Puszka z Pandorą

Ryszard Marek Groński

fragmenty

Nie wiem, czy powinienem złamać pieczęć dyskrecji. Zamierzam opowiedzieć o kimś, kto nie wyrzekł się zasad i zyskał opinię jednego z najdowcipniejszych ludzi w Polsce. Bo też jego dowcip miał solidne poparcie w nie deklarowanym, lecz serdecznym i ufnym stosunku do ludzi. "Kpić z bliźnich wolno jedynie temu, kto ich kocha" - naucza olimpijski Goethe. Autor, o którym myślę - kochał ludzi. Nie potrafił ich zdradzić.
Lata pięćdziesiąte. Kraków. Skromny referent, zatrudniony jak to mówiło się -"w nafcie", w przemyśle naftowym - rezygnuje z kariery urzędniczej. Pisał już wcześniej, we Lwowie - fraszki, wierszyki, złośliwostki. Teraz postanawia, że będzie żył z pióra. Zostanie satyrykiem. Współpracuje więc z "Przekrojem", z katowickim "Kocyndrem", ze "Szpilkami", z prasą krakowską. Szybko zostaje zauważony i zaaprobowany przez środowisko. W rymowankach, utrzymanych w obowiązującej wówczas stylistyce był ton własny, dowcip niepodrabiany, formalna biegłość. Pamiętajmy bowiem: satyra to unikalna dziedzina, w której kryteria są sprawdzalne, ponieważ tylko tam ocalał warsztat.

Opiekujący się młodym człowiekiem (znacznie od niego obrotniejszy) Karol Szpalski nakłania go do wspólnej pracy: piszą książeczki dla dzieci, wydawane w masowych nakładach. Oczywiście, w bajkopisarstwie także musiały pojawić się"akcenty pozytywne". Jedną z książeczek autorzy poświęcili przygodom gołąbka. Sympatyczny wydał się im ten ptaszek. Rozmowa w wydawnictwie w stolicy..

- Ten gołąbek to ma być gołąbek pokoju?
- No nie... To zwykły gołąbek.
- Ale tamten to także gołąbek. Piórka ma, łapki ma, dziobek ma. I w tym dziobku trzyma gałązkę oliwną.
- Nasz nie trzyma.
- A to błąd. To trzeba będzie przerobić.
- Tłumaczymy przecież: to zwykły gołąbek.
- A nie spokrewniony z tamtym? W ogóle nie?
- Zgoda, może być kuzynem tamtego.
- Widzicie -od razu mówiłam: gołąbek pokoju!
- Nie całkiem, ale skoro redakcji na tym zależy...
- Zależy. Pewnie, że zależy. Młodzi czytelnicy powinni dostawać książki z wydźwiękiem. A gdzie tu wydźwięk
- Gołąb... gołąb grucha. O, jakoś tak: gru gru...
- Grucha... I co dalej?
- No, lata. W naszej książeczce lata.
- Lata, powiadacie. A dlaczego on nie lata nad Moskwą?

Tak wyglądały sprawy wydawnicze. W redakcjach również bywało przyjemnie. Młody autor stronił od problematyki pierwszoplanowej. Lepiej czuł się w kręgu rodzinnym, wśród normalnych spraw normalnych ludzi. Niestety, miłość, zakochanie, zdrady, randki - zaliczono do reliktów drobnomieszczańskich. Fraszki i wierszyki na te odwieczne tematy lądowały w koszu.

Od czego jednak unik? Satyryk z marginesów tłumaczył srogim redaktorom, że utwory, jakie przynosi to nie są utwory oryginalne, lecz tłumaczenie z rosyjskiego. Radziecki satyryk Suchochwostow czy Kokoszajski pisze o uczuciach i prywatności człowieczej. On to tylko tłumaczy na polski; obcowanie z przodującą radziecką satyrą szalenie go inspiruje i pogłębia.

W rocznikach krakowskich gazet wiele wierszyków opublikowanych na obowiązkowych kolumnach humoru i satyry - to mistyfikacje. Owi radzieccy autorzy nigdy nie istnieli. Przekłady są oryginałami.

Przejdźmy do sedna. Otóż coraz popularniejszy i coraz lepiej notowany młody literat wpadł w oko funkcjonariuszom Urzędu Bezpieczeństwa. W referacie zajmującym się inteligencją twórczą zdecydowano, że trzeba pozyskać informatora. Ktoś zgłosił się do niczego nie przeczuwającego satyryka. Zaproponował regularne spotkania. Ot, nic wielkiego: co mówi się, co słychać, kto z czym się wyrwał po wódce...

Werbunek wydawał się prosty. I nagle - przykrość. Młody satyryk odmówił. Dano mu czas do namysłu. Znowu powiedział: nie. Wspomniano mimochodem, że mogą mu załatwić zakaz publikacji, mogą polecić odebranie ryczałtu, mogą wreszcie tak pokierować sprawą, że wyleją go ze Związku Literatów. A wtedy - jako nie uprawniony do wykonywania wolnego zawodu - stanie się pasożytem. A jako pasożyt nie będzie mógł mieszkać w Krakowie. Mieszkanie także straci: w domu ZLP na Krupniczej nie ma miejsca dla takich, co nie należą do związku. Jeśli więc pragnie skazać swoją rodzinę na nędzę i poniewierkę, proszę bardzo - niech odtrąci podaną dłoń władzy.

Argument pt. "rodzina" trafnie dobrany: satyryk był staroświecki, domowy, przywiązany do żony, ubóstwiający dwie małe córeczki. Więc stanęło na tym, że w drodze wyjątku dają mu znowu czas do namysłu. Ale nie wolno mu pisnąć, co jest grane. Bo inaczej...

Spotkanie. Satyryk odmawia. Dotknięta i oburzona władza czyni pierwsze kroki, mające na celu unicestwienie niewdzięcznika, który nie chce współpracować. Ale zanim machina ruszyła - satyryk rozchorował się. Załamanie nerwowe. Podleczony znów musiał pójść na rozmowę. Po niej - podjął próbę samobójstwa. Odratowany, jeszcze w szpitalu doczekał się wizyty. Nie tylko odmówił (któryś już raz), ale krzyczał na funkcjonariusza przyodzianego w biały kitel. Zjawiła się pielęgniarka - ubek musiał wynieść się gdzie pieprz rośnie.

Urząd postanowił poczekać aż pacjent wydobrzeje. Znowu niespodzianka. Zanim wydobrzał - wymknął się ze szpitala i pojechał do Warszawy.Każdy ma jakąś deskę ratunku. Dla szantażowanego był nią kolega ze szkoły. Chłopiec z Kołomyi, bo tak nazywało się ich miasteczko. Teraz ten chłopiec był sekretarzem Rady Państwa. Jak do niego się dostać? Jak wślizgnąć się do strzeżonego gabinetu? W potrzebie odnajdujemy w sobie siły Samsona, przebiegłość Talleyranda, zręczność Houdiniego. Stał się laicki cud: sekretarz Rady Państwa - Henryk Holder przyjął kolegę z młodości. Przyjął i tu następuje cud numer dwa - pomógł.

Zatelefonował do ministerstwa, pogadał ze znajomym wiceministrem, potem z dyrektorem. Jeszcze upewnił się, że krakowskie UB-e zostało poinstruowane: ma się odczepić, odczepić raz na zawsze...

Po co ja to opowiadam? Nie, nie, by zilustrować opowiastkę z cyklu "Śmiej się, pajacu", że twórcy żartów mają czasem problemy serio, lecz mimo to - nie dając po sobie nic poznać -zabawiają publiczność. Chodzi mi o coś innego. Cóż my wiemy o zagadce twórczości; o gruncie, z którego wyrastają najlepsze żarty. Może - kto wie - ten grunt wtedy żyzny, gdy nie jest lotnym piaskiem ani grzęzawiskiem. Może będąc dowcipnym powinno mieć się, wstyd powiedzieć - system wartości, poglądy. A może niepodobna bawić innych, kiedy nie uświadomi się sobie, jak bardzo potrzebna jest ludziom iskra wesołości. Życie rzadko kiedy układają wodewiliści i komediopisarze. Częściej autorzy dramatów i tragedii. Bez wyjścia do finału, by usłyszeć oklaski...

Pewnie dlatego zdecydowałem się opowiedzieć państwu o satyryku Marianie Załuckim. Mówiącym nieśmiało, jakby mimochodem wiersze złożone z samych point.

Wydawnictwo BGW