Wdzięczne lekkości

Rozmowa z Ludwikiem Jerzym Kernem

MARIAN ZAŁUCKI był w wierszach zagubionym człowieczkiem, jednym z milionów ludzi, uwikłanych w codzienność życia.

Panie Ludwiku, powspominajmy dzisiaj kolejnego rozweselacza "Przekroju", Mariana Załuckiego, który - zdaniem pana - był jednym z najdowcipniejszych ludzi w Polsce, a jego wiersze to była: "misternie zbudowana wesołość".

Załucki był świetnym majstrem, jego wiersze były wypracowane i porządnie zbudowane z rzemieślniczego punktu widzenia. Wypracowanie świetnej formy literackiej bierze się, oprócz talentu, z naczytania. Trzeba się najpierw naczytać, naczytać, rozgryźć to wszystko, wiedzieć, na czym polega istota rzeczy i reguły, bo każde odejście od reguł mści się. Czego potwierdzeniem jest wodolejstwo, z którym mamy obecnie do czynienia i w którym właśnie nie obowiązują żadne reguły. Załucki był też człowiekiem dowcipnym prywatnie. Jest takie powiedzenie Gorkiego: "Człowiek to brzmi dumie". On to kiedyś sparafrazował: "Członek to brzmi dumnie". Po czym półgębkiem mruknął: "Ale nie u mnie".

Załucki miał aplauz widowni i wysokie nakłady. Wybór jego wierszy wydany w 1985 roku, liczący 430 stron, sprzedał się w nakładzie 100 tysięcy egzemplarzy. Za co go właściwie ludzie tak bardzo lubili?

Lubili przede wszystkim jego ogromne poczucie humoru. On miał w sobie coś z Chaplina. Był w wierszach zagubionym człowieczkiem, jednym z milionów ludzi, uwikłanych w codzienność życia. Ten człowieczek bywał bezradny wobec zjawisk, które go otaczały, ale musiał się jakoś bronić.
Był fizycznie za słaby, żeby rozdawać kopniaki i wszystko rozstawiać po kątach. Bronił się w sposób bardziej wyrafinowany, subtelnym żartem, kpiną, doskonale przygotowaną i błyskawicznie wyprowadzoną puentą. Wiersze Załuckiego są przede wszystkim wesołe, po prostu chciał, żeby się ludzie śmiali. Zbudowane są w ten sposób, że co parę linijek zjawia się w nich dowcip albo bon mot, albo jakiś zabawny, zaskakujący rym. Tak kiedyś pisali swoje dialogi starzy majstrowie od komedii.

Jego wiersze są wesołe, ale nie brak w nich ziarn goryczy. Przypomnę wiersz pt. "Co to jest życie"
Głód filozofii w krąg się krzewi,
mnożą się znawcy Straussa...
(Levi. )
Literaturo nic niewarta,
gdy nie dosięga Jean Paul Sartre' a.
Powszechna cię dotyka wzgarda,
gdy brak ci głębi Kierkegaarda...
Więc i ja czasem w myślach pogrążam się skrycie -
odkrywam nie odkryte..
Już wiem, CO TO ŻYCIE!
I nikt definicji mej nie zdoła pobić,
ŻYCIE TO JEST TO,
NA CO TRZEBA ZAROBIĆ!

To gorycz, by tak powiedzieć, egzystencjalna, wynikająca z różnych przejawów życia współczesnego człowieka. Byłaby bardzo gorzka, gdyby nie była tak lapidarna i okraszona celnym dowcipem.

Genialnym wynalazkiem Załuckiego była trema jako środek wyrazu. Napisał na ten temat wiersz, który stał się jego popisowym numerem na estradzie:

Ja tutaj tylko na chwilę,
Pięć minut -i tyle.
Powiem -i już mnie nie ma!
Albo... nie powiem. Trema!

Mówił ten wiersz, jakby się zacinając, z lekkim kresowym akcentem, głosem nieco drżącym. I to się ludziom bardzo podobało. Odtąd już nie odstąpił od tego stylu. Dzięki niemu był natychmiast rozpoznawany. W radiu nawet bez zapowiedzi spikera wszyscy wiedzieli, że to Załucki. Wielu próbowało go naśladować, ale bez rezultatu. Swoje wiersze najlepiej mówił sam, podobnie jak Gałczyński. Trema, kresowy akcent i styl owego przerażonego, chaplinowskiego facecika to była niezrównana mieszanka, którą podbijał widownię.

Na człowieczka Załuckiego czyha mnóstwo pułapek i niespodzianek preparowanych przez życie, przez ludzi, przez przepisy, od dzieciństwa do starości.

Aż gdy w wiek męski zdołasz zmienić
tę młodość szkolną i mozolną -
wolno ci będzie
się ożenić...
I znów ci nic nie będzie wolno!

Ale - jak pan widzi - okazuje się, że w labiryncie upstrzonym znakami zakazu można się całkiem dobrze śmiać.

