Moje Abecadło

Ludwik Jerzy Kern

Wylali go, zanim go przyjęli. Sprawa dotyczy krakowskiego oddziału Związku Literatów: W pierwszych dniach po oswobodzeniu Krakowa paru pisarzy utworzyło komisję i zaczęło krążyć po mieście w poszukiwaniu jakiejś atrakcyjnej kamienicy; nadającej się do zasiedlenia poetami i prozaikami: Kamienic wytwornych i eleganckich było sporo. Jednak szczególną uwagę komisji zwróciła kamienica przy Krupniczej 22. Nie była w, najlepszym stanie, ale za to jej piwnice wypełniały atrakcyjne butelki. (Od frontu mieściła się tam w czasie okupacji niemiecka bierstuba). Te butelki podobno zadecydowały. Kamienica potem stała się sławna i wielokrotnie opisywana. Gdzieś w jej oficynach miał skromne mieszkanie żonaty i dzieciaty młody człowiek. Jako nieliterata natychmiast go z mieszkania wylano.

Był to właśnie Marian Załucki. Czy ten kop był bodźcem? Być może. Dość, że młody człowiek zaczął pisać. I to coraz lepiej, tak że w końcu trzeba go było do tego Związku Literatów przyjąć. Mieszkania mu jednak nie zwrócono, bo wszystkie już były zajęte.

Urodził się w Kołomyi i do końca życia pozostał mu delikatny kresowy akcent, tak przydatny potem w jego estradowej karierze. O ile dobrze pamiętam, jego debiutancki występ odbył się w pierwszym programie Krakowskiego Teatru Satyryków. Wraz z nim sceniczną karierę rozpoczynała w tym programie Marysia Koterbska. Nieźle jak na inaugurację. Od razu dwa asy. A właściwie as i asica.

Marian straszliwie ten pierwszy występ przeżywał. Napisał sobie kilka utworów i codziennie przy południowej kawie odczytywał nam, to znaczy innym satyrykom, te wiersze, pilnie obserwując nasze reakcje. Czy śmiejemy się tam, gdzie trzeba, to znaczy gdzie on by chciał, aby słuchacze się śmiali. Jeśli nie było reakcji, przerabiał wiersz i na drugi dzień czytał nową wersję. Nas to trochę bawiło. Podśmiewaliśmy się z lekka. Ale co tu dużo gadać, on miał rację. Cyzelował te swoje pointy aż do zupełnego blasku. Robił to do końca życia, kiedy był już znany i sławny. Jeśli publiczność nie huknęła śmiechem, na następny spektakl przynosił nowy wariant.

Jego genialnym wynalazkiem była trema. Przed tymi pierwszymi występami w Teatrze Satyryków rzeczywiście miał piekielną tremę; Żeby ukryć tę tremę napisał sobie wiersz pt. "Trema":

Ja tutaj tylko na chwilę.
Pięć minut i tyle.
Powiem i już mnie nie ma.
Albo nie powiem. Trema.

Mówił to, jakby się zacinając i głosem nieco drżącym. I to było to! Chwyciło! Odtąd już nie odstąpił od tego stylu. Dzięki niemu był natychmiast rozpoznawalny. W radiu nawet bez zapowiedzi spikera, wszyscy wiedzieli, że to Załucki. Wielu próbowało go naśladować i parodiować, ale nie bardzo to wychodziło. Swoje wiersze najlepiej mówił sam, podobnie jak Gałczyński. Sztukę tę udoskonalił, jeżdżąc na przełomie lat czterdziestych z pięćdziesiątymi z mistrzem monologu, Leonem Wyrwiczem, zupełnie dziś zapomnianym. Pilnie go obserwował. A uczniem był niezłym.

Pierwszy z nas wszystkich miał samochód. W początkach lat pięćdziesiątych prywatnych samochodów w Polsce prawie nie było. Ktoś ze znajomych powiedział mu, że w PTTK wystawiają na licytację Skodę - Tudor. Była to kompletna ruina, której PTTK chciało się za wszelką cenę pozbyć. Marianek to kupił. Majątek wydał na remont i lakierowanie. Inauguracyjny rejs odbył się do "Halamy" w Zakopanem, na święta Bożego Narodzenia. Zielona Skoda-Tudor, zapakowana całą rodziną, podążała w stronę gór: Przed Nowym Targiem z przeciwka jechał samochód. Nie, nie, nie było żadne go czołowego zderzenia. Po prostu pani Załucka stwierdziła, że ktoś z tego samochodu kłaniał im się kapeluszem. Minęli się już, ale Marianek też chciał być grzeczny. Uchylił swojego kapelusza, obrócił się do tyłu i przy okazji pociągnął kierownicę. Samochód zjechał z szosy, potoczył się po skarpie i, ciągle na własnych kołach, zmierzał po śniegu w stronę wijącego się w dole potoczka. Po drodze był jeszcze słup telefoniczny. I właśnie gdy miał w niego wyrżnąć chłodnicą, obrócił się bokiem i z własnej woli zatrzymał tuż przed przeszkodą. To był prawdziwy cud. Traktor wyciągnął "Tudorkę" na szosę i szczęśliwie pomknęła w stronę "Halamy". Wkrótce pokazały się nowe wartburgi i nowe skody i taką właśnie nową skodę kupił Marian. Zieloną "Tudorkę" sprzedał rolnikowi spod Bochni, któremu potrzebny był z niej silnik do młockarni.

Przez wiele lat mieszkaliśmy obok siebie na Grzegórzkach. On w przyzwoitym, ale małym mieszkanku. Żona, teściowa, dorastające panny. W końcu tata nie miał już gdzie pisać. Żeby się uspokoić, stawiał pasjansa za pasjansem, ale to niewiele pomagało. W końcu zaczął się starać o mieszkanie choćby o numer większe. Niestety, nic z tego nie wychodziło. Niby wszyscy byli za, ale Wydział Kultury, który wtedy o wszystkim decydował, jakoś tego nie zaakceptował. Trwało to i trwało, aż wreszcie Marian się wściekł, porozglądał się po Warszawie i okazało się, że tam są skłonni dać mu pięć pokoi z garażem w podziemiu, bo lubią Załuckiego.

W ten sposób Wydział Kultury wygnał z Krakowa fragment Kultury. Podobnie wygnano Mrożka i Skrowaczewskiego. Skrowaczewski był dyrektorem krakowskiej Filharmonii. Kiedy przydzielono mu pokój z kuchnią, delikatnie zaprotestował, mówiąc, że musi gdzieś wstawić fortepian. A fortepian w tamtejszym budownictwie to nawet więcej niż jeden socjalistyczny pokój. Kierownik Wydziału Kultury oświadczył mu wtedy: "Fortepiany to pan dyrektor ma w filharmonii, nawet dwa, i może sobie na nich grać, ile mu się podoba. Więc o co chodzi?"

Zdegustowany pan Stanisław pojechał do Warszawy. A była ąkurat pierwsza Warszawska Jesień. Do Warszawy zjechało mnóstwo first class muzykantów z całego świata. Przyjechali także z Minneapolis. Ci mieli pewne kłopoty. Ich symfoniczna orkiestra, jedna z pięciu najlepszych w Stanach Zjednoczonych, została właśnie bez kierownika artystycznego. Czy by więc nie zechciał jej pan objąć, mister Skrowaczewski? Owszem, chciał. Wkrótce został jednym z najlepszych dyrygentów świata, a kierownikowi Wydziału Kultury w Krakowie spadł wielki kłopot z głowy.

Załucki nie zrobił co prawda takiej światowej kariery jak Skrowaczewski czy Mrożek, ale w Stanach siedział bez przerwy. Zresztą, gdzie on nie jeździł z występami. Z tych częstych podróży i rozpakowywania się przed celnikami powstała fraszka, nigdzie nie publikowana, której prawidłowa wersja brzmi:

DO CELNIKÓW
Wy mi zaglądacie do kufrów i waliz
a ja w d... wywożę socjalizm.

Kilka lat po śmierci Mariana przygotowałem dla Wydawnictwa Literackiego wybór jego wierszy pt. "Kpiny i kpinki", który ukazał się w 1985 r. i wtedy jeszcze nie można było przytoczyć powyższej fraszki. Wyobraźcie sobie! Takie czasy byli! Nakład tej liczącej 430 stron książki wynosił 100 tys. egzemplarzy, które szybko się rozeszły. Dziś trudno w to uwierzyć. Ale ja przysięgam, jak ten Kościuszek, że to szczera prawda.