpacz głucha!
Smutny z profilu.
Smutny z przodu.
Choć jeszcze wtedy nie było powodu...
Zapyta mnie kto: „Jak teściowa?"
A ja ze smutkiem mówię: „Zdrowa"...
Wrażenie -
Że niech Bóg uchowa!
Jest mecz - i klub mój go wygrywa,
A moja gęba nieszczęśliwa!
Człek się na mecze chodzić boi,
Bo raz mnie zbili...
I to swoi.
Sam personalnik zauważył
Kiedyś na temat mojej twarzy:
- Oj, ten Załucki miewa rysy,
Jakby nie cieszył się
Z Odry i Nysy!...
Na szczęście rzekłem mu:
- Wyjaśnię,
Niech pan przedwcześnie się nie wścieka!
Z mego oblicza bije właśnie
Troska o (tego - tu) człowieka!
Raz tylko,
Kiedym był w Zetempie,
To obejrzeli mnie na wstępie,
Z uznaniem pokiwali głową
I dali Sekcję Rozrywkową!
Niestety -
Nadszedł nowy etap
I człowiek całkiem przepadł!
Dziś aż się gapią na mnie gapie,
Bo ja mam twarz nie na etapie...
Proszę -
Niech Państwo mi pokażą,
Jak tańczyć mambo z taką twarzą!
Nie tańczę - mówią mi "Wyrodku!",
Bo dziś jest właśnie
Taki zwrot ku...
Czułbym się - słowem -
Jak wyrzutek
Przez ten na twarzy wieczny smutek,
Lecz los pociechę tę przynajmniej
Dał mnie - smutnemu indywiduum,
Że zawsze mnie tam ktoś wynajmie
Na akademię...
Do Prezydium!

Przepraszam bardzo, że ciut-ciut
Zanadto myślą sięgam wprzód -
Lecz sprawa w tym się głównie streszcza,
Że odkąd zmarł
Mickiewicz Adam,
To u nas brak w poezji wieszcza.
Więc może ja się nadam...
Ten przyszły,
Nowy,
Piękny świat
Wy sobie tylko wyobraźcie:
My starsi o kilkadziesiąt lat -
Kobiety o kilkanaście!
Epoka nowa.
Atomowa.
A technika się tak rozwinie,
Że nawet będzie słychać słowa
Na polskim filmie w kinie!
A w restauracjach -
Bez przesady -
Też całkiem nowe obyczaje:
Zamiast kelnerów - automaty,
Co same mówią:
"Kolega podaje!"
Od dawna telewizja wkroczy
Do wszystkich mieszkań
Zwykłych ludzi,
Żeby widzieli na własne oczy,
Kto ich tak w radio nudzi...
A w medycynie jakie cuda!
Gdzie tylko człowiek się nie uda -
Wszędzie lekarskich szyldów szereg:
WYMIANA SERCA, WĄTROBY I NEREK!
NA POCZEKANIU!
NA ŻYCZENIE!
Sam dam w gazecie ogłoszenie,
Które tę będzie miało treść:
UNIEWAŻNIAM serce skradzione
przez pewną piękną blondynkę
w rakiecie Nr 6.
I wstawię sobie nowe -
Prościutko ze skrzynki -
Dla jakiejś innej blondynki!
Słowem,
Techniczny postęp wszędzie,
Wygoda na każdym kroku -
Sam nie wiem,
Czego nie będzie
W tym 2000-cznym roku...
Wprost wyobraźnią nie ogarnę:
Podróże międzyplanetarne!
Nowa rubryka w ankiecie:
"Czy ma krewnych na innej planecie?"
Astronawigacja!
Automatyzacja!
Nareszcie spadnie nam z głowy
Ten cały problem lokalowy:
Naciśniesz guzik -
Masz mieszkanie!
Każdy - kto wniesie podanie,
Taki guzik dostanie.
1956 r.

Rozmawiałem ze znajomym
w nie tak dawnym okresie.
Ja się troszkę go bałem -
a on troszkę bał mnie się...
Przywitałem go grzecznie -
on przywitał mnie w pląsie,
Bo ja bałem się jego,
a mnie za to bał on się...
Ja mu "Panie kochany" -
on mnie "Drogi kolego!",
Bo on mnie bał się troszkę,
a ja troszkę się jego.
Ja, że "piękna pogoda" -
on, że "bardzo przyjemnie"...
Wprawdzie lało... Lecz ja go -
a z kolei on się mnie...
Więc "Co słychać?" - "Co słychać?"
"Jako tako". "Niczego".
Bo on mnie bał się troszkę,
a ja troszkę się jego.
Lecz że on nieco bardziej,
więc dodaje wnet chłop, że
”Jako tako, a nawet
rzec można, że d o b r z e!"
Dobrze? ... Myślę: niedobrze!
Mówię więc po namyśle:
Wie pan, raczej już świetnie,
by wyrazić się ściśle..."
Facet pobladł - po chwili
dodał jednak w zapale:
Obywatel nie widzi,
że właściwie w s p a n i a l e?!"
Towarzyszu! - krzyknąłem,
już triumfując w sekrecie -
Chyba lepiej niż u nas
nie jest nigdzie na świecie!!!"
Wtedy dobił mnie strasznie -
skończył ze mną jak z dzieckiem:
Jak to nigdzie? Powiada. -
No, a w Związku Radzieckim?!"
*
Przyszła odwilż i wiosna...
Wiosną słońce - jak bania!
Więc przy bani przypadkiem
doszło znów do spotkania.
On mnie "zyg-zyg marchewka!"
A ja gram mu na nosie...
On się mnie już nie boi
ani ja boję go się!
On powiada, że kiepsko...
Ja dorzucam: "Bałagan!"
On w krytyce się pławi...
Ja mu - owszem - pomagam.

I kroczymy tak obok -
obaj myśląc w tej chwili:
"Jak, psiakrew, ci krzykacze
raptem się odmienili!"
1956 r.

Przepraszam, druga hemisfero,
Ja tutaj pierwszy raz dopiero...
Ziemia jest kulą...
I to fatalne!
Jeszcze się głupstwo jakieś palnie
tu - na tej drugiej połowie...
Bo jeśli stanąć, jak u nas normalnie -
to tu się stoi na głowie,
zanim się jeszcze coś powie...
Poza tym nie bądźcie zbyt próżni -
świat się od Polski nie różni...
Po drugiej stronie geografii -
czy to Brazylia, ,czy Alaska -
wszędzie się las
czy rzeczka trafi,
co szumiąc zaciągnie z kujawska.
W New Yorku, co spojrzę do góry-
To same Pałace Kultury!
A gdy mi się słówko polskie wyśliźnie,
ktoś zawsze podejdzie - i smutnie
zapyta w najczystszej polszczyźnie:
"Excuse me, co słychać w Kutnie?
Czy stoi ten house 'round the corner,
gdzie butcher przed wojną miał shop?"
Wszędzie to samo...
Potworne,
jak mały jest ziemski glob...
Wszędzie się Polak jakiś krząta...
Skromnie...
Bo Polak z tego słynie:
jak wojna - to na wszystkich frontach,
jak pokój - to w oficynie.
Jednemu jodły szumią w Tatrach...
Drugiemu śpiewa Frank Sinatra...
Innemu także jakoś idzie:
obywatelstwo ma pingwinie -
pingwinem jest na Antarktydzie
i lody posyła rodzinie...
A nawet w piekle:
diabełek - pikolak,
protegowany Lucyfera...
Rozmawiał ze mną: pewnie, że Polak.
I ta nostalgia go zżera...
"Sporo mi (mówił) łez pociekło,
gdym sobie stanął za bramą...
Bo tutaj - widzi pan - niby też piekło,
ale to nie to samo... "
Polak za morzem,
za chmurką,
za miedzą -
wszędzie, gdzie tylko ktoś wdarł się...
Tylko uczeni -
uczeni się biedzą,
bo nie wiedzą... kto mieszka na Marsie...
Aż wreszcie dotrą do owej planety,
by zbadać sekrety, które na niej drzemią...
A tam już Polacy:
mężczyźni, kobiety,
co się politycznie nie zgadzają z Ziemią...
Żyją tam uczciwie,
kochają się szczerze...
A miłość małżeńska taki rozmach bierze
że aż tu czasami
na niebie nad nami
widać - latające talerze.
1958 r.

Wyniosłem walizy -
I przeliczyłem wszystkie me dewizy:
"Módl się i pracuj!"
"Polsce wiernie służ!"
Trochę franków.
Złote serce.
I już.
Potem w miasto ruszyłem nieśmiało,
przestrogi pomny wciąż tej,
że Polska dewiz ma mało!
A Polak ma jeszcze mniej...
A tu sklepy ogromne
kuszą, żebyś wszedł:
jakiś "Au printemps",
jakaś "Lafayette" -
gdzie widzisz,
jak na stołach, witrynach i ladach
ten ich kapitalizm
całkiem się rozkłada!
Tu to, tam - tamto,
aż się serce telepie,
gdy sobie wyobrazić
manko w takim sklepie.
A paryżanie mili
byli dla mnie ogromnie.
Mona Liza w Luwrze
uśmiechała się do mnie -
chociaż dla Francuzów
smutna była era:
rządu właśnie nie mieli...
I nie mieli premiera!
Frank im spadał gwałtownie,
a ja drżałem pobladły,
żeby mi moje
przypadkiem nie spadły!...
O względy więc dbając
międzynarodowe -
do każdego kelnera
trzymałem przemowę:
że dziejowe nas więzy
połączyły na amen.
U nas był Henryk Walezy!
U was był Jerzy Putrament!
Że Polska i Francja
to dwoje przyjaciół,
więc go bardzo proszę,
żeby mnie nie naciął!
A z oczu kelnera
rozpacz biła szczera,
bo on rządu nie miał..
I nie miał premiera!
Lecz gdy oranżadę
wlewał mi do szklanki -
czułem, jak się leją
moje własne franki...
Aż on spytał widząc
mój tragiczny profil:
- Franków panu żal?
- Tak... Bo ja -frankofil!
I tak wszędzie za mną
kroczył już ten żal:
od Pól Elizejskich
do placu Pigalle -
tam,:gdzie kuszą dziewczęta,
a człowiek się gryzie,
bo co spojrzy na cizię -
to już po dewizie!
Lecz gdy jedna rzekła,
że mi serce da,
- Se-si-bą! - powiedziałem.
Que sera - sera!
Musiałem...
Bo z jej oczu
rozpacz biła szczera:
ani rządu - biedactwo!
Ani nawet premiera!
Na odchodnym rzuciła
uśmiech Mony Lizy
i ja znowuż musiałem
przeliczyć dewizy...
Przeliczyłem dokładnie,
a tam tylko już:
"Módl się i pracuj!"
"Polsce wiernie służ!"
Nie było z czym zostać...
Więc wzruszony ogromnie
Wersal jeszcze zwiedziłem...
(Chyba widać po mnie?!)
Wreszcie po tym Wersalu
odjechałem...
Bez żalu!
Bo cóż mi tam Paryż, neony,
światła et cetera -
kiedy ja już bym nie mógł
tak żyć
bez premiera!

1957 r.

Pewna pani mi rzekła ponuro,
Że nie grzeszę
Fizyczną kulturą...
Ból mi serce przeszył! -
Zły spojrzałem na nią.
"No, cóż... Gdybym grzeszył,
To i tak nie z panią!"
I poszedłem...
Uprawiać sporty.
Bo po co przygadywać ktoś ma mi?
Kupiłem sobie
Dysk i szorty.
Żeby rzucać.
Dyskiem. Nie szortami.
Na boisku było
Wszystko jak należy:
Krowy się pasły.
I trenerzy.
Kupa dzieci i mamek.
I sportowcy dzielni.
A w jednej z piłkarskich bramek
Był magazyn.
Gminnej spółdzielni.
Pokłoniłem się wszystkim z oddali -
Powiedziałem im,
Po co przychodzę...
Czy mam te warunki - spytali.
"Warunki? ...
Na wszystko się godzę!"
Potem dyskiem rzucałem.
Do celu.
Rannych nie było wielu:
Jeden koń. Oraz działacz sportowy.
Byłby w głowę dostał!...
Ale był bez głowy.
Mimo to trener
I jego kolega
Powiedzieli:
"Niech już lepiej pan biega!"
"Proszę bardzo (mówię),
Niech będzie..."
Stanęliśmy na starcie -
Czterech w jednym rzędzie.
Strzał!!!
Tamci w nogi.
A ja nic - ja stoję.
Niech strzelają - ja się nie boję!
W tenisie też mi szło niewesoło,
Choć nie spuszczałem piłki z oka.
Siatka za niska!
Ta wokoło.
Za to ta w środku zbyt wysoka.
Dość że piłkę znaleźli za miedzą -
Drugą piłkę znaleźli za rzeką...
Nie szkodzi.
Niech widzą -
Niech wiedzą,
Jak ten sport u nas sięga daleko!
A potem przyszła
Piłka nożna.
Narzekać właściwie nie można:
Strzeliłem na bramkę
Bombę cudną,
Tylko do siatki trafić trudno.
(Udawało się jakoś w tenisie -
W piłce ani razu
Nie udało mi się...)
Nawet pewien kibic,
Co był przy tem,
Powiedział do mnie z zachwytem:
"Pan to stanowczo powinien grać w lidze!"
Zależy w której.
W pierwszej się wstydzę.
A zresztą zostały mi narty...
No, cóż! Mam charakter uparty.
Stanąłem więc
Na zakopiańskim stoku...
Padał deszcz.
Wciąż ten sam.
Od roku.
Wyczekałem na śnieg chyba z rok się -
Aż poszedłem na deski!
Lecz w boksie.
Był ring.
Taki - wiecie - kwadrat czy prostokąt.
Piękna kontra mi wyszła!
Nawet nie wiem, dokąd.
W ogóle byłoby byczo,
Tylko za szybko liczą!
Gdyby liczyli mnie do środy,
Mógłbym wznowić zawody -
Spróbować swoich sierpów
Mógłbym przy okazji,
A w ostateczności
Użyłbym
Perswazji!
A tak - to nic.
Choć walczyłem niezłomnie.
MÓJ SINIEC ŚWIADCZY O MNIE!

Nie mogłem pozbyć się
Tego piętna -
Wstyd było spojrzeć
Na ciocię Florcię:
Cała rodzina inteligentna,
Tylko ja nie znam się
Na sporcie!
Nawet mój synek,
Co w ósmej jest wiośnie,
- Tata! - mi mówił. -
Co z taty wyrośnie?
Chodź, tata, ze mną raz na Garbarnię,
Zobacz, co korner,
Co skrzydło -
Może się tata trochę rozgarnie,
Bo pochodzenie mi zbrzydło!
Słowem, jeździli mi po głowie,
Wszyscy mnie mieli za wyrodka,
Aż rzekłem:
- Trudno, sport to zdrowie!
Rodzino, gramy w totka!
Ciotka jako maskotka,
Syn jako spec,
A ja tak sobie - pur la hec.
Jakby nas natchnął jakiś duch...
Synek w ekstazie darł się:
- Tata!
Stawiaj na Wisłę!
Stawiaj na Ruch!
A tata stawiał na wariata
Każdemu czym chata bogata:
Krzyżyk w skos
I wszerz
I wzdłuż -
Jak grabarz opętany szałem.
Potem na pocztę...
Ciach - i już!
Przyszła niedziela...
I wygrałem.
Przyznacie -
Sukces niebywały
Tak wszystko przeczuć bez omyłki,
Żeby krzyżyki się zgadzały
Na cmentarzyku naszej piłki!
Od dzisiaj sport -
Obywatele! -
Moja specjalność, można rzec,
Bo spece wiedzą tak niewiele,
Że kto nic nie wie -
Większy spec!
No cóż...
Nie myślcie jednak sobie,
Żem w dumę -
W zachwyt wpadł cielęcy.
Nie... Raczej martwię się, co zrobię,
Gdy przyślą mi te sto tysięcy...
Z taką gotówką -
Daję słowo -
Sam sobie będę obcy klasowo!
Gdy synek mój w ankiecie zbuja,
Gdy będzie ojca miał burżuja?
Słowem, tak wielką mam obawę,
By się nie stoczyć przez ten dochód,
Że chyba wszystko dam - na Warszawę!
Albo na inny samochód.

Nie pomaga patriotyzm,
Margaryna
Ni ceres -
Gastronomia dla Polski
Nierentowny interes!...
Knajpa.
Bufet.
A na nim
Różne mięsa i ciasta...
Co spożyjesz kawałek -
To deficyt nasz wzrasta!
Bo powiedzmy: kiełbasa...
Co się tyczy kiełbasy -
Dziś kiełbasa to zdobycz
pracującej jest klasy!
Więc by zdobycz tę chronić -
Do każdego plasterka
Jest osobny dyrektor,
Woźny,
Stróż
I kasjerka!
Nadto pięciu planistów
I księgowych jest szereg,
Co planują,
Księgują
Odpowiedni plasterek. -
Do którego Ojczyzna
Tobie grubo dopłaca,
Bo gdy ty tu zakąszasz -
To tam w biurze wre praca!
Stąd deficyt!...
I wszyscy -
Każdy współobywatel
Swoją cząstkę dopłaca
Na Twój klops,
Czy rozbratel!
Zamówiłem dwie wódki
I kanapkę z sandaczem...
Kelner przyniósł.
Postawił.
Ja wtranżalam - i płaczę!...
"Jeszcze porcja szyneczki!" -
Rzucam z bólem kelnerce.
I tam szynka się kraje,
A tu
Kraje się serce...
Bo co zjem,
Czy wypiję -
To deficyt ten wzrasta!
Bo mi przykro, że na mnie
Cała Polska się szasta:
I ten chłop!
I robotnik,
I urzędnik skromniutki...
Aż za serce coś chwyta...
"Kelner! Jeszcze dwie wódki!"
Nic nie szkodzi, że jutro
Będę pewnie miał katza...
Widać trzeba,
Gdy Naród
Mnie do katza dopłaca!
Zresztą, drodzy Rodacy
Z Łodzi,
Z Kutna,
Z Wrocławia!...
Czy ktoś mógłby nie wypić,
Gdy Ojczyzna mu stawia?!...
1958 r.

Cieszą mnie moje radości,
Martwią mnie moje troski -
Jednym słowem, do siebie
Mam stosunek ojcowski...
Gdy mi nieodpowiednią
Wyda się jakaś dziewczyna -
Przestrzegam siebie przed nią,
Jak ojciec syna:
- Ojczyznę kochaj i pracę!
Na co ci teraz dziewucha?..
I nigdy na tym nie tracę,
Bo syn ojca nie słucha.

Świat mi się całkiem nie podoba:
W kosmosie gospodarka do kitu
Gwiazdy się palą,
jak okrągła doba -
nawet w godzinie szczytu!
"Na Marsa - namawiają - poleć!"
A któż by głowę pchał pod nóż?
Na Mlecznej Drodze
pewnie gołoledź,
bo znów nie posypał Anioł Stróż!...
Burzliwe wiosny,
mokre sierpnie -
słowem - gdzie spojrzę - pełno wad...
Lecz na myśl jedną
skóra aż cierpnie:
co by to było,
co by to było,
gdyby tak Polak stworzył świat?!
Gdyby tak Polak - trafem jakim,
Nasz rodak z wąsem w kształcie wiechcia!
Lub... gdyby Pan Bóg był Polakiem...
Nie!
Tego nawet Bóg by nie chciał.
Po prostu
przed miliardem lat
gdyby bieg rzeczy zmianie uległ
i gdyby Polak stworzył świat...
O - rany Julek!
Kulą nie byłaby ta Ziemia!
Nie kulą byłby Księżyc blady...
Sześcianem? ... Nie wiem.
Jedno wiem ja:
Bez kantów nie dałoby rady!
Spitsbergen byłby - gdzie Kalkuta.
Alpy na głowie by stały...
Włochy by miały może kształt buta,
lecz pewnie o numer za mały!
Tylko przez Polskę płynęłaby wartko
szeroka Wisła... z czerwoną kartką!
Nad nią cytryny szumiałyby z cicha,
na każdej gałązce - zagrycha!
A gdyby już była gotowa ta rzeka,
Polak by chyba dłużej nie zwlekał
i by się wreszcie
(cieszcie się, cieszcie!)
wziął do stworzenia Człowieka!
Nie powiem, jak byśmy wyglądali...
(Za dużo dorosłych na sali!)
To nawet głupstwo już, że Adam
pomieszałby mu się z Ewą,
bo i tak
(ja się z Wami zakładam!)
co ważniejsze - poszłoby na lewo!
...Tyle że może w bezhołowiu ciał
Opatrzność zrządziłaby bystra,
że przez pomyłkę
plecy bym miał
nie tu - lecz u Pana Ministra.

Czy to na Śląsku,
Czy w Krakowie,
W ogonku
Czy w dziewiczym lesie -
Bez przerwy mam
Tę stopę w głowie
I czekam,
Kiedy się podniesie...
Bo ja nie jestem byle zrzędą.
Nie!...
Mam już miejsce w pularesie
Na te pieniądze,
Co tam będą,
Kiedy mi stopa się podniesie.
I kocham...
Kocham dziewczę młode -
Lecz czekam
(Chociaż serce rwie się!)...
Za to na pewno ją uwiodę,
Kiedy jej stopa się podniesie!
To nic,
Że czuję troszkę źle się,
A na Krynicę
Nie wystarczy...
Kiedy mi stopa się podniesie -
Podleczę sobie...
Uwiąd starczy.
Tyś mi
Najbardziej ukochaną,
Przebudzenia chwilo wzniosła,
Kiedy to sprawdzam
W każde rano,
Czy mi już troszkę się podniosła!
Pełen niepokojących przeczuć
Węszę, czy forsy nie czuć...
Nie czuć.
Lecz słyszę
Pisk najoczywistszy...
Więc serce drży mi,
Wzdycham: "Oby!..."
I nasłuchuję, co to aż piszczy...
Może dobrobyt?!
Nie...
To był tylko dzwonek w drzwiach.
Więc znów przeczucia
Przez grzbiet płyną:
Może ni stąd, ni zowąd (ach!)
Mój szofer
Z moją limuzyną?!...
Wzruszony wołam przeto:
"Proszę!"
Sąsiad.
Pożyczył mi kalosze.
Trudno.
Poczekam.
Odrobinę.
W gazetę nóżki swe owinę.
Najszybciej bowiem
(Jak to wiecie)
Stopa podnosi się
W gazecie!

"Obywatele! Miejcie sumienie!
Nie pijcie -
Wódka was kładzie!"
Tak zakończyłem swoje przemówienie
Wczoraj na Miejskiej Radzie.
Następnie wygłosił expose
Przewodniczący Dudek,
Żeby ze względu na zgrozę
W ogóle znieść
Sprzedaż wódek,
Jako że - proszę państwa -
Zaistniał problem pijaństwa!
"Fakt (mówił) stwierdzić ten muszę,
Gdyż wczoraj spostrzegliśmy sami,
Że w naszym miasteczku
Były t r z y ratusze
Pod t r z e m a
Osobnymi
Księżycami!"
"Niech to się już (mówił) nie zdarza!
Dewizą trzeźwość,
Celem naszym - praca!
Wykreślmy z elementarza
Słowa: "Ala ma k a t z a!"
I Dudek dalej zaznacza:
"Czy was nie oburza,
Nie złości,
Że społeczeństwo się zatacza
Na drodze do lepszej przyszłości?!
Musimy skończyć z tym w porę
I znieść sprzedaż wódek od grudnia:
W niedziele i w piątki - wieczorem,
W soboty zaś - do południa!..."
W tym miejscu
Rozległa się wrzawa,
Huczne oklaski i brawa -
Lecz ktoś się odezwał po chwili,
Że to nie rozwiąże problemu,
Bo ludziom
Się wszystko
Pomyli!
Szczególnie po pijanemu.
"To (krzyknął)
Nieprzemyślane!"
I z miejsca wystąpił z przemową,
By ograniczać na zmianę
Raz czystą -
Raz kolorową!
Tu znowu
Rozległa się wrzawa,
Huczne oklaski i brawa -
Ale z prezydium ktoś odrzekł,
Że projekt ten
Celu nie ziści,
Bo
Primo - mieszać niedobrze!
Secundo - są daltoniści!
By sprawę rozwiązać zarazem
Stanowczo (!)
I humanitarnie (!!!),
On wnosi, by pełnym zakazem
Objąć kawiarnie!
Tu wszyscy objęli się czule,
Ze łzami wołając:
"Tak! Tak!"
Albowiem
Kawiarni
W ogóle
U nas w miasteczku brak.
Gdy plenum więc
Jednogłośnie
Swą wyraziło już zgodę
I odśpiewano podniośle
Masową pieśń "Cichą wodę" -
Zrobiono maleńką libację,
Po której orzekli
Nawet abstynenci,
Że jednak
Kopernik
Miał rację:
Ziemia się kręci!

Każdy ma swe ideały...
I ja mam - skromny i mały:
Jednorodzinny domek.
Jednorodzinny potomek.
Żona... Też być powinna.
Nieduża. Jednorodzinna.
Ogródek. Bez. Konwalijka...
Skromniutko, proszę ja was...
I pięciorodzinna pensyjka.
Dla jednej
Rodzinki
W sam raz.
Sam domek dziś - moi złoci -
Taniocha!
Może być bowiem:
Z żużlu.
Z odpadków.
Z trocin.
I z tego, czego nie powiem...
Z wikliny jeszcze oszczędniej...
Zabawa zaś znakomita:
Jesienią domek ci więdnie -
Wiosną domek zakwita...
Tyle - że boże krówki
Trzymają się w prześcieradłach.
Więc trzeba domku pilnować,
Żeby go która nie zjadła...
Lecz ja mam pomysł , co płynie
Z mej poetyckiej natury:
Czy mógłbym dom mej rodzinie
Zbudować z... makulatury?
Czemuż wiklina i łoza
Słowo w tym względzie ubiegła?
Nie gorsza poezja i proza,
I zawsze
Co cegła - to cegła!
Mieszkałbym tam kulturalnie,
Bobym zbudował - widzicie:
Z "Trybuny Ludu" - bawialnię...
Sypialnię - z "Kobiety i Życie".
Okap, co smętnie zwisa,
Z Obywateli Brandysa...
A z Putramenta fundament,
Bo twarda sztuka
Putrament!
Z dachem trudniejsza już sprawa,
Lecz też znalazłem - Eureka:
Dach - z "Rudeho Prawa".
Tam nic nie przecieka.
Na dachu parę ozdóbek,
Wreszcie szpikulec na czubek –
Albowiem chciałbym, Ojczyzno,
By dumnie się pięła do góry
Budowla socrealizmu -
Mój - Pałac Makulatury!

Gdy raz wypiłem parę wódek,
Zjawił się u mnie
Krasnoludek.
Spojrzał na flaszkę na mym stole,
Na pięciogwiezdną aureolę
(Co to pięć gwiazdek - wam izwiestno)
I gorzko westchnął:
"O smutku, coś mą duszę zaległ!...
Piją furmani i poeci -
A gdzież się urżnąć ma krasnalek?..
W bajce dla dzieci?!"
Siadł więc na stole pełen smutku
I pił - pokorny, skromny, cichy -
Twierdząc, że jest coś w krasnoludku,
Iż czasem musi!...
Bez zagrychy.
Niekiedy mruknął:
"Dobra... Chłodna..."
I mrucząc wypił flaszkę do dna.
Potem - choć wzrostu miał trzy cale -
Rozrabiać zaczął niebywale.
Napisał sosem na serwecie:
"Krasnoludki są na świecie!"
Zademonstrował rock and roll,
Rozbił lustro, krzycząc "Gol!"
Spalił dywan papierosem,
Wannę zatkał kabanosem,
Ściągnął obrus,
Szklanki stukł,
Mnie samego zwalił z nóg
I podniósłszy dziki krzyk,
Zbudził żonę, po czym znikł...
A żona, widząc t a k i e skutki,
Dalej nie wierzy w krasnoludki!...

Ja się was nie boję -
Nie lękam,
Dygnitarze!
Ważniaki!
Kacyki!
Albowiem tę oręż mam w rękach
Oddolnej samokrytyki!
Jam dzielny,
Odważny,
Jak Hektor -
Już w szkole zdobywca Trój!
Niestraszny
Mi żaden
Dyrektor!
No, chyba że mój...
Choć wczoraj
W porywie śmiałym,
Gdym widział,
Jak wsiada do Forda -
To wiecie, co pomyślałem?
D z i e r ż y m o r d a!
Nawet nie odezwał się na to...
Bo cóż - prawda,
Że przełożony?
Przełożony jest też demokratą!
Powiedziałem tak wczoraj.
Do żony.
A żona jak żona:
"Oj, oj!
Ty nie bądź taki gieroj!"
Zaklina, błaga, rozpacza...
Cóż zrobię?
Dusza kozacza!
Poszedłem do dentysty...
Idiota.
Znów mi ruszają się mostki.
Powiedziałem:
"To ma być robota?
To jest kult jednostki!"
A żona znowu:
"Oj, oj!...
(Wiadomo - jak to kobita.)
Ty nie bądź taki gieroj!
Może on gazet nie czyta..."
Zaklina, błaga, rozpacza -
Normalnie, zwyczajem żon...
A we mnie
Dusza kozacza!
Cichy Don...
Idę Plantami -
Wśród drzew...
Odwaga wciąż we mnie wzbiera.
Tu sobie mruknę: "Psiakrew!"
Tam sobie mruknę: "Cholera!"
Może nie wolno mi?!
Wolno!
Każdy mi teraz to przyzna,
Bo mam
Tę oręż oddolną
I wreszcie
Ze mnie
Mężczyzna!
Tylko żona znowu:
"Oj, oj!...
Gieroj..."
1956 r.

Żył sobie architekt...
Ceniony.
Z twarzą subtelnie wybladłą.
Sam...
Nie miał dzieci ni żony.
Zaledwie miał prześcieradło.
Wiadomo - to żadna kariera
Bielizną być kawalera:
Mydło - niestety - z rzadka.
Proszek do prania - gratka.
Żelazko? Ot, jak się uda...
Moralnie - nuda!
Miało prześcieradło
Dość więc takiej doli
I w odmęty wpadło
Czarnej melancholii...
Cierpiało długo po cichu,
Aż powiesiło się...
Na strychu!
Architekt załkał...
Skrucha.
(Przywiązał się do ciucha!)
Buduje wprawdzie domy
W Warszawie i w Nowej Hucie,
Lecz w sercu żal...
(Wiadomy.)
W sumieniu - kłucie.
Więc w domach tych - choć ładne -
O strychach ani słychu,
ŻEDY SIĘ JUŻ WIĘCEJ
PRZEŚCIERADŁO ŻADNE
NIE MOGŁO POWIESIĆ NA
STRYCHU!

