O nim jako ulubieńcu publiczności

Ryszard Marek Groński

Dziwne: zwykle satyryk nie cieszy się sympatią. Docenia się jego dowcip, omijając jednak przezornie posiadacza żmijowatego języka, bo a nuż ukąsi. Tymczasem Marian Załucki – jeden z najświetniejszych autorów satyrycznych był ulubieńcem tłumów, tłoczących się na jego występach i równocześnie środowiskowym autorytetem, lubianym kolegą i cierpliwym spowiednikiem cudzych grzechów. Marian nie miał wrogów. A przecież wiadomo, że u nas topór wojenny zakopuje się razem z wrogiem. Dopiero wtedy można odetchnąć z ulgą. Co sprawił, że tak właśnie się działo? Załucki z nikim nie konkurował, nikomu nie wchodził w paradę – paradę pychy i próżności. Był kimś w jednym egzemplarzu, nie do podrobienia, nie do naśladowania. Zjawiał się i stremowanym głosem mówił wiersze i wierszyki, będące naprawdę monologami, skeczami, zminiaturyzowanymi komediami. Bohaterem ich był pechowiec, zatroskany obywatel Ludowej, daleki od ideologii, skupiony na codzienności, którą starał się jakoś zrozumieć i ogarnąć, sięgając wstecz – do przeszłości.

Tysiąc lat tą szablą
Cięliśmy dla glorii
Nikt się tak jak my
Nie naciął w historii

Lektura wierszy zebranych w kilku tomikach, zachowane na taśmach relacje z premier teatralnych i kabaretowych, wracające do nas brzmienie głosu o wyraźnie kresowej intonacji wszystko to pozwala rozwiązać zagadkę: dlaczego satyryk był tak bliski widzom i czytelnikom w Warszawie, Krakowie, Kutnie, Toronto, Londynie, Nowym Jorku. Jego słowa był y słowami z ich życia, jego świat był ich światem odkrywanym w nagłym skrócie, błysku metafory, poetyckim uogólnieniu.

Szlachetność... Mądrość...
Uczciwość...
Czemu słysząc te słowa
Każdy błędnie mniema
Ze to o nim mowa?

Przyjaciel Mariana, Ludwik Jerzy Kern widział w nim postać z rekwizytorni Chaplina. Nie ma w tym przesady: znajdując się na szczytach popularności Marian Załcuki ciągle był niepewny, czy to aby nie jest scenariuszową zmyłką. Trema nie była chwytem estradowym: przeżywał piekło tremy w chwili debiutu w krakowskim „Teatrze Satyryków” (lata pięćdziesiąte), stremowany stawał przed publicznością kabaretu "Wagabunda", walcząc z tremą wychodził przed kurtynę w "Buffo" i "Syrenie"

Z nieśmiałością (stąd trzymane zawsze w dłoni kartki z wierszami) spotykał się z polonijną widownią. I z autoironicznym uśmiechem opowiadał jak to w Chicago głucha jak pień jejmość zwierzał się kumpeli:

- Potem zjawił się taki czarniawy w smokingu. Postał, postał i wszyscy bardzo się śmiali. Zupełnie nie wiem, dlaczego.

Inna opowiastka: trasa "Wagabundy" w Izrealeu. Artyści są tam, gdzie mieściła się biblijna Sodoma. Marian zauważa knajpkę: "U Lota". Wchodzi, zamawia drinka, pyta właściciela:

- A gdzie Lotowa?
- Nie zauważył pan: siedzi w kasie!

Zapamiętałem także historyjkę z czasów przed Październikiem 56 roku. Ciemna stalinowska noc. Marian z Karolem Szpalskim (krakowskim kolegą i literackim wspólnikiem) złożyli w wydawnictwie dla dzieci bajeczkę o gołąbku fruwającym po świecie.

- Dlaczego ten gołąbek nie lata nad Moskwą? – gorszy się czujna redaktorka.

Kiedyś przy jakiejś okazji usłyszałem opowieść o latach jeszcze wcześniejszych. Rok 1945. Marian z rodziną mieszkał w kamienicy przy Krupniczej w Krakowie. Był wtedy referantem w Urzędzie Naftowym. Kamienicę przyznano literatom. Szacowna komisja odwiedziła metraż referenta. Szef komisji Adam Ważyk orzekł:

- Pan się musi stąd wynieść! To jest lokal dla pisarzy! A jaki z pana pisarz...

Wtedy eksmisja była możliwa. Dziś, mimo lat dzielących nas od śmierci Mariana – nie ma takiej siły, by eksmitować go z literatury, która przecież nie tylko bywa poważna i nadęta: potrafi się również uśmiechać i co zawsze zakrawa na cud wywoływać uśmiech, apelować do poczucia humoru. Szkoda, że ten apel coraz częściej jest apelem poległych, ale pozostaje nadzieja na zmianę warty, werbelek śmiechu, pamiętać o tych, którzy wierzyli jak Marian: "Ludzkość – panowie to nie abstrakcja, nawet uszczypnąć da się".

Z okazji wydania płyty z wierszami Mariana Załuckiego
2003 rok