O Jego sposobie na wypolerowaną wesołość

Ludwik Jerzy Kern

Z pewnym opóźnieniem (bagatela, ćwierć wieku!) okazuje się, że jednak jesteśmy szczęściarzami. Na czym niby to nasze szczęście ma polegać? A no na tym, że możemy posłuchać sobie wreszcie Załuckiego.

Załucki, człowiek przegnany z naszych wschodnich kresów, znalazł się po wojnie w Krakowie. Zaczął pisać. Początkowo razem ze swoim przyjacielem Karolem Szpalskim produkowali książeczki dla dzieci, bo to się wtedy opłacało. Proceder w wydawnictwach polegał na tym, że Szpalski załatwiał w wydawnictwach umowy i zaliczki, a realizację posostanwiał wyłącznie Załuckiemu. Ta współpraca zakończyła się wreszcie fraszką napisaną przez Załuckiego swemu "współautorowi":

Ty mi wyznaczasz
Terminy i stawki,
O mój ty przełożony,
Z lewej do prawej nogawki.

Utwór powyższy świadczy niewątpliwie o tym, że Marian Załcuki umiał pisać wesołe, zgrabne i cięte wierszyki. Ale nie tylko umiał pisać, bo wkrótce okazało się, że wspaniale je również wygłasza. Akurat powstał w Krakowie "Teatr Satyryków". W pierwszym programie wystąpiło kilka przyszłych gwiazd, które jeszcze nie wiedziały, że będą gwiazdami. Po raz pierwszy wystąpiła na estradzie Maria Koterbska, Sławomir Mrożek zaprezentował swój pierwszy chyba skecz, będący zapoczątkowaniem jego wspaniałej dramaturgii, Zbigniew Kurtyce po raz pierwszy zaśpiewał "Cichą wodę", a Marian Załcuki tym swoim charakterystycznym staccato przeczytał słynną Tremę, która jak się okazało ustawiła potem całą jego estradową karierę.

Ja tutaj tylko na chwilę.
Pięć minut i tyle.
Powiem i już mnie nie ma.
Albo nie powiem. Trema.

Ta kariera błyskawicznie się rozwijała. Coraz częściej jego krzesło przy naszym kawiarnianym stoliku było puste, bo Marian bawił publiczność w rozjazdach, najpierw po kraju, a jak się trochę rozluźniło, to po świecie. Kiedy zaś zjawiał się w klubie „Pod gruszką”, to nas zamęczał, zamiast spokojnie pić kawę. Zamęczał nas kolejnymi wersjami fragmentów swoich wierszyków. Jeśli co 10 czy 15 sekund publika nie biła braw, Marianek wpadał w rozpacz i zaczynał ten fragment przerabiać. I na nas wypróbowywać.

- Nie możesz tego wypróbować w domu, na rodzinie? – pytaliśmy. Rodzina przecież jest od tego..
- Dom jest już przepróbowany – mówił.
- Teraz kolej na was.

Może to nawet było trochę śmiesznawe, ale w gruncie rzeczy metoda była prima sort. Dzięki niej wiersze Załuckiego wyglądają tak jak wyglądają. Są perfekcyjne, wypolerowane i błyszczą nawet po latach. Nie przerzucał tak modnej dzisiaj samoobsługi na czytelnika czy słuchacza. Pisał w jednym z wierszy:

Autor ma męczyć się
Tak długo,
Żeby czytelnik
Już nie musiał.

A pisało sprawach wszystkich dokładnie znanych, wynikających z naszej ówczesnej rzeczywistości. Czasem (rzadko) lubił sobie pofantazjować. Na temat zbliżającej się przyszłości, która miała być technicznym rajem. Napisał "Wiersz cybernetyczny", o tym jak to w niedalekim już czasie każden jeden – będzie mądry, bo mu zamontują w głowie mózg elektronowy.

Najpierw na talony
Z pierwszeństwem dla głupich,
Potem szary człowiek
Także sobie kupi.

Te przecudowną wizję naszego przyszłego świata potrafił jednak natychmiast zneutralizować taką chociażby lapidarną, ale jakże trafną, dowcipną i aktualną na wieki wieków apostrofą:

Bracia! W polityce inny
Wiatr dziś zawiał!
Do innego wiatru
Już się nas wystawia...

Panie i panowie, poroszę dla Mariana Załuckiego o honorową salwę śmiechu!

Z okazji wydania płyty z wierszami Mariana Załuckiego
2003 rok