Było jak co wieczór...
Wznowił mi ten ból się!
Przyszedł lekarz -
Potrzymał mi rękę na pulsie
I zapisał z zapałem
Jakieś proszki na poty...
- Czy to groźne? - spytałem.
- Nie, niegroźne: sto złotych!
Ale jedno, Doktorze,
Mnie się nie podoba:
Skąd właściwie u mnie
Tak kosztowna choroba?...
Lekarz myślał...
Pomyślał
I spytał czym prędzej:
- Czy w pańskiej rodzinie
Nie miał ktoś - pieniędzy?
Rzuciłem jemu
Spojrzenie niewinne...
- Nie miał, panie Doktorze.
To u nas rodzinne!
Jakaś dziedziczna wręcz epidemia:
Mój dziad po pradziadku
Już to miał, że nie miał!
A potem z mężczyzny
To szło na mężczyznę -
Aż zaraziliśmy
Całą Ojczyznę!...
1958 r.

Porządny ojciec,
porządna matka,
a on - czort wie co - zagadka!
Znają go ludzie od dzieciństwa,
znają go niemal, odkąd żyje:
niby nie zrobił nigdy świństwa,
niby porządny,
a - nie pije!
Nieraz robiliśmy mu chryję,
że młody, zdolny,
a nie pije...
Bo gdy ktoś - prawda - alkoholik,
to wiesz, że Polak i katolik!
A tak - to kto?
Wnet się wyłania
ta kwestia zaufania.
Sam go broniłem wobec opinii:
"Słuchajcie, on trzeźwy -
nie wie, co czyni!
A może sekret jakiś fatalny?
Może cudzoziemiec?
Może nienormalny? "
'W całej Europie przecież wiedzą,
od Morza Czarnego
do La Manche'a,
że w Polsce dzieci tylko j e d z ą,
dorosły - z a k a n s z a!
I Ministerstwo Aprowizacji
(co stwierdzam nie bez pychy)
mają wkrótce przekształcić...
W Ministerstwo Zagrychy!
A on - on co?
On, proszę gości,
w oparach tarza się trzeźwości -
aż mi go żal!
Bo pojmie wkrótce,
że spod nieszczęsnej jest gwiazdy...
Wszak u nas się wszystko
załatwia przy wódce:
i ślub
i awans,
i prawo jazdy!
Trudno, panowie abstynenci,
tu nie pomoże płacz i żal nie -
bez kieliszka nieważne!
Tak jak bez pieczęci.
I jak on chce żyć!
Nie-le-gal-nie?!
U kobiet też nie ma szansy za grosz:
bez wódki - nie rozbierosz!
Więc gdym go ujrzał raz z daleka,
postanowiłem ratować człowieka,
co w abstynencji się pławi...
Wyciągam doń
pomocną dłoń -
no, może cholera postawi?!
On na mój widok rozwiał się jak dym,
za najbliższą znikł bramą...
Wyrodne dziecko!
Wyrodny syn -
nie lubi t a t y z m a m ą!

Od Związku Literatów
idziemy dwaj Krupniczą.
Poeci chwil nie liczą
w noc taką tajemniczą...
Niebo jest całe gwiazd paletą -
i księżyc świeci na wabia...
- Porozmawiajmy jak poeta
z poetą!
Ile kolega zarabia?

Bracia!
W polityce inny wiatr dziś zawiał!
Do innego wiatru
już się nas wystawia...
Tam na szczycie - spotkania.
Rozmowy ...
Zbliżenie!
Poproszę o światło różowe na scenie,
bo gdy pomyślę o takiej rozmowie:
dwie głowy państw -
tak głowa przy głowie,
wtedy radosne przechodzi mnie mrowie
i wiem, że już we mnie
taka dusza od dziecka
amerykańsko-radziecka!
Zatem mało mi o tym
tylko myśleć z zachwytem.
Puśćcie mnie do środka!
Puśćcie - chcę być przy tym,
by - zamiast być świadkiem
jeszcze jednej z plajt -
usłyszeć:
Very choroszo!
i sowsiem alI right!
A gdy spytają, czemu
pcham się jako trzeci,
- Jak to czemu? - odpowiem. -
Ja mam dwoje dzieci!
Maleńkije girls.
I kłopotów stertę...
Ja się Wam tu przydam -
ja będę ekspertem.
Ekspertem w zakresie
spraw ogólnoludzkich -
rzeczoznawcą pragnień
rodziny Załuckich...
A pomysły my mamy genialne, że hej!
Na czto, gentlemen?
Znaczitsa okey?...
Potem powiem:
- Cóż Ziemia?
Prowincja i farsa -
nie ma o co się kłócić.
Już lepiej - o Marsa!
Wezwijcie astronoma,
by lunetą wdarł się
w ten wszechświat - i stwierdził,
jaki ustrój na Marsie,
żeby już się można
wspólnie zastanawiać,
kto
i od czego
ma Marsjan wybawiać...
I będę się grzecznie
przysłuchiwał rozmowie -
czasem tylko wtrącę:
- No, panowie, panowie!...
Zamiast rzec coś takiego,
co nadszarpnie więzy -
lepiej się ugryźcie
w ten nasz wspólny język!
Bo tu szczebel najwyższy -
kończy się drabina
i już amen, proszę panów:
Niebo się zaczyna,
gdzie
ni pertraktacji,
ni rozmów nie macież!
Najwyżej
litanię
i pacierz...

Wytworny "Orbis"...
Parę fraków.
Orkiestra rżnie z talentem.
Tylko stoliki dla Polaków
niestety - już zajęte.
Lecz że wprost z głodu
ruszam grdyką,
a mam naturę krewką,
usiadłem sobie przy stoliku
z francuską chorągiewką...
Wiem: karygodna arogancja,
lecz chciałem jeść, panowie!
Myślałem:
chyba za to Francja
nam wojny nie wypowie...
Usiadłem więc -
i oto cud:
zewsząd
spojrzenia dziewcząt
jak miód!
A męskie twarze z zachwytu blade
patrzą na moje skarpetki
z Emhade,
po czym wzdychają z melancholiją:
- Ci sobie żyją!...
Rączo przybiega grzeczny pikolak,
rączo, bo nie wie - dureń! -
żem Polak.
Z ukłonem się kelner zjawia po chwilce,
bo nie wie - kretyn! -
że jestem tubylcem...
- Bon jour, monsieur!
Vous desirez?
To znaczy pyta, czego chcę...
Były tam różne kotlety, pieczenie,
do których się rwało
moje podniebienie,
ale musiałem zamówić kluski,
bo tylko na tyle
znam francuski...
I jem te kluski w aureoli,
bo wszyscy patrzą na mój stolik...
z dala sąsiadka
szturcha sąsiada:
- Patrz, chamie, jak się
w Paryżu jada!
Ta gracja, te ruchy -
no, sam powiedz:
Co obcokrajowiec -
to obcokrajowiec!
A druga dama w kolorze lila
przez cudzy stolik się przechyla
i pyta z uśmiechem:
- Vous-etes Parisien?
A ja - wytwornie:
- E-hę!
I myślę, patrząc na tę publikę:
- O, la-la-la!... C'est magnifique!
Jakiś dyrektor do baru zaprasza.
Z nim dobry kociak.
Myślę: "Dobra nasza!"
Szampan? ... Niech będzie!
Chcesz trwonić - to trwoń...
Więc piję - i krzyczę:
- Vive la Pologne!
a oni przyśpiewują mi:
- Allons enfants de la Patrie!
Wtem ktoś się wtoczył z mgły poranku
i krzyknął do mnie:
- Cześć, Marianku!
Trzeba było widzieć
te spojrzenia wokół...
Jakbym dyplomatyczny
pogwałcił protokół!
Jak tylko za to,
że jestem Polakiem,
spojrzeli na mnie z wzgardą i niesmakiem
i Polak pikolak,
i Polak kelner,
i polska barmanka - dziewczę subtelne,
i córka Polka,
i matka Polka
(A niech je zagraniczna kolka!)
i polski dyrektor
(co miał polski order) -
a polski kociak
dał mi w polską mordę,
bo pewnie liczył już szalenie
na polsko-francuskie zbliżenie...
I słusznie!...
Bijcie mnie, łobuza,
ukarzcie, bom parszywa owca:
Skradłem ten uśmiech,
co był dla Francuza!
Skradłem tę grzeczność,
co nie dla krajowca!
Sam nawet krzyknąłem:
- Bracia Polacy!
Ja za to chętnie głową zapłacę -
głową zapłacę!
G ł o w ą, panowie!
Lecz próżnom czekał,
kto z nich odpowie:
- No, to płacimy ... po połowie!

Nie śpi pan prezydent.
Gryzie się generał!
Martwią się
w sztabskomandach
ich uczeni koledzy,
żebym ja -
obcy człowiek! -
nowocześnie umierał,
według najnowszych osiągnięć wiedzy!
Trudzą się w tym kierunku
znawcy,
koneserzy...
A mnie - nie zależy.
Dbają o mnie po prostu
jak z rodziny kto bliski:
ulepszają te bomby,
doskonalą pociski,
żeby we mnie nie rąbnął
czasem jaki nieświeży...
A ja nie wiem, jak państwu,
ale mnie - nie zależy!
W ogóle,
jeśli im to rachunku nie zmienia,
to, zamiast wydawać
wszystko na zbrojenia,
niech dadzą mi
tych kilka na mnie
przeznaczonych groszy -
i ja sobie umrę sam!
Z przejedzenia.
Albo z nadmiaru ziemskich rozkoszy...
Bez liczników Geigera,
bez promieniomierzy -
no, mnie nie zależy!
Ja nie snob,
ja prosty,
chłopsko-robotniczy,
niech na mnie Geiger nie liczy!
Chyba pójdę do ONZ-etu,
rozbrajająco się uśmiechnę
i poproszę
o rozbrojenie powszechne!
Powszechne i kompletne,
bom ja entuzjasta:
z zakazem produkcji
wałków do ciasta!
I wszystkiego.
Systematycznie.
Kolejno -
dopóki
już tylko amorkom pozostaną łuki!
Amorkom się zostawi...
To nawet przyjemnie,
kiedy trafiają.
Sam dobrze wiem...
Tylko też - do diabła! -
nie wciąż tylko we mnie!
Po wsiem!
Po wsiem!
A jeśli już wojna,
to mym cichym snom by
odpowiadała wyłącznie
wojna na... sexbomby.
Typu Brigitte Bardot -
zrzucane z samolotów.
Sam
na czas jakiś
polec byłbym gotów -
w cichym bohaterstwie,
w sekrecie przed władzą...
He, he...
Generałowie nie dadzą!
Wszystkie światła zapalić
każą przed nalotem,
zaciemnienie - potem.
Lecz inna broń, panowie,
niech sczeźnie!
Niech znika!
Bo guzika się lękam...
Tak, tego guzika,
co gdy go nawet nieumyślnie
po pijanemu sierżant naciśnie,
to tylko świśnie i zabłyśnie!
Ten guzik na względzie mając,
ONZ-ecie,
do likwidacji zbrojeń prowadź!
O - już likwidują...
Ciesz się, świecie:
Guzik kazali zlikwidować!
***
Ja tu swoją drogą plotę na tej scenie,
a satyra - to broń!
Ponoć groźna szalenie -
i jeszcze ode mnie
zaczną rozbrojenie...

Ja tu biedny z Krakowa,
gdzie już piąty wiek się
pławimy w smutnym naszym kompleksie.
Niby w porządku.
Niby wszędzie
uznają nas...
Lecz żebym skonał,
jak ten warszawiak w piątym rzędzie
nie myśli o mnie:
"Prowincjonał!
Krakusik!
Centuś!..."
Niby czemu?
Panie! Tu, tutaj, na tej sali,
jeszcze niespełna pięćset lat temu
inaczej byśmy rozmawiali!
Ach, gdzież jest czas ten zapomniany,
o którym mi śpiewała niania,
gdy k a n t o r służył do wymiany,
nie tak jak dziś:
do malowania.
Kiedy to...
Zresztą sam łaskawie
Pan przyzna, że przed laty wielu
gwizdałbym na chody w Warszawie,
bo miałbym bliżej:
na Wawelu!
Po każdą protekcję
byłoby mi blisko,
po talon na jednorodzinne zamczysko,
po wszystko...
I wszystko załatwiłby wnet tam
jakiś znajomy kasztelan
czy hetman,
bo król był w Krakowie!
W Krakowie - królowa.
I jeszcze do dzisiaj
Premier jest z Krakowa!
Byliśmy stolicą.
Byliśmy bógwico.
Aż nastał król Zygmunt,
co miał plany dumne,
i poszedł do Warszawy...
Bo chciał mieć kolumnę.
A nam
cóż zostało z królewskiej świetności?
Alicja Bobrowska
(królowa piękności)
i jak wyrzut sumienia
po krakowskim Rynku
krąży jeden minister...
I to w stanie spoczynku.
Historio,
nie bądźcie dzieckiem!
Chyba już czas pomyśleć o tym,
by wbrew pomysłom
feudalno-szlacheckim
Kraków stolicą był z powrotem.
W Krakowie mędrców całe mnóstwa
myślą rozważnie,
myślą ściśle...
W Krakowie też się robi głupstwa,
ale - po dłuższym namyśle!
Wciąż się Krakowa nie docenia
przez jakieś dawne uprzedzenia:
że miasto emerytów...
Bzdury!
Któż wyżyłby z emerytury?
Centusie? Skąpi?
Też nie sądzę:
gdy o państwowe idzie pieniądze,
stolicą możem być... Bez słowa.
A w razie czego -
sesja sejmowa,
z Zakopanego bliżej do Krakowa!
I żeby ministerstw
było choć czterdzieści,
to się w Krakowie
wszystko jakoś zmieści:
Ministerstwo Aprowizacji
z całą jego armią
na Plantach bym umieścił.
Niech wiewiórki karmią!
Budownictwo - w Smoczej Jamie...
By spokojnie spali,
że im się na głowę
sufit nie zawali.
Finanse
(Ministerstwo Ciaćków, czyli Dudów)
na placu Kossaka,
który słynie z cudów.
I - żeby nie było
później ambarasu -
Kulturę i Sztukę na Skałkę.
Zawczasu.
Ministerstwo Górnictwa
będzie zbędną utopią,
wystarczy Zarząd Miejski:
oni więcej kopią.
A tam - na Wawelu,
gdzie srebro i złoto,
Szczerbiec, arrasy i kafelki -
zamieszkać mógłby... Kto?
Mniejsza o to.
No, przecież nie Kazimierz Wielki.
I zniknie krakowska dola beznadziejna,
dzień i noc stolica będzie trąbić.
(Hejnał!)
A ja -
już odwykły od zgiełku i wrzawy -
pojadę gdzieś na prowincję...
Może do Warszawy.

Nie rozpaczajcie!
Nie ma sensu - skądże!
Ten czas już bliski
i już życiem tętni,
kiedy będziemy jeszcze wszyscy mądrzy
i może - kto wie? -
inteligentni.
Kiedy - innymi mówiąc słowy -
każdy będzie miał już własny
mózg elektronowy.
Najpierw na talony
z pierwszeństwem dla głupich,
a potem szary człowiek
także sobie kupi.
Technokracja ludowa!...
Jakżeż czekam na to
ja, który zawsze byłem
szczerym technokratą!
Na arenę
niech zwycięski
wkroczy cybernetyk -
i niech nie słucha przestróg
piewców dawnych etyk,
że technika zabije w nas
ludzkie uczucia.
O, nie! Prawdziwa zawiść
jest nie do zepsucia!
A w miłości mózg sztuczny
też pomoże ogromnie:
gdy na przykład dziewczyna
powie ci
"Myśl o mnie!" –
to włączasz mózg do sieci
najwyższego napięcia,
naciskasz klawisz
z imieniem dziewczęcia,
a gdy naciśniesz już ten klawisz,
maszyna tęskni -
ty się bawisz!
Wieczorem - łóżeczko...
Ty zasypiasz lekko,
a przy tobie się kładzie
ten twój mózg.
Z gazetką.
To nic, że weźmie "Express"
albo "Życie Warszawy".
Najwyżej nazajutrz
dasz go do naprawy,
żeby znów - jak dotąd -
sprawnie, bez wahania
mądrze odpowiadał
na głupie pytania.
Lecz przyjdzie dzień, kiedy
mózg elektronowy
odpowie ni stąd, ni zowąd:
"Nie zawracajcie mi głowy!
Ja chcę też poznać życie
i tę miłość prawdziwą -
nie żyje się samą oliwą!"
I na spacer
przy świetle zwykłego księżyca
pójdą: sztuczny mózg
i sztuczna mózgownica -
przez pustą ulicę,
przez wieczorną ciszę,
czule naciskając
sobie te klawisze...
Aż kiedyś o n a wyzna:
"Miły, los nie ustrzegł...
Tu - w transformatorze
tajemnica słodka:
Mózgu, będziemy mieli móżdżek!...
Móżdżek po polsku.
Bom patriotka".
I od tego wieczoru,
i od tego słowa
ruszy wreszcie nasza
produkcja krajowa!

Popatrz, jak giniesz, świecie stary,
jak Nowe bije cię na głowę:
Te samoobsługowe bary!
Te sklepy samoobsługowe!
Już tylko patrzeć,
jak wszędzie zagości
Epoka Samoobsługowości...
Pomyślcie, ludzie, jak to będzie
wszędzie -
w fabryce
i w urzędzie -
gdy przyjdzie era ta niezwykła,
gdy jej się podda
Ludzkość wszystka:
w Fabryce Gwizdków na ten przykład
s a m sobie zrobisz
koło gwizdka!
Lub w takim samoobsługowym
Samourzędzie Mieszkaniowym:
sam przyjdziesz,
sam ziewniesz,
sam siędziesz za biurkiem,
sam wyjmiesz z szuflady kanapkę z ogórkiem,
sam sobie rzucisz spojrzenie miażdżące,
sam sobie każesz
przyjść za trzy miesiące,
wreszcie sam na zbity
wylejesz się pysk!
Bez urzędników -
no, czysty zysk!
Dla państwa zysk -
to fakt niezbity,
przy czym tradycje mamy zdrowe:
zaplanowane deficyty
dawno są samoobsługowe!
Nawet poeci, daję słowo,
do świetnych doszli już wyników
z poezją -
samoobsługową:
bez Muzy!
I bez czytelników.
Ach, gdybyż jeszcze wynikł stąd
i Samoobsługowy Sąd...
Pomyślcie, jak zachowa człek się,
który przeskrobał coś zuchwale:
s a m sobie znajdzie coś w kodeksie
i sam się zamknie w kryminale -
w tym mamrze,
u którego bram
będzie ogromny napis:
SAM –
gdzie jeden strażnik,
lecz tylko w tym celu,
by jakiś zbrodzień gospodarczy
nie wlepił sobie lat zbyt wielu,
bo potem innym
nie wystarczy...
Ten wiersz
jest też już samoobsługowy -
na próbę tylko, oczywiście.
O - teraz ma być w nim
dowcip...
Kanonowy!
I s a m i go sobie wymyślcie!

Nie można tak ciągle -
rok po roku -
żyć tylko Sztuką i Chałturą,
więc założyłem sobie na boku
MATRYMONIALNE BIURO.
Nie myślcie wszakże, przyjaciele,
żem egoista czy sobek.
Miałem na oku szlachetne cele:
Raz - dochód.
Dwa - zarobek.
Po trzecie - wierzę
(choć może się łudzę)
w to szczęście małżeńskie!...
Cudze.
A tu wiosna za wiosną,
a tu maj za majem,
gdy przechodzą obok
(nie znając się wzajem)
skromni kawalerowie
i panny niektóre,
co mogliby przecież
sobie zajść za skórę!
Któż im to ułatwi?
Któż złączy ich dłonie
i zgra te fujary
w małżeńską harmonię?!
Ja.
Moje biuro - oczywista.
Matrymonialne.
"CICHA PRZYSTAŃ".
Nie byle jakie:
Rozmach! Neony!
Na dachu neon:
"DZIŚ ŚWIEŻE ŻONY!"
I tak jak w przedwojennej erze
na całą ścianę:
"MĄŻ SAM PIERZE!"
A w środku stoiska...
szyldy wszerz i wzdłuż:
BLONDYNKI
BRUNETKI
RUDE
LILA-RÓZ
MĘŻOWIE DRODZY
MĘŻOWIE TANI
MĘŻOWIE ZDALNIE KIEROWANI!
MĘŻOWIE Z IMPORTU
(za dolary i ruble)
i MĘŻOWIE Z PRZECENY
(czyli same buble,
urzędnicy i inni faceci,
bez wybierania - jak leci!).
Ekspedientki. Kasa.
I napis na kasie:
PO ŚLUBIE REKLAMACJI
JUŻ NIE UWZGLĘDNIA SIĘ!
I głośnik.
l płyta, która zwykła mawiać:
”Przed ślubem trzeba się długo -
długo zastanawiać!"
Mimo to interesy były kokosowe:
konkurencja pobita na głowę,
a myśmy musieli
co nocy, co niedzieli
robić rodziny nadliczbowe!...
Aż nagle przez pewnego typa:
Komisja.
Kontrola.
l wsypa...
Poszło stąd,
że opchnęliśmy pewnego poetę
handlarce, co z nim poszła
prosto na "Tandetę",
gdzie -
jak prasa z hałasem obwieszcza -
dobiła 100% do wieszcza,
reklamując go jako
ostatni krzyk mody:
"Egzystencjalista bez brody".
l zarobiła na nim!
100% na czysto,
chociaż był zwykłym
socrealistą!
Był - no to był...
Nie my winni przecie.
Lecz tu zaraz kontrola,
a kontrola - to wiecie:
żebyś był nawet świętą Adelajdą -
to ci zawsze coś znajdą!
Ekspedientka Ewa...
Wyjątkowa siła -
skarb w interesie po prostu!
Ale rozliczyć się nie potrafiła
z trzech rudych średniego wzrostu...
Wołałem:
"Jak to, pani Ewo?"
Opędzlowała na lewo.
Nadto znaleźli u niej pod ladą
postać wykwintną,
lecz bladą
i wychudzoną do szczętu...
Był to -
jak stwierdził wywiad prędki -
odłożony dla stałej klientki
dyrektor departamentu.
Próżno wołaliśmy z emfazą,
że bezpartyjny!
Że ze skazą!
Zlikwidowali nas od razu.
Lecz zniósłbym wszystko,
gdyby nie fakt, który
zdarzył się w przeddzień
tej awantury:
Brunetów zabrakło w magazynie -
więc ekspedientka Ewa wnet
wpisała m n i e do ksiąg pod "Z"
i upłynniła pewnej hrabinie,
byle interes szedł!
Dziś cóż mi zostało po Biurze?
Ruina.
Nieprzyjemności.
Ślubna hrabina.
I zepsuta płyta, która zwykła mawiać:
"Przed ślubem trzeba się długo
zastanawiać...
...nawiać...
...nawiać...”

To rozpacz:
niby dość schludnie się noszę,
a nerwy jak stare kalosze.
Zupełnie w strzępach!
I co robić, doktorze?
Rzekł, żebym jechał
koić nerwy nad morze.
Morze - Polskie Morze
tak szumi bez przerwy,
że aż dziwne:
polskie -
a łagodzi nerwy.
Stanąłem nad brzegiem
z morzem oko w oko -
i tam całą filozofię pojąłem!
Głęboko.
Nie odpowiada mi jedynie
to, co Heraklit rzekł w zadumie:
że - panta rhei,
czyli - wszystko płynie.
Nie wszystko.
Ja nie umiem.
Na morzu fale - na falach boje,
a ja się też...
Dziękuję, postoję.
Za to, o Morze, będę teraz snuł
w rymach uroki Twoje wszystkie:
oto pas graniczny,
a od pasa w dół
to życie towarzyskie!
Plaża - leżaki - parasole,
słowem Riviera i Miami -
i jakaś babka w moim grajdole...
Z wnuczkami.
Wnuczków z tą babką było troje
i ja,
który nerwy koję.
W krąg setki opalonych ciał,
dosłownie ciało za ciałem,
ciała mizerne
i ciała na schwał,
a dalej - pewnie woda,
jeszcze nie widziałem.
Bo w sercu już dylemat
i zgaduj-zgadula:
tu hoża blondyna,
tam krucza czarnula
(wspaniałe dwie dziewoje),
a ja - nieszczęsny
usiadłem najgorzej:
na skrzyżowaniu kruczej i hożej!
I jakżeż te nerwy ukoję?
Lecz potem znikły mi z oczu
(na szczęście),
bo się robiło coraz ciaśniej,
gęściej,
aż wreszcie w gąszczu
brzuchów i nóg
ledwiem sam siebie rozróżnić mógł -
i kiedym chciał się
podrapać w łopatki,
to się okazały nie moje.
Sąsiadki.
Gdy wszakże sportowcy jacyś
(oldboye!)
podwinęli pod siebie nogi -
ale moje,
krzyknąłem tragicznie jak lord Byron:
- Ludzie, odsłońcie mi nieba!
Ludzie, przysięgam,
ja jestem non-iron,
mnie prasować nie trzeba!
Wtedy wywlekli spod zwału ciał
zbiedzone ciało moje,
krzycząc: "Przecież sezon!"
i "Czego pan chciał?!"
Ja? Nic...
Ja nerwy koję...
Dopiero potem jeden z marynarzy
pocieszył mnie w mej bidzie:
"Jutro już będzie
spokojniej na plaży.
Sztorm idzie!"

Był chłodny
i bezludny wieczór
na plaży w nadmorskim badzie.
Tej chwili
nigdy bym nie przeczuł,
zupełnie jak w balladzie:
Syreny trzy
płynęły sobie -
wprost na mnie niosła je fala...
To piękne:
od góry - Liga Kobiet,
od dołu - Rybna Centrala.
I wtem
na widok jednej z trzech
me serce zabiło goręcej...
Ej, baba-ryba!
Miłość - nie grzech.
Porwałem ją na ręce
i brnąc przez piasek
prosto z morza
do łoża niosłem pannę...
Ale nie chciała pójść do łoża -
wolała wannę.
Odtąd trzy doby nieustannie
jak obłąkany tkwię przy wannie,
łzy mi z miłości
płyną ciurkiem,
lecz cóż - nie jestem
płetwonurkiem!
Tylko ją dłoń ma czule muska -
skóra jak jedwab!...
Raptem - łuska!...
Wzrokiem ją błagam,
słowem kuszę:
- Ach, przerwij, luba, me katusze!
To nic, że ości ma twe łono,
Zostaniesz mą ościenną żoną!
Ślub będziesz miała
(mówię do niej)
najwytworniejszy w świecie,
bo pomyśl:
góra - w białym welonie,
a reszta - w galarecie.
Zaś kiedyś później,
gdy zarobię
gdzieś większe honorarium,
wybudujemy, miła, sobie
jednorodzinne akwarium!
Polska pomoże,
zabezpieczy
nam komfort i wygodę:
my damy ramy, szkło, te rzeczy,
a państwo da nam wodę.
Dopiero wtedy ma oblubienica,
pojąwszy słów mych rzewną treść,
wyszła łaskawie spod prysznica
i rzekła:
- Dobra. Chodź coś zjeść!
W "Grandzie" na dole
działo to się...
Nastrój, muzyczka i bon ton...
podali nam talerz
z wędzonym łososiem,
a ona patrzy - i w krzyk:
- Tak, to on!
To on - poznałam go w tej chwili!
Mego kochanka mi zwędzili.
O, biedny łososiu!...
I wspomniawszy tarło,
pół ryby łkało,
pół kobiety żarło.
Potem spośród innych,
co skradli jej serce,
poznawała kolejno:
suma w salaterce,
sandacza w majonezie
i - na domiar złego -
przy sąsiednim stoliku
Kapitana Batorego",
zaś wśród tańczących
boogie-woogie
samego ministra żeglugi.
- I ten (rzekła)
najbliższy był mi chyba,
bo chociaż człowiek,
ale - gruba ryba!
Wtedy zawyłem:
- O, nic już z miłości!
Dosyć szalałem, niemądry,
dla pół kobiety, pół flądry -
won, bo połamię ci ości!
Po czym nastąpiła
chwila dla mnie najgorsza.
Rzekła:
- Żegnaj! Nie szkodzi -
mam lepszego: mam dorsza!

- Znajdźmy gdzieś, miła Pani,
zakątek uroczy,
gdzie by można swobodnie
spojrzeć sobie w oczy,
gdzie by można bez przeszkód
odkryć serc tajniki...
Jest taka kawiarenka.
Tylko trzy stoliki.
Daleko na przedmieściu -
psa z kulawą nogą!...
- Nikogo ze znajomych?
- Ależ skąd, nikogo...
Przyjechaliśmy taksówką.
Wchodzimy do środka -
z nami słodka nadzieja,
że nas nikt tu nie spotka...
Trzy stoliki. Istotnie.
- Przy tym siądźmy!
- Słusznie.
Piękny stolik! I wolny.
Bo dwa tamte - już nie:
Przy jednym - Kern Jerzy,
a z nim dama wiotka -
oraz słodka nadzieja,
że ich nikt tu nie spotka...
Przy drugim Kwiatkowski...
Z nim urocza trzpiotka -
oraz słodka nadzieja,
że ich nikt tu nie spotka!
Trudno...
Za to półmrok -
i intymność niezmierna...
Więc patrzymy sobie w oczy.
Kern w moje -
ja w Kerna!
A w spojrzeniach tych bezmiar
koleżeńskiej troski:
- Popatrz, jaki to jednak
babiarz ten Kwiatkowski!
Potem w adresie spojrzeń
odmiana misterna:
ja z Tadziem je wymieniam -
już na temat Kerna...
Wreszcie oni się łączą
w jeden wspólny obóz,
żeby mrugać do siebie:
- Ten Załucki to łobuz!
A gdy idzie o damy
(że do dam powrócę),
to każdy z nas ze swoją
na g ł o s mówi o Sztuce,
ażeby mógł nazajutrz
dać koleżkom słowo,
że - owszem,
że się spotkał,
ale tylko - służbowo!

O, Krakowie! O, miasto -
gdzie się chwieją mury,
jak przystało na starą kolebkę kultury...
Tutaj się malarstwo otrząsnęło ze snu...
Stąd świat podbijemy sztuką nowoczesną,
aż zwycięży pomiędzy Paryżem i Moskwą
nasz Tadeusz Kantor -
Maję Berezowską!
Aż w całej Europie ze czcią zawołają:
"Panie Tadeuszu!" - a nie "pani Maju!"
...a nie "pani Maju!”
...a nie "pani Maju!”
...a nie "pani Maju!”...
Gdy w krakowskim teatrze sztuka Goldoniego,
to wystarczy raz ujrzeć -
i już wiesz, kolego,
czego chce Dąbrowski, a Goldoni czego!
...doni czego!
...doni czego!
...doni czego!
Wydawnictwo Literackie wydało czterdzieści
powieści, które Polska
pochlebstwami pieści,
bo Polska pokochała te powieści!
...chała te powieści!
...chała te powieści!
...chała te powieści!

