Misternie zbudowana wesołość

Ludwik Jerzy Kern

Polska poezja satyryczna poniosła w czasie wojny dotkliwe straty. Zmarli lub zginęli tacy wybitni twórcy tego gatunku, jak Światopełk Karpiński, Jerzy Paczkowski, Edward Szymański czy Tadeusz Hollender. Niektórzy znaleźli się na emigracji i albo zamilkli zupełnie, a1bo, jak Marian Hemar, popadli w jednostronną fobię. Część także (Tuwim, Słonimski) po powrocie do kraju wyraźnie "spoważniała". W dziedzinie wesołych wierszy sytuacja była zatem niewesoła w początkach owego 1945 roku. Wtedy to właśnie objawiło się nieoczekiwanie, jak to w przyrodzie bywa, nowe pokolenie satyryków, ludzi tuż po dwudziestce, którym wojna uniemożliwiła wcześniejszy start. Wśród nich czołową postacią okazał się Marian Załucki.

Urodził się (w r. 1920) i wychował na południowo-wschodnich krańcach Polski, w Kołomyi poniżej Lwowa. Na całe życie został mu na pamiątkę śpiewny kresowy akcent. Zdążył przed wybuchem wojny skończyć podchorążówkę artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim (w tym samym czasie kończyli ją synowie bliźniacy Kadena-Bandrowskiego) i zostać podchorążym starszym bombardierem czy może nawet działonowym. Brał udział w kampanii wrześniowej, a potem losy wojny rzuciły go w Gorlickie i do Krakowa. Kiedy tuż po wojnie ujawnił się jako satyryk amator, referencił na co dzień w jakimś przedsiębiorstwie zajmującym się sprawami nafty.
Dużo drukował w tygodnikach, a wkrótce zadebiutował na estradzie, sam wykonując swoje utwory. Występował między innymi z Leonem Wyrwiczem, mistrzem tego gatunku, i chyba sporo się od niego nauczył. Z miejsca zyskał uznanie zarówno redaktorów, jak i publiczności. Ta estradowa działalność ma dla nas o tyle znaczenie, że pozwala nam zrozumieć, dlaczego taka duża porcja wierszy Załuckiego pisana jest w pierwszej osobie i dosłownie - o sobie. On je pisał dla siebie, na estradę. Czytając je dzisiaj, dobrze jest przypomnieć sobie jego specyficzny sposób mówienia (jeśli ktoś go oczywiście słyszał i pamięta), wtedy te wiersze jeszcze zyskują, choć i bez tego są świetne.

Omawiany tu wybór pochodzi z dziesięciu tomów, jakie się za życia autora ukazały, i z kilkudziesięciu wierszy pozostawionych w maszynopisie, a przygotowywanych do nowego tomu, którego już niestety nie ukończył.

Pierwszą książkę Załuckiego wydało w roku 1953 Wydawnictwo "Czytelnik". Nosiła tytuł Przejażdżki wierszem. W następnym roku ukazało się jej drugie, nieco powiększone wydanie. W 1955 roku Wydawnictwo Literackie opublikowało tom Uszczypnij Muzo, a potem w "Iskrach" w 1957 wyszły Oj-czyste kpiny, powtórzone w 1959 roku. W dwa lata potem "Iskry" zaprezentowały tom A nie mówiłem? w 30 000 nakładzie, co było chyba ówczesnym rekordem w dziedzinie poezji współczesnej. Takie same wysokie nakłady miały kolejne zbiory wierszy Załuckiego: Niespokojna czaszka ("Iskry" 1965), Komu do śmiechu ("Iskry" 1970), Przepraszam -żartowałem ("Iskry" 1974), a wydany w tymże wydawnictwie w 1967 roku wybór Czy pani lubi Załuckiego? osiągnął nawet nakład 40 000.

Ludzie rzeczywiście Załuckiego lubili. Nie tylko panie, panowie również. Lubili jego autoironię, dystans do wszystkich zjawisk, aktualność. Bo Załucki zawsze starał się -jak się to mówi -być na bieżąco. Przede wszystkim lubili jego ogromne poczucie humoru. Podobnie jak kiedyś Chaplin, Załucki w swoich wierszach był zagubionym człowieczkiem, jednym z milionów ludzi uwikłanych w codzienności życia, w małżeństwo, ojcostwo, stosunki służbowe. Ten człowieczek Załuckiego bywał często bezradny wobec zjawisk, które go otaczały. Dawała mu w kość biurokracja, mściło się na nim nowe budownictwo, w którym właśnie dostał mieszkanie, a kiedy wchodził do restauracji, żeby coś zjeść, był sekowany przez obsługę tylko za to, że nie jest obcokrajowcem, ale godnym pogardy krajowcem bezdewizowym.
Człowieczek Załuckiego musiał się jakoś bronić. Był fizycznie za słaby, żeby walić na prawo i lewo, żeby rozdawać kopniaki, żeby wszystko rozstawiać po kątach. Bronił się bardziej wyrafinowanie. Subtelnym żartem, kpiną, doskonale przygotowaną i błyskawicznie wyprowadzoną pointą. Sytuacja jest zawsze zabawna, kiedy ten duży, mocny, pewny siebie, ale nieco tępawy, wystawiony jest na docinki tego małego, chuchrowatego, ale za to błyskotliwego. Załucki znakomicie wykorzystywał ten chwyt i stosował go po mistrzowsku w swoich wierszach.

