Gwiazdozbiór estrady polskiej

Witold Filler

Marian Załucki

Bodajże jedyny w opisywanym półwieczu poeta, który zarabiał na życie wygłaszaniem własnych wierszy po kabaretach. Z czasem pisywał je już tak, że swą satyryczną perwersję ujawniały dopiero słuchaczowi -czytelnik nie był w stanie wychwycić wszystkich ich figlarnych podtekstów. Uwypuklała je w pełni na estradzie intonacja głosu, dyskretna pauzka, zabawne przyspieszenie rytmu czy równie zabawne enjambement czyli słowna przerzutnia, co ją sobie Załucki wpisywał w rym, by podczas recytacji ujawnić cały jej przewrotny urok.

Debiutował w 1945 roku wierszami satyrycznymi w "Przekroju", pisywał do "Życia Literackiego", "Szpilek", śląskiego "Kocyndra", zaś od 1952 roku zadomowił się na stałe na estradzie. Początkowo w Krakowie, od 1956 roku w Wagabundzie, potem w stołecznym Buffo i Teatrze Syrena. Niewysoki, o zawsze uśmiechniętej twarzy i zawsze smutnych oczach. Mówił swe wierszyki jakby lekko zażenowany, przepraszający, nie siląc się na aktorskie sztuczki. I tym swoim przepraszającym, nieśmiałym głosem rozbawiał słuchaczy do łez, atakując ich kanonadą point, którymi zwykł szafować ze szczodrobliwością Krezusa. Przeważnie traktowały te wiersze o pięknych kobietach, choć często także o brzydkiej codzienności. Ot, tuzinkowa satyra na przysłowiowe bolączki dnia. W ustach Załuckiego stawała się chaplinowskim lamentem. Nie na darmo miał te smutne oczy.

Pewno by się uśmiechnął na wiadomość, że w sierpniu 1980 roku kolportowano wśród strajkujących stoczniowców Wybrzeża, jako aktualny tekst anonimowego autorstwa, jego wierszyk z roku 1965. Nosił on tytuł Przepis po polsku i brzmiał, jak następuje:

Wziąć tego, czego się nie ma -
dodać soli i kminku -
potem zmieszać z tym,
czego brak chwilowo na rynku
(...)
Wszyscy u nas to jedzą -
dla każdego wystarczy -
na tym właśnie polega -
polski cud gospodarczy!

Opublikował sporo tomików satyrycznych, m.in. Uszczypnij mnie, Muzo, Przejażdżki wierszem, Czy pani lubi Załuckiego?

Wydawnictwo Philip Wilson, Warszawa 1999