Stanąłem przed lustrem nago,
spojrzałem na siebie z uwagą,
westchnąłem -
i w oka mgnieniu-m
przypomniał sobie
Millennium...
Bo gdy się wiktorie
te nasze pozlicza
od Mieszka Pierwszego
do Cyrankiewicza,
to serce mi rośnie
i duma. mnie łechce!
A spojrzę do lustra -
to wierzyć się nie chce...
Może i nie na niedorajdę
wyglądałbym w hełmie
i w szyszaku...
Ale pomyśleć,
że pod tym Grunwaldem
to m y - tych Krzyżaków?!...
Postura niby dość poślednia,
bicepsy niby nie ze stali...
Ale spytajcie
tych Turków spod Wiednia,
jak przed n a m i wiali!
Doprawdy
samego przechodzi mnie mróz aż,
kiedy wyobrażę sobie,
żem - husarz!...
Tu ja -
tu koń, który cwałem leci,
gdzieś tam, gdzie wy,
czeredy niewiernych!
A tutaj - Sobieski,
czyli król Jan III -
i per "towarzyszu" do mnie woła...
"Pancerny!"
Więc na namiot wezyra
uderzam w zapale!
No - ja, czy nie ja,
(mniejsza o detale) -
polski rycerz po prostu!
Każdy z nas to w krwi ma,
że gdy jest pod Wiedniem,
nic go nie powstrzyma!
Tysiąc lat
tą szablą
cięliśmy dla glorii -
nikt się
tak jak my
nie naciął w historii.
Millennium heroizmu -
z tarczą lub na tarczy!...
Przepraszam -
a może wystarczy?...
Może za te boje
dawne i ostatnie
można już Polakiem
być trochę - prywatnie?...
Bez czekania,
aż znowu mi gębę rozkwaszą
za Wolność Naszą i Waszą?...
Niech wiem,
że kiedy oczka zmrużę -
to chrapię j a,
a nie - przedmurze!
Stąd w związku z Millennium
zwracam się do świata:
Dajcie nam już spokój
na te starsze lata...
Spokój!
A w zamian
przyrzekamy ci, świecie,
wykonać przed terminem
drugie Tysiąclecie -
i jeszcze premiera
zaoszczędzić na trzecie!
1960

O, publiczności okrutna!
O,Wy -
którzy chcecie ode mnie
mięsa i krwi
Niewinnych Ministrów
i ich Świętych Żon -
poszli won!
Pardon...
Chciałem rzec,
że się coraz ktoś do mnie rozpędza
i z daleka wygraża mi dłonią:
"Pan satyryk (powiada),
a ministrów oszczędza
i wykręca się autoironią!
Pan kpisz niby (mówi),
lecz o drogę pytasz
i skrzętnie omijasz
tych, co z aureolą...
Czy jest w pańskiej satyrze
choć jeden dygnitarz?!"
- Jest (mówię) jeden,
ale zęby go bolą...
Lecz ministrów oszczędzam -
macie rację bezwzględną -
toteż wyjaśnienie
złożę wnet najkrótsze:
Ja oszczędzam ministrów
przez wrodzoną oszczędność,
no - po prostu
z myślą o jutrze...
Nieraz pięciu od razu
ugryźć chciało się by,
lecz potem bym już nie miał
kogo włożyć do gęby!
Więc
oszczędzać mi każe
myśl przezorna i bystra:
tu oszczędzę ministra,
tam oszczędzę ministra -
i tak ziarnko
do ziarnka,
aż mi się uzbiera
do samego premiera.
Za to potem - pomyślcie,
jak przyjemnie:
w szufladce cały gabinet
oszczędzony przeze mnie
i mam
na całe życie!
Mogę żyć z procentów -
ze skromnych szefów departamentów
i z co pomniejszych referentów.
l z siebie samego!
Bo, droga młodzieży,
ja na siebie zawsze
i z pyskiem,
i z góry!
Ja wiem -
może mi się należy?
Może ja będę ministrem kultury?
Nie kpijcie więc - proszę -
z mej autoironii,
kiedy sam siebie docinkami drażnię,
gdy sam przeciw sobie
użyję mej broni...
Trudno - ja lubię
odważnie!

Z miłym uczuciem wstaję co dnia,
w sercu pogoda,
ruchy żwawsze...
Pomyśleć:
Ludzkość - to przecież j a!
Cząsteczka, ale zawsze.
Pomyśleć:
wszyscy toczą dziś boje
o Dobro Ludzkości,
znaczy się - moje!
O Szczęście Ludzkości,
znaczy się - moje!
Doprawdy - jeden czart wie,
czym ja się jeszcze martwię...
Tysiące zagranicznych gości -
politycy,
mędrcy
i burżuje -
wciąż mają usta pełne Ludzkości!
(Ciekawe, jak ja im smakuję -
bez przypraw,
bez konfiturki
i nie obrany ze skórki?)
I oto znowuż koło wtorku
zjadą się (dla mnie!) w Nowym Jorku
najwięksi na tym globie.
Dla mego Dobra ten coś powie,
dla mego Szczęścia ów coś powie,
a ja tu sobie
poczekam w Krakowie -
wzruszony, że im chce się
tak - w moim interesie...
Dla mnie się te Osobistości
trapią o Lepsze Jutro Ludzkości -
o, jak Je za to uczczę?
To J u t r o cieszy mnie ogromnie
i nawet, jeśli idzie o mnie,
pal sześć -
niech będzie Pojutrze!
Tymczasem sam we własnym zakresie
zadbam o Ludzkość -
niech się podniesie!
Zarobię na kilo mięsa bez kości
dla siebie - czyli
dla Ludzkości.
A gdy już Ludzkość się nawcina -
szczęśliwy, że jej w dołku nie rwie -
pójdę na ludzki film do kina,
niech Ludzkość się rozerwie!
Zaś kiedy w parku mrok zagości,
powiodę damską cząstkę Ludzkości
w ową liryczną ciemność
na skromne,
niewinne
trele-morele
(żeby Ludzkości nie było za wiele) -
niech Ludzkość ma przyjemność!
I do New Yorku raport z tych prac ja
wyślę depeszą
pilną
na czasie:
LUDZKOŚĆ - PANOWIE - TO NIE
ABSTRAKCJA,
NAWET USZCZYPNĄC DA SIĘ!

Kiedy łaknie ktoś wódki
(lecz nie jednej - paru!),
gdy nocą kogoś nosi
od baru do baru -
mamy na to zwrot prosty,
mamy zwięzły synonim:
"poszedł w Polskę" -
mówi się o nim.
Tu, na obcym bruku -
tu dopiero cenię
to piękne, poetyckie,
proste określenie.
Bo choć wystarczyłoby
wyjaśnienie krótkie,
że "pójść w Polskę"
to znaczy
to, co pójść na wódkę,
ale tamto brzmi lepiej,
inaczej,
lirycznie...
Jakoś krajoznawczo.
I patriotycznie!
Jakoś tkliwiej zachęca
każdego mężczyznę,
żeby kochał Ojczyznę.
I tutaj się nutka
nostalgiczna wśliźnie:
O, jak miło pójść w Polskę,
w Polskę - na obczyźnie!
Jak dobrze, że można -
kiedy zmrok się kładzie -
w USA pójść w Polskę...
Pójść w Polskę w Kanadzie...
Że choć w szklance się perli
jakiś "dżin"
czy "draj" -
ty poznajesz swój kraj!
Sam pomnę:
w Toronto
pod jakimś pomnikiem
Kanadyjczyk mi się zwierzył
ze swoich kłopotów -
potem poszliśmy w Polskę.
Ja - z Kanadyjczykiem.
Kanadyjczyk odmówił
powrotu!

Good evening,
Ladies and Gentlemen!
Człowiek niby ten sam, prawda,
ale już nie ten.
Umysłowo się jakoś
rozwinął i odkuł:
w głowie dwa kontynenty -
i ocean w środku!
I dwa ma już oblicza,
kto tam przeżył tęsknotę:
raz oblicza - na dolary,
raz oblicza - na złote...
A Ameryka - kraj wielki.
Naród niezliczony:
i żółtych miliony -
i białych,
i czarnych,
I jeszcze ja z "Batorego"
wysiadłem.
Zielony.
Więc było mi barwnie
i było wesoło,
i jakoś tak swojsko,
bo Rodacy wkoło...
Lecz gdy w mieście Pułaski
przy ulicy Kościuszki
w knajpie Kowalskiego
za cielęce nóżki,
za polską kiełbasę
i polskie salami
po polsku mi kazali
płacić dolarami –
odszedłem z niesmakiem
na obcą pulardę
polewaną kremem
Elisabeth Arden!
Gorsze to co prawda
i po wyższej cenie,
lecz chociaż dewizowo
mam czyste sumienie.
A w New Yorku zwiedziłem -
nie robię sekretu -
ów jednorodzinny
domek ONZ-tu...
Jednorodzinny!
Bo choć hen się wspina,
tam taka idea i taka zasada,
że wszystkie narody -
to jedna rodzina!
A z rodziną - wiadomo:
nikt się nie dogada.
Lecz w Newarku
po parku
szły panny i wdówki,
a wieczór był ciepły,
gwiezdny i upojny -
więc na szczeblu najniższym
odbyłem rozmówki...
I nie będzie wojny!
Dziś wiernie wróciłem
na łono ojczyste,
nawet nie przerobiony
na kapitalistę,
a tutaj mnie z miejsca
za frak -
i na występ.
Bo u nas - kto z Zachodu,
to już taki okaz,
że od razu na pokaz!
"Smoking włóż - powiedzieli. -
Muszka też się przyda,
żeby znów nikt nie myślał,
że tam taka bida!"
Więc jestem, jak kazali...
I wnet się pokażę
tutaj w normalnym mym repertuarze -
i takaż to Twoja,
o biedna Publiko,
kulturalna wymiana
Polski z Ameryką.

Postanowiłem dać anons taki do dziennika -
odpowiednio duży,
by uwagę skupiał:
CHCĘ ZOSTAĆ PORZĄDNYM
CZŁOWIEKIEM –
POSZUKUJĘ WSPÓLNIKA.
S a m się nie będę wygłupiał!

Tak... - Miłość - to zasadzka,
co z nikim się nie cacka:
Guciowie się rozwodzą.
Jutro przeprowadzka.
I wszyscy się dziwią
temu niesłychanie,
gdyż oboje lubią
żyć w małżeńskim stanie:
on jej trzecim mężem -
ona jego piątą,
gdyż już cztery żony
miał przedtem
(a conto!),
lecz dziś muszą się rozstać
mimo łez i cierpień,
i wspólnie przeżytych
rajów i przedpiekli,
bo on urlop ma w lipcu -
ona ma na sierpień!
(Niezgodność charakterów -
jak zgodnie orzekli).
Wszystko uzgodnione:
ona bierze dziecko,
a on bierze Prztycką,
primo voto Grzdecką.
Ona się z tym godzi:
"Idź z tą rozamundą
primo voto Grzdecką,
a Prztycką secundo!" -
i sama z ochotą
zrywa z nim, idiotą,
żeby zostać oto
Flącką
(quarto voto)!
I wkrótce parami
pójdą - tup, tup, tup -
do tego urzędu,
gdzie bierze się ślub,
gdzie ludzie się pchają
dzisiaj jak do magla,
a woźny wpuszcza
i tylko przynagla:
"Przysięgaj pan wierność
do samego rozwodu -
i - chodu!
I - chodu!
I - chodu!"
I wyjdą... Na krótko
Bo przecież nieludzko
za długo być Flącką
zamiast być już Glucką!
Stąd wnet się okaże,
że dzieli ich dzika
niezgodność numerów -
ja wiem?
kołnierzyka!
Albo na ten przykład
jakieś inne fatum:
jej pierwszyobiad...
Non consummatum!
Bo miłość - to zasadzka,
co z nikim się nie cacka.
I znowu się rozwiodą.
I znowu przeprowadzka.
I znów do urzędu,
gdzie bierze się ślub,
parami, pod rączkę
pójdą – tup, tup, tup -
Prztycki z Glucką,
Glucki z Flącką
oraz Flącki z Grzdecką,
a przy każdym jedno
zamienione dziecko,
co się już bez algebry
nigdy nie połapie,
której mamie przynależy
i któremu papie...
Bo drzewa genealogiczne
mają dziś prostaczki,
wyższe sfery zaś - gene-
alogiczne krzaczki!
Że zaś sytuacja
taka coraz częstsza -
sieć rodzin się w Polsce
zazębia,
zagęszcza –
i myśl pewna słodka
wprost nie daje spać mi,
nie bacząc na wiek i podagrę:
że choć ludzie jeszcze
nie są sobie braćmi,
to człowiek
człowiekowi -
szwagrem!

Mężczyźni, drżyjcie!
Człowiek tyra,
lecz wreszcie wyszła mi satyra
i to najbardziej demaskatorska
od Odry -do Magnitogorska.
O was, panowie!
Prawda o chłopie,
czyli co robi Polak na urlopie:
Idziesz niewinnie
sobie ścieżką polną -
a marzysz o tym,
o czym ci nie wolno!
Myśli się kłębią,
a wszystkie wzbronione
przez Kościół,
Demokrację
i Żonę...
Na przykład o szejku z dalekich stron,
który lat późnych ponoć dożył,
chociaż miał kilkadziesiąt żon
i jeszcze -
biedny! -
cudzołożył...
Potem gdzieś siadasz, żeby dokładnie
sobie rozważyć, jak to nieładnie -
wreszcie zaczynasz
skromnie i z umiarem
myśleć, co by było,
gdybyś sam miał harem:
kilka Mulatek,
kilka Arabek,
kilka znajomych warszawskich babek,
trzy nałożnice,
cztery hurysy,
boś sentymentalny, choć łysy...
Na koniec marzysz w uniesieniu niemym,
że zdradzasz swój harem
z cudzym haremem -
nie bacząc na wyrzut
z ust kilkudziesięciu:
"Wstyd, zięciu!"
"Wstyd, zięciu!"
"Wstyd, zięciu!..."
Nie twierdzę, że chciałbyś nikczemnie
żyć tylko poróbstwem i rują...
Skąd!... O demokratycznym
marzysz haremie.
I owszem - niech żony pracują!
Oto dziejowych przemian plon
i myśl w zasadzie zdrowa:
wśród tylu pracujących żon
zawsze się jeden mąż uchowa...
Może nie, panowie?
Może w nas nie drzemie
to podłe marzenie
o własnym haremie?
Mnie nie zbujacie: marzyłem sam!
Dziś już nie marzę.
Dziś już mam!
Koniec z monogamiczną nudą -
Spełniło się moje pragnienie:
Mam brunetkę, blondynke,
Mam siwą, mam rudą
I mam pośrednie odcienie...
Tu skubnę, tam skubnę, tam skubnę -
a wszystkie legalne i ślubne!...
Widze, ze pani jest zgorszona,
a w panu dzika zazdrość zbiera?...
Spokój!
To tylko moja żona
coraz to inna wraca od fryzjera!
Za każdym razem inna tulę głowę...
I znam juz kobiety...
Ech, wszystkie jednakowe!

Jeszcze tynk nie obeschnął
na czerwonej cegle,
a już ci, co mi wnieśli
nie wyschnięte meble,
zapytali ze zgrozą:
- Przeprowadzka na sucho?!
I zaczęło się pod drabiną -
skończyło pod muchą.
Tak oto na paczkach i skrzynkach -
okrakiem -
stałem się warszawiakiem...
Jak się mieszka?...
Dziękuję. Przecudnie:
Palmy... Pinie... Cyprysy...
No, cóż - Praga - Południe!
Tylko nocni stróże
na poezję mą głusi
i rozwinąć się trudno...
Zachód - Zachód mnie kusi!
Ach, przeczytać Camusa,
ubrać się najmodniej -
i wyjechać na stypendium...
Do Warszawy Zachodniej!
Lecz na razie nie mogę.
Kto na drodze mi stanie,
zaraz: "Jak mieszkanko?"
i "Kiedy oblewanie?"
A ledwie tego spławię,
już ktoś inny z daleka
woła z troską w głosie:
"No, jak tam?...Nie przecieka?"
"Co?" - pytam.
"Sufit!"
"Czemu?" - wrzeszczę.
"No, jak to... Nie oblane jeszcze!"
I już mi opowiada,
jak wszystko się wali
u tych, co z nim dotąd
jeszcze nie oblali.
U jednego z przyjaciół
wprost tragedia czysta:
woda nie dochodzi,
a on - publicysta!
Bo wstępna konserwacja
jest konieczną rzeczą!
Mieszkanie nie oblane -
to nie ubezpieczą.
Przesąd? ...
Ha!... Tu przesądni
wszyscy bez różnicy.
Niektórzy marksiści -
a metafizycy!
Bo któż by lekkomyślnie
zaczepiał złe moce?
Jedna moc tylko dobra:
45 procent.
I rzeczywiście!
Cud w domu, sąsiedzie:
Winda jeszcze nieczynna -
a wódka już jedzie!
Nareszcie coś działa.
Życie staje się bajką...
A tu raptem ktoś z boku:
"Kiedy oblewajko?"
Bo każdy warszawiak -
Zwłaszcza mój znajomy -
kocha to swoje miasto
i te nowe domy.
Nawet gdy nerki leczy -
to też po to, jak myślę,
żeby można bezpiecznie
zabudować Powiśle.
Jakżeż tu nie oblać?
Tylko byś się zbłaźnił!
Więc znowu wyciągasz
ten - korkociąg przyjaźni!
Bo tu nie ma litości
ani zmiłowania,
że ktoś tam z grosza się wyszasta...
Biedniejszym jednak lepiej
przydzielać mieszkania
oblane już!...
Z funduszów Miasta.
Przez specjalny Wydział
Ludzi z Mocną Głową.
Niech oblewają -
urzędowo:
na każdą izbę - półlitrówka,
remont kapitalny -
trzydniówka!
Potem do Prezydium
Niech ich zaprowadzą,
żeby chuchnęli tam,
przed Władzą!
że nie było lipy,
że zaprzęgli się w kierat...
I tak wreszcie powstanie
odpowiedni Referat.
Bo Naród już nie może...
Naród już się słania -
a tu tyle wciąż w Polsce
jeszcze do oblania:
tyle mostów, domów,
świąt, uroczystości...
Ciągle obowiązek -
nic dla przyjemności!

Kiedy z zachwytem się nadmienia
w pismach Warszawy, Kielc czy Łodzi
o wierszu,
że zmusza do myślenia,
o sztuce,
że zmusza do myślenia,
o filmie,
że zmusza do myślenia -
wiem, że nikt nie wie,
o co chodzi.
Wtedy przepraszam,
wciągam kalosze,
odchodzę...
Przymusu nie znoszę!
Tę bowiem myśl wyznając oto
jużem i wzrósł, i podtatusiał:
AUTOR MA MĘCZYC SIĘ
TAK DŁUGO,
ŻEBY CZYTELNIK
JUŻ NIE MUSIAŁ.
A w największych męczarniach
chyba dowcip się rodzi...
Usiądę w kawiarence,
strawię parę godzin,
prawie wszyscy już wyszli -
dowcip nie wychodzi.
Bo czymże jest dowcip?
O zacni Panowie!
Powiem, nie będę się rozczulał:
Dowcip to myśl,
która stoi na głowie,
a do Was pasuje jak ulał!
Tylko ją tak wykręcić!
O, najzawilsze z przeżyć:
klawisz, którego nie ma,
odnaleźć i weń uderzyć,
zabłysnąć, kiedy trzeba,
gromem z jasnego nieba
i zapuściwszy się w nagie pustkowie -
skarb odkryć w pustce tej...
W głowie!
A gdy absurdy te się ziszczą,
wtedy już z wierszem tu, na sali,
czekam na rzecz najniemożliwszą:
żeby się ludzie z tego śmiali...
Przeważnie na próżno...
l słaba to pociecha,
że tylko jeden krytyk się uśmiecha.
Uśmiechnięty krytyk - to złudne nadzieje:
on cieszy się,
że się nie śmieje!
Za to gdy się śmieją,
gdy dowcip się uda,
A - tom znów katolik!
Znowu wierzę w cuda...
To usłyszę o sobie
gdzieś na drugi dzień już:
"Jak na beztalencie,
to po prostu geniusz!"
To uśmiechy życzliwe
i pytania rozliczne:
- Czy Mistrz woli natchnienie?
Czy Mistrz woli wytyczne?
Natchnienie!
Oczywiście natchnienie.
Kiedy mam natchnienie,
wzruszam się szalenie!
Gdy mam chwilę natchnienia,
chłonę niebo i ciszę...
A jak nie mam?
To trudno.
Wtedy siadam - i piszę.

Niech nikt się z praw nie naigrawa!
Kodeks to kodeks -
mowa prawa...
Chodzę bezpieczny, zadowolony:
kodyfikują mnie
z każdej strony.
Aż trzy kodeksy - każdy inny:
karny,
drogowy
i rodzinny -
żebym sobie nie myślał,
żem znów taki niewinny.
Trzy razy na noc
śni mi się Temida -
i to bardzo dobrze,
każdemu się przyda.
Czemuż więc ogniem krytyk i inwektyw
wciąż gromi się w prasie
kodeksów projekty?
Że ciut Temida niełaskawa?..
Kodeks to kodeks!
Mowa prawa...
Wszak, proszę Sióstr
i proszę Braci,
na każdym kroku dziś piraci!
Jest pirat jezdni,
pirat morza,
jest pirat małżeńskiego łoża -
nadto zdarzają się wypadki,
że zagrażają nam
piratki!
Więc prawodawcy zasiedli pospołu,
zadali sobie trudu i mozołu,
żebyśmy byli uświadomieni,
za co się siedzi,
za co się żeni,
by wreszcie każdy
miał to, o czym marzy,
czyli paragraf,
w którym mu do twarzy.
Codziennie nowy, modny, inny:
karny,
drogowy,
rodzinny...
To nawet mało.
Gdy o mnie idzie,
to cicho przyznam się Temidzie:
czekam na jeszcze jeden, nowy
kodeks...
Rodzinno-drogowy!
Gdyby wszedł w życie,
to już w tym wierszu
wnoszę swą skargę pierwszą:
odkąd zawarliśmy małżeństwo,
to żona - imię: Kicia -
wymusza wciąż pierwszeństwo
na wspólnej drodze życia!
Może ostudzi ją raz obawa?..
Kodeks to kodeks!
Mowa prawa.

Już trzeci czy czwarty dzień nie palę!
Nic... ani dymku nie łykam.
Nie, żeby lekarz...
Nie szkodzi mi wcale.
Tylko znajomych nie spotykam!
Czasem z daleka ktoś tylko się kłania,
pewnie też zaczęli
miesiąc oszczędzania...
Bo Polak -
jeśli nie baron, nie hrabia -
oszczędny jest z dziada pradziada.
Owszem:
wydaje więcej, niż zarabia.
Ale tę resztę odkłada!
Inni na świecie markotni i nędzni,
jakby im promyk w oczach zgasł...
A my?
My nie wiemy, co robić z pieniędzmi!
Czy światło opłacić?
Czy szewca?
Czy gaz?
Wiem, że już wielu od czci mnie odsądza
za ten przyziemny temat pieniądza.
Wiem - wśród subtelnych nie ma o nim mowy!
A najsubtelniejszy -
to główny księgowy...
Lecz czyż to nie poezja
czysta bez domieszki,
gdy nam rwą się z kieszeni te orły!...
I reszki!
I jakież to miłe dla patrioty,
iż taki rączy ten nasz polski złoty,
że nim się człowiek opamięta -
pieniądze już poszły!...
Na ubaw.
Na dziewczęta!
O wybacz mi, ojcze, wybacz, mamo...
Nie wiem, kto komu daje przykład zły,
lecz pieniądze zwykle
idą na to samo,
na co chodzimy m y!
I zastanowić się wreszcie już czas,
co w kasie zamykać:
czy forsę,
czy nas?

Nie straszcie dorosłych!
Dorośli - to beksy.
Miejcie wzgląd na wrażliwość
wieku przekwitania,
bo mogą się w dorosłym
rozwinąć kompleksy -
i potem dorosły się rozchuligania.
(A trudno sobie wyobrazić
rzecz bardziej ponurą,
niż dojrzały chuligan
z osobistą kulturą!)
Tymczasem kiedy spojrzeć
na tę dolę naszą,
to nic -
tylko nas straszą i straszą...
Zza każdego węgła
to plakat, to wykres,
jakie wciąż ci grożą
konsekwencje przykre,
jeśli nie przestrzegasz
już od pierwszej doby
racjonalnej hodowli
swej własnej osoby:
Papieros -trucizna!
Kawa też niezdrowa.
Alkohol - niech Pan Bóg uchowa!
W ciągłym przestrachu
życie płynie,
bo słyszysz już od niemowlęctwa,
że dobre dla zdrowia jedynie
jest to,
co ci gębę wykręca.
Stąd ludzka istota
od dziecka się miota
pośród przykazań:
tran - kleik - i cnota...
Wciąż tylko:
"Nie pal! Bądź mężczyzną!"
słyszę od bliskich mi osób.
Mężczyzną... Bardzo proszę.
Ale czemuż w ten sposób?
Bo już największa łza się ciśnie,
gdy strzec się każą mi
przed kobietami...
Te piersi - jak jabłka!
Te usta - jak wiśnie!
Nie wolno... Za dużo witamin!
Dlaczegóż to - zachodzę w głowę
i wciąż w domysłach się gubię -
wszystko, co lubię,
to niezdrowe?
A zdrowe to,
czego nie lubię?!
Toteż od jutra, proszę Władz,
(postanowiłem - chytrze niesłychanie!)
polubię gorąco... siatkę płac!
Polubię!
I wiem, co się stanie.
Wnet zaświadczenie lekarskie pokażę
z podpisem, z pieczęcią -
wszystko cacy:
- Pan doktor mi zabronił
brać tak niską gażę,
proszę o Bezpieczeństwo
i Higienę Płacy!

Kłaniam się nisko Miłym Gościom -
nie dziwię się Waszej rozpaczy...
Sam byłem kiedyś Publicznością -
wiem, co to znaczy:
w ciemnej widowni,
sami w środku nocy,
ni Ministra Kultury,
ni innej pomocy...
Ale nie ma czego się bać -
kto się boi, ten trąba.
Nasz program - to nie bomba!
Żeby zbadać siły, co może w nim drzemią,
robiliśmy (donieść mi miło)
próbne wybuchy śmiechu.
Nad ziemią.
Strat w ludziach nie było!
Nie licząc oczywiście pewnego autora,
który pękł ze śmiechu.
Przy własnych utworach.
Przybyła nawet pomoc z wiejskim konowałem!
Ale - niepotrzebnie:
ja symulowałem.
Ktoś rzekł: "Śmiech - to zdrowie".
Ladaco!
Przysłużył się nam fatalnie:
teraz przychodzą chorzy - i nie płacą.
Na Ubezpieczalnię!
Jeszcze zwracają się do bileterki
kategorycznie i władczo:
"Czy Buffo pomaga na nerki?"
Może pomaga...
Może - na czczo?
Publiczność to Sfinks - tajemnica...
Czort wie, co bawi ją, zachwyca?..
Co innego krytycy oraz inni tacy:
Nie bawić się tu przyszli -
oni przyszli do pracy.
Muszą! Czasami im tylko się zdarza
fuksem - zwolnienie od lekarza.
A publiczność?
Zapłaci po 30 złotych,
żeby się zabawić
i - trrrach! - nie ma ochoty.
Wtedy ogarnia żal i złość ją,
życie jej staje się piekłem...
Sam byłem kiedyś publicznością!
Dlatego uciekłem.
Tutaj...
Na scenę - jak widzicie sami.
Bo jak ktoś rzekł w ono lato:
WSZYSCY JESTEŚMY AKTORAMI!
Tylko nie wszystkich
objeżdża się za to.
Ty, Publiczności, też tu nawiej!
Z tej strony dużo ciekawiej...
Bo Teatr jest t a m, Widownio Droga!
Tam Teatr Życia, że bliżej wyjaśnię.
Każdy z Was gra swoje!
Czasem gra jak noga -
i to nas winno łączyć właśnie!
Lecz Wam nikt złego słowa nie powie,
żaden Was krytyk nie oskarży...
A przecież tylko szary człowiek
gra w życiu dobrze.
Bo bez szarży!
Wiem, że Was czasem serce boli
i żal okrutny zżera,
że Los Wam nie dał lepszej roli.
Zagrałoby się - co? - milionera!
Kreacja by była epokowa -
Holoubek niech się schowa!
Lecz cóż... Niestety, proszę Widza,
To Życie jest jak - kukurydza!...
Nawet nie wiem czemu.
Ale o Życiu
musiała być choć jedna strofa,
bo żeby nawet najgłupiej o Życiu -
wygląda się na filozofa!
Można i wierszem,
można prozą -
rzecz najogólniej dziś przyjęta,
więc czemu nie być troszkę Spinozą?!
Nie dla Was, nie...
Dla recenzenta!
Wszak w prasie na ten temat
już od dawna aż huczy,
że co to za Teatr, co bawiąc - nie uczy?
Postulat gromki, ważki i nierzadki!
Więc - Drodzy Uczniowie,
Miłe Uczennice,
proszę się nie wiercić
i robić notatki!
A jutro - niech przyjdą Rodzice!

Zmarłam w czternastym wieku,
z poniedziałku na wtorek -
wszystkich bezpartyjnych
proszę o paciorek...
Ja duch z tamtego świata,
zjawa, phaenomenon,
dusza potępiona
na niebieskim plenum...
Za to, żem poskąpiła
wdzięków mego ciała,
straszna spotkała mnie zemsta feudała.
Długo mi obiecywał złota pełne czasze,
pegieer feudalny i pałac wspaniały,
lecz ja wybrałam cnotę!
I dlatego straszę.
Ciekawam, co byście Wy, o Panie, wybrały?
No, cóż... Za wiek dwudziesty
wdzięczne bądźcie Bozi -
w tym wieku nic już wam nie grozi.
A mnie w lochu zamczyska
zakuto w łańcuchy,
ciężkie żelazne nałożono pęta,
aż w mękach po miesiącu wyzionęłam ducha.
I odtąd właśnie straszę.
Jako - wyzionięta.
Jako duch... Świetlny puch.
Płatna co miesiąca
fluorescencja pracująca...
Przy czym przestraszony każdy na tej ziemi
zaliczałby mi się do premii,
ale przez te racjonalizmy wasze
nic - nawet normy nie wystraszę.
Bezproduktywnie mijają mi noce -
metafizycznych brak dziś niepokoi.
W socjalistycznej czym straszyć epoce?
Każdy się tylko bomby
albo żony boi!
Jeszcze gdy tylko czasem
ci z NIK-u przyjadą,
to się poniektórzy żegnają...
Z posadą.
A tu już nawet i to nie...
Bezradna drżę w kącie.
Bledsza niźli wszystkie zjawy bladolice,
odkąd w tym to zamczysku
po małym remoncie
zrobiono Dom Wczasów dla Ministrów i Wice...
O strachach mowy nie ma!
Nikt nie spojrzy, nie słucha -
każdy jako marksista boi się bać ducha!
Nikt metafizycznym lękiem się nie splami.
W Warszawie trzęsą wszystkim,
tu - ani portkami.
Już próbuję, co mogę, ile sił mi starczy,
czasem porwę im z biurka raport gospodarczy,
jakieś cyfry pozmieniam przysłane depeszą,
by przestraszyć ich...
Gdzie tam! Dopiero się cieszą.
Późno w noc potem siedzą
i radzą przy stole,
zapewne bardzo ważne rozdzielając role,
bo czasem aż mnie - ducha! -
krzyk przerazi dziki:
"Szlemik w piki!"
Daremnie w korytarzach szlochem się zanoszę...
nie, już nie, żeby straszyć.
O audiencję proszę!
Przyjmij, Władzo Ludowa!
Wysłuchaj! Albowiem
coś mam do powiedzenia!...
Oto co im powiem:
Za to. żem poskąpiła wdzięków mego ciała,
tu w lochu zagłodzonam na śmierć.
Przez feudała!
Więc z wami jestem cała, z wami wszystka -
mnie agitować nie ma już potrzeby!
Duch, lecz z przekonań - tom materialistka,
świadomość określona przez niebyt!
Najpostępowsza z Białych Dam...
I co ja - przepraszam - z tego mam?
Czyż już dziś dla upiorów
szczyt ziemskiej kariery
to być upiorem dziennym w Pralni nr 4?...
Ja chcę dotrzymać kroku współczesnemu tempu!
Chcę straszyć na etacie...
Jako duch postępu!
W jakimś nowym wieżowcu!
Gdzieś na którejś z budów
albo w tej - w Telewizji, bo tam nie ma cudów.
W jakimś Ministerstwie!
Gdziekolwiek, Rodacy!
Przecież brak Wam podobno
właśnie - ducha do pracy?..
Więc zgłaszam się do roboty.
Darmo i bez fuchy.
Tak już jest: trzeba płacić
albo wierzyć w duchy!
No, więc?.. Bo kur już zapiał.
O, znowuż słychać go tu...
(Kur pieje coraz natarczywiej)
Możesz piać, możesz piać...
Odmawiam powrotu!
*Tekst był wykonywany na scenie przez Irenę Kwiatkowską

Już mieszkam...
Codziennie od ranka
chłonę uroki nowego mieszkanka,
a w sercu burza szczęścia, sztorm -
sztorm według ustawowych norm,
więc z rozczuleniem myślę, nim zasnę:
własne, ale ciasne!
Trudno tu - prawda - wywijać hołubce,
ale to miło
tak wszystko mieć w kupce:
biurko i pralkę,
i stolik z wikliny,
szafę, lodówkę
i członków rodziny...
Wystarczy rękę wyciągnąć - i już
pod ręką wanna
i tusz tuż-tuż.
Harmonizują się niesłychanie
życie wewnętrzne - i pranie.
Tylko do łóżka
wchodzi się po szafie
i z parasolem w dół się skacze.
Przywykłem już - już nie potrafię,
nie zasnąłbym inaczej!
A kiedy z szafy trzeba coś wyjąć,
też ma się dużą zabawę,
bo żeby szafę otworzyć,
trzeba przesunąć agawę,
żeby przesunąć agawę,
trzeba odsunąć biurko,
żeby odsunąć biurko,
muszę wyjść z domu -
ja z córką.
I świat przed nami. Podwórko.
A gdy wizyta - gość - pogaduszka,
ja nie zawadzam,
komfortu nie mącę,
bo mnie po prostu
wściela się do łóżka.
I milczę.
Cały w koronce!
Wiem:
gdy się zjawiam niespodzianie,
to żonie marzy się mieszkanie
nie tylko z szafą:
z mężem w ścianie!
Bo ja ponoć nic,
tylko stoję i śmiecę...
"Siadłbyś na półce - mówi -
w bibliotece!
O tam, na miejscu zupełnie pustym -
w przepaści pomiędzy
Putramentem a Proustem!"
Ale tej hańby już chyba nie strawię,
sprzeciwiam się zawsze z impetem.
Żebym był chociaż w twardej oprawie
i ze złoconym grzbietem,
to może jeszcze...
A tak to wolę
pospacerować trochę...
Po stole.
W radości mej jedynym zgrzytem
ta wolna przestrzeń!
Pod sufitem.
Patrzysz i drżysz,
jak liść się pietrasz,
czy to przypadkiem nie nadmetraż?!
A nuż ci jeszcze zechcą gwałtem
dokwaterować kosmonautę?
Ha, cóż...
Stosunek mam do spraw tych twórczy.
Wiem: człowiek rośnie,
gdy się kurczy!
Wśród rogów i kantów
przeciskam więc ciało
posiniaczone zgodnie z uchwałą,
a za mną się bezradnie miota
mój Anioł-Stróż-Patriota!
Bo że się rąbnę w to czy w owo -
należy mi się!
Ustawowo.
Jutro wszak siądę, moi ulubieni,
na półce, między książkami...
Muszę. Wesele.
Syn się żeni.
Będą mieszkali z nami!

Wiem -
wnet nastąpi ogólne zgorszenie,
ktoś może wybuchnie protestem...
Przykro szalenie,
lecz już się nie zmienię:
podrywacz jestem.
Już jako dziecko wołałem z płaczem:
"Tata, ja chcę być podrywaczem!"
Ojciec się krzywił
i w t e d y miał rację:
"Kogóż poderwiesz, dziecko?
Sanację?!...
Lecz dziś inny profil
i mam jeszcze tę werwę
serduszko - jak mówi się - z ikrą...
Muszę podrywać!
Jak nie poderwę,
to strasznie mi przykro.
A zaczęło się jak zwykle:
przez to głupie libido!
Patrzę - dwie piękne,
bujne sobie idą,
więc poderwałem!
Sam się.
Na ich widok.
Chociaż szły dalej
krokiem najmiarowszym,
nawet spojrzały na mnie obie...
Nawet szepnęły:
"Owszem, owszem -
do niczego sobie!"
Odkąd na panie
patrzę bezustannie -
spojrzenie cielęce i mgliste...
Wiem - to nie miłość.
Może - pożądanie,
ale szlachetne i czyste!
Jak cień się snuję za halek szelestem -
trudno!...
Podrywacz jestem!
Nawet metody ma się te
(wiadomo!),
jak to zagadnąć nieznajomą
tak - prima vista
i pro sua domo.
Gdy chuligani na przykład napadną
dziewczynę piękną
(albo chociaż ładną),
gdy przerażenie twarz jej
zmąci bladą,
ja zjawiam się na koniu,
przekłuwam ich szpadą,
a jej wręczam bukiet
róż lub tulipanów!
Piękne, nie?...
Lecz gdzież dzisiaj
znaleźć chuliganów?
Mam więc drugi sposób
już łatwy, ażeby
każdy mógł sobie pozwolić.
Bez konia.
Nie ma potrzeby.
Trzeba się ogolić!
Słowem, wyglądać pięknie i młodo
i tylko wyjść -
i stanąć -
i olśniewać urodą,
aż jakaś Lolita
przystanie jak wryta
i wreszcie po dłuższej przerwie
sama podejdzie
i drżąca zapyta:
"Może mnie pan poderwie?"
Taki prosty sposób
dla dorosłych i młodzi,
a próbowałem -
i nie wychodzi!
Więc wypróbować jeszcze bym chciał tę
metodę kosmiczną zgoła:
trzeba się przebrać za kosmonautę
i dziewczę okrążać dokoła,
przy czym się ją uprzednio prosi:
"Bądź, Pani, Ziemią -
kręć się wokół osi!"
Później - już jedząc wspólnie kolację
zwala się wszystko
na grawitację!
Naukowo, prawda?
I podziw to budzi -
nadto już od dawna
jestem tego zdania.
że w Polsce -
w kraju uczących się ludzi -
czas wprząc już naukę
w służbę podrywania!
Każdy pan to lubi -
taki panów nałóg.
do czynu więc.
Polska Akademio Nauk!

Jestem sobie zwykły
połatany przechodzień.
Te łaty nie od święta -
nie, stać mnie na co dzień. To nie ekstrawagancja ani żadna zbrodnia - to kwiaty uczciwości
kwitną na mych spodniach! I na płaszczu też
plamą zakwitają zaszczytną... Ale nie szkodzi. Jeszcze rok - a przekwitną.
I
Jeszcze tylko ten roczek - tylko tyle właśnie -
karku mój, łachman ten taszcz! A ja,k będzie spokój,
jeśli nic nie trzaśnie -
za rok zaoszczędzę na płaszcz: z kołnierzem, na futrze, marengo...
Nie będę już czuł się łazęgą. Przełamię kompleks. I melancholiję...
Ostatni krzyk mody -raz się szyje! Będą się oglądać panowie i panie...
,I
Za rok.
Jeśli spokój.
Jeśli nic się nie stanie.
Czytam więc tę prasę
i słucham dziennika - i widzę,
jak ten płaszcz mój zjawia się...
I znika...
Zjawy migotliwe - raz dłuższe, raz krótsze - ale zawsze marengo!
Z kołnierzem.
Na futrze.
Bo też ta Historia
wszędzie swój pcha nos
do drobnych ludzkich smutków i frajd.
I tam, gdzie diabeł
mówi "Dobranoc" - i tam, gdzie mówi "Good night".
Niby mój własny problem -
i basta.
Szaraczek. Z prowincji.
Nawet nie z Warszawy. A coraz to różne
kraje i mocarstwa
wtrącają się w moje osobiste. sprawy.
To znaczy zwłaszcza
w sprawę mego płaszcza!

Czy mnie to szczęście
,spotka, czy ominie,
w Kongo się rozstrzyga, w Laosie,
w Berlinie...
O, jakaż ta Polska wielka! Jak się rozprzestrzenia, jeżeli idzie
o zmartwienia.
Wtrącają się
Iwysoko postawione osoby, choć ja się nie mieszam do ich garderoby.
W cale się przecież I nie zajmuję nikim, -- co, kto
Ii pod jakim płaszczykiem...
A na mój się uwzięli!
Ciągle ktoś zachwaszcza międzynarodowy problem
mego płaszcza:
dzisiaj Johnson ma mowę, De Gaulle ma pojutrze -
w sprawie mego płaszcza... Marengo.
Na futrze.
Może i ja ważniejszy, niż sobie myślicie:
mój płaszcz w ONZ-ciel

I tnój płaszcz na Szczycie! O tnój płaszcz się spiera potęga z Potęgą:
zielony czy marengo? Z jakiego materiału? Jaki ma być krój?
Czy ostatni krzyk mody,
, .?
czy moJ Wysoka Władzo i Magistracie!
Chcieliście Gogola, no to go macie.

O, jakżeż mnie wzrusza
ta miłość prawdziwa,
gdy młodzian na kwiatku
wróży sobie białym:
"kocha czy nie kocha?"
i te płatki obrywa...
Ja już - oberwałem.
Odtąd muszę myśleć...
Jak bowiem wynika
z tego, co mi rzekła
ludzi mądrych garstka,
małżeństwo
to Wielka Polityka,
Żona i Mąż -
to dwa Mocarstwa.
To dwa Mocarstwa w ludzkiej skórze -
nie powiem które,
ale te duże.
W małżeństwie wciąż się rodzą
te konflikty zgubne,
a wśród mocarstw takie same.
Tyle że nieślubne.
Również analogia uderzy bez pudła,
gdyby szło o ich źródła:
tam misja historyczna
w historycznej glorii -
tu miłość...
To w małżeństwie
też już coś z historii.
Tyle że starożytnej -
tak zwane zaranie.
A ta wspólna planeta -
to jak wspólne mieszkanie.
Warto więc pamiętać,
że gdy coś wybuchnie,
to można dostać
w tę wspólną kuchnię.
Stąd idąc raz Alejami,
tam gdzie Ambasady,
powiedziałem do żony:
- Pójdziemy w ich ślady?
Może by i u nas
duch powiał ten świeży:
pertraktacje zamiast talerzy?
Bez gwałtów,
awantur
i bez idiosynkrazji -
będziemy się kochali
przy pomocy perswazji.
Tak oto się otwarła
nowa karta kronik.
Kupiliśmy na wstępie głupstewko -
telefonik.
Aparaciki zabawki,
kolor ich zielony,
jeden u mnie w pokoju, a drugi u żony.
Odtąd do współistnienia
służy się i przyczynia
nasz bezpośredni kabel -
nasza gorąca linia.
Bo to dla atmosfery
wprost balsam jedyny.
gdy słyszy się dusery,
a nie widzi się miny.
Czasem tylko ciut ostrzej
zgrzytną tony niewieście:
kiedy mowa o bazach...
Moich bazach.
Na mieście.
Ale trudno.
Choć w środku wtedy burzę się dziko,
czule rzucam w słuchawkę:
- Ej. ty moja Gromyko!
Bo zawarliśmy układ,
że gdy czort nas bierze,
nie wybuchamy.
W atmosferze.
I istotnie już lepsza.
Już nas każdy chwali,
tudzież podziwem darzy nas głębokim -
nieliczni tylko
patrzą kosym okiem...
Lecz przeważnie
winszują mi na każdym kroku:
- Miła ta pańska żona.
- Dziękuję. Bez uroku.
Jakoś współistniejemy:
gdzie trawka zielona,
gramy razem w palanta,
albo badmintona...
A nocą w niebo patrzymy.
A gdy gwiazdka spadnie,
każde z nas westchnie o coś -
coś innego dokładnie -
lecz jedna gwiazdka wróży,
czy nam spełni to się -
i to jest właśnie nasza
współpraca w Kosmosie.
A teraz - pst...
Bo przed lustrem
żona stoi i skrycie
sama mówi ze sobą...
Konferencja na Szczycie...

Jak sięgnąć pamięcią
w nasze dzieje stare,
raz ofiara na biednych –
raz biedni na ofiarę.
Słowem taka nasza już historiozofia,
że ciągle nas życie
przymusza do ofiar
i znikąd dyspensy
ni litości trochę...
Ot, weźmy alkohol.
Po prostu czyściochę:
Anglika to dławi, Francuza to dusi,
a Polak - musi.
Nawet gdy i jego
mierzi to i skręca,
to się dla swoich Rodaków poświęca,
bo tak nań popatrzą
inni Polonusi,
że Polak – musi.
Powiedzmy - z dziewczyną...
Pokoik maleńki.
W pokoju dziewczyna
rozsnuwa swe wdzięki...
Anglicy na te rzeczy -
nieczuli i głusi,
a Polak - musi!
A Polak musi,
bo - bądźmy ściśli -
co sobie Polka o nim pomyśli?
Więc choć go nie bierze
uroda ni wiek,
przeciwnie - diabli go biorą,
honoru Polaka
Polak będzie strzegł.
I musi.
Jak pod Cecorą!
Potem narzuca mu się obowiązki,
czyli się znowu przymusza niemile,
żeby w małżeńskie
Polak wstąpił związki.
I Polak - musi.
I wstąpi.
Choć - na chwilę!
Na krótko... Bo jakżeż:
spokojnie tu usiedź,
gdy musisz musieć
i musieć,
i musieć!...

Stąd zawsze, gdy przymus
zaczynał ogromnieć,
to Polak - nie musiał...
Ha, musiał zapomnieć...

Jestem już w wieku,
by tak rzec, przeciętnym.
Ten wiek ma swoje wygody,
bo choć dla młodych jestem stary,
za to dla starych ciągle młody...
Są oczywiście i cierpienia
i los nie szczędzi cierni,
bo z jednej strony słyszę "szczeniak",
a z drugiej strony "piernik".
I tak się oto człowiek wplątał
w walkę pokoleń...
Na dwóch frontach.
Najgorszy wszakże - wyznam potajemnie -
ten trzeci front.
Wewnętrzny.
We mnie,
gdzie przy lada okazji
biorą się za bary
ten młody - tu w środku,
i ten - w środku tu - stary.
Zaczyna się od głupstwa.
Stopniowo. Powoli:
młody brodę zapuści,
to ten stary mu zgoli.
Tyle że nieco dziwnie
twarz moja się zmienia,
gdy młody się w połowie
wtrąci do golenia.
Stary chciałby pod kołdrą
wygrzać stare swe kości -
młody ciągnie nad rzekę,
bo mu szkoda młodości.
Stary lży lekkomyślność,
młody lży konserwatyzm,
w końcu idą...
I teraz
ja mam przez nich reumatyzm.
Onegdaj zaś - pamiętam,
gdym poczuł się młodo,
z pewnym miłym dziewczęciem -
urzeczony urodą -
wybrałem się za miasto...
Na wyraj i harce!
Już prawie zapomniałem,
żem pół na pół starcem,
kiedy nagle ten stary -
tu w środku - się zerwał
i temu młodemu
tę młodą poderwał.
Cóż, że młody ją kochał
i szeptał jej "Lolu!"...
Ten stary miał forsę -
wziął ją do "Bristolu"!
A czyż można o uczuciu
mówić tu gorącym,
gdy on w wieku podeszłym -
ona w podchodzącym?..
Pamiętam: na parkiecie
kopnąłem się w goleń.
Sarn siebie. I to mocno.
W ramach walki pokoleń!
Aż raptem...
To się stało na przestrzeni tygodnia:
młody nic nie spoważniał,
za to stary odmłodniał
i powiewając "Studentem"
oraz plotąc trzy po trzy,
że człowiek się z latami
staje coraz młodszy -
ze sztandarem w ręku,
z dżinsami na nogach,
przeszedł z fanfarami
na pozycje wroga!
Pytałem młodego:
- Co się stało z nim, powiedz?
Czy zdziecinniał?
- Jeszcze nie... Ale już - młodzieżowiec.
Już mam paszport i bilet.
Jutro jadę przez Cieszyn
Na Festiwal Młodości,
Zlot Studentów,
Jam Session.
Bo gdy żar ma się w sercu,
a u starych - te chody,
nigdy na to za późno,
żeby człowiek był młody!
Tak się walka pokoleń
kończy we mnie - i kropka.
Proszę mnie po spektaklu
odprowadzić do żłobka.

Dzień Kobiet idzie...
Czas już przeto
(jako że sprawę się docenia)
raz zastanowić się nad kobietą.
Po męsku:
bez zastanowienia!
Bo kobieta - to problem.
Lecz gdym do problemu
chciał podejść raz bez uprzedzeń,
wtedy - nie wiem czemu -
problem zmierzył mnie wzrokiem
niechętnie i srogo
i tyle wiem o problemie,
że miał koński ogon.
I jak tu znaleźć spokój,
gdy po Polsce hasa
tych problemów - problemów
wokół cała masa...
Tę obojętnie mijasz obok,
do tamtej aż ci oko lśni.
Kobiety różnią się między sobą
i to przeważnie
pod względem płci.
Ale nie tylko.
Kto całość ogarnie,
ujrzy różnolitość,
wybór jak w ciastkarni:
są babki miękkie,
są babki twarde,
są babki z kremem (Elisabeth Arden),
są babki wierne (na kruchym spodzie!),
są babki starsze (za to na miodzie),
babki łagodne (czyli bez pianki),
są Katarzynki
i są Stefanki,
są bezy (bez mężów)
oraz małżonki,
czyli - domowe napoleonki.
Wybaczcie mi tę alegorię,
nie idzie o słodycz, ani o kalorie,
ale o ten wachlarz,
czyli o to zwłaszcza,
że Dzień Kobiet niestety
zbyt sprawę upraszcza...
Bo jak równocześnie
dzielić mam sentyment
na tak szeroki asortyment?
I jak nie wzdragać się na myśl
o w s p ó l n y m ś w i ę c i e
żon i ciź?!
Porządny człowiek nawet nie śmie
pomyśleć o nich równocześnie -
bez konsekwencji.
Z tej przyczyny,
gdy idzie o mnie, to od dziś
Dzień Kobiet dzielę na godziny:
Godzina Żon,
Godzina Ciź,
Godzina Panien,
Godzina Wdów,
Godzina Takich, że Brak Mi Słów,
Godzina Matron,
a dla Matek
Godzina plus rodzinny dodatek,
Godzina Działaczek,
Godzina Sąsiadek -
i Pół Godziny Na Wszelki Wypadek.
Wszystkich pogodzić niepodobna,
zatem zapobiec chcąc niesnaskom,
każdą Godzinę czczę z osobna
wcinając odpowiednie ciastko...
Coraz mi słodziej,
coraz mi słodziej,
wreszcie wymykam się z domu jak złodziej,
żeby na róg wyskoczyć (hopsa) -
o Boże! -
na rolmopsa!

Do dzisiaj wspomnień tych mi żal -
to był doprawdy dziwny bal:
biały walc szalał nieprzytomnie
za oknem piał już
pijak pierwszy -
i wtem zaczęły
zjawiać się koło mnie
kobiety z moich dawnych wierszy...
Owa Polka tęskniąca daremnie,
a z nią Włoszka kusząca pieszczotą -
i na nowo walczyć jął we mnie
internacjonał z patriotą...
Potem ta, która rzekła
mi kiedyś ponuro,
że ja nie grzeszę fizyczną kulturą.
(Ból mnie wtedy przeszył,
zły spojrzałem na nią:
- No, cóż... Gdybym grzeszył,
to i tak nie z panią!)
Potem tamta - poznana w Sopocie.
Niebrzydka, miła i hoża -
o niedostępnej niemal cnocie,
za to z dostępem do morza.
Pomnę, jak studząc me zamiary,
już dawno czyniła mi wstręty:
- Za stary! - mówiła.
- To co, że stary?
A może nie-do-roz-wi-nię-ty?!
Może spóźniony? I to znacznie?
I teraz się dopiero zacznie?!
Wreszcie jedyna miłość w życiu...
Nie ta z tych ładnych, nie...
Z Poznania.
Ta, com jej szeptał:
"Kotku... Kiciu..."
Aż poszła.
Do Akcji Odszczurzania.
Teraz stanęły wszystkie rzędem...
Czy będę tańczył?
Nie, nie będę.
Nie będę, wszak mówiłem wam:
nie mogę.
Ja siebie znam:
na twarzy powaga i smutek,
a w środku - ho, ho!...
Filutek!
A człek subtelny jest i czuły
i wciąż moralne ma skrupuły.
Skrupuły ma nawet wtedy,
gdy jakiejś kobiety pożąda -
bo może to jeszcze dziecko,
tylko tak staro wygląda?!
Odeszły więc,
bo dałem im kosza,
a każdej z nich niebodze
kapały łzy do biustonosza,
bo tamtędy
im było
po drodze...
Ale nie poszła żadna do innego,
choć pięknych panów w krąg masa...
Ani do Cybulskiego,
ani do Dziewońskiego,
nie poleciała żadna na Gołasa..
I to jest właśnie
cała radość z zawodu poety,
że może sobie wymyślić
takie wierne kobiety.

Mawiał mi ojciec, mawiał dziadek:
-Spójrz, ile panien,
wdów i sąsiadek...
Noś serce przy sobie!
Na wszelki wypadek.
A nuż w dzień biały
lub pośród nocy
sentymentalnej ktoś
wezwie pomocy...
Tyle w krąg kobiet
roztacza swe wdzięki,
że w Polsce bez serca
to jak bez ręki!

Dziś, gdy to wspomnę,
łza płynie z oka...
Kończy się, dziadku, mija epoka,
kiedy przez wzgląd na mniejszą podaż
każdy się z mężczyzn czuł jak włodarz
i był, czy mędrzec, czy idiota,
na wagę cytryn
albo złota!

Nie, jam nie prorok ani mistyk,
tylko wynika ze statystyk,
iż lepiej, żebym
troszkę przystygł.

Gdym je przeczytał, ażem zbladł:
w Polsce już od dwudziestu lat
mniej dziewcząt niż chłopców
przychodzi na świat!
Jeżeli to tak dalej pójdzie -
nic po bicepsach,
urodzie i fluidzie,
rozpleni się za dwa, trzy lata
mężczyzna bez popytu,
człowiek-superata,
samotny jak palec,
drżący jak listek,
urągowisko feministek!

Statystyka wszystko obliczy dokładnie
i czas już zbliża się niestety,
gdy na mężczyznę
w Polsce przypadnie
zaledwie cztery piąte -
ułamek kobiety.

Już dziś tą myślą przerażony
pytam tragicznie i ponuro:
-A co z tą resztą mojej żony -
z tą jedną piątą?
I to - z którą?
Więc mimo miłość mą gorącą
20 procent mi potrącą?!
A że w rachunkach głowa niezbyt mocna,
jeszcze ograbią mnie do cna!

Tym bardziej dręczą myśli mnie te,
że kraj nasz w mężczyzn
nazbyt żyzny,
a więc przypadnie na jedną kobietę
aż jeden i jedna czwarta
(1+1/4) mężczyzny.
W małżeństwie nie znam się na żartach -
już ta niepewność mnie zabija:
ten jeden - to ja,
a ta jedna czwarta?
Przepraszam bardzo -
czyja?!
Niby ułamek,
a - psiakrew - bawidamek.
I co?...
Zamknąć żonę na dwadzieścia klamek?
Niesprawiedliwe, bądźmy szczerzy,
bo statystycznie
to jej się należy.

Przyznacie: sprawa to niebłaha
wiedzieć, że gdzieś
wtrajają ciacha
ułamek żony z ułamkiem gacha
i tak zabawiają się cudownie,
że nie wiesz, gdzie licznik -
gdzie mianownik!

*

Wybaczcie mi!...
Wiem dobrze: me obawy głupie
nie przystoją Polakowi -
chyba liczykrupie.
Bo choć w statystykach ścisłe
są dane liczbowe,
ile w Polsce kobiety
przypada na głowę -
któż by z nas tam odmierzał
swą miłość głęboką?

Jak już kochać,
to plus-minus
i pi razy oko!

On ją namawia czule,
a ona zwleka...
Koszulę.

To wszystko. Trzy gwiazdki w tytule.
Fraszeczka. Taka sobie.
Niezbyt epokowa.
Wydrukowałem. A co potem?
Niech Pan Bóg zachowa!
Już wieczorem telefon.
Gość dość podniecony:
- Co pan się czepia mojej żony?
Raz zwlekła. Owszem.
Z szefem. Tej niedzieli.
A teraz wszyscy będą chcieli!
Telefon drugi. Po chwili.
- Brawo! Obserwacja bystra!
Świetnie pan rąbnął w naszego ministra!
Że też to panu puścili...
Trzeci telefon. Aż z Łodzi.
- Właściwie o co panu chodzi?
Czy pan także histerii już uległ
przez ten głupi wagon koszulek?
Telefon urzędowy. Z daleka.
W słuchawce głos powagą dyszy:
- Satyra, jak wiecie,
nie na tym polega,
żeby naśmiewać się z towarzyszy!
Piąty. Głos damski. Z pieszczotą:
- O co chodzi? O cnotę? Idioto.
Miłosierdzie także jest cnotą!
List. Z Przedsiębiorstwa.
W urzędowej krasie.
W odpowiedzi na notatkę w prasie:
"Istotnie - skarg już było dużo,
zatem zwolniono. Ją i drania.
Więcej wypadki te się nie powtórzą
w godzinach urzędowania!"
Telefon. Wściekły,
aż w słuchawce skrzeczy.
- Panie Autorze!
Albo pan to pedał,
albo komunistom całkiem się pan sprzedał!
To już w Polsce nie wolno tych rzeczy?
Wreszcie ministerstwo...
Sam pryncypał się złości:
- Po co uderzacie i w kogo?
Mamy w tej dziedzinie
jeszcze pewne trudności,
ale Władze robią, co mogą.
A wczoraj dostałem w papę od Małgosi...
I mówią, że satyra
skutków nie odnosi.

Czas to czwarty wymiar...
Czy można czas przesunąć w przestrzeni? Nie...
Czy można czas zawiesić na drzewie? Nie!
Ale można w czasie.
Dlatego pewnie dostałam sześć miesięcy
z zawieszeniem na dwa lata.
Niby logicznie, ale niesprawiedliwie.
Za fizyczne i moralne znęcanie się nad powodem.
Powodem był mój mąż.
Powód zawsze musi się znaleźć...
Ale, proszę Narodu,
nie biłam powodu bez powodu!
Nie, to nie wódka -
alergia, proszę Sędzi:
na widok męża ręka swędzi!
Pijaństwo mi wpisali do sądowych kronik...
Czyż przed własnym mężem
dmuchać mam w balonik?!
Fizycznie? Owszem, czasem się go walnie.
Lecz że moralnie się znęcam?..
Wolałabym - niemoraInie.
Ale niestety klops.
Odpada.
W małżeństwie już od świtu zmierzcha...
Małżeństwo to jak warszawska defilada:
Wola maszeruje -
Ochota już przeszła...
Gdy wracam, łeb mu kornie zwisa,
a ja spoglądam nań z zadumą,
potem cytuję mu Camusa:
"Ty dżumo!"
Wzrostu ma prawie dwa i pół metra,
za sobą prawo,
a przede mną - pietra!
Choć mu po wczorajszym jeszcze nie obeschło,
podchodzę i mówię:
- Mieciu, podaj krzesło!
Nie to niziutkie... Nie to, tamto!
Przysuwam. Włażę... I - manto!
Biorę na świadka każdą żonę,
że historycznie uzasadnione!
On pyta mnie, za co... O, lebiego!
Choćby za sześć żon Henryka VIII!
Do Anny Boleyn w zaświaty
wysłałam telegram:
"Anno, głowa do góry!
Ja tu się odegram!"
Mężczyźni, nie znam litości -
porzućcie wszelką nadzieję...
Oto jest ręka sprawiedliwości!
Nie ta... Tą go leję!
Przypatrzcie się tej wątłej rączuchnie...
A Miecio - puchnie.
Bo to idea daje jej podnietę:
bo to nie zwykłe pijackie draki.
Do bicia zawsze wynajdzie się pretekst!
Bitemu wszystko jedno jaki...
Za łzy żon krzyczących o pomstę do nieba
tą samą monetą - tyle ile trzeba!
Za krzywdy wszystkich Polek
w całym tysiącleciu -
Masz, Mieciu!
Masz Mieciu!
Masz Mieciu!...
Kobieto, wstań i za mną idź,
aż wszystkie krzywdy nam się spłacą.
A męża trzeba bić -
nie pytać, tylko bić!
On sam już będzie wiedział za co...
A choćby nawet niewinny był facet -
Historia pozwala!
Masz babo placet!
Jeśli się której fajtłapa poszczęści,
to walka płci - na zęby - na pięści!
Lany poniedziałek dać mu na początek,
a potem wtorek...
Środa...
Czwartek...
Piątek...
Tu nie czas na litość, co z słabości płynie!
Miecia też mi żal,
Miecio sam nie winien:
Ani łajdaczy się nikczemnie,
wybiłam mu z głowy knajpę i zabawę.
Jeśli podbite oczy miewa -
to przeze mnie!
Osobno: raz lewe, raz prawe.
Jednak już wiem to bez wątpienia
I Ty też wiedz - Wysoka Władzo -
nie zdzierżę dwóch lat zawieszenia!
Chyba... już jutro mnie wsadzą...
Niech będzie prycza z desek, bez pościeli,
i chleb, i woda - bez kalorii,
lecz o jedno proszę:
w politycznej celi!
Bo ta rączka działa w imieniu Historii.
Tekst był wykonywany na scenie przez Alinę Janowską.

Teraz prywatnie Wam coś wyznać chcę:
gdy bywam w Warszawie,
mieszkam w "Domu Chłopa".
I - co wam powiem -
gdzie jak gdzie,
ale na wsi to u nas Europa!
Lustra, marmury,
słowem poemat,
i to nareszcie na wiejski temat.
Gdy stanę tak w tej lśniącej sali,
myśląc, co począć z niedopałkiem,
aż drżę, by mnie tylko
nie wylali,
że niby chłop,
ale nie całkiem,
żeby nie zrobić jakiegoś faux pas,
żeby wyglądać
na prostego chłopa.
Lecz sam się zdradzam,
jakkolwiek stanę,
bo oczy mam jakoś rozbiegane...
Portierzy patrzą dziwnym wzrokiem,
recepcjonistka na mnie zerka...
Więc ja po schodach
tanecznym krokiem:
raz krakowiaka -
raz oberka!
Potem,
ażeby ochłonąć z tych tańców,
siadam na przyzbie.
Od placu Powstańców.
I siedzę,
a to serce wali,
żeby mnie tylko nie wylali.
Bo izba miła -
komfort, wygoda:
telefon, ciepła-zimna woda,
prysznic
i winda działa znakomicie...
Lubię to proste chłopskie życie!
Do wszystkich z uśmiechniętą miną
tu rzucę "A dyć",
tam wtrącę "A ino!"
Czasem zagadnę:
"Jak tam, Kumie,
czy obrodziło latoś u Bacy?"
A Kum po francusku,
że nie rozumie...
Ci chłopi teraz jacyś tacy.
Zapewne z wyższych chłopskich sfer -
ja wiem? – z PGR?...
Lecz ja się do nich upodobnię!
Już zamówiłem czarne spodnie
i jeszcze krawiec do nich uszyć ma mi
taką czarną siermięgę...
Z jedwabnymi klapami.
Może być kamizelka
albo wolę - bez.
A tutaj - muszka.
(Znaczy się - giez.)
Tu u mankietów spinki jak dwie śliwki
i wieczorem w tym wszystkim -
widzicie -
wychodzi się hen...
Na podorywki!
Lubię to proste chłopskie życie...
W izbie radyjo -
wdzięczna muzyka -
i świerszcz za kaloryferem cyka...
Tam cyka,
a tu serce wali,
żeby mnie tylko nie wylali.
Bo żyję sobie niby książę,
lecz wciąż nerwowo drżę przed gafą...
Ubranie na noc
w snopki wiążę.
I kosę trzymam za szafą.
Gdy mnie namawia ktoś do kina,
"Nie mogę - mówię. -
Dyć ozimina!"
A gdy już księżyc świeci blado,
do łóżka kładę się
z „Gromadą"!
Jeśli wykryją mi jednak protoplastę,
to pójdę z ostatnią w sercu nadzieją
i się powołam
na sojusz Wsi z Miastem!
No co?...
Sojusznika wyleją?!

Słyszysz: idzie sto kilo.
Patrzysz: taaaka baba!
A płeć - mówią - piękna.
I do tego - słaba.
A ja się nie podobam.
Mnie to zawsze wytkną,
że co do płci -
to płeć mam brzydką.
No, cóż...
Płeć - jak telewizor,
telewizor – jak płeć:
można nie korzystać,
ale trzeba mieć!
Musi mieć każdy:
marksista czy mistyk.
I nie dla przyjemności.
Dla władz!
Dla statystyk!
A tu płci się używa
(I to właśnie fatalne!)
i dla innych celów
niż te oficjalne...
By dwu różnych płci
ułatwić zażyłość,
koedukacyjną
wymyślono miłość,
której dwa są rodzaje:
jak to wiemy z kina,
jest miłość staroświecka,
czyli jedna jedyna –
i miłość atomowego pokolenia
na zasadzie tabliczki mnożenia!
Tu z atomowym starszym panem
pijane dziewczę widzisz nad ranem...
Też atomowe.
No, chyba!
Choćby ze względu na grzyba!
Tam atomowy małżonek
prawie przez całą zimę
z cudzą żoną na własnej
mści się za Hiroszimę...
W krąg chucie
i zepsucie ogarnia płcie obie,
co widzę i opisuję,
bo czuję po sobie.
A można dla dobra świata
wykorzystać - jak sądzę -
ten wigor,
to libido,
ten popęd
i żądze
i dojść do zgody
wszystkich ziemskich nacji
poprzez dwupłciowość
w dyplomacji...
Ludzkości!
Ty się sama zbaw
od wojen i od poniewierki
przez pięknych ministrów
zagranicznych spraw
i czarujące ministerki!
Niech budzą w sobie sentymenty
na konferencjach
przy drzwiach zamkniętych,
w buduarach ONZ-tu
całych na niebiesko
ze słowikami na żołdzie UNESCO.
A Ludzkość
przy dziurce od klucza
niech dotąd zagrzewa ich
i poucza,
że krew nie woda,
że serce nie słucha,
aż sobie Mocarstwo
Mocarstwo przygrucha
i do miłosnych
dojdzie karesów
mimo różnicy interesów!
O, Polityko,
płyń i żegluj
aż ku pieszczotom
na najwyższym szczeblu -
ku dyplomacji bez szat
i bez wojny!...
Rapacki niech zostanie!
Przystojny.

Kobieta w Kosmosie!...
Wieść hiobowa.
już się człowiek nigdzie
przed nimi nie schowa.
Nigdzie spokojnego kąta nie wyłowisz:
ani Saturn dziś pewny,
ani Mars,
ani Jowisz.
Na jakiej planecie noga twa nie stanie,
wszędzie znów ci grozi
to - ziemskie przyciąganie.
O, męska czystości,
śniona przez nas skrycie!
O, marzenia o cnocie,
żegnajcie nam!... Czołem!
Odkąd się zjawiła babka na orbicie,
nawet już tam - w niebie -
trudno być aniołem.
Mnie - co prawda - nie martwi
to aż tak dalece,
jak siebie znam -
to nie polecę...
Ale ta męska zawiść cierpi dziś katusze,
że ich triumf,
ich Dzień Pobied
wciąż przeżywać muszę.
Spójrzcie, jaka każda
dumna i wyniosła:
nosi tę spódnicę,
jakby sztandar niosła,
i pogardliwym mierzy wzrokiem,
gdy nie podjeżdżasz po nią "Wostokiem"...
Tak, panowie,
to pewne jak dwa a dwa cztery:
kres męskiego prymatu
i koniec kariery -
już w Kosmosie jak w domu!
Exemplum - Walery:
Najpierw o nim piano
przez długie godziny,
a potem to już leciał
w cieniu Walentyny...
Odbiorą nam ten Wszechświat,
wezmą - nie poradzę.
Któraż z nich nie poleci,
żeby stracić na wadze?!
Przemeblują nam niebo
na modłę kobiecą:
tu gwiazdka,
tam kometka,
tutaj chmurki nieco...
Jeśli o mnie chodzi - nie szkodzi.
Niech lecą!
I tak żadna dotąd mną się nie zachwyca.
Poczekam.
Na tę pierwszą -
która spadnie z Księżyca.

Doprawdy żal mi tych narodów,
którym do śmiechu brak powodów...
Zjechałem cały już kontynent
i z pewną dumą Wam wyjawię,
że nigdzie turystycznych przynęt
tyle, co w naszej Warszawie...
Bo cóż to za życie
gdzieś tam w dobrobycie,
gdzie wszystko działa znakomicie?
Gdzie człek, co zechce - sobie kupi,
po prostu w sklepie...
Jak ten głupi!
Gdzie wobec pełnych lad i witryn
żadnej radości z kila cytryn!
Gdzie nie zadziwi globtrotera
wywieszka skromna, ale szczera:
"Przepraszamy - afera!"
Po prostu nudno - nieciekawie,
nie to, co w naszej Warszawie!
U nas czy w windzie,
czy gdzie indziej
zazdrością każdy przybysz pała...
U nich też technika wspaniała,
ale tam nudno:
tam działa!
U nas dojrzewa się i rośnie
już w najwcześniejszej życia wiośnie...
Dwunastolatków spotyka się para:
”Cześć, stary! ”
”Cześć, stara!”
Na najweselszych w świecie ulicach
najpiękniejsze na świecie dziewczęta!
Warszawa nie tylko się nimi zachwyca,
ale i dba - i pamięta...
Cała dzielnica zafrapowana
nowym amantem panny Mieci:
"Czy to poważny jakiś amant?"
"Poważny! Ma żonę i dzieci!"
I choć los niezbyt był łaskawy,
żart zawsze bliski sercu Warszawy...
Bo czyż istnieje gdzieś w Europci
u l i c a, która zwie się Dowcip?
A u nas jest - ulica Dowcip!
Patrzysz i myślisz,
i szukasz niuansów:
Dlaczego tuż koło
Ministerstwa Finansów?..
Aż ci wyłuszczy rzecz tak oto
jakiś warszawski stary jubilat:
"Ulica Dowcip istnieje po to,
że by się nie śmiać
z placu Defilad!"
Doprawdy żal mi tych narodów,
którym do śmiechu brak powodów.

Nie wiem, skąd legenda
bierze się złowroga,
co krąży lat tysiąc bez mała,
że Polak do handlu
to po prostu noga
lub jeszcze gorsza część ciała...
Że brak tradycji
z dawnych dni,
że w dziejów naszych nurcie
znaliśmy tylko
cenę krwi -
i to przeważnie w hurcie.
Ten fałsz i to kłamstwo
obala niezbicie
najnowsze naukowe odkrycie:
w starosłowiańskim grodzie Biskupin
wśród wykopalisk -
garnków i łupin -
odnaleziono tabliczkę prastarą:
"PRZERWA - PRZYJĘCIE TOWARU".
A więc już wtedy
nasz praszczur Słowianin
z naszą prababką Słowianką
dokładnie byli
w tym zorientowani,
co brutto,
co netto,
co manco...
I ponoć już wówczas
co lepsze towary,
jak pitny miód, balerony,
też sprzedawano
tylko za talary
lub talarowe bony.
A z czasem w Narodzie
coraz konkretniej
te wizje rodziły się blade
epoki, gdy handel
rozwinie się świetnie,
czyli Epoki MHD.
Nie mawiałże Wołodyjowski,
który słynął odwagą:
"Pójdź Wasze ze mną w P a r a g o n!"?
Nie snułyż się w hymnie naszym
już przed laty
o marżach i rabatach pogłoski:
"Grzmią pod Stoczkiem armaty,
błyszczą białe r a b a t y" -
i „Marż, marż -
Dąbrowski"?
Z południa na północ,
z zachodu na wschód
przez Polskę z a w s z e
szlak handlowy wiódł -
i jak gospodarcza uczy geografia,
ten szlak handlowy
po dziś dzień nas trafia!
Kiedy więc sprawę
dokładniej się zbada,
to można rzec bez przesady,
że Polak z pradziada
już kupiec nie lada...
Nie lada!
Najwyżej - spod lady.
A jeśli z klientem
miewa komplikacje,
co winą chce handel obarczyć -
nie martwmy się:
klient zawsze ma rację
i to mu
powinno
wystarczyć!

Państwo pozwolą - Marian Załucki.
Stworzenie.
Kręgowiec.
Gatunek ludzki.
Rodzina ssaków...
Choć nie pojmę nijak,
czy Polak to ssak?.. Czy pijak?
Ja właśnie w sprawie mego gatunku
przyszedłem zawołać:
Ratunku!
Gatunek w tak zwanym impasie!
Kryzys małżeństwa! - grzmią w prasie...
Alarmują najwięksi uczeni,
że kto może, to już się nie żeni.
Na Zachodzie kobiety wśród panik
obserwują płci męskiej
absolutny zanik!
Pragnę zwrócić uwagę Opinii,
że to może przejść do nas.
Jak - "mini”.
I co przeciw temu się czyni?!
Ot, choćby tu - wśród sfer TV:
Scena. Widownia.
Prawie sami młodzi...
Tu jeszcze małżeństwa wchodzą do gry -
Tam już małżeństwo w grę nie wchodzi!
Tę groźbę już czytam na Waszych obliczach:
Małżeństwo w gruzach!
I - fedorowiczach!
Instytucja małżeńska w impas wpada groźny...
Instytucja... Maleńka:
Szefowa i woźny.
Lecz jej sens polityczny
pojmie Naród Wszystek,
bowiem wie,
co marksistów
różni od marksistek!
Mobilizujemy więc płeć męską i żeńską,
by tę instytucję odrodzić małżeńską!
Niech odrodzić małżeństwo
dopomoże Władza -
i niech sama - gdzie może - odradza!
Niechaj każdy od Odry do Bugu i Wieprza
nie tylko swe własne małżeństwo ulepsza,
lecz jeszcze w terenie
- gdzieś w Piasecznie -
też popracuje trochę...
Społecznie!
Czyż to takie trudne wsiąść w tramwaj,
w szesnastkę,
i komuś małżeństwo poprawić?
Na "gwiazdkę"...
Pomyślcie, jak wiele plusów ma rodzina:
masz siebie
plus żonę,
plus córkę,
plus syna...
Kto tylko doznał tych rodzinnych przeżyć
i tych małżeńskich wrażeń też -
po prostu nie może w swe szczęście uwierzyćl
Nie może - i rób co chcesz!
Małżeństwo bowiem - jest to urządzenie
najlepsze od wielu stuleci!
Wierzcie mi - niejeden sam by się ożenił!
Tylko ma żonę. I dzieci.
O gdybyż tak można, proszę Magistratu,
tu pół etatu,
tam pół etatu?..
Na próżno mnie jednak
myśl ta oszałamia...
Monogamia - niestety!
Co to - monogamia?..
Kto raz za żonę pojął dziewczę hoże -
później już tego pojąć nie może!

Moja żona to mądra niewiasta!
Moja córka, proszę państwa, dorasta -
moja żona więc z głębi fotela
nieraz rad mojej córce udziela:
Nie szukaj, córeczko, mołojca!
Nie trzeba - popatrz na ojca:
nikt się na oko nie wyzna,
a jednak mężczyzna.
I Mężczyźnie nie trzeba urody.
Mężczyzna nie musi być młody.
Mężczyzna się nie ma
podobać nikomu -
mężczyzna potrzebny jest w domu!
Z mądrością to także przesądy -
intelekt to - dziecko - nie wszystko.
Mężczyzna nie musi być mądry -
wystarczy, jak ma stanowisko!
Mieć życie wewnętrzne bogate?
A po co mu? Popatrz na tatę!
Mężczyznę nam z nieba zesłali,
córeczko, nie po próżnicy:
mężczyzna i w sercu płomień rozpali,
i węgla przyniesie z piwnicy!
Czasami zaprosi do tańca,
podskoczy w rytmie klawiszy -
i wtedy mężczyzna
ma w sobie coś z samca:
tak dyszy, córeczko, tak dyszy!
Choć czasem,
gdy mówić już szczerze,
nachodzą go myśli niezdrowe
i wtedy w mężczyźnie
wręcz budzi się zwierzę!
Ale domowe, córeczko, domowe!
Nie szukaj, córeczko, mołojca!
Nie trzeba - popatrz na ojca...
Wtedy posłuszna swej mamie córeczka
spojrzała na mnie
z tkliwością i czcią nienaganną,
i z płaczem:
"Ja chcę być panną!"

Powstał problem na pewnym
składkowym przyjęciu:
podzielić sprawiedliwie
jadło wśród dziesięciu.
Kto ma dzielić?
"Pan, Mistrzu! -
zakrzyknął ktoś z gości. -
Pan o sprawiedliwość
walczył od młodości!"
Wszyscy przytaknęli
w szlachetnym porywie.
Więc zacząłem dzielić -
dzielić sprawiedliwie:
Dla każdego serdelek,
ale dla mnie świeży.
(Za tę sprawiedliwość
coś mi się należy!)
Każdemu kawał gęsi -
tylko dla mnie duży.
(Kto bowiem sprawiedliwy,
ten sobie zasłużył!)
Każdemu ciastko z kremem -
mnie, gdzie więcej kremu...
(No bo komuż, jeżeli
nie sprawiedliwemu?)
Każdemu puchar wina,
lecz dla mnie Bożole...
(Sprawiedliwie przyznaję,
że francuskie wolę.)
Niestety ...
Obudziłem tylko złość i mściwość,
sprrawiedliwie premiując
ludzką sprawiedliwość...
Wszyscy w najpospolitszej
tonąc demagogii
"Sprawiedliwość dla wszystkich!"
darli się jak mogli.
Dla wszystkich? ... O, Bracia,
o, Obywatele!
Sprawiedliwość jest jedna!
Jakżeż ją podzielę?
Czyż porżnę, czyż posiekam
na kawałki tycie
Tę, o którą walczyłem
całe swoje życie?!

Czasem mnie ktoś życzliwy
znienacka zagadnie:
- Pan tak jeździ na ten Zachód...
No, winszuję, no, ładnie,
ale czy za granicą ma pan powodzenie?
Wtedy ja, proszę Państwa,
skromnie się rumienię...
- Cóż... Dziękuję, i owszem...
Publiczność docenia.
Nieraz uczci mój dowcip -
minutą milczenia.
A czasem nawet szepnie
zdziwiona cokolwiek:
- Patrzcie, patrzcie!... Z Polski,
a normalny człowiek!
Wprawdzie trochę blady
i dość nędzna uroda,
ale widać lepszych
na eksport im szkoda!...
Absurd oczywiście...
Jak to wszyscy wiemy -
urodę mam z przydziału,
a ta bladość - to z tremy.
Bo tremę mam... Przez całe życie!
Tu też. Co się dziwicie?
Ja bym Was tu postawił,
tutaj, gdzie ja stoję,
i wiersze kazał mówić...
I w dodatku - moje!
Ale ja się tremy nie wstydzę, nie myślcie!
Trema zawsze przystoi artyście.
Nawet u największych nigdy to nie dziwi,
że nieśmiertelni - a półżywi.
A ja tremy mam mnóstwo -
powiedziałbym - w bród:
jedną tremę na Zachód,
drugą tremę na Wschód,
inną tremę w Warszawie,
inną w Ameryce,
a inną na Londyn i na okolice.
Ta angielska trema jest szczególnie zła,
nawet w dzień mam te drżenia nerwowe:
idę, nic nie widzę -
nic nie widzę, bo mgła,
a tam funt ponoć spada na głowę!
Niepokoi mnie również
(choć i budzi nadzieje)
to, co pod erotycznym względem
tam się dzieje:
rewolucja seksualna!
Dze sekszuel rewoluszn...
No cóż... Wprawdzie trema,
lecz jak muszę, to muszę!
Jakżeż by to było:
tak daleko się tłuc - i
nie poprzeć rewolucji?!
Lecz tu znowu nieszczęście,
kiedy na ulicy
chcę porozmawiać z ludźmi w tłumie.
Dziwna historia:
sami Anglicy,
a po angielsku
nikt mnie nie rozumie!
W dodatku pot się ze mnie leje,
gdy rozgryźć mam ten orzech twardy,
jak złote przeliczyć na gwineje,
metry na galony,
litry na jardy...
A całkiem kitwasi się
w głowie cyfr horda,
gdy towarzysza przeliczam na lorda!
A jednak, proszę państwa,
mimo tremy i strachu
czasem muszę pojechać na Zachód.
Po pierwsze -
elastyczna polityka wobec Europy.
Po drugie -
elastyczne rajstopy.
Po trzecie -
wyznaję skrycie -
to właśnie intymne życie...
(No, tak... Dziś nie to, co za młodu:
już trzeba troszeczkę zachodu!)
Po czwarte -
wewnętrzny mus
zarobienia tylu dolarów czy funtów,
żebym mógł ten kapitalizm
raz zrujnować do gruntu -
i szlus!

Nie wiem - i szczerze się tu przyznam -
ciekawość dręczy mnie szalona,
czemu najgorszym - proszę pań -
kataklizmom
daje się wdzięczne kobiece imiona...
Naukowo się daje!
Nikt więc nie zaprzeczy,
że coś tam, proszę pań,
być musi na rzeczy.
Jakieś jest tej sprawy sedno
czy margines -
że huragan - to "Flora",
"Cecylia" lub "Inez" -
że jak już powietrzna trąba czy fanfara,
to Irena na ten przykład
albo też Barbara!
Widocznie - proszę pań - de facto
i - proszę pań - de iure
tajfun płeć ma kobiecą!
Albo chociaż naturę...
Zresztą – co tu mówić:
znam się z pewnym panem -
zwyczajny Polak. Z Torunia.
Ożenił się, proszę pań, z huraganem!
"Dziunia”.
Dziewczyna młodziutka -
owszem - prima sorta...
Osiemnaście!
W skali Beauforta.
Toteż zwracam się do szefów Meteorologii:
w imię sprawiedliwości!
Może by tak mogli
jakiś ciepły, promienny, wiosenny poranek
męskim nazwać imieniem?..
Proponuję: Marianek.

W chłopięcym już to stwierdzasz wieku,
że świat wciąż robi ci na przekór.
Na drodze życia już od razu
nie - znaki zakazu:
Nie wolno piłką rzucać w okno.
Nie wolno w majtki, bo ci zmokną.
Nie wolno ciastek kraść mamusi.
Nie wolno patrzeć na Jędrusik.
Nie wolno chodzić ci, boś dziecko,
na tę filmową twórczość szwedzką.
Nie wolno kłamać w życia wiośnie.
Nie wolno kląć - aż się dorośnie.
Nie wolno palić ani pić -
bo wciąż ci mówią:
Wstydź się, wstydź!
Aż gdy w wiek męski zdołasz zmienić
tę młodość szkolną i mozolną -
wolno ci będzie
się ożenić...
I znów ci nic nie będzie wolno!

Wykonawca: Marian Załucki

Nie wiem, kto za tym stoi,
nie wiem, kto za to poleży,
lecz przyroda zły przykład
daje dziś młodzieży:
tak w dziedzinie handlu,
jak w dziedzinie transportu
trwa złośliwy stosunek
aury do resortu!
Nadto przypomnę zaspy
i cyniczną gołoledź
w uroczystym okresie 25-oleć...
No cóż...
Ja sumienie mam czyste!
Mnie nie dowiodą
żadnych osobistych
kontaktów z przyrodą.
Jestem przyzwoity i lojalny mieszczuch,
nie maczałem palców w suszy
ani w deszczu,
ani w śnieżycach,
ani w mrozie,
ani w innych nieszczęściach,
które są w prognozie.
Nic mnie nie obchodzą
kwiatki, drzewa, liście -
nawet pana Wicherka nie znam osobiście!
Na uroki natury nikt mnie nie nabierze,
a w urok wschodów słońca
najzwyczajniej nie wierzę.
Zwykła bujda!...
No, proszę, niech się ci odezwą,
co naprawdę widzieli wschód słońca...
Na trzeźwo!
'W turystykę żadną
także się nie bawię,
nie nęcą mnie tatrzańskie szczyty.
Szczyt urlopowy
spędzam w Warszawie
i urlop mam znakomity:
słucham sobie szumu gałęzi nad Wisłą...
Różnych gałęzi!
Przemysłu.
Podwarszawski lasek też ma urok wielki:
można zbierać poziomki,
można zbierać butelki...
A gdy zamknę łazienkę,
wiadro w kącie postawię -
to rozkosze Juraty mam na miejscu...
W Warszawie!
Niech inni z Kasprowego
zjeżdżają slalomem
i pchają się - Bóg wie po co -
pod turnie i granie!
Ja skręciłem nogę w Warszawie,
pod domem,
i wyszło mi taniej!
I bliżej mi, i taniej,
i wygodnie, że hej!...
A że tu na miejscu
ptaszków trochę mniej?..
Ptaszki!...
Co mi ptaszki, mewy, kormorany?
Sam jestem zalatany.
To - poleć do ogonka!
To - poleć, kup mydła!
Żonatemu szybko urastają skrzydła!
Czasem nawet do lustra
z niepokojem zerkam
i sam się sobie dziwię...
Że jeszcze nie ćwierkam.

Gdy ludzie szarpią się i gryzą,
Bezstronność moją jest dewizą.
W każdej życiowej pierepałce
ten obiektywizm w sobie. kształcę
i zanim mnie do muru przyprą.
rozważam wszystkie contra i pro,
by sądem swym nikomu nigdy
pochopnej nie wyrządzić krzywdy...
I gdy walczą dwie kliki,
na mnie nie ma sposobu -
ja jestem bezstronny:
należę do obu!
Dzisiaj równie bezstronnie
i bez hipokryzji
chciałbym mówić o Radiu i o Telewizji.
O środkach masowego przekazu -
bez kpin i bez reprymend,
jako że do przekazów
zawsze czułem sentyment.
Od dawna drzemie we mnie
ta pasja artysty,
by budzić w Pe-er-elu śmiech...
Pe-er-elisty!
Tylko jak? Którędy?..
Tu - rozterka duchowa,
bo głos - telewizyjny,
a uroda - radiowa!
Pomnę, jak mnie kochała pewna Leokadia
dotąd, póki znała
mnie wyłącznie z radia.
W telewizji nawet dowcip
wydał jej się płaski.
I skończyła się miłość
przez te wynalazki!...
Cóż... Przyznaję:
telewizja ciekawsze mass-medium.
Można oglądać zebrania -
i członków prezydium!
A oto już drugi program...
Otwierasz aparat
i masz dwa razy tyle posiedzeń...
I narad!
A cóż to będzie za rozkosz,
gdy nadejdzie pora
oglądania zebrań w naturalnych kolorach !
Wprost wierzyć mi się nie chce,
że to kiedyś zobaczę:
i prelegent - jak żywy,
i nawet - słuchacze!
Tak cenię telewizję,
jej walor i rolę...
Sam jednakże w radiu występować wolę.
Radiosłuchacz lepsze serce
ma od telewidza:
z postury się nie śmieje,
twarzy nie wyszydza...
Radiosłuchacz się nigdy
uwagą nie splami:
"Jak ona może śpiewać z takimi nogami?!'
Nie powie radiosłuchacz
z Mielca czy z Jaworzna:
"Na tę gębę, proszę pani,
to już patrzeć nie można!"
Nie powie, bo nie widzi.
Oto powód, który
sprawia, że radiosłuchacz
to Człowiek Kultury!...
Niestety... Każdy przyzna,
czy filozof, czy cieśla,
że jedną rzecz telewizja
znacznie mocniej podkreśla:
tę jedność niezmąconą,
równy krok,
równy szereg
całego Społeczeństwa!
Z wyjątkiem - tancerek.

Tak, podróże kształcą!
Wszystko wiem - eureka!
Po zwiedzeniu Europy i innych zagranic
znam już tajemnicę pochodzenia człowieka:
człowiek zwykle pochodzi
z Łodzi
lub z Pabianic...
Coraz mnie ktoś zaczepia w bramie:
- Niech pan mi powie, panie Wieszcz,
czemu w New Yorku
w kościach mnie łamie,
kiedy ma w Kutnie padać deszcz?
A przez Chicago idę,
jakbym szedł przez Kraków -
tyle tu wszędzie Rodaków.
A każdy z kieliszkiem:
"Pan pozwolisz" -
a wszystko, co golisz,
to jest polish...
Wiśniówka do kolacji,
Czysta przy obiedzie...
Wprost sam z ust się wyrywa
patriotyczny pean:
- Och, jak ta wódka od nas jedzie!
- Aż - za ocean!
Czuję się jak w Kraju,
w polu, na majówce:
nawet trawka zielona też polska!
W "Żubrówce".
Czasem to nawet myślę,
chodząc po ulicach:
- Tak, wszystko cacy-cacy,
lecz gdzie tu zagranica?
To po to mam ten paszport,
żeby polskie racuszki
jeść w knajpie Kowalskiego
przy ulicy Kościuszki?!
I pod pomnikiem żeby Pułaskiego
po polsku popłakiwać
ze szkolnym kolegą?!...
A potem mnie spytają
w Bielsku czy w NasieIsku:
- Pan już pewnie świetnie mówi po angielsku?
- Siur! - odpowiem. - Mógłbym.
Paszport był i wizy...
Tylko tajmu nie było.
Strasznie byłem byzy.
Drajwowałem wciąż karą
po hajwejach kłusem.
Czasem w kofiszopie
jakiś hat-dog z dżusem...
Wszystko - kuik!
Tylko z rzadka jakiś relaks w mintajmie -
i te drimsy męczące...
- Nocą przy munszajnie,
żeby kogoś kisnąć!

Znaczy się gerlfrenda.
Była jedna. Dość lawli.
Tylko miała hazbenda!
Lecz gdy fejs jej ujrzałem
(z mejkapu wyzuty),
pomyślałem tragicznie:
- Aha, taaaaakie bjuty!
A po angielsku nie umiem.
Za to każdy przyzna,
że się wzbogaciła
ta moja polszczyzna.

dla wybierających się w odwiedziny
do Warszawy Polaków z zagranicy...
...żeby mógł coś zrozumieć z tej dzisiejszej mowy
emigrant - po naszemu - Rodak dewizowy...
Bo w obecnej polszczyźnie
co krok to pułapka,
czyli tak zwane robienie wariata:
na młodą dziewczynę mówi się b a b k a,
na garsonierę mówi się c h a t a.
Przy czym z babki w chacie
wtedy masz pociechę,
gdy cizia jest f a j o w a,
czyli babka w d e c h ę.
Taki zaś ruch ręką
wyraża świadomie.
że dama na najwyższym światowym poziomie,
czyli jak w Warszawie mówi się i słychać:
dziewczę ma na czym usiąść
i ma czym oddychać.
Nie dajcie się omamić czułych słów urokiem!
Na przykład t a t a z m a m ą
to spirytus z sokiem,
a czyniąc tę miksturę
dbają polskie dziatki,
żeby w niej więcej było ojca
niźli matki.
Również chały w piekarniach
dzisiaj się nie szuka.
C h a ł a to rzecz duchowa:
film, powieść lub sztuka...
Nie należy jednakże,
gdy sztuka wspaniała,
zginać ręki z zachwytem,
mówiąc "Taaaka chała!"
Kiedy zjeść coś zapragniesz,
bowiem pora już ta,
mówisz damie wytwornie:
"Rzuciem coś na ruszta!"
Przy czym wiedz,
że trucizna taka zwykła - to lizol,
ale to, co podają w Orbisie,
to bryzol!
I mylić nie należy.
Całkiem różna treść.
Można śmiało w t r a j a ć,
w t r z ą c h a ć,
czyli jeść.
Słowo "truć" dziś inaczej pojmuje warszawiak:
nie ten truje, kto karmi,
lecz ten, co przemawia!
Gdy ci więc przypadkiem
t r u j e jakaś postać,
że w Warszawie wszystko
można teraz dostać,
odpowiedz: "Mowa trawa!" Nie daj się ogłupić.
Dostać nic nie można
-wszystko trzeba kupić!
I tu do najważniejszej
przejdziemy z gramatyk,
czyli do najczystszej poezji języka:
10 złotych to d y c h a,
1000 złotych to p a t y k,
a pięćsetka to b r u d a s względnie pół patyka.
Jeśli idzie o pieniądz, to panuje zasada,
że jak masz, to w porządku,
czyli "mucha nie siada".
Gdy jest forsa,
jest cizia
i szkło, czyli flachy,
i zabawa do rana,
czyli "ubaw po pachy"!
I szałowe uciechy,
i kuszące uśmiechy,
i "Chodź, cizia, za budkę,
skrzyżujemy oddechy!"
Bez pieniędzy natomiast
chodzisz z smutnym obliczem,
bo jak mówią w Warszawie
tuż pod Mickiewiczem:
"W y s i a d k a!
Czyli k r e w a!
Czyli - l e ż e m i k w i c z e m!"

Groźny pomruk od północy,
od zachodu ziemia dudni...
Rewolucja!
Seksualna...
Ooo, paskudni!

A my tu siedzimy jak za piecem u Bozi
i nawet nie wiemy, co nam grozi.
A tu już się roją
i Warszawa, i Kraków
od tak zwanych
duńskich kozaków!

I już w najlepszych ponoć towarzystwach
przyciszone szepty,
przyspieszone tętna...
-Czcigodna pani też rewolucjonistka?
-O, tak!... Namiętna!

A on?
A jego twarz szalona,
coś z Robespierre'a,
coś z Mansona,
groźnie napięty każdy muszkuł -
od razu widać: wywrotowiec!
W łóżku.

Są tacy... Już kroczą
jak te cienie wokół -
zdecydowani w marszu,
nieposkromieni w kroku...
To oni wyjdą nocą obuci w bambosze,
by swoimi hasłami
ścian podkreślić szarość:

ŻĄDAMY SPRAWIEDLIWEGO PODZIAŁU
ROZKOSZY!

PEŁNE ZASPOKOJENIE EROTYCZNE NA
STAROŚĆ

CZYSTA MIŁOŚC TO ABSURD!
CNOTA TO PRZEŻYTEK!
KONIEC Z TYRANIĄ CIOTEK
PRZYZWOITEK!

NIE ŻAŁUJMY SOBIE I CHWYTAJMY
W DŁONIE,
CO NAM NIESIE WSPÓŁCZESNOŚĆ!
(na ostatniej stronie)

KAŻDA WIERNA ŻONA HONOR KRAJU
PLAMI.
POD SĄD!
ROZSTRZELAĆ!
GLOBULKAMI!

DULCE ET DECORUM
EST LEGERE "FORUM"!

WOLNOŚCI NIECH ZAŚWITA RANEK
JUŻ W NAJBLIŻSZY WTOREK ALBO
PONIEDZIAŁEK:
KAŻDEMU WEDŁUG JEGO ZACHCIANEK!
OD KAŻDEGO WEDŁUG JEGO PRZECHWAŁEK!

I wybije godzina -
i nadejdzie czas,
by załatwić słuszne pożądania mas.
Ruszy tłum...
Na apteki albo na ich filie.
Różowe pastylki na ulice wytoczy,
krzycząc:
-Hura! Zwycięstwo!
-Zdobycie Pastylii!
-Już płód nam nie zaglądnie w oczy!

Potem legną upojeni
tą zwycięską szarżą
na łożach, by rozkoszy
kielich wypić do dnia...

A nazajutrz?...
Kombatantki tylko się poskarżą:
-No, cóż... Rewolucja jak to u nas:
łagodna...

Lecz na rzeczy pamiątkę
gdzieś tam ktoś umieści
tablicę z napisem przejmującej treści:

PRZECZYTAJ I WESTCHNIJ, NIEWIASTO!
TU LEŻY
BOHATERSKI KANONIER GARSONIER,
REWOLUCJI SEKSUALNEJ PODPORA
I PIONIER!
NIE BUDZIĆ PRZED JEDENASTĄ!

U c z o n y
Rodacy! To rozpacz!
To aż wstydem pali...
W statystyce światowej
(czytajcie - znajdziecie!)
w Polsce
(z wyjątkiem obecnych na sali!)
jest zużycie mydła
najmniejsze na świecie!
Na głowę mieszkańca ilość nader mała.
Na głowę - Rodacy!
A co z resztą ciała?
Co będzie -
pytam na tle tych statystyk -
gdy odsłonisz, o Polsko,
swój figowy listek?
U ł a n i K o s y n i e r
No to co?
Czy czyści my, czy nieczyści,
chędogo u nas, czy nie chędogo,
aleśmy indywidualiści:
nikt nie umywa się do nikogo!
U c z o n y
Ale higiena! Ale zdrowie!
U ł a n i K o s y n i e r
Nam nie higiena potrzebna,
lecz skrzydła.
Polak się pieni
bez użycia mydła!
(Wychodzą pieniąc się obficie.)

Już jestem wolny!
Siódmą dobę.
Rozwód się odbył bez kłótni, bez draki.
Różnica poglądów.
Na moją osobę.
Powód - to ja. Jako taki. Owaki!
Koniec niewoli dla ducha i ciała.
Więc nie - nie na zawsze
człowiek się zaprzedał!
Sąd dał mi rozwód.
Żona mi dała.
A Urząd Mieszkaniowy nie dał.
Można mieć w Polsce własne zdanie,
lecz trudno o mieszkanie na nie...
Ale wszystko okay -
znaczy: koniom lżej.
Bo choć dalej razem, za to w innej roli:
Obcy mężczyzna.
Obca kobieta.
"Pani pozwoli!"
"Pan pozwoli..."
"Od dzisiaj śpimy na waleta!"
Nic nas nie łączy - wszystko dzieli
z wyjątkiem wspólnej pościeli...
A więc maleńka dyskusja co do
kwestii "Czyj jasiek? Czyja poduszka?" -
i już oddycham pełną swobodą
na mej niezawisłej połowie łóżka.
Rano ocieram słodki sen z powiek:
zbudził się inny -
wolny człowiek!
Wynika wprawdzie polemika,
która jest czyja
połowa ręcznika -
ale wytworna...
Nie psioczę, nie wrzeszczę.
Niech sobie nie myśli,
że kocham ją jeszcze!
Tak oto tempora mutantur...
Ja teraz do niej jak do damy:
żadnych pogróżek,
żadnych awantur.
No, trudno, już się nie kochamy...
Przeciwnie:
sprzątnę, zniosę śmiecie...
Jak tu nie pomóc obcej kobiecie?!
Czasem z kwiaciarni jakieś zielsko.
A widząc minę jej zdziwioną,
uśmiecham się...
Uwodzicielsko!
Niech wie, psiakrew, że nie jest żoną!
I tak mi fajno, aż zacieram ręce...
Nikt mi nie gdera, nie poucza.
Tam niezależna kobieta w łazience,
tu ja - niepodległy
przy dziurce od klucza!
(Nie bez powodu, nie bez chrapki:
zawsze lubiłem obce babki!)
Wytężam nieco wzrok, bo krótki...
Ładne, cholera, te rozwódki!
Ponętna kibić -
i ramiona...
Od razu widać, że nie żona!
A ona także teraz bywa
i jakaś milsza, i troskliwa.
Raz nawet, widząc me amory,
spytała mnie:
"Czyś ty nie chory?"
I tylko z żalem wspominamy,
smażąc we dwoje karmenadle,
lata stracone już na amen
w strasznym małżeńskim
naszym stadle:
nic - tylko żarliśmy się co dzień,
wieczne pretensje i problemy...
A dziś? Inaczej!...
Miło, w zgodzie...
Może się nawet pobierzemy?

Tak - Alleluja!
Decyzja powzięta:
odpocznę sobie przez te święta!
Za wszystkie trudy
codzienne i mroczne -
fizycznie, psychicznie
nareszcie odpocznę...
Od rana już:
wanna,
potem gimnastyka poranna -
i marsz do Wawra w strony obie
(a maszerując się skacze i kuca),
żeby dotlenić sobie płuca...
Dotlenię sobie!
Potem śniadanko:
dzieci, wnuczęta -
jedno się drze, a drugie się pęta...
Odpocznę sobie -
jak święta, to święta!
Potem przyjęcie małe zrobię:
Glińscy, Lipińscy, Ciupskie obie...
Ja na Ciupskie mam fobię,
one mnie na wątrobie -
odpoczniemy sobie...
Potem zaprosi ciotka mnie, bo
u niej pyszności schab i indyk -
po prostu w gębie siódme niebo!
Siódme niebo - bez windy.
Zabiorę kwiatów więc naręcze -
odpocznę sobie...
Na półpiętrze.
A wieczór u Stasiów -
jak rokrocznie.
I znowu trochę się odpocznie.
Po domowemu: swojska dzicz -
paru aktorów, parę kobiet...
Wóda, wódeczka, wódzia, brydż...
Odpocznę sobie!
Nad ranem mała irredenta,
ktoś zechce tańczyć - przecież święta.
A więc charlestony, paso doble,
kujawiak, polka, twisty skoczne...
Uwziąłem się...
Odpocznę sobie!
Ducha wyzionę - a odpocznę!

Wspólna czy własna?
Moja to czy cudza
rzecz, kiedy ktoś się w mym kraju odchudza?
Dlaczego prasa nie wkracza ni władze,
kiedy świadomie ktoś traci na wadze?
Zali nie ,szkoda nam każdego deka
socjalistycznego człowieka?
Dziś każdy smukły pragnie być jak chłystek,
by czuć się swojsko pośród maturzystek,
żeby mógł fikać w takt twistowych piosnek -
zramolały pierwiosnek!
A co, jeśli Duma Narodu i Chluba
wyda się sobie przypadkiem za gruba?
Ojczyzno luba!...
Krzyczę, bo ponoć po miesięcznej diecie
pięć kilo spadło pewnemu poecie:
z rozmysłem twórczo wieszcz na miesiąc zastygł
i do kurortu skrył się czy na wiochę,
żeby z pomocą diety i gimnastyk
odchudzić się trochę...
To po to dzisiaj resorty niektóre
od ust odejmują sobie na kulturę?
To po to granic naszych strzeże armia,
po to się Mistrza w Spatifie dokarmia,
by ubywało mu z tyłu i z przodu
co tydzień
kilo Własności Narodu?
Jacyż zaręczyć mogą nam doktorzy,
że mu nie schudnie właśnie to,
czym tworzy?
Przecież im w biodrach figura jest szersza,
tym lżej się siedzi i pisze do wiersza.
Nie dajmy, by twórcy i koryfeusze
diabłu za młodość
oddawali tuszę!
Do całej Polski
(od morza do Ustrzyk)
należy to mięso bezcenne
i tłuszczyk,
ten schab myślący,
to natchnione sadło...
Jeżeli znikło - n a m je się ukradło!
Mistrzu!... Miast zwężać swe ineksprymable,
tyj nam, jak Balzak,
tłuściej nam jak Rabelais!
Jest co jeść... Okazja zatem nam się zdarza,
żeby mieć wreszcie tęgiego pisarza!

Wciąż śpiewają dwie postacie
a wraz z nimi śpiewa chór:
"Nie ma niewiast w naszej chacie!"
Tak przez cały "Straszny dwór".
"Nie ma niewiast w naszej chacie"
śpiewa tenor, śpiewa bas...
"Nie ma niewiast w naszej chacie"
powtarzają raz po raz...
Czas by poddać już erracie
tę najoczywistszą z bzdur,
że brak niewiast w naszej chacie...
Trzeba zmienić "Straszny dwór".
Dzisiaj inne są dramaty,
które psują życia wdzięk:
są niewiasty - nie ma chaty!
Chaty nie ma - i w tym sęk.

Kiedyś śpiewało się ją pod piwko...
Kiedyś piosenka była rozrywką
płochą albo rzewną,
zwiewną i nieśmiałą -
mogło się jej słuchać...
Ale nie musiało!
I czy była tangiem,
czy też paso doblem,
nikt - tańcząc ją - nie myślał,
że odtańcza Problem.
Dzisiaj jest już inaczej -
dziś nie ma tak dobrze!
W kółko:
Giełdy,
Opole,
Sopot
czy Kołobrzeg...
Dzisiaj od kolebki
aż do samych Powązek
piosenka - to nasz obowiązek!
Bo piosenka w innej
dziś jawi się roli:
milionem decybeli bijąc w organ słuchu
umysłowo nas kształci,
wojskowo nas szkoli
i jeszcze politycznie
podnosi na duchu.
Wiedza z piosenek dziś wysnuta
na całe życie gładko starczy:
Literatury uczy prof. Grechuta,
historii Polski - prof. Demarczyk,
ornitologii - Kofta (prof.) - i
profesor Niemen -
filozofii,
a big-beatowcy,
choć to młodzi chłopcy,
wykładają język -
prawie całkiem obcy!
Dzisiaj ex cathedra
śpiewa areopag!
Słusznie więc o małym mówi się Karolu:
- To bardzo wykształcony chłopak!
Ukończył Festiwal w Opolu...
Piosenka bowiem
dzisiaj w sobie mieści
tak ważkie i głębokie treści,
że gdyby żył Sokrates
czy z Elei Zenek,
Heraklit
czy Archimedes,
toby pewnie pisali
teksty do piosenek,
zamiast nauczać per pedes.
Oto już widzę,
jak wychodzi płyta
z nową piosenką Heraklita,
(który ją spłodził w błogiej nadziei,
że cały świat ją pojmie w lot):
W RYTMIE WALCA
PANTA RHEI -
W RYFMIE WALSA
WSIO PŁYNIOT.
Potem zapewne byłaby w modzie
zabawna piosenka
o kiepskich interesach:
CO TRACI CIAŁO
ZANURZONE W WODZIE?
do tekstu Archimedesa.
Wreszcie zupełnie nadzwyczajna
big-beatowa piosenka
niejakiego Einsteina,
którą podchwyci cały świat rad:
"Eeeee
Eeeee
Eeeee
Eeeee
RÓWNA SIĘ M-C-KWADRAT"!
A gdyby Galileusz
dożył naszych lat,
to odpowiedziałby na epokowe
odkrycie Niemena
"DZIWNY JEST TEN SWIAT"
szlagierem
"E PUR SI MUOVE!"
Albowiem przy pomocy
Inkwizycji i tortur
też można dojść do całkiem
słusznego szlagwortu.
czego to -
uśmiechem barwiąc swe oblicze -
i niektórym Współczesnym
z głębi serca życzę.

Każdy miał lat dwadzieścia parę,
dżinsy, elektryczną gitarę -
opaleni jak prosto z patelni...
Przyszli rozśpiewani,
wysmukli i prości
i wygryźli mnie...
Z mojej młodości.
Bezczelni!
Wygryźli, nie bacząc na wiek
i na wiedzę...
A już myślałem, że tak mocno siedzę!
Że choć do przyszłego maja...
W ZMS-ie stosunki,
u fryzjera chody...
Co robić? Jak człowiek
tak długo jest młody,
to człowiek się przyzwyczaja!
Zbierałem
autografy i znaczki,
zapuszczałem
brodę i baczki,
tańczyłem twista,
zjeżdżałem z poręczy...
A taka młodość to cholernie męczy!
Wyczerpywała mnie gorzej aniźli
praca na życie...
I co?.. I - wygryźli.
Najpierw było zdumienie:
co za brak wychowania -
czemu ta dziewczyna
pierwsza mi się kłania?
Potem ironia zjawiła się cienka,
mody zaczęli uczyć mnie młokosi:
"Tak - kiedyś noszono kobiety na rękach,
dziś już się tego nie nosi!"
Potem spostrzegłem:
sylwetka się zmienia...
Są pewne błędy i - nie do patrzenia!
Na głowie tu i ówdzie
już gładkość atłasu
i uczesanie - w ząbek czasu.
Aż wreszcie pewna z młodych kobiet
zaczęła mnie błagać w euforii:
"Niech Pan opowie - proszę - coś o sobie,
bo mam egzamin z historii!"
I koniec...
Zewsząd szacunek i takt
z tą arogancją połączon bezwiedną,
dla której czterdzieści
czy sto lat
to absolutnie wszystko jedno!
Teraz chadzamy po brzegu piaszczystym
z pewnym panem wpatrzeni w nurt wody...
On mówi:
- Wie pan, ja byłem ministrem!
Ja mówię:
- Wie pan, a ja byłem młody!...

Na stole kartki jak mozaika,
a wszystkie życzą "Wesołego jajka".
Na świecie kobra, gwałt i rumor,
ludzkość zalewa się na umór,
a jajko ma mieć dobry humor...
Tutaj afera, tam banda, tam szajka -
a wesołości się żąda od jajka!
Puste kieszenie, plecy gołe,
a jajko musi być wesołe?
Dla jajka to bajka przecież
według laika,
ale czy kto kiedy wczuł się
w rolę jajka?
Zamiast kogutem zostać czy pulardą,
ono ma się cieszyć...
Na stole. Na twardo.
Ono ma w entuzjazm wpadać i frenezję -
i to tylko dlatego,
że ktoś z Państwa je zje?..
A któż z Was,
o moje Wy ziemskie anioły,
gdy go ugotują, to taki wesoły?
Jajko na twardo!...
Tragiczna postać.
Już za młodu cierpi
tę psychiczną ranę,
że mu nigdy ptakiem nie pisane zostać...
O, jajko wściekłe!
Jajko sfrustrowane!
Ja się z tobą zgadzam,
o jajko, w poglądach,
bo ode mnie też się wesołości żąda...
Żąda widz stateczny,
żąda podfruwajka...
I także na Wielkanoc!
Całkiem jak od jajka.
Wyalienowany i samotny w tłumie
krążę więc ulicami - przepełniony wzgardą...
I nikt!... Tylko jedno
jajko mnie rozumie...
Na twardo.

Powodzi mi się niezgorzej,
pensja stosunkowo dość wielka...
Pal sześć!...
Takie zimno na dworze.
Wziąłem na utrzymanie wróbelka.
Co rano, gdy okno otwieram -
jeszcze w koszuli, bez szelek -
na parapecie już czeka
mój petent pokorny -
wróbelek.
Cóż... Dla mnie to bagatelka,
w budżecie zaledwie kropelka,
więc rzucam mu garstkę okruszyn
i cieszę się szczęściem wróbelka...
W krąg świat obojętny i zimny
i znieczulica, jak wiecie...
Doprawdy,
skąd ja z tym sercem
się wziąłem na takim świecie?
Czemuż mnie wzrusza tak mile
ta uczta szarego maleństwa?
Spoglądam do lustra:
ach: ileż
w tej twarzy jest Człowieczeństwa!...
Ta błogość, kiedy dla kogoś
sam sobie odejmę od ust...
Że dla małego wróbelka?
Wróbelek...
Ale ma spust!
To szczęście, że wierszyk mam z tego...
Robota nie była zbyt wielka,
a sobie przynajmniej odbiję
koszt utrzymania wróbelka.
Nawet obliczam już sobie
z cichą wewnętrzną podnietą,
że coś na wróbelku zarobię...
Jak dobrze jest być poetą!

Latem mam zawsze myśl tę szaloną:
ja bym tak sobie
na dzikie łono!
Polska natura gna mnie bezwiednie.
Na camping!
Jak ongi Sobieski pod Wiedniem.
Atawizm zaspokoić stary -
w zakątek zaszyć by się dziki,
gdzieś z dala - hen! - od polityki,
pomiędzy olchy i moczary!
Bo cóż ja dotąd?..
Tramwaj, biuro,
w kawiarniach wszystkie wolne chwile...
Com ja za kontakt miał z naturą?
Czasem ogórek małosolny - i tyle.
Żeby więc nie przeżyć tam
wstydu ni sromu,
urządzam trening campingu.
W domu.
Otwieram okna wszystkich pokoi -
niech się natura ze mną oswoi!
A tu, w sypialni, koło komody
będzie ćwiczebne
łono przyrody...
Odsuwam meble... Już jest pusto.
I biorę się za ciężką pracę:
Rozbijam namiot.
(Przy okazji lustro.)
Dmucham, co tchu mam, w materace.
Na nich to zasnę,
jak słowiański wódz,
na wolnym powietrzu
z wolnych polskich płuc!
Wkoło na krzesłach i kanapach
porozpylałem leśny zapach,
a żona przeciąga
jak gradowa chmura...
Pełna iluzja! Jak w górach.
I czegoż mi potrzeba więcej?
Czuję się dziki, leśny, młody...
Tam sobie strumyk szemrze w łazience,
w słoiku - dzikie jagody...
Za oknem jak flaga szumi bohaterska
świerk z pobliskiego mokradła...
A rano - Szyszka.
Dzwoni z Ministerstwa.
Że spadła.

Skąd się wziąłem? To proste:
Najpierw był chaos,
plazma i papka...
Wreszcie spotkali się gdzieś ukradkiem
moja pra-pra-pra-
pra-pra-pra-
prababka
z moim pra-pra-pra-
pra-pra-pra-
pradziadkiem...
Ona prosiła:
- Nie figluj, bo dzień
i święty Swantewit przy drodze.
Lecz on na jej prośby
był głuchy jak pień –
i z tego to pnia ja pochodzę.

Krótkie ostrzeżenie,
Proszę Pań,
na początek:
to wiersz nie dla dzieci
ani niewiniątek!
Gdy więc jest jakieś dziewczę
cnotliwe w tym tłumie,
to niech chociaż udaje,
że nic nie rozumie.
Otóż angielski pewien lord,
deputowany z miasta York,
pragnąc uzdrowić publiczne finanse
poprzez najbardziej prywatne romanse -
wystąpił z projektem
nowego podatku
od tzw. cielesnego aktu.
Bez ulg.
Bez zniżek.
Bez żadnej klauzuli -
na twardej zasadzie:
kto tuli - niech buli!
W Anglii ten podatek
nie przyjął się jeszcze -
deficyt mu grozi.
Przez klimat i dreszcze.
Sądzę wszak, proszę Państwa,
że dojrzały warunki
i sytuacja już do tego dorosła,
by przenieść ten projekt
na nasze stosunki!
(Z ulgami, rzecz jasna, dla rzemiosła.)
W finansach - wiadomo - drętwota.
Cały resort bez forsy się miota...
A niech coś i zakochane parki
zrobią dla dobra gospodarki!
Od finansowej niech chroni nas klęski
zacny patriotyzm
pozamałżeński!
Niech stanie się jasne
dla każdego mężczyzny,
co winien czynić dla dobra Ojczyzny,
a zobaczycie,
jak rozkwitnie wspaniale
Referat Erotyczny
w Finansowym Wydziale.
Wszak mamy p i ę c i o r a c z k i,
że skromnie napomknę,
więc coś jednak w tym kraju
robimy na piątkę!
Doprawdy, proszę Państwa,
ten projekt mnie urzekł...
I nie trzeba kontrolerów
pchać ludziom do łóżek.
Nikt nic nie zatai -
wierzę w to głęboko:
każdy sam się przyzna,
jaki z niego Nabokow.
Zapłaci.
Dumą będzie dla starego drania
to, że jeszcze w wieku
jest - pokwitowania.
Ja sam -
jako patriota oraz bawidamek -
deklaruję dodatkowe pieszczoty...
Na Zamek!

Rodacy, witam, cześć i czołem!
Wprost ze statystyk wieść mam świeżą:
Oto w dziedzinie leżenia pod stołem
inne narody przy nas leżą.
Inaczej mówiąc, Przyjaciele,
to My leżymy na czele!

Świat różne gnębią dziś problemy
i kryzys coraz to twardszy –
a my pijemy – pijemy – pijemy
i jeszcze na eksport wystarczy!...

Gdy mowa już o alkoholach,
to według danych za październik –
tak zwanych statystyczny Polak,
a więc osesek jak i piernik,
wypija rocznie zdaniem GUS-u
trzynaście litrów spirytusu...

Uderzmy się w pierś, Obywatele,
jak na oseska – to za wiele!
Oseski psują nam opinię
w Paryżu, Wiedniu i w Londynie –

Jedynie zachwyt wzbudza niemy
fenomen ten gospodarczy,
że my pijemy – pijemy – pijemy –
i jeszcze na eksport wystarczy!...
O abstynencji Polak skrycie
dotąd wyrażał się ze wstrętem:
Już wolę nie pić całe życie,
niżeli mam być abstynentem!
Lecz dzisiaj, Bracia, powiem krótko:
Choć z ogniem się nie igra!
Niech każdy śmiało i do skutku
walczy z pijaństwem oraz z wódką –
i niech nie boi się, że wygra...

Nieraz już wybuchł z tych statystyk
antyalkoholowy zapał...
Wybuchł – i zaraz potem przystygł,
zanim, się kto połapał –

i dalej wzbudzał podziw niemy
ten polski cud gospodarczy,
że my pijemy – pijemy – pijemy –
i jeszcze na eksport wystarczy...

A tym eksportem
także się nie dręczymy:
Przeważnie
to eksport
wewnętrzny.

Choć sam już wapniak i sarkofag
(czyli – antycznie mówiąc – stary),
wyrazić pragnąłbym w tych strofach
pochwałę młodzieżowej gwary.

Jest skrót, jest dowcip, jest ironia
i malownicze synonimy...
Sam lubię, gdy mnie robią w konia
lub gdy ktoś wpuszcza mnie w maliny.

Więc, gdy mi rzekłaś: "Tyś jedyny
od Gibraltaru po Sachalin!" –
Pojąłem: wpuszczasz mnie w maliny.
I chętnie wlazłem w gąszcz tych malin...

Wlazłem i patrzę... A tam ze mną
inni panowie – łysi, tłuści –
czekają z frajdą potajemną,
aż wreszcie ktoś tu ciebie wpuści!...

Lecz czy się natną, czy nie natną,
jedna, dziewczyno, stąd nauka:
NIE CZAS W MALINY WPUSZCZAC WAPNO,
KIEDY SIĘ W KRAJU REZERW SZUKA!

W pensjonatach Orbisu
– jak i w sanatoriach –
niedobra, proszę Państwa,
dzieje się historia,
która na sprawę pokoju
wpłynąć może fatalnie:
dewizowcy mają osobne jadalnie.

Widocznie ktoś zbyt twardo
trzyma się zasady:
"Współistnienie?... I owszem.
Co innego – obiady!"

W umysłach się tymczasem
niebezpiecznie kitwasi:
oni patrzą spode łba –
i spode łba nasi...
A w domysłach się mnożą
strategiczne pomyłki:
jaki Wschód,
jakie Zachód
otrzymują posiłki?
I jakie są ich racje?

Niezależnie od racji,
każdy się tu ofiarą czuje segregacji.

Spotykamy się – owszem –
tam gdzie las i igliwie,
by w oczy sobie spojrzeć,
ale – podejrzliwie.
Przenikliwie
i badawczo,

bowiem wciąż nie wie nikt,
co nas dzieli dziś bardziej:
światopogląd czy wikt?

Pan Prezydent miasta
Miał niedobry dzień...
Petentów jeszcze pełna była sień.
Nie wiedział pan Prezydent –
Zdąży, czy nie zdąży –
i raptem weszła pewna pani.
W ciąży.

Zły dzień miał zaiste
pan Prezydent miasta:
o większe mieszkanie
błaga go niewiasta,
bo strasznie ciasno niebodze.
W jednej małej izdebce
wszyscy razem się gniotą:
ona z mężem patriotą
oraz z synkiem patriotą
i jeszcze patriociątko jest w drodze.

Zły dzień miał pan Prezydent miasta –
to fakt.
W zrozumiałym pośpiechu
musiał zerknąć do akt...
– Brak podstaw (rzekł) na razie
na większe mieszkanie,
lecz jak pani urodzi, to pani dostanie.
I wtedy –
jeśli w prasową wierzyć informację –
padł grom z jasnego nieba
prosto w biurokrację:

Niewiasta już się w bólach wije po podłodze –
– Proszę bardzo! – krzyknęła.
– Proszę bardzo, już rodzę!

Przyszła na świat dziewczynka
w szybkim tempie i zdrowo,
Trzymając się kurczowo Prezydenta za słowo.

To dziecię tu za dowód prostej tezy biorę,
że w Polsce, by coś wskórać,
trzeba zjawić się w porę.

Pierwszego ją ujrzał i padł jej do stóp.
Pierwszego na cześć jej
napisał plik wierszy.
Pierwszego pokochał.
Pierwszego wziął ślub.
Drugiego zaś spostrzegł,
że nie jest już pierwszy...
Tak kochano przed laty –
mniejsza o to ilu.
Z efektem? Takim jak dzisiaj.
Ale w lepszym stylu?
Musiała zatem wreszcie
wybuchnąć jak Etna
ogólna świadomość
ponurego faktu,
że cała ta nowoczesność
jest po prostu tandetna,
bez elegancji, bez wdzięku i taktu.

I już jak na glebie
użyźnionej saletrą
i w modzie i w sztuce
i w innych przypadkach
rośnie i rozkwita
tak zwany styl retro,
styl z czasów babki i dziadka.

Obserwujemy pęd nieposkromiony
do pamiątek, staroci
i do pierwszej żony.

Maniery – retro, dusery – retro,
fryzury – retro, turniury – retro,
retro – powab niewieści
retro – film i powieści...
Satyra retro!
(Jak się trafi na śmiałka,
to i w Mościckiego rąbnie...
i w Marszałka!)

A miłość w stylu retro?
Na to każda poleci.
Bukiet róż – bomboniera –
i różowy bilecik:
"Pokochałem panią miłością szaloną,
taki a taki z żoną".
Można dodać postscriptum:
"Miła Pani Zosiu!
Żeby zachować sformułowań jasność,
Ogromnie pragnę Panią posiąść,
Ale broń Boże – nie na własność!"

Skromnie i nie nachalnie!
Kobiety to bierze.
O tak, miłość retro
zachwyca mnie szczerze...
Niepokoi mnie trochę tylko moda retro...
Głownie damska...
Przyznaję – efektowna moda.
Lecz te hafty, fintifluszki
męskich łez nie obetrą!
Bo wciąż mini nam żal.
Mody mini nam szkoda!
Patriotyczne zwłaszcza
trapią się jednostki:
– Jak się kochać po uszy
w zasłoniętej po kostki?
Zbyt wiele wielkich zadań
stoi dziś przed Narodem,
by tracić czas na domysły:
co tam jest pod spodem?

Wiem: tu krytycy
w proch i pył mnie zetrą,
że powtórzyłem swoje własne żarty...
Niesłusznie!
bo właśnie to jest wiersz w stylu retro –
w stylu na najnowszych
odkryciach opartym,
że wszędzie: tu czy w Oslo,
w Gdańsku czy Wiesbaden,
lepszy dowcip stary
aniżeli żaden!

Czytajcie czasopisma! Czytajcie, a one
naocznie i bezspornie
wszystkim Wam dowiodą,
że siły tajemne i nadprzyrodzone
cieszą się w naszym kraju
absolutną swobodą.
Astrologia – to moda. Telepatia – to przebój.
Jeśliś nawet upiorem,
to się także nic nie bój!

Bo zanim się te rzeczy naukowo wyjaśni,
zanim się je wywlecze
z cieniów magii i baśni,
zanim się wypowiedzą empiria i test –
uczeni już orzekli:
"Coś, k...., w tym jest!"

Stąd – jako że o przyszłość
jasną się kłopocę –
ja bym już kazał czynić próby i przymiarki,
jak te ezoteryczne i nieczyste moce
do socjalistycznej zaprząc gospodarki...

Nie wolno takiej szansy przegapić beztrosko!
Komputer? ... Proszę bardzo.
Ale i h o r o s k o p!
Nie wiem czyj – kierownika?
Dyrektora?
Ministra? ...

"Kurier" stale drukuje. A czy przemysł korzysta?
Czyż nic dla produkcji z tego nie wynika,
że Szef jest spod znaku Barana?
Lub Byka?

A sprawdził kto w zakładach
ściśle według listy,
czy nie ma gdzie jasnowidza?
I do tego – marksisty?

A wreszcie – telepatia...
Czy nikogo nie korcą
magnetyczne kontakty producenta z odbiorcą?
Ileż by się nasłuchał po łacinie i polsku
Dyżurny telepata z firmy...
choćby "Radoskór"?

A jakież artystyczne nowe szanse mamy!...
To już sam jasnowidze
(to przeczuć najłatwiej),
jak o palmę pierwszeństwa
biją się programy
Polskiego Radia,
Telewizji
oraz Telepatii.

Lękam się wszak, że jedno
powtórzy się znów tu:
Rozrywka w Telepatii tez będzie do luftu.
. . . . . . . . . . . .
A wiersz ten niech ostrzeże
wchodzące pokolenia
przed groźbą czarnowidztwa
w ramach jasnowidzenia...

Chciałbym Was wyprowadzić z błędnego mniemania,
że i mnie piłka nożna cały świat przysłania...

Emocji szukam w Sztuce...
W dramacie i pieśni
i w innych duchowych pokarmach.
I wiem,
że także inni są Wielcy Współcześni,
jakkolwiek co Szarmach to Szarmach.

Poezja mnie zachwyca: Brylle, Różewicze...
(O nie, nie tylko Deyna –
nie wierzcie tej bredni!)
Czasem wiersz mnie tak porwie,
że po prostu aż krzyczę:
"Ach, jaki piękny wolny bezpośredni!"

Jeszcze piękno przyrody niekiedy mnie wzruszy,
bom nie jest na te rzeczy nieczuły jak bydlę...
Uwielbiam,
gdy mi Wiosna gra na strunach duszy,
choć wolę,
kiedy Lato gra na prawym skrzydle.

Cóż, wolę – no to wolę...
Wszak – proszę – nie myślcie,
Żem już na tle futbolu oszalał jak Wyście...
Nie drętwieje,
gdy Gorgoń napastnika goni,
lub w bramce Tomaszewski ma przed karnym strzec
ją.
Jużem na to za stary.
Siwy włos już na skroni.
Siwiuteńki!
(Posiwiałem na meczu ze Szwecją.)

Czasami w maju dzień się zdarza,
gdy Bóg jest dobry dla pisarza,
gdy – mówiąc krótko bez osłonek –
przy n i m
ustawia się
ogonek.

Cóż to za radość, gdy kolejka
dłuższa niż nawet do Machejka,
a panny o okrągłych biodrach
przymilnie proszą o autograf!
On dziś idolem dla nich wszystkich...
On dziś – Połomski!
Ba – Olbrychski!

Omal nie wzleci nad fotelem,
kiedy wyznaniem go zaszczycą:
"Ach, Pan jest moim wielbicielem!"
Lub
"Jestem Pana ulubienicą!"

Wtedy pomimo strasznej buzi
pisze "Uroczej pannie Zuzi..."
i taką pychą przy tym tryska
jak najważniejsze spośród stworzeń...

Chociaż przecież – intelektualista,
albo i jeszcze gorzej.

Denerwuje się pan Słowik...
Już prawie dwunasta –
a tu pani Słowikowa
wciąż nie wraca z miasta.
On już sprzątnął, pozamiatał
i pościerał kurze –
lśni czystością całe gniazdko!
(G2 – niezbyt duże.)
Czas najwyższy, by się wreszcie
zabrać do obiadu,
a tu pani Słowikowej
ciągle ani śladu.
Co tu robić?
Co gotować?
Rozpacz go ogarnia.
Wczoraj byli Wróbelkowie –
I pusta spiżarnia!

Wreszcie wraca Słowikowa...
– Nie gniewaj się, stary,
ale straszna dziś kolejka
była po komary.
O motylkach szkoda marzyć,
a muszki mrożone,
więc komary tylko wzięłam.
Proszę – oto one,
weź je oskub i wypatrosz
i ugotuj w garnku!
Ja nie mogę – mam dziś koncert
w Łazienkowskim parku...
Wszystkie miejsca wyprzedane,
gałązki i loże,
prasa będzie, recenzenci,
sam pan Waldorff może...
Jednym słowem wielka gala –
nie jakaś chałturka,
przygotować więc się muszę
i przyczesać piórka!...

Westchnął tylko biedny Słowik,
przypiął fartuch z listka –
i do garów!... Taki los już,
gdy żona artystka.
Znana, sławna, rozrywana –
i zarabia krocie...

A pan Słowik? ... Także śpiewa.
Ale przy robocie!
Jedną tylko ma dziś radość:
tę chwilę upojną,
kiedy czyta u Tuwima,
jak to było przed wojną...

Mam misję w Nowym Jorku...
trudną i potworną,
jaką mają i inni nasi podróżnicy:
Parę filmów mam obejrzeć –
parę filmów porno
na Czterdziestej drugiej ulicy.
Nie ma co ukrywać,
nie ma czego się wstydzić:
Polak jeździ na Zachód,
żeby sobie obrzydzić!
Niejeden to bardzo długo
musi się w tym babrać,
żeby tego wstrętu ile trzeba nabrac –
a kiedy już nabierze,
wtedy do kraju wraca
i dopiero zaczyna się praca!...
Wszędzie – w biurze, w kawiarni,
na proszonym wieczorku:
– Teraz siadaj i obrzydzaj
nam to porno w New Yorku!
Śmiało – nic nie ukrywaj! –
ten prosi, ów woła...
Bo warszawiak wszystkiemu
zdoła stawić czoła
i każdą prawdę zniesie!...
Tylko musi być – goła.
Niektóry to aż takiej
chce nabrać odrazy,
że każe sobie wszystko
opisywać pięć razy –
A dla szefa to nawet muszę
przemycać obrazki –
tak drań lubi oglądać
kapitalizm bez maski.
Jedno wszakże przemilczam...
nie przez wzgląd na panie.
Po prostu oglądać sam nie jestem w stanie,
do czego czasem wiedzie
nazbyt ściśle pojęta
myśl w zasadzie szlachetna:
- Kochajmy zwierzęta!
O, jacyśmy jednak czyści,
zdrowi i moralni
tak w małżeńskiej, jak w poza-
małżeńskiej sypialni!
U nas jedno jest pewne:
Kiedy dama się wścieka:
"Że też muszę żyć z tym osłem" –
idzie o człowieka!...
O rodaka z Warszawy, Gliwic czy Radomia,
i taka ta nasza polska sodomia!
Jest co prawda gadka,
że w góralskich lasach
pewna owca uwiodła młodego juhasa –
lecz to fakt wyjątkowy
i – jak rzekł mi fachowiec –
nie dlatego planujemy
wzrost hodowli owiec!

Co dzień myślę z radością
podczas rannych ablucji,
że nie ma w naszym ustroju
problemu prostytucji...
Czyli gdy Szwed przyjeżdża
i – powiedzmy – się chce mu
tak zwanych płatnych pieszczot,
to nie ma!... Problemu.

Bo Polka, jeśli nie kocha,
gdy w niej nie wre uczucie –
to za żadne pieniądze!...
Zwłaszcza w naszej walucie.
Nie, złote jej nie skuszą –
ona serce ma złote.
Cnota jest jej dewizą –
i dewizy za cnotę!

Gdzież, ach gdzież ta Wanda,
co nie chciała Niemca?
Dziś chyba cudzoziemiec
już aż tak nie zachęca.
Nie słyszałem w każdym razie –
jeśli mam być ścisły –
żeby któraś ostatnio
skakała do Wisły...

Za to w prasie pewna pani
bezlitośnie sypie
poniektóre turystyki
w nadwiślańskim typie.
Ponoć wdzięki ich i cenę
różni Turcy w Stambule
wspominają aż nazbyt
drobiazgowo i czule.

Nie wiem, czy to czas jest
i forma odpowiednia,
by na nas się odgrywać
za tę odsiecz Wiednia...

A może to współistnienie
tak się dziś urealnia,
że ten pokój między narodami
to akurat sypialnia?...
Nie wiem. Dość, że za granicą
cześć i cnota Polek
idą lepiej niż polska wódka,
czy Bolek i Lolek.

Co?... Że szargam świętości?
Niesłuszna to skarga.
Na wszelki wypadek wyjaśniam pokrótce,
że nie takie znów święte
to, co tu się szarga,
a nie chciałem nic złego
rzec o polskiej wódce!

A kobiety?...
Wręcz uwielbiam i cenie nade wszystko!
One są przecież źródłem
najwznioślejszych przeżyć!
Choć jeśli sama pani Mao
była złą maoistką –
to której dziś można wierzyć?
Wybaczcie!... Wiem dobrze,
iż na zarzut się natnę,
że sprawy tu poruszam nazbyt delikatne.
Ale chciałbym tym wierszem
Oddać hołd i salut
Rodakom niedopieszczonym
z braku twardych walut!

Od zarania dziejów
twardo, choć pomału,
Ludzkość do swojego
zdąża ideału -
lecz ten świat idealny
ciągle nie jest gotów,
bo każde pokolenie
s w o i c h ma idiotów.
Jak jasno z powyższego
wynika stwierdzenia,
jest jednak coś, co łączy
wszystkie pokolenia.

Satyra zamiera,
dowcip się wali,
coraz mniej głupstw
w państwowej skali -
tośmy się doigrali!
Z czegoż mam kpić, niech mi kto powie.
Śmiać się już nie można
nawet z ćwiczeń Yogi
dziś - gdy gremialnie stajemy na głowie,
żeby tę Polskę postawić na nogi...
Gdy w całym narodzie prężność olbrzymia
i rośnie skup żywca -
i okocimia!
Gdy zrozumienia nadeszła już pora,
że w i c h e r H i s t o r i i
to jest metafora
i nie zastąpi nam wentylatora.
Kiedy durniów się z posad
wygania, wyplenia -
no, chyba żeby byli
nie do zastąpienia...
Gdy telefon już dzwoni
w najdalszym zakątku:
rozmowa z przywołaniem...
Do porządku.
A kiedy w Telewizji albo w Radiofonii
rozlegnie się telefon -
wnet podnosi się wrzask:
- Wszyscy na stanowiska - obywatel dzwoni!
- Zwykły obywatel! Dawca nagan i łask!
Więc sztab telefonistek
już na szklanym ekranie...
Już przyszedł Ktoś z Samej Góry
i eksperci na plac,
bo zwykły obywatel
ma maleńkie pytanie,
więc się zaraz odbędzie
Teleturniej dla władz.
Tak, proszę Państwa!
On dziś pierwszy na liście.
Minister się z nim liczy,
imponuje artyście
On! Zwykły obywatel...
Ja, go znam... Osobiście!...
To - ja.
Wreszcie się doczekałem:
za te same pieniądze
nie dosyć, że pracuję,
to jeszcze współrządzę!
I tutaj z mojej piersi
rozlega się lwi ryk:
co w takiej sytuacji pisać ma satyryk?!
Sam cenzor już mnie błaga,
zrujnowany i struty:
- Dajże pan co skreślić!
Choć dla dziecka na buty!
Ale ja mu spojrzenie posyłam złowieszcze -
nie, niczego sobie
dziś nie pobezczeszczę,
żadna kpina nie wpada do głowy...
Chyba tylko napis
na głowie umieszczę:
ZAMKNIĘTA Z POWODU ODNOWY.

Jeśli Pani pragnie,
by mąż kochał goręcej,
proszę zemleć ćwierć kilo
wątroby cielęcej,
posiekaną cebulką
przyprawić do woli,
dodać nieco pieprzu,
odrobinę soli –
po czym,
zmywszy uprzednio z twarzy makijaż,
przyrządzoną maseczkę
położyć na twarz.
Trzymać ją tak godzinkę,
aż cerę uzdrowi,
wreszcie zdjąć ją,
usmażyć
i podać mężowi.
Niezmiernie na urodzie
zyska pani osoba:
Polakowi, gdy syty,
wszystko się podoba!

Wziąć tego, czego nie ma.
Dodać soli i kminku,
potem zmieszać z tym, czego
brak chwilowo na rynku.
Mieszać długo, dokładnie -
jak się znudzi, to przestać
i posypać tym, na co
absolutnie nas nie stać.
Można smażyć lub upiec,
lub przypalać na rożnach,
polewając tym, o czym
nawet marzyć nie można!
Wszyscy u nas to jedzą -
dla każdego wystarczy,
na czym właśnie polega
polski cud gospodarczy.
1965 r.

W sposób podstępny i zdradziecki
nowy ku nam z Zachodu
nadciągnął kataklizm.
Oto groźny przełom
w kwestii damskiej kiecki:
musimy "mini" przerobić na "maxi".
Odwieczną polską troską
znów czoła się chmurzą,
jak by tutaj mało
przerobić na dużo?
Albowiem w myśl najnowszych mód
sięgać ma tył,
jak również przód,
do samej ziemi, skąd nasz ród!
Muszę stwierdzić rad nierad
że to moda paskudna.
Suknia - jak referat:
i długa, i nudna.
I nieestetyczne te wszystkie dłużyzny,
i jakieś takie ciężkie...
Zwłaszcza dla mężczyzny!
Już dziś co wrażliwsze
trapią się jednostki:
jak się kochać po uszy
w zasłoniętej po kostki?
Kobieta znów zagadką...
Na to się zanosi,
że nawet nie będzie widać,
jak się stopa podnosi.
Dlaczegoż mamy sprawiać
naszym córkom i żonom
suknie w swej długości
zbyt pełne przesady,
jakie nosił Kopernik?
Kanonik! Astronom!
On mógł sobie pozwolić:
On miał dwie posady.
A nas do ruiny doprowadzi pomału
ten maxizm - bez kapitału.
A już się mini przyjęło
w patriotycznej opinii:
już Poniatowski na pomniku
konno jeździł w mini.
Już nawet w partiach
rzecz się podobała -
zwłaszcza w tych dolnych partiach
ciała.
Ubierałeś dziewczynę
w króciutkie nylony -
i niedrogo,
i jeszcze starczyło dla żony!
Uniesiony gniewem
do kobiet więc krzyczę:
Czemuż odbieracie nam
wszystkie zdobycze?!
A gniew mój słuszny -
każdy mi to przyzna.
Więc mnie nawet, dziewczyno,
w maxi nie napastuj!
Ja od dzisiaj strajkuję.
Tak, jako mężczyzna!
I zobaczycie - ten zastój.
I nie dla osobistej
jakiejś satysfakcji,
ale z wyższych pobudek
jestem przeciw maxi:
zbyt wiele wielkich zadań
stoi dziś przed narodem,
by tracić czas na domysły,
co tam jest
pod spodem.

Jako że w sprawach błahych
języka nie strzępię,
Pragnąłbym coś powiedzieć
o technicznym postępie.
Postęp kolejnictwa -
Zwłaszcza mnie zachwyca
Na trasie Kraków - Krynica...
Podobno pradziadkowie
naszych zacnych rodzin
pożerali tę przestrzeń
w ciągu sześciu godzin...
Dziś - my wciąż tak samo.
Oto nasza dziedziczna
rewolucja naukowo-techniczna!
W krwi ją mamy po prostu.
Myśmy z mlekiem matki
wyssali tę pazerność
na techniczne zagadki.
Nas już nic nie zaskoczy -
nawet neon z dala:
AUTOSERVICE
SPECJALNOŚĆ "CHEVROLET - IMPALA"
CIASNA 8 W BRAMIE
PYTAĆ O KOWALA!

Już nasi wynalazcy
myślą o czymś takim
jak samochód pędzony
polskim jarzębiakiem!
Pomyślcie, co byśmy zyskali:
na skrzyżowaniach,
gdzie największy ruch,
zamiast trujących, groźnych spalin
z rur wydechowych - swojski chuch...
Zdrowy,
przyjemny,
towarzyski -
jakbyś całował lube pyski!
Słowem - tak się unowocześnia
wszystko w naszym kraju,
jak najstarsi ludzie
tylko pamiętają!
Ja sam z biegiem tych latek,
co mi lecą i lecą,
to się unowocześniam,
to starzeję co nieco,
aż stanę się kiedyś
ultranowoczesnym staruszkiem:
cały na tranzystorach,
z komputerem pod łóżkiem.
Już dziś
w sprawach miłości -
Kraju mój, się dowiedz -
nowoczesny jestem niczym odrzutowiec:
w sercu jedna jedyna
od ślubnej premiery,
a (wskazujqc na głowę) TU-1O4!
A gdy już kocham,
to mi furda, czy wygram, czy przegram...
Nowocześnie rzecz stawiam -
wysyłam telegram:
POKOCHAŁEM PANIĄ MIŁOŚCIĄ SZALONĄ -
MARIAN ZAŁUCKI Z ŻONĄ.

Wszyscy mnie pytają,
czemu twarz mam beksy
i czemu na oko już
ze mnie niedojda...
Kompleksy, proszę Państwa!
Tak, klasyczne kompleksy
prosto od pana Freuda.

Wciąż mnie onieśmielają
panie i dziewczęta.
Mnie nawet szafa - jak się śni,
to zamknięta!

Istotnie - młodość
mnie nie rozpieściła:
bez punktów za pochodzenie,
bez książęcych pałek,
na ten świat przyszedłem
sam o własnych siłach
w szary bezmięsny poniedziałek.

Wychowywany zgoła staroświecko,
jedno tylko słyszałem
ciągle jako dziecko:
-Rączki z daleka,
oczka z daleka,
myśli z daleka
od miejsca, gdzie się człowiek
różni od, człowieka!

Zawsze w niewiedzy...
Zawsze żyłem w ciemno.
Do późnej starości ukrywano przede mną,
ile Polakowi dać może radości
prawdziwa Polka
z krwi i przy kości!
Człowiek niewinny chodził
i bez mała
nie wierzył w pewne części ciała.

Ale teraz z tym koniec!
Ufniej w przyszłość się wlokę.
Jak wiem bowiem z gazet -
znaczy się ex scriptis -
z opóźnieniem zaledwie
o jedną epokę
będziemy mieli wreszcie w Polsce
s t r i p-t e a s e!

Niech pokolenie nasze młode
ma to, co od dawna
mają Wiednie i Rzymy.
Nie będzie Zachód
pluł nam więcej w brodę!
Sami to sobie zrobimy.

Będą miały swój strip-tease
i Mława, i Pruszków,
i Końskowola, i Pacanów...
Odrobi się zaniedbania -
uświadomi staruszków
i dojrzewających starszych panów.

Jak już brać z Zachodu -
to to, co najlepsze!

A strip-tease gospodarczo
wzmocni nas i wesprze:
turystyka podskoczy -
świat nam złoży wizytę,
żeby ujrzeć te skarby
ledwie co odkryte.

A gdy zniknie kurtyna,
która zasłaniała
najtajniejsze sekrety
kobiecego ciała -
nikt faktu już nie zdoła
ukryć ni zaciemnić,
że dziś w Polsce
przed Narodem
nie ma żadnych tajemnic!

Cywilizacja – oto nasza zmora!
Przez nią dziś cała Ludzkość chora –
a jak co wytrawniejsi
twierdzą hydraulicy,
dziś nawet kran jak cieknie –
to na tle nerwicy.

Byłem u lekarza...
Bardzo zdolny. Młody.
Przepisał mi leczenie
według świetnej metody:
dużo zarabiać – mało pracować
i absolutnie się nie denerwować!

Szczególnie mi ostro
pan doktor zabrania
umierać za Ojczyznę...
ze zdenerwowania.

Widzicie – tak to w życiu:
wpierw fantazja ułańska,
różne groźne nałogi
i niesforne żądze –
a potem się człowiek leczy...
Na koszt Państwa.
Chociaż zachorował
za własne pieniądze.

I to jest właśnie jedna
z naszych wielkich zdobyczy,
że za to, co już cierpisz,
nikt ci grosza nie liczy.
Złotóweczka na tramwaj,
złotóweczka na szatnię –
i czego ci już nie wolno,
to ci mówią
bezpłatnie!

A na co mógł sobie człowiek
pozwolić za sanacji?
Na nic... Na nędzną grypkę –
i to bez komplikacji.

Dziś zaś na najlepszą
już go stać chorobę:
za bezdurno ci zrobią
morfologię i OB,
za darmo ci prześwietlą
klatkę i wątrobę,
opukają, zbadają,
przepiszą ci leki
i masz b i e g i p o z d r o w i e:
z apteki do apteki.

Słowem poziom lecznictwa
byłby u nas wspaniały,
gdyby t y l k o leczyli,
zamiast prawić morały:
a to "Nie pij!"
a to "Nie pal!"
a to "Dobrze się prowadź!"

A najgorsze, że nie wolno
mnie się denerwować!
Mnie nie ma prawa cisnąć obuwie,
mnie wszystko powinno
cieszyć i smakować...

I proszę śmiać się z tego,
co tu mówię,
bo mnie się nie wolno denerwować!

Ze wzruszeniem myślę sobie tak czasami,
jak miło nam się współistnieje
z kapitalistami!...
My się o nich martwimy –
oni o nas się gryzą,
słowem szczęście wzajemne
dziś wspólną dewizą –
egoizmem już nikt się nie plami...

Kiedy u nas coś nie gra,
to przez długie tygodnie
zalewają się łzami
różne radia zachodnie –
a ja też,
zamiast płakać iść na Trędowatą,
siedzę i zagryzam się krajami NATO.

Bo czy wezmę gazetkę,
czy posłucham dziennika –
to aż szloch mnie ogarnia
(albo rozpacz niema),
z jakimi nieszczęściami
cały świat się boryka
i jak bardzo niedobrze
zwłaszcza tam, gdzie nas nie ma.

Człowiek nie jest z kamienia,
więc się gryzie i wzrusza,
gdy powodzie we Włoszech
lub we Francji gdy susza,
gdy w Stanach huragany,
czy tajfuny w Japonii,
od których – nie wiem, czemu –
ale n a s Pan Bóg chroni.

U nas nie ma tajfunów!
Nigdzie – w żadnym zakątku.
Nie! Pod względem tajfunów –
to jest wszystko w porządku.
A gdyby nawet przeszedł
jakiś lżejszy huragan –
toby nikt się nie spostrzegł,
bo i tak jest bałagan.

A jeżeli bałagan –
nie ma strachu i kwita,
najwyżej pan redaktor
w telewizji zapyta:
"Czy ktoś z Państwa nie widział –
może gdzieś na podwórku –
pociągu z aparaturą
zakupioną w Hamburgu,
bo się gdzieś zapodział
naszej dzielnej kolei..."

Oto – czego brak Zachodowi:
takich teleturniei!
No bo kto tam ma szukać,
kto znajdzie i pozbira
te ich dusze, które gubi
pornografia i szmira,
narkomania, przestępczość,
czy też inna bieda?...
A najgorsza ta afera Lockheeda!

Nie do pomyślenia
U n a s skandal w tym typie.
U nas inna moralność
I etyczna zasada:
Jak się dało łapówę –
To się potem nie sypie,
Bo samemu także się wpada!

Nam i inne z ich nieszczęść
trudno pojąć w istocie,
bo i my pracujemy,
i kuzynki, i ciocie..
Nieróbstwo – proszę bardzo...
Ale nie – bezrobocie!

A tam jest!...
I inflacja i stagnacja i wyzysk...
recesja i regresja i kryzys!
Nadto mnóstwo ponurych
prognoz i analiz –
niby nie milknący nigdy dzwon na trwogę –
i do tego wszystkiego
jeszcze kapitalizm!...
Nie... ja już nie mogę!

Całe szczęście, że mamy
trochę własnych kłopotów,
bo człowiek się przez ten Zachód
na śmierć zagryźć gotów.

Od zarania dziejów – twardo, choć pomału
Ludzkość do swojego zdąża ideału –
lecz ten świat idealny
ciągle nie jest gotów,
bo każde pokolenie
s w o i c h ma idiotów!

Jak jasno z powyższego
wynika stwierdzenia,
jest jednak coś, co łączy
wszystkie pokolenia.

A w ogóle –
to za sprawą anioła czy diabła –
cała walka pokoleń tak jakby osłabła...
Owszem zdarza się jeszcze czasem,
że do łóżka
panienka nie chce wpuścić
biednego staruszka...
Ale tu już trudno dziwić się dziewczynie,
jak staruszek jest biedny,
to sam sobie winien!

Generalnie jednakże taka dzisiaj era,
że różnice pokoleń łatwo się zaciera:
kupujemy młodzieżowy dżinsowy garnitur
i gaudeamus igitur –
aż do emerytur!

Trzeba uwierzyć w siebie!
Tylko żyjąc wiarą
można trzymać się młodo –
i puszczać się staro.

I nie słuchać lekarzy, ani mądrych osób!
Rozpusta pewnie szkodzi...
Ale w jak miły sposób!
Doprawdy wprost się sama
łza do oka ciśnie,
kiedy każą nam bronić się
przed kobietami.
Te piersi – jak jabłka!
Te usta jak – wiśnie!
I nie wolno: za dużo witamin...

I co wtedy?... Dwa wyjścia:
Albo – raz śmierć kozie...!
Albo czekać
- i cała nadzieja w sklerozie...
Słowem musisz dożyć tej radosnej chwili,
gdy całkiem już zapomnisz,
czego ci zabronili.

Kiedyś człowiek – w młodości
głupi fach sobie obrał.
Przylepili etykietkę "Satyryk"
– i dobra!
Teraz już wszyscy myślą,
że zjadliwą kpiną
są te słowa zachwytu,
co wprost z serca mi płyną...
I gdym zaczął raz chwalić –
tak się śmiała tłuszcza,
że mi już komplementów
cenzura nie puszcza.

Inni to bez przeszkód
schlebiają i kadzą,
a mnie się nie pozwala
na czułości z władzą,
choć przecież to nikomu
chyba nie uwłacza,
że na przykład go kocham...
Tak!... Pewnego działacza.
Nie – którego, nie powiem,
Bo przy moim pękli ze śmiechu.

Satyryk to ma być taki
dziwny entuzjasta,
z którego śmiać dlatego
żeście się powinni,
że prywatnie on kocha,
a publicznie on chlasta.
Odwrotnie niż wszyscy inni.

Toteż w rozkwit satyry
zanadto nie wierzmy!
Rzecz to zbyt karkołomna –
bo, proszę, załóżmy,
że tekst być powinien
oczywiście śmieszny,
a równocześnie zasadniczo słuszny.

Nie wiem,
jak się na to zapatruje władza,
ale słuszny i śmieszny?...
Coś tu się nie zgadza.

Stąd gdy idzie o program tzw. wesoły,
to dziś, proszę Państwa,
dwie istnieją szkoły:
ta pierwsza utrzymuje
że trzeba dowcipnie –
ta druga, że nie trzeba –
i tez się przywyknie!

I tu musimy przyznać,
że przy dobrych chęciach
autorów Telewizji, Estrad i Pagartu
już coraz to wspanialsze
mamy osiągnięcia
w rozśmieszaniu Polaków
bez użycia żartu!

Stad oszczędność talentu
i oszczędność surowca,
i wilk syty na widowni,
i bezpieczna owca –
czyli zdrowiej i taniej –
słowem każdy korzysta!...

Niestety –
i wśród widzów trafia się sadysta!...
Takiego to tak korci
ta ciekawość zdrożna,
że z całą rodzina czasem się przytaska,
żeby na mnie tu sprawdzać,
z kogo śmiać się już można...

A na sobie – na sobie nie łaska?!

Przepraszam, że ja z laską...
Każdy szanse ma lepsze,
kiedy się w życiu
kimś lub czymś podeprze.
Od początku świata
trwa zresztą ta era,
że złudne bez podparcia
są wszelkie nadzieje...
Primo: żadna kariera –
kiedy nikt nie popiera.
Secundo: co na świecie
dzisiaj nie kuleje?...

Gdyby tak przyrównać
ten nasz świat do stonogi
- że porównanie będę snuł ponure –
to kulałaby co najmniej
na 63 nogi.
Nie cieszcie się!
Nie powiem – które.
Dość, że do dobrobytu
ciągle trudna droga –
I jeszcze do tego ta noga!
Kontuzja!... Z "Mundialu".
Nie moja to wina.
Okulała na meczu Polska – Argentyna.
Pusta bramka – 3 metry –
sytuacja wspaniała!
Kopnąłem. W telewizor.

Także już nie działa.
Ale bomba była piękna!
Prosto w samo okienko.
Tylko odtąd tę laskę
muszę mieć pod ręką...
Nie... Noga nawet nieźle
chodzi przez aleje...
Tylko przed publicznością
na scenie – drętwieje.
Nie ona tu mówi – nie ona tu gra,
więc zamiast spokój mieć błogi,
ta noga ma większą
tu tremę niż ja...
Albo dziwny przypadek
w psychopatologii –
albo to ona pisze
moje monologi!

Zresztą co tam!
Dziś w czasach terrorystek i porno
mężczyzna musi nosić
jakąś broń odporną.
Wprawdzie na mnie nie lecą
panie ni dziewczęta –
kulawego to żadna nawet nie pogłaska!
Chyba żeby była przypadkiem...
stuknięta...
No – i będzie!
Właśnie po to ta laska!

W interesach zawsze
jakieś głupstwo palnę!
Nie, w tej dziedzinie
to ze mnie nie orzeł!
Próbowałem raz...
Miałem Biuro Matrymonialne.
Omalżem własnej żony nie dołożył...
Nie, nie powiem kiedy.
Nie podam adresu –
ale fakt,
że nie mam szczęścia do biznesu.

Więc dziś, gdy wszystko jest wspólne,
czyli częściowo moje,
i ta fabryka, co dymi,
i ten kombajn, co orze,
to szalenie się cieszę,
ale troszkę się boję,
ile przy moim szczęściu
ja tu znowu dołożę?...

Owszem – wiem i doceniam
i niezmiernie się szczycę,
że m ó j jest Port Północny
i Huta Katowice,
że moje są Pewexy i z Pewexów towary
także mogą być moje
(Jak mam swoje dolary),
że mój węgiel i ruda,
i ta stal, która w hucie...
Niestety...
Coś psuje mi samopoczucie:

moje bowiem są setki
innych fabryk w tym kraju
i tysiące tych bubli,
jakie w nich wyrabiają,
których nikt już nie sprzeda,
a tym bardziej nie kupi.
Czy ja muszę do tego wciąż
dokładać jak głupi?

Bo dyrektor jest kretyn,
zamiast żeby był spec,
a fabryka jest m o j a...
Czy ja mogę się zrzec?...

Gdy rdzewieją maszyny
gdzieś w kałużach bezkresu,
czybym mógł się wycofać z tego interesu?

Gdy sto telewizorów
w sklepie aż do sufitu
lecz co drugi nieczynny,
a co trzeci do kitu –
czy ja mógłbym odstąpić,
choć za marne pół litra,
cały m ó j roczny dochód
z przedsiębiorstwa "Unitra"?
Mój, a zwłaszcza córeczki...
Jeszcze taka malutka –
a już współwłaścicielka...
I nic nie wie o skutkach.

Czy mnie musi dotyczyć osobiście batalia,
że z garnków odpryskuje
ta kanalia emalia,
zanim jeszcze ktoś kupi i postawi na piec?
Czy ja mam to odsiedzieć?
Czy ja mogę się zrzec?

Zrezygnować z tych fabryk
I z tych bubli... Formalnie!
Sobie zostawię tylko
huty, stocznie, kopalnie...
Tam naprawdę solidnie zasuwają Rodacy –
chociaż wciąż z Telewizji
ktoś przeszkadza im w pracy.

Czasem marzę:
– Ach, jakby to było cudownie
być aż takim artystą,
co porywa widownię!...
Ale całą – i dosłownie.
Zamyka –
potem wpada z rewolwerem i z hukiem:
"Oddać szmal, biżuterię
i kartki na cukier!"

No bo jak się satyryk
bogactw ma doczekać,
gdy tak fajno, że już na nic
nie można narzekać?...
Co mi może przynieść fraszka czy aforyzm?
Chyba się przerzucę jednak...
Na terroryzm!

Od dawna już staję na scenie
z tą myślą – jeszcze mglistą:
– Kogo z Państwa bym porwał,
gdybym był terrorystą?
Może to niezbyt grzeczne, może nierozsądne,
ale Państwo pozwolą,
że się jednak rozglądnę.

Już wiem, ile mi trzeba,
już wiem nawet, na co –
tylko wciąż jeszcze nie wiem,
co za kogo dziś płacą...
Jak dotąd –
doświadczeń brak z Ludową Władzą!

Za Pana Dyrektora też nie wiem, co dadzą!
A jak mi odpowiedzą:
"Trzymaj pan go sobie!"
to co ja z Panem zrobię?...
Jeszcze karmić bym musiał i stawać co rano
w kolejce w 'Delikatesach"
po kiszkę kaszaną... Eee!...

Panie też w grę nie wchodzą...
Samemu mi żal,
ale tu nie o przyjemność idzie,
lecz o forsę –
o szmal!
Chyba że porwę żonę bogatemu komu
i – "Dawaj pan pół miliona,
bo ją puszczę do domu!"

Lecz gdzie znaleźć takiego?...
Osobiście nie sądzę,
żeby ktoś, kto ma żonę,
mógł mieć jeszcze pieniądze.

A może teraz widząc, że to już nie żart,
każdy z Państwa oceni
s a m, ile jest wart
i kto a ż tyle zapłaci...

Proszę Panów i Dam!
Każdy z Was ma wydatki – i ja także mam.
Załatwmy to porwanie w zgodzie jak przyjaciele,
jak mi za Was coś dadzą –
to się z Wami podzielę.
Sprawiedliwie:
fifty-fifty, czyli po połam!
Tuż przy wyjściu z teatru – koło takiej sterty
będę z rewolwerem czekał na oferty...
Do zobaczenia!

Dotychczas mnie w domu nie zauważano.
Na nic przymioty ducha
i fizyczna kultura...
Głośne westchnienie ulgi
żegnało mnie rano,
gdy wychodziłem do biura.

Na próżno zapraszałem własną żonę na melbę
i – by uczuć wzajemnych
podsycić harmonię –
dzieła Imielińskiego oraz van de Velde –
przerabiałem z nią strona po stronie.
I na nic tez przed każdą
małżeńską ekstazą
żarłem dania szczególnie bogate w żelazo...

Na nic... Bośmy głupi!
Czy starzy, czy młodzi –
nam się wciąż wydaje,
że jej o t o chodzi!
Bzdura!...
I, proszę, wybacz mi, jurny młodzieńcze,
jeśli twą samczą dumę
dziś nieco rozcieńczę.
Wiedz, że ona słuchając
twych miłosnych przyrzeczeń –
o jednym tylko myśli
w przedślubnej zadumie:
"Czy on bodaj potrafi upiec zwykłą pieczeń?"
Bo sama i tego nie umie.

A swą sztuką kochania
nie chełp się i nie piej!
Każdy królik to umie.
Może nawet i lepiej...
I jedno, co mężczyznę
dziś różni od zwierzęcia –
to właśnie te kuchenne
i domowe zajęcia.

Oto mój wniosek z życia
i doświadczeń pokłosie:
Męża można mieć w nosie –
ale nigdy gosposię!

Dziś to wiem – i miłą siłą
jest dziś Wielkie Pranie!
Żona mnie wprost uwielbia
za biegłość w tej sztuce.
Musi!
Bo inaczej dobrze wie, co się stanie:
namoczę prześcieradła,
wyjdę – i nie wrócę.

Mokry łach jej zostanie,
mokre łzy – i westchnienia:
– Jak mogłeś mnie porzucić
tak – bez wypowiedzenia?!

Wszyscy mają charakter...
Wszyscy!... Każdy bakter-
iolog, czy socjolog,
też ma jakiś charakter.
Nawet mój znajomy –
znany żurnalista –
ma charakter... Przepiękny.
Tylko nie korzysta.
A ja ciągle w depresji,
ciągle w strugach łez.
Inni mają charakter,
tylko ja chodzę bez...

Nie patrzyłbym dziś na was
spod spuszczonych powiek –
całkiem inny, proszę państwa,
byłby ze mnie człowiek,
gdybym ja miał charakter!

Nie skusiłby mnie alkohol,
nie skusiłby papieros,
ani ten głupi szczeniak
z łukiem, czyli Eros.
Nie trwoniłbym swych uczuć
na przeróżne panie,
lecz dla jednej do znudzenia
żywił pożądanie –
gdybym ja miał charakter.

Nie unikałbym żartów
karkołomnych nader,
tłumacząc, żem satyryk tylko –
nie kaskader,
lecz tak bym się wszystkiemu
przedrzeźniał, przekrzywiał,
że sam cenzor by się uśmiał,
zanimby osiwiał –
gdybym ja miał charakter.

Usłuchałbym życzliwych
perswazji i namów
i zrzucił wreszcie z brzucha
parę kilogramów,
bo nie żarłbym bułeczek,
ciasteczek, konfitur –
gdybym ja miał charakter...
Zamiast apetytu.

Jako rodzimej Sztuki
herold i obrońca
na każdym polskim filmie
siedziałbym aż do końca –
gdybym ja miał charakter!

Z kilograma bym kawy
wypił czarny napar
i tak zawziął się w sobie,
tak w sobie się zaparł,
tak wgryzłbym się w te wiersze,
które piszą dziś młodzi,
że bym skonał, ale pojął,
o co wreszcie tam chodzi –
gdybym ja miał charakter.

A jakby mnie chuligan
jakiś nocą rozeźlił –
to tak bym mu przyłożył,
że wnet by mnie odwieźli
karetką do szpitala
porżniętego w kratkę...
Pewnie czegoś bym nie miał,
ale miałbym charakter!

A tak – co?...
Chyba uciec
gdzieś do Kenii czy Peru
ze wstydu przed Ojczyzną,
że mi brak charakteru.
Bo jak tu się nie wstydzić?
Sami przecież widzicie,
jak mógłbym znakomicie
spaprać sobie to życie –
gdybym ja miał charakter.

"Myślę, więc jestem"
tak filozof się wyrażał.
A ja myślę, że jestem,
bo tatuś nie uważał.
Tak chyba najkrócej dziś określić da się
me dzieciństwo... świadome.
Ale poniewczasie.

Bo świadome dzieciństwo
nie jest rzeczą tak prostą,
jak takież macierzyństwo,
czy świadome ojcostwo.
Dziecko – nawet genialne –
kiedy jest już w drodze,
nie może dla pewności
wyglądnąć przez szparkę
i rzec:
– Nie, w tych warunkach to ja się nie rodzę!
Już widzę tę gospodarkę.

Nie może dziecięcia decydować gust,
ani nawet tzw. obiektywne powody,
a więc: przede wszystkim, jaki mama ma biust,
a tatuś poglądy i dochody...
Czy mu te narodziny miłe, czy niemiłe –
I tak je urodzą na siłę!

Biedny dzieciak! Wie tylko,
że został stworzony
w sposób dla dzieci wręcz niedozwolony –
ale nader przyjemny!
I z tej też przyczyny
przeludnione są Indie i Chiny.
I zagraża nam wkrótce ścisk na reszcie globu –
przez tę miłą technologię. Wyrobu!

Gdybyś dziecko kilofem wyrąbywać musiał,
jak ten górnik w kopalni na swym posterunku –
rzadziej by się kandydat trafiał na tatusia
i podtrzymywacza gatunku...

A tak?... Gatunek ludzki przetrwa –
lecz proszę światłych osób,
co to może być za gatunek
wykonany w ten sposób?

Ja sam, gdy stanę przed lustrem,
cały drżę z przejęcia,
przeżywając chyba najdziwaczniejsze z przeżyć:
– Ta gęba była kiedyś buzią niemowlęcia?!
Nie, w to się nie da uwierzyć!

A była!... I nie ma żadnego powodu
ukrywać, że będąc malutki –
też byłem tak zwaną przyszłością Narodu...

Przepraszam dziś Naród za skutki.

Byłem w Stanach... Nie tak dawno.
I wierzcie mi na słowo –
już podróż do Ameryki
miałem dość nerwową.
Porwali mnie. Porywacze!
Przebieg spraw był krótki:
zażądali miliona.
Za mnie! Od Wojewódki.
Odpowiedziałem im na to
głosem twardym jak preszpan:
"Dwadzieścia pięć pięćdziesiąt".
Powiedzieli: "Bierz pan!"

Więc wykupił mnie i zabrał –
i sądzę, że miał rację,
bo ja jestem bardzo dobry
na inflację.
Nie piję,
nie lubię tych mielonych kotletów
i bardzo mało palę
na sto kilometrów.

W dodatku ze sceny
też udało mi się
pocieszyć Amerykanów
w tym ich strasznym kryzysie,
tak im bowiem rzekłem
już we wstępnym utworze:
– Bracia!

Wieść radosną wam z Polski przywożę.
Otóż rzecz dziwna, drodzy moi:
Mimo ideologii różnych i ustroi
jeszcze tylko u nas
dolar dobrze stoi!

Nieraz to nawet myślę:
czy z nadmiaru liryzmu
my czasem nie dopłacamy do kapitalizmu?
Dlaczego? Tego nie powiem,
żebym się nie zbłaźnił...

Może przez wzgląd na Kościuszkę?
Może z tej świeżej przyjaźni?
Ponoć tak się już kochają
ten Zachód i Wschód,
że po prostu idylla, sielanka i miód...
Ograniczenie zbrojeń
– świat staje się rajem:
coraz mniej szykujemy
bomb na siebie wzajem...
No, nie! Żeby całkiem nic.
Mimo całej sztamy
kochamy się za krótko
– za długo się znamy!

Lecz wciąż wierzę,
że będzie całkiem ideolo,
odkąd zamiast się kręcić
po orbicie solo,
połączyły się kiedyś
Sojuz i Apollo!
Bo gdy ten kosmiczny odbywał się ślub,
i metry się dopasowały do cali i stóp –
mówić do siebie zaczęli
na tym wspólnym wózku
Rosjanie po angielsku,
Amerykanie po rusku,
ci – że wiozą whisky,
tamci – że zakusku...

Doprawdy, gdy to wszystko
sobie uzmysłowię,
wtedy radosne przechodzi mnie mrowie
i wiem, że już we mnie
taka dusza od dziecka
amerykańsko-radziecka!

A co z żelazną kurtyną?
Nie wiem...
Podobno pewien rodak z Kielc,
będąc tam na wycieczce,
sprzedał ją na szmelc.
Komuś z Kuwejtu czy komuś z Nairobi...
Polak za granicą
zawsze na czymś zarobi!

Szanowni Panowie!...
Nie po to medycyna
przedłużyła nam życie,
żebyśmy tylko młodym
zazdrościli skrycie,
lecz – jak zalecają nam seksuolodzy –
s a m i swych dzikich zmysłów
nie trzymali na wodzy.
I czy chcemy, czy nie chcemy,
czy nas stać, czy nas nie stać –
właściwie aż do końca
nam nie wolno zaprzestać!

Bo człowiek w całym życiu
pełnym zmagań i burz
dwa rodzaje radości
ma w swoim rejestrze:
najpierw, że taki młody – aż już...
Potem, że taki stary – a jeszcze!

Nie, ja nie świntuszę...
Powtarzam jedynie
tak zwane poważne naukowe opinie.
Uczonych... Amerykańskich!
Tak, to stamtąd ta seksfala,
na którą nam w komunizmie
Kościół nie pozwala.

Więc przed snem co wieczór
czytam książkę w łóżku.
Naukową – jak na światłego
przystało człowieka...
pod tytułem "Życie seksualne staruszków".
Niech wiem, co mnie czeka!

Lektura – owszem miła...
Budzi w sercu nadzieję:
Już ja wam, psiakrew, pokażę –
niech tylko się zestarzeję!

I rysuneczki wymyślne...
Aż wstyd – całkiem nago.
Pięćdziesiąt pięć pozycji:
na reumatyzm, na lumbago...
I dokładne opisy miłosnych ceregieli
dla tych ze słabszą pamięcią.
Żeby nie zapomnieli!

Dawniej to choć to co gorsze
pisano po łacinie
w takim seksualno-naukowym utworze
i tylko ten wykształcony
wyrastał na świnię.
Dzisiaj już każdy może.

Do czego to dojdzie – nie wiem,
ale wyznam szczerze
chyba w to nie uwierzę,
jak napiszą w "Kurierze",
że bandy rozwydrzonych staruszków
gwałcą w pegieerze.

Jest taka legenda –
może nieco dowolna,
że Amerykę odkrył najpierw Polak...
Jan z Kolna.

Pierwszy wylądował,
pierwszy wysiadł z okrętu –
tylko go tam cokolwiek
zbyt serdecznie przyjęto:
tak długo go raczono
indiańskim zwyczajem
sandwiczami na wacie
oraz apple-pajem,
że ze względów kulinarnych
szybko się wycofał
i zwalił całą winę na Kolumba...
Krzysztofa.

Dzisiaj się Hiszpania
tym Kolumbem szczyci...
A Amerykanie spać spokojnie mogą,
bo przynajmniej są pewni,
że zostali odkryci –
i nawet wiadomo przez kogo.

Gorzej z tą częścią świata,
gdzie moja Ojczyzna:
do odkrycia Europy
nikt się jakoś nie przyznał...

Nie wiem, czemu...
Wszak nikomu już nie udowodnią,
którą on pragnął odkryć –
wschodnią czy zachodnią.

I nie ma dla nas Kolumba!
Nie ma na żadnej liście.
Ciekawostka historyczna –
i skromnie dorzucę,
że to ja ją odkryłem.
Tak, ja sam – osobiście.
Bo dzisiaj się już każdy
może wybić w nauce!

Nawet ćwok, który wiedzy
nie liznął i nie liźnie,
może się przysłużyć
światu i Ojczyźnie...

Nie tylko geologowi
wszak czasem tak się uda,
że zbudzi się nad ranem
i odkrywa:
– Jest r u d a!

Że wypił a n g i e l k ę
Na S a s k i e j Kęp i e
Już jako A n g l o s a s
Przedstawił się klempie.

Rzeczywistość nowa! Nowe wokół wszystko!
Świat wkracza na tory inne, niepojęte...
Jakież wobec tego zająć stanowisko,
Gdy już... wszystkie lepsze zajęte!?

Głód filozofii w krąg się krzewi,
mnożą się znawcy Straussa...
(Levi.)
Literatura nic niewarta,
gdy nie dosięga Jean Paul Sartre'a.
Powszechna cię spotyka wzgarda,
gdy brak ci głębi Kierkegaarda...

Więc i ja czasem w myślach
pogrążam się skrycie –
odkrywam nie odkryte...
Już wiem, CO TO ŻYCIE!

I nikt definicji mej nie zdoła pobić,
ŻYCIE TO JEST TO,
NA CO TRZEBA ZAROBIĆ!

Ja nie dla kaprysu piszę ani z nędzy,
lecz z głębokiej
wewnętrznej
potrzeby
pieniędzy.

...A gdy miał już willę, samochód i futro,
to uświadomił sobie w pewnej chwili:
- A więc to już Dzisiaj
jest to Lepsze Jutro,
o któreśmy wczoraj walczyli!...

Raz prehistoryk pewien do swych dzieci,
w smętną zadumę wpadłszy – rzekł:
– O, Boże mój, jak ten czas leci –
To już XX wiek!

Historia to nauka wredna i ponura,
w której się doświadczenia
robi na praszczurach.

Choć gramatycznie ciut się chwieje,
slogan ten sensu ma niemało:
Kto nie pracuje,
ten nie je,
wcale taki głupi, jakby się zdawało.

To on zaklnie,
to ja westchnę –
i w ten sposób wspólnie
dochodzimy do tak zwanych
głębszych uogólnień.

Odkąd hermetyczność
wspólną ich ideą –
znakomicie nawzajem
się nie rozumieją.

Postawił indyka I schab na gorąco,
Postawił sardynki i skumbrie w tomacie...
Postawił wódeczkę i piwo, i w końcu
Postawił pytanie: "Kto płaci?"

Honorowi krwiodawcy
za krew nic nie biorą.
Honorowych krwiodawców
jest w Polsce dość sporo.

A spytajcie się, proszę,
ojca albo stryjca,
czy istnieje choć jeden
honorowy krwiopijca...

Nie wiem, dlaczego karierowiczów
potępia się u nas
głośno i powszechnie...
Ja nie potępiam!
Kto wie – może do mnie
także się kiedyś los uśmiechnie?...

Chociaż – nie, szkoda marzyć.
Taki los mój – i kropka.
Nawet nie wiem, co winne:
czy umysł, czy ciało...
Już w dzieciństwie nie chcieli
mnie dopuścić do żłobka –
i tak to mi już zostało!

Modliłem się o coś
długo,
żarliwie,
gorąco –
aż sam Bóg się odezwał
spośród chmur i gradobić:
– Proszę się pomodlić
znowu w przyszłym miesiącu,
zobaczymy, co się da zrobić...

Raz "z" wypadło mi z maszyny,
Kląłem więc na nią z pół godziny,
Aż obruszyła się szalenie:

– Cemu klnies? Nie rób wiatru!
Jeśli troseckę seplenię,
To pis stuki pod aktorów dla teatru!

Boję się pióro wziąć do ręki.
bo gdy się znajdzie w mej rączuchnie,
to eksploduje, to wybuchnie,
rozniesie możnych i nababów
tych z rządów,
z sądów
i ze sztabów –
i tylko strzępy, tylko jęki
tam, gdzie się spotka
góra z górą...

Boję się pióro wziąć do ręki.
Wybuchnie. Szkoda.
Świetne pióro!

Przeżywszy życie bezbożnie –
jak trzeba,
Poszedł ateista po śmierci
do nieba!

Spotkała go święta Kunegunda:
– No, i jak pan teraz wyglunda?
On odparł jej na to: -
– O, Santa,
Ładnie to kpić z repatrianta?!

Trafił Jan do baru, choć łaźni Jan szukał
Więc się nie wykąpał, a tylko -się spłukał!

Satyryk – to nie literat?
Przyznaję...
Nie wszczynam sporu.
Człowiek dopiero czuje się wielki,
gdy traci poczucie humoru.

O p t y m i s t y c z n i e:
Oto jeden z najmilszych
statystycznych sekretów:
Polska – krajem o najwyższej
nieśmiertelności poetów!

S m ę t n i e:
Poetycznieje coraz bardziej
nam Rzeczpospolita:
już więcej ludzi pisze wiersze,
aniżeli czyta.

Świerszcz raz pragnienie
Miał jedno jedyne:
Chciał sobie zrobić
"Świr-świr" za kominem...
A tutaj, do cholery –
Same kaloryfery!

Słów się zeszło pięć czy sześć
i udają głębszą treść.

Na bruku nogę zwichnął człek...
Spojrzał na bruk i z dumą rzekł:
- Ho, ho – piętnasty wiek!

Umówiłem się na schadzkę...
Z pewną młodą osobą.
Gdy przyszła, powiedziała kapryśnie:
– Zapomniałeś wziąć księżyc ze sobą!...
Odrzekłem:
– He, he... Umyślnie!

Ani mu ludzie niestraszni,
ani losu złośliwość...
Ten człowiek śpi spokojnie,
bo wierzy w niesprawiedliwość...

Staczam się i staczam
niżej z każdym dniem.
(Lenistwo winne, alkohole...)
A rozpacz moja
tym większa, iż wiem,
że Pana tam spotkam na dole.

Że masz lód zamiast serca
I żeś zimna jak głaz -
Nic nie szkodzi, najdroższa...
Na ten upał - w sam raz!

– Ty jesteś (rzekłem do niej)
Jak kwiaty w tym flakonie!...
– To znaczy, proszę pana?
– To znaczy, że n a r w a n a!

"R" nie wymawia, głos nosowy,
maniery całkiem niedorzeczne...
Oto jak czasem uderzy do głowy
Kiepskie pochodzenie społeczne!

Zdarzyło się to wczesnym latem,
Gdy róże już jęły pąsowieć,
On posłał jej cięte kwiaty,
A ona mu – ciętą odpowiedź...

Oto, patrzcie, pisarz!
Oto właśnie On,
który z Hemingwayem
rysów wspólnych ma iks...
Hemingway napisał
Komu bije dzwon,
on na razie tylko:
k o m u b i j e Z A I K S.

Karol nieszczęśliwym
Kiedyś był amantem:
Półanalfabetka
Puściła go kantem...

Jeszcze dziś – po latach –
Gdy wspomni ją z łezką,
Czytam w jego oczach
S m u t e k....
Przez o z kreską!

Może z powodu urody?
Może z powodu nazwiska?
Nie wiem, ale protekcję
mam u Pana Ministra.

Inni petenci skazani
na oczekiwań udręki –
mnie czekać nie kazano!
Mnie odmówiono od ręki.

Twórczość – to czasem taka męka,
Że nawet czytelnik stęka...

Choć mu się wiedzie nie najlepiej,
on zawsze dumę ma w spojrzeniu
i nawet własną biedę klepie
protekcjonalnie – po ramieniu.

Szlachetność...
Mądrość...
Uczciwość...

Czemu słysząc te słowa
każdy błędnie mniema,
że to o nim mowa?

Ja do Pana Ministra
w sprawie masła i szynek:
może dać to do sklepów,
zamiast rzucać na rynek?...

O własną zasobność zabiegam
i tym altruizmem się szczycę.
Dla dobra przyszłych pokoleń
najważniejsi zamożni rodzice.

Już nam Piast Kołodziej
wpoił, jak się zdoła
wyżyć za dwa,
trzy,
cztery
k o ł a.

I
Ludzkość...
Co ma wynikać z tego słowa?
Czy powszechna duma,
Czy – odpowiedzialność zbiorowa?

II
Tak... Kocham Ludzkość1
Ale na swój sposób,
czyli z wyjątkiem
pewnych osób.

To nie jest żart ni facecja –
tak się przyjęło w opinii:

Bydgoszcz to polska Wenecja,
Wajda to polski Fellini,
Dygat to polski Moravia,
"Halka" to polska "Traviata" –

i jeszcze mnie każdy namawia
na kupno "polskiego Fiata"!...

Ku demokracji zupełnej
dążymy uparcie i śmiało.
Wszyscy powinni być równi!
Niektórym
już się udało.

Najpierw za męża miała Leona,
potem był Franio,
teraz Henio...
Bo dziś -
jak się trafi wierna żona -
to wszyscy się z nią żenią!

On stracił dla niej rozum -
ona dla niego cnotę...
Niestety -
potem rozum
zjawił się z powrotem.

Wśród krzyków
i wśród awantur
to wspólne życie nam mija.
Błagam o chwilę spokoju,
Decybellissima mia!

Próżno padałem jej do nóżek -
na nic westchnienia słane skrycie...
Wreszciem ją urzekł
najgorszą z pogróżek:
- Będę cię kochał całe życie!

Dziewczyna –
to jedyna
obecnego lata
możliwa do zdobycia
część zamienna do Fiata.

Ślub się odbędzie w środę
bez względu na urodę.

Opowiadał raz ktoś mi –
ktoś z New Yorku czy z Grójca –
jak to skończył ze sobą
pewien somobójca:

stanął na krzesełku,
spojrzał na futrynę,
i założył sobie...
Rodzinę.

Kpiny i kpinki

1985 r.

Przejażdżki wierszem 1954 r

Depesze z życzeniami

Przygoda w poczekalni

Imieniny u Mani

W krainie zabawek

Gastronomiczna udręka

Sen satyryka

Straszni kibice

Czupiradło

Pyffello i ja

Recenzja z powieści

Moje remanenty

Uszczypnij muzo 1955 r

Komfort działa

Człowiek, który chciał mieć samochód

Trema

Dziwny pacjent albo choroba konfekcyjna

Pewna maleńka tęsknota

Ofiara fachowości

Hipochondryk

"Znawca" na komedii

O kramach z książkami i kramie z tymi kramami

Kumoterstwa nie ma

Rozprawa z Kartezjuszem

Wyjaśnienie nieco perfidne

List do redaktora "Przekroju"

Co słychać?

Terminarzyk

Portret lizusa

Oj-czyste kpiny

Juvenalia staruszków

Szopenista

Jak nie sprzedałem duszy

Żona i dzieci

Twarz nie na etapie

Rok 2000

Dwie rozmowy

Polacy wszędzie

Polak w Paryżu

Moja fizyczna kultura

Gram w totka

Ojczyzna stawia

Cieszą mnie moje radości

Swojskie stworzenie świata

Stopa w głowie

Prohibicja

Domek jednorodzinny

Krasnoludek

Dusza kozacza

Legenda o samotnym architekcie

Skąd to się wzięło

A nie mówiłem?

Wyrodny syn

Liryka... liryka

Najwyższy szczebel

Skandal międzynarodowy

Poproszę o rozbrojenie

Moja krakowska boleść

Wiersz cybernetyczny

Samoobsługowe jutro

Mój interes matrymonialny

Morze koi nerwy

Kochałem syrenę

Krakowskie rendez-vous

Wiersz o Krakowie na zepsutej płycie gramofonowej

Millenium przed lustrem

Obrona autoironii

Ludzkość - to ja

O czym tu dumać

Mój pierwszy występ po powrocie z Ameryki

Szukam wspólnika

Miłość to zasadzka

Harem

Niespokojna czaszka

Wysoki przesądzie

Zwierzenia humorysty

Kodeks to kodeks

Na co idą pieniądze

Nie straszcie dorosłych

Do i o Publiczności

Biała dama

Człowiek z metrażem

Podrywacz

Płaszcz

Małżeństwo - to współistnienie

Polak musi

Walka pokoleń

Mój Dzień Kobiet

Biały walc

Miłość w ułamkach

Przygoda z fraszką

Mścicielka

Mieszkam w "Domu Chłopa"

Płeć i polityka

Babka na orbicie

Komu do śmiechu

Ulica Dowcip

Nasz handel ma tradycje

Ratujmy małżeństwo

Wszystko o mężczyźnie

Sprawiedliwość

Moja zagraniczna trema

Huragan "Dziunia"

Ot - życie

Polak w Italii

Wiersz przeciw naturze

Rozterka radiowo-telewizyjna

Podróże kształcą

Poradnik językowy...

Tylko dla dorosłych

Ułan i Kosynier

Rozwód po polsku

Odpocznę sobie

Interpelacja w sprawie "odchudzania się"

Pretensja do "Strasznego Dworu"

Jeszcze jeden traktat o piosence

Wygryźli

Wesołe jajko

Wróbelek

Noc na campingu

Przepraszam - żartowałem

Skąd się wziąłem?

Wyznanie podatkowe

Piosenka antyalkoholowa

W malinach tłok

Segregacja wczasowa

Wiadomość z prasy

Wiersz retro

Moje jasnowidzenie

Nie zwariowałem

Kiermasz książek

Pan Słowik

Antyporno

Rodakom niedopieszczonym

Arka przymierza

Żale optymistyczne

Przepis na maseczkę kosmetyczną

Przepis po polsku

Antymaxi

Mój postęp techniczny

Pochwała strip-tease'u

Mnie się nie wolno denerwować

Wzajemne zgryzoty

Nie ma walki pokoleń

Rozśmieszanie Polaków

Monolog z laską

Czy ja mogę się zrzec?

Gdybym był terrorystą

Małżonek doskonały

Gdyby ja miał charakter

Moje świadome dzieciństwo

Jak pocieszałem Amerykanów

Wesoła starość

A kto odkrył Europę?

Fraszki

Snob od siedmiu boleści

Kłopoty koniunkturalisty

Co to jest życie

Wyznanie nazbyt szczere

Fragment pięknego życiorysu

Raz prehistoryk

Historia

Slogan

Rozmowa z przyjacielem

Grupa artystyczna

Szczodry solenizant

Honorowi krwiodawcy

Nie wiem dlaczego

Modlitwa z odpowiedzią

Rozmowa z maszyną do pisania

Chwila megalomanii

Kontrowersja pozagrobowa

Fatalna pomyłka

Tym - którzy mną gardzą

Dwugłos o poezji

Świerszcz i cywilizacja

Narodził się aforyzm

Na krakowskim bruku

Historia liryczna

Niedoceniony

Rozpacz

Westchnienie kanikularne

Rozmowa

Hrabia

Nieudane zaloty

Coś z literatury

Smutek

Protekcja

Poezjo!...

Prawdziwy Polak

Nagminne nieporozumienie

Petycja

Dla dobra

Atawizm

Dwa razy o ludzkości

To nie jest...

Dążymy

Popyt matrymonialny

Romans

Błaganie

Pogróżka

Motoryzacyjne

Zawiadomienie

Samobójstwo