Wiersze Załuckiego są przede wszystkim wesołe. Widać, że dla autora to było najważniejsze. Po prostu chciał, żeby się ludzie śmiali. Budowane są w ten sposób, że co parę linijek zjawia się w nich albo dowcip, albo bon-mot, albo jakiś zabawny, zaskakujący rym. Tak kiedyś konstruowali swoje dialogi starzy majstrowie od komedii. Jeśli w zaplanowanym miejscu Załucki przypadkiem nie usłyszał śmiechu, natychmiast brał się do przerabiania tej partii wiersza. Być może dlatego właśnie jego wiersze są naprawdę bardzo dobrze skonstruowane. Codzienne bez mała występy estradowe stwarzały autorowi zupełnie wyjątkowe możliwości, niedostępne na ogół ludziom piszącym. Możliwości sprawdzania na żywo, natychmiast, najbliższego wieczoru, efektu przeróbek i poprawek. Czasami ostateczna wersja jakiegoś fragmentu ustalała się dopiero po jakimś czasie. Aplauz i aprobata publiczności miały w tym niekiedy niewątpliwie udział.

Powiedziałem, że są to wiersze wesołe. To prawda. Załucki był jednym z najdowcipniejszych ludzi w Polsce. Ale nie brak w nich również ziarn goryczy. Ta gorycz dotyczy naturalnie naszego współczesnego świata, różnych przejawów życia w naszym kraju i na naszej planecie, rozmaitych ludzkich postaw. Byłaby to gorycz bardzo gorzka, gdyby nie była tak celnie lapidarna i do tego okraszona przednim dowcipem:

Nie śpi pan prezydent.
Gryzie się generał!
Martwią się
w sztabskomandach
ich uczeni koledzy,
żebym ja -
obcy człowiek!
nowocześnie umierał,
wg najnowszych osiągnięć wiedzy!

Albo taka apostrofa:
Bracia!
W polityce inny wiatr dziś zawiał!
Do innego wiatru
już nas się wystawia...

Lubi pofantazjować, po swojemu rzecz jasna, na temat bliskiej już przyszłości, która ma być technicznym rajem. Pisze Wiersz cybernetyczny, o tym, jak to w niedalekim już czasie każdy będzie mądry, bo mu zamontują w głowie mózg elektronowy.

Najpierw na talony
z pierwszeństwem dla głupich,
a potem szary człowiek
także sobie kupi.

Jak widać, przewiduje Załucki, że w tej jasnej przyszłości będzie w dalszym ciągu funkcjonować znany nam mechanizm rynkowy. To oczywiście żarty. Ale te żarty mają jakby wyższą rangę, wyczuwa się w nich coś szalenie bliskiego ludowej mądrości, zdrowy rozsądek i odrobinę racjonalnego sceptycyzmu.

Na człowieczka Załuckiego czyha dokoła mnóstwo pułapek, zasadzek i innych niespodzianek preparowanych przez życie, przez ludzi, przez przepisy. Już od niemowlaka wpada w labirynt oznakowany wyłącznie znakami zakazu. Wszystkiego mu się zabrania, niczego właściwie mu nie wolno.

Aż gdy w wiek męski zdołasz zmienić
tę młodość szkolną i mozolną -
wolno ci będzie się ożenić...
I znów ci nic nie będzie wolno!

Koło się zamyka, a my się śmiejemy. Okazuje się, że w labiryncie upstrzonym znakami zakazu można się całkiem dobrze śmiać.

Ciekawa sprawa: u tego globtrotera, bo Załucki dużo jeździł po świecie, wielokrotnie bywał na występach w Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie, w Anglii, nie ma właściwie śladu tamtych krajów i ich problemów. Załuckiego interesowało tylko to, co miało związek z jego krajem i z jego rodakami.

Tylko te problemy polskie były w stanie wyprowadzać go z równowagi, co, jak wiadomo, jest najlepszym stymulatorem dla satyryka. Pisał niekiedy specjalnie wiersze na te wyjazdy, czasem z wyjazdów przywoził jakieś pomysły, ale zawsze było to coś o nas, chwilowo jedynie umieszczone na zagranicznym tle. Z Włoch na przykład przywiózł wiersz o polskim turyście, który sobie tak w tej Italii myśli:

Tu nie czas na poezje:
tyle kupi, co nie zje...
Już nie zachwyca Veronese,
nie zachwyca Tycjan,
tylko w sercu pretensja gorzka... do Fenicjan,
którym kiedyś wynaleźć forsę się udało...
Wynaleźli. To dobrze...
Ale czemu tak mało?

Proponowany tutaj tom jest jakby przeglądem poszczególnych etapów, które Załucki wspólnie ze wszystkimi przeżył, ale które po swojemu zanotował. Ponieważ przeżywali je wszyscy, nic dziwnego, że wszyscy go rozumieli, i to do najdrobniejszych aluzji. Te wiersze były szalenie komunikatywne. Aplauz widowni (pamiętajmy wciąż o tej estradzie) oraz wysokie nakłady były najlepszym potwierdzeniem aprobaty widzów i czytelników dla owego specyficznego autorskiego spojrzenia na dane zjawisko. Nawet jeszcze dzisiaj znajdziemy w tych wierszach stosunkowo niewiele miejsc, które wymagałyby odsyłaczy i objaśnień.

Pisanie wierszy satyrycznych (zwłaszcza w pewnych okresach) przypomina gimnastykę, i to jednocześnie, gimnastykę artystyczną i akrobatyczną. Kto się interesuje sportem, ten wie, że jednym z najtrudniejszych jest ćwiczenie na równoważni, czyli na wąskiej belce umieszczonej metr czy ponad metr nad ziemią. Na tej równoważni widać każde najmniejsze zachwianie, każde niewłaściwe drgnienie mięśnia, a każda najdrobniejsza nawet niedokładność od razu rzuca się w oczy. Otóż tych zachwiań jest w twórczości Załuckiego wyjątkowo mało, a trzeba pamiętać, że w pewnych okresach, w których tworzył, te satyryczno-gimnastyczne belki produkowano jakby specjalnie wąskie. Wydaje mi się, że tych zachwiań (jeśli ktoś je dostrzeże) nie należy usuwać, niech zostaną, jako drobne bo drobne, ale zawsze świadectwo minionego czasu.

Maurice Chevalier w swoich wspomnieniach Ma Toute pisze, że najwięcej czasu zabrało mu w młodości ćwiczenie czynności stosunkowo prostej i banalnej, mianowicie chodzenia po schodach. Jak wiadomo, schody odgrywały i odgrywają w dalszym ciągu ogromną rolę w każdej francuskiej rewii.Chevalier wyznaje, że przychodził do teatru zawsze na dwie godziny przed rozpoczęciem przedstawienia i nie robił nic innego, jak tylko wbiegał i zbiegał po schodach. Potem krytycy na całym świecie zachwycali się, z jakim wdziękiem i lekkością ten Francuz to robi. Byli zdania, że to trzeba mieć wrodzone. Guzik -powiada Chevalier -to było ciężko wypracowane.

Załucki nie ukrywał także, że nad wszystkimi swoimi wdzięcznymi lekkościami ciężko pracować. Pisał przecież:

A w największych męczarniach
chyba dowcip się rodzi...
Usiądę w kawiarence,
strawię parę godzin,
prawie wszyscy już wyszli
Dowcip nie wychodzi.
Bo czymże jest dowcip?
O zacni Panowie!
Powiem, nie będę się rozczulał:
Dowcip to myśl,
która stoi na głowie,
a do Was pasuje jak ulał!

Nie był entuzjastą poezji rebusowej, tej swoistej formy samoobsługi przerzucającej na klienta, czyli czytelnika, obowiązek rozszyfrowywania utworu:

Autor ma męczyć się
tak długo,
żeby czytelnik
już nie musiał.

Dlatego te wiersze długo się jeszcze będzie czytać nie odczuwając przy tym zmęczenia. W rok po śmierci pisarza w Związku Literatów w Warszawie odbył się wieczór poświęcony jego pamięci i twórczości. Był to ogromny sukces. Lucjan Kydryński w korespondencji z Warszawy pisał w "Przekroju":

"...okazało się, że twórczość znakomitego satyryka oparła się próbie czasu, że brzmiała świetnie i świetnie bawiła, przypominając -jeśli ktokolwiek zapomniał -jaki to był uroczy i wspaniały człowiek ten Załucki! Jak znakomicie pisał! Wielka byłaby szkoda, gdyby jego wiersze miały przejść do lamusa -powinno się wznowić je koniecznie w obszernym wyborze, zaś aktorzy estradowi (ale tylko ci najlepsi, proszę!) powinni nabrać odwagi i włączać je do swego repertuaru -ich humor, ich ostrze pozostało tak samo atrakcyjne, jak było wówczas, gdy podawał je z estrady sam Marian Załucki..."

Jestem tego samego zdania.

Ludwik Jerzy Kern

Warszawa 1985