Odnalazłem wśród wierszy Załuckiego także "Wiersz cybernetyczny" o tym, jak to w niedalekim już czasie każdy będzie mądry, bo mu zamontują mózg elektronowy.

Najpierw na talony
z pierwszeństwem dla głupich,
a potem szary człowiek
także sobie kupi.

Jak widać, Załucki przewiduje że w tej jasnej przyszłości będzie w dalszym ciągu funkcjonować mechanizm rynkowy. To oczywiście żarty, ale te żarty mają jakby wyższą rangę, wyczuwa się w nich coś szalenie bliskiego ludowej mądrości, zdrowy rozsądek i odrobinę racjonalnego sceptycyzmu.

Załucki był też globtroterem, co zaowocowało wieloma wierszami.

Interesowało go za granicą to, co miało związek z krajem i z jego rodakami. Pisał niekiedy specjalne wiersze na te wyjazdy (głównie do Stanów Zjednoczonych i Kanady), czasem z wyjazdów przywoził jakieś pomysły.

Z Włoch przywiózł np. wiersz o polskim turyście, który sobie tak w tej Italii myśli:

Tu nie czas na poezje:
tyle kupi, co nie zje...
I już nie cieszy Veronese,
nie zachwyca Tycjan,
tylko w sercu pretensja gorzka. .. do Fenicjan,
którym kiedyś wynaleźć forsę się udało..
Wynaleźli. To dobrze...
Ale czemu tak mało!?

Z tych podróży powstała też fraszka, nigdzie nie publikowana, której prawdziwa wersja brzmi:

Do celników
Wy mi zaglądacie do kufrów i waliz
A ja w d... wywożę socjalizm

Typowa dla Załuckiego była autoironia, dystans do siebie i do świata, jak np. w wierszu "Pewna maleńka tęsknota":
Przywoływałem pośród łkań ją:

Przyjdź do mnie, przyjdź -
Megalomanio!
Bez ciebie gorzko -z tobą błogo...
Z tobą, najmilsza z wszystkich chorób,
Mógłbym pisywać lewą nogą
Nie przeczuwając, żem brakorób! (...)

Załucki ujawnia tu to, co jest cechą ludzi inteligentnych i dowcipnych, patrzących na świat z przymrużeniem oka.

Załucki zawsze starał się być na bieżąco. I był. Ale jego wiersze czyta się z przyjemnością dzisiaj i nic nie straciły ze swojej aktualności.

Starzy mistrzowie nie rdzewieją. Jego twórczość -jak się to mówi -oparła się próbie czasu, brzmi i bawi świetnie także dzisiaj. Czyż nie jest aktualna dzisiaj taka jego strofa:

Bracia!
W polityce inny wiatr dziś zawiał!
Do innego wiatru
Już nas się wystawia...

Nad tymi swoimi wszystkimi "wdzięcznymi lekkościami" - jak je pan nazywa - musiał się ciężko napracować. Pisał:

A w największych męczarniach
chyba dowcip się rodzi...
Usiądę w kawiarence,
strawię parę godzin
prawie wszyscy już wyszli -
Dowcip nie wychodzi.
Bo czymże jest dowcip? O zacni Panowie!
Powiem, nie będę się rozczulał:
Dowcip to myśl,
która stoi na głowie,
a do Was pasuje jak ulał!

On miał taki zwyczaj, że jak coś napisał, to przynosił do kawiarni, gdzie spotykaliśmy się na kawie, czytał to i sprawdzał naszą reakcję. Jeśli nie było reakcji, przerabiał wiersz i na, drugi dzień czytał nową wersję. Trochę się z niego podśmiewaliśmy, ale on miał rację. Cyzelował te swoje puenty aż do zupełnego blasku. To samo robił w teatrze, na estradzie. Mógł to robić, bo pisał stosunkowo niewiele. Był w świetnym kabarecie "Wagabunda", w doborowym towarzystwie: Cybulskiego, Kobieli, Czechowicza, Dziewońskiego, Wysockiej, Koterbskiej. A potem, aż do śmierci w warszawskiej "Syrenie".
Tę dbałość o formę uważał za swój obowiązek:

Autor ma męczyć się
tak długo,
żeby czytelnik
już nie musiał.

I dlatego jego wiersze długo jeszcze będzie się czytać, nie odczuwając przy tym zmęczenia. Przeciwnie, one wciąż bawią i skłaniają do refleksji, jak choćby wiersz pt. "Szukam wspólnika":

Postanowiłem dać anons taki do dziennika - odpowiednio duży, by uwagę skupiał:

CHCĘ ZOSTAĆ PORZĄDNYM CZŁOWIEKIEM -
POSZUKUJĘ WSPÓLNIKA.
Sam się nie będę wygłupiał!
No i co, nie miał racji? Z tym, że dzisiaj jeszcze trudniej by mu było takiego wspólnika znaleźć.

Rozmawiał Kazimierz Targosz (Przekrój, 43